Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Kategoria: Aktualności

Znaleziono skarb monet sprzed 2 tys. lat; trafił do Muzeum w Hrubieszowie

Ważący ok. 5,5 kg i składający się z blisko 1800 srebrnych monet skarb przekazał Muzeum w Hrubieszowie przypadkowy znalazca. Zdaniem archeologów to jeden z największych skarbów z okresu rzymskiego odkrytych…

Ważący ok. 5,5 kg i składający się z blisko 1800 srebrnych monet skarb przekazał Muzeum w Hrubieszowie przypadkowy znalazca. Zdaniem archeologów to jeden z największych skarbów z okresu rzymskiego odkrytych do tej pory w Polsce.

Brak komentarzy do Znaleziono skarb monet sprzed 2 tys. lat; trafił do Muzeum w Hrubieszowie

Pierwszy lek opracowany przez sztuczną inteligencję wchodzi do badań klinicznych

Do badań klinicznych wkracza pierwszy lek opracowany przez sztuczną inteligencje (AI) – informuje BBC News. Firmy zaangażowane w to przedsięwzięcie twierdzą, że za 10 lat wszystkie wprowadzane do testów nowe…

Do badań klinicznych wkracza pierwszy lek opracowany przez sztuczną inteligencje (AI) – informuje BBC News. Firmy zaangażowane w to przedsięwzięcie twierdzą, że za 10 lat wszystkie wprowadzane do testów nowe farmaceutyki będą wychodzić „spod ręki” AI. To początek nowej ery w medycynie.

Brak komentarzy do Pierwszy lek opracowany przez sztuczną inteligencję wchodzi do badań klinicznych

Q&A: KORONAWIRUS. Medycyna i matematyka: 2.kwietnia o godz. 20

Jeszcze trzy miesiące temu prawie nikt go nie znał. Koronawirus SARS-CoV-2 przewrócił nasze życie do góry nogami. Z Mikołajem i Marcinem, duetem lekarskim z kanału Najprościej Mówiąc, serdecznie zapraszam na…

Jeszcze trzy miesiące temu prawie nikt go nie znał. Koronawirus SARS-CoV-2 przewrócił nasze życie do góry nogami. Z Mikołajem i Marcinem, duetem lekarskim z kanału Najprościej Mówiąc, serdecznie zapraszam na Q&A na temat dzisiejszej sytuacji. Chętnie odpowiemy na Wasze pytania, bo wiemy, że macie ich sporo. Transmisja live na Facebooku i YouTube

Można oglądać także tu:

 

Brak komentarzy do Q&A: KORONAWIRUS. Medycyna i matematyka: 2.kwietnia o godz. 20

Uwaga: Spadające gwiazdy! Rój meteorów Perseidy

Przez najbliższych kilkanaście godzin Ziemia będzie nieustannie bombardowana przez rój meteorów – Perseid. Na nocnym niebie można będzie wtedy zaobserwować nawet kilkaset “błysków” na godzinę.

Przez najbliższych kilkanaście godzin Ziemia będzie nieustannie bombardowana przez rój meteorów – Perseid. Na nocnym niebie można będzie wtedy zaobserwować nawet kilkaset “błysków” na godzinę.

Ziemia w swoim ruchu dookoła Słońca napotyka co roku w sierpniu rój meteorów zwanych Perseidami. Rój meteorów to kawałki komety, której lodowe jądro stopiło się kiedyś zbliżając do Słońca. Pozostawiła ona wtedy w przestrzeni kosmicznej po sobie ślad w postaci pyłu i małych okruchów skalnych. Ziemia krążąc wokół Słońca przechodzi przez taką strugę i na niebie widzimy meteory. Gdy jest ich dużo, mamy do czynienia z tzw. deszczem meteorów. Podczas takiego deszczu Leonidów (fragmentów komety Tempel-Tuttle występujących w połowie listopada każdego roku) w 1833 roku naliczono aż 200 000 “spadających gwiazd” na godzinę. Perseidy są pozostałością po komecie Swift-Tuttle, a największą ich liczbę – bo aż 300 na godzinę – można zauważyć od 10 do 12 sierpnia. To, że w czasie przechodzenia Ziemi przez rój meteorów widzimy wiele “spadających gwiazd” wcale nie oznacza, że poszczególne bryłki w pasie pozostawionym kiedyś przez kometę znajdują się blisko siebie. Szacuje się, że w czasie maksimum natężenia roju Perseid najmniejsze bryłki bywają od siebie oddalone nawet o 200 km.

Meteory widoczne są jako “spadające gwiazdy”, dzięki grubej, ziemskiej atmosferze. Drobne cząstki pyłu i większe okruchy skalne wpadając z dużą prędkością (od 15 do 75 km/s) w ziemską atmosferę, ocierają się i zderzają z cząsteczkami powietrza, a to z kolei powoduje, że ich powierzchnia się rozgrzewa. Zderzenia te są tak intensywne i jest ich tak dużo, że powierzchnia meteoru zaczyna się topić i wrzeć (bryłka skalna ma wtedy ok. 3000 st. Celsjusza). Część w ten sposób “nabytej” energii przekazana zostaje do otaczającego meteor powietrza i w ten sposób widzimy zjawisko świetlne “spadającej gwiazdy”. Można więc powiedzieć, że to co obserwujemy na niebie nie jest świeceniem rozgrzanej bryłki, tylko rozgrzanego dookoła niej powietrza. Aby spadający meteor zobaczyć gołym okiem (w nocy), wystarczy, że ma on masę ok. 0,01 grama i jest wielkości 1 mm. Okruch ważący 1 gram, na niebie rozbłyska się jaśniej niż którakolwiek gwiazda. Z bardziej szczegółowych badań wynika, że meteory zaczynają “świecić” na wysokości nawet 130 km a “gasną” na wysokości 75 km nad Ziemią.

W czasie deszczu meteorów nic nam na Ziemi nie grozi. Nie trzeba się też nigdzie chować, gdyż znakomita ich większość spala się całkowicie w ziemskiej atmosferze. Co więcej to co obserwujemy gołym okiem, to zaledwie ułamek wszystkich spadających na Ziemię meteorów. Większość z nich jest na tyle mała, że ich “spalania” nie widać gołym okiem. Szacuje się, że w ciągu doby na powierzchnię Ziemi spada aż 100 ton tego niezauważalnego pyłu. Musimy się przyzwyczaić, że codziennością i niejako częścią naszego Świata jest bombardowanie nas przez mniejsze meteoryty. Obok tych, których zupełnie nie widać, stosunkowo dużo jest też takich, które rozbłyskują tylko na ułamek sekundy. Gdy Ziemia nie przechodzi przez żaden z rojów w bezksiężycową noc pojedynczy obserwator może naliczyć 10 “spadających gwiazd” na godzinę. Trafiają się jednak, – choć rzadko – i takie, meteory które świecą dłużej. Te największe mogą powodować nawet efekty akustyczne podobne do grzmotu błyskawicy. Meteory, które są na tyle duże, że nie spalą się całkowicie w ziemskiej atmosferze i spadną nam pod nogi, to tzw. meteoryty. Największe meteoryty to bolidy, i mimo, że kolizje z nimi są bardzo rzadkie, liczne kratery na powierzchni Ziemi świadczą o wielu takich spotkaniach w przeszłości. Największym dotychczas znalezionym meteorytem był meteoryt Hoba. Waży on ok. 60 ton i nadal znajduje się w miejscu swojego upadku w Namibii (Afryka Południowo-zachodnia). Mimo, że takie zderzenie dla naszej planety może zakończyć się katastrofą, są one na tyle rzadkie, że nie należy się ich obawiać.

W określonych porach roku orbita Ziemi przecina orbity, po których poruszają się resztki komet. Zjawisko to na Ziemi obserwuje się jako rój (albo deszcz) meteorów. Corocznie takich rojów pojawia się na naszym niebie ok. 20. Niektóre z nich widoczne są na jednej półkuli a inne na obydwu. Jednym z takich rojów jest widoczny jedynie na półkuli północnej rój Perseid. Ponieważ obserwacje meteorów nie wymaga kosztownych urządzeń, ani specjalnej wytrwałości, a jedynie pogody , biorą w nich udział bardzo często amatorzy. Obserwatorowi na Ziemi wydaje się, że meteory z roju rozbiegają się po niebie we wszystkie strony, tak jakby wychodziły z jednego punktu. Jest to tylko złudzenie, gdyż meteory poruszają się po torach równoległych. Roje meteorów biorą swoje nazwy od gwiazdo zbiorów z których “wylatują”. Jeżeli chodzi o Perseidy tym miejscem jest gwiazdozbiór Perseusza a konkretnie okolice gwiazdy [eta]Per (Miram).

Jak zatem powinno się przygotować do obserwacji meteorytów ? Podstawowym warunkiem obserwacji jest dobra pogoda. Niebo powinno być bezchmurne, ale nie całe. Dobrze byłoby, gdyby noc była bezksiężycowa. Koniecznie trzeba też swoje obserwacje prowadzić w oddali od wszelkich sztucznych źródeł światła (np. miast czy oświetlonych ulic). Przed obserwacjami wskazane jest także ok. 30 minutowe “przyzwyczajenie” oczu do ciemności. I sprawa chyba najważniejsza. Należy przygotować sobie zestaw życzeń. Pragnienie wypowiedziane w czasie spadania gwiazdy zawsze się spełnia.

7 komentarzy do Uwaga: Spadające gwiazdy! Rój meteorów Perseidy

Fizyka i jajka

Kiedyś dziecko zapytało mnie jak to możliwe, że kura nie zgniata jajka, które wysiaduje. W sumie to pytanie można by zadać inaczej. Jak to jest możliwe, że średniowieczne katedry są tak wytrzymałe? Wbrew pozorom odpowiedź na obydwa pytania jest taka sama. Chodzi o kształt.

Kiedyś dziecko zapytało mnie jak to możliwe, że kura nie zgniata jajka, które wysiaduje. W sumie to pytanie można by zadać inaczej. Jak to jest możliwe, że średniowieczne katedry są tak wytrzymałe? Wbrew pozorom odpowiedź na obydwa pytania jest taka sama. Chodzi o kształt.

To może trochę niekonwencjonalne postepowanie, ale żeby dobrze zrozumieć to zagadnienie, warto wybrać się do starej katedry… z jajkiem właśnie. Wielka Sobota i świecenie potraw temu sprzyja. W końcu w koszyczkach mamy też jajka. Mając to jajko w dłoni (albo w pamięci), warto w takim starym kościele spojrzeć w górę, na łuki które podtrzymują sklepienie. Okazuje się, że ich krzywizna jest bardzo podobna do krzywizny jajka. Wszystkie ptasie jajka, niezależnie od gatunku, mają podobny kształt. Mają węższy czubek i nieco szerszy. Oraz mają wydłużone boki. Gdy jajko leży na boku, nie jest specjalnie odporne na nacisk. Gdy jednak stoi na sztorc, jest w stanie wytrzymać naprawdę sporo.

Jajko w katedrze

Jak sporo? Nietrudno jest zrobić eksperyment w którym na trzech kurzych jajkach można utrzymać nawet 100 kilogramowy ciężar. Jest tylko jeden warunek, jajka muszą być ustawione idealnie na sztorc. Wtedy siła przyłożona od góry jest idealnie rozłożona na boki, a jajku (i jego zawartości) nic się nie dzieje. Podobnie jest w katedrach, akweduktach czy mostach łukowych. Siła przyłożona od góry, rozkłada się na boki. W jajku, dodatkowo ogromną rolę spełnia konstrukcja samej skorupki. Jej zewnętrzna warstwa jest twarda i mało elastyczna, a wewnętrzna błona – przeciwnie – miękka i bardzo elastyczna. Gdy te dwie warstwy zostaną z sobą zespolone (sklejone), są w stanie przetrwać naprawdę spore siły. Pod jednym warunkiem. Że warstwa twarda i nieelastyczna jest na zewnątrz. Innymi słowy, gdyby zamienić kolejność warstw i skorupkę jajka z zewnątrz otoczyć cienką błoną, cała konstrukcja nie byłaby tak wytrzymała. Jajko to wciąż nieosiągalny dla inżynierów ideał. Kształt, grubość i kolejność poszczególnych warstw, jest nie do skopiowania. A wszystko po to, by jajko mogło wytrzymywać duży nacisk z zewnątrz, ale by było stosunkowo łatwe do rozbicia od wewnątrz. Wykluwające się pisklę nie ma przecież wiele siły. Co ciekawe, u przeważającej części ptaków, pisklęta na czubku dzioba mają mały haczyk, który służy do zerwania wewnętrznej błony chwilę przed wykluciem. Rozbicie reszty skorupki jest wtedy łatwiejsze.

 Ale oczywiście jajko nie tylko z punktu widzenia sztuki inżynierskiej jest ciekawe. Wielu z nas, nie wyobraża sobie kuchni bez jajecznych potraw. Bez ciasta, jajecznicy czy makaronów. A przede wszystkim, bez jajka gotowanego w wodzie. I choć powszechnie uważa się, że ugotowanie jajka na twardo to łatwizna, w rzeczywistości nie jest to takie proste. Oczywiście, można jajko wrzucić do wody i gotować przez pół godziny. Pewność, że będzie na twardo jest całkowita (chyba że robimy na to na szczycie bardzo wysokiej góry, gdzie temperatura gotowania wody jest znacząco niższa niż 100 st C), ale to wcale nie znaczy, że jajko będzie smaczne.

Co białe a co żółte

Nie trzeba być naukowcem (a wystarczy być nawet nieogarniętym kucharzem), by wiedzieć, że jajko składa się z białka i  żółtka. To pierwsze to głównie woda i tylko w około 10 proc. rozpuszczone w niej proteiny. W surowym jajku, białko jest przezroczyste, bo cząsteczki protein pozwijane są w kłębki. Ze wzrostem temperatury te kłębki zaczynają się rozwijać, a osobne do tego momentu cząsteczki protein łączą się ze sobą. Tworzy się nieuporządkowana plątanina „proteinowych nitek”, a to z jednej strony powoduje, że białko nie jest już płynne tylko coraz bardziej galaretowate, a z drugiej strony staje się coraz mniej przezroczyste. Gdy białko jajka kurzego jest już całkowicie białe, mówimy że jest ugotowane. Bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że jest ścięte, choć tak właściwie powinno się chyba mówić, że doszło do jego denaturacji. Co to takiego ? Każde białko zmienia swoją strukturę przestrzenną pod wpływem czynników fizykochemicznych. Jednym z nich jest temperatura właśnie. Część z tych zmian jest odwracalna (to tzw. zmiany struktury pierwszo- i  drugorzędowej), ale gdy sprawy zajdą za daleko, nie da się cofnąć czasu. Białko gotowane przez kilka minut w wodzie zmienia swoją strukturę nieodwracalnie. Podczas tego procesu (denaturacji właśnie) niszczone są wiązania wodorowe i tzw. mostki disulfidowe, które jak śruby trzymające rusztowanie w całości, nadają cząsteczce białka odpowiedni i charakterystyczny kształt. Gdy śruby (wiązania wodorowe) się odkręcą, rusztowanie zaczyna zachowywać się w sposób nieprzewidywalny. Co więcej, gdy runie, nie sposób wybudować go od nowa. Denaturacja białka kurzego następuje w temperaturze około 63 st. Celsjusza, dlatego trzymanie choćby nie wiem jak długo jajka w wodzie o temperaturze nawet trochę niższej od tej wartości nie spowoduje jego ścięcia. Co ciekawe żółtko jajka kurzego ścina się w temperaturze o około 5 st Celsjusza wyższej niż białko. Dzieje się tak dlatego, że w żółtku, w cząsteczki protein wplątane są cząsteczki tłuszczów. Trzeba więc trochę więcej energii (stąd wyższa temperatura), by proteiny od cząsteczek tłuszczu „uwolnić”. Dopiero potem mogą zajść opisane już wyżej zmiany w strukturze białka.

No dobrze, ale w takim razie jak to się dzieje, że jajko daje się przygotować „na miękko”, skoro gotujemy je w wodzie o temperaturze 100 st. C a tymczasem ścinanie białka i żółtka ma miejsce w temperaturze do 70 st C? Wytłumaczeniem jest rozkład temperatury i zjawisko przewodnictwa cieplnego. Nawet jeżeli z zewnątrz jajka temperatura wynosi 100 stopni, potrzeba czasu, by „doszła” ona do samego jego środka. Najpierw więc zetną się te części jajka, które są najbliżej skorupki, a dopiero na końcu te w samym środku. Jeżeli wybierze się odpowiedni moment i wyciągnie jajko z gotującej się wody, zewnętrzne białko będzie już ścięte, a znajdujące się w samym środku żółtko, jeszcze nie.  No i to jest pewna sztuka. Każda kucharka ma swoje sposoby, ale z obliczeń fizyków wynika, że dla świeżego, średniej wielkości jajka ten czas wynosi 3 minuty i 30 sekund. Po tym czasie białko już bardziej się nie zetnie, ale zacznie ścinać się żółtko.

Test na wiek

Gotowanie jajka na miękko, wydaje się być zajęciem dla kucharzy nieco już zaznajomionych ze sztuką kulinarną. Dla tych bez podstawowej wiedzy (i zegarka) pozostaje jajko na twardo. Choć z drugiej strony… Ugotowanie jajka na twardo, wbrew pozorom także wymaga pewnej wiedzy. Po pierwsze, jajka nie wrzucamy do lodowatej wody, ale też niedobrze jest je wrzucić do wrzątku. W tym drugim przypadku, najpewniej popęka jego skorupka i biało z żółtkiem wyleje się do wrzącej wody. Po drugie, nie wolno z czasem gotowania jajka przesadzać. Białka zbudowane są ze związków zwanych aminokwasami. Niektóre z nich (np. te które wchodzą w skład białka kurzego) zawierają małe ilości siarki. Gdy jajko będzie zbyt długo gotowane, wydziela się siarkowodór, gaz o charakterystycznym zapachu zgniłych… jaj. Poza tym wydzielanie tego gazu powoduje, że żółtko ugotowanego jajka otoczone jest sino-zieloną otoczką. Dlatego właśnie w najlepszych restauracjach jajko zaraz po ugotowaniu wrzuca się do lodu. Wtedy wierzchnie warstwy nie „przegrzeją” się, a wewnętrzne dojdą do odpowiedniej konsystencji. W domu z lodem trudno eksperymentować, ale ugotowane jajka można wrzucić do lodowatej wody.

Jajko do zimnej wody można jednak wsadzić w innym celu. Po to żeby sprawdzić ile czasu upłynęło od chwili jego zniesienia. We wnętrzu jajka, pod skorupką znajduje się pęcherzyk gazu. Ten gaz jest wynikiem powolnego rozpadu białek. Im starsze jest jajko, tym więcej tego gazu będzie pod skorupką. Po to żeby sprawdzić wiek jajka, można zrobić prosty test. Bąbelek gazu gromadzi się w jajku w szerszym jego czubku. Na czym ten test polega? Wystarczy jajko wsadzić do naczynia z wodą i obserwować. Świeże jajko w naczyniu z wodą leży płasko przy dnie, ale im jajko jest starsze, tym większy jest kąt pomiędzy osią jajka a dnem naczynia. Innymi słowy, im starsze jajko, tym bardziej unosi się gruby jego czubek. Gdy ten kąt wynosi mniej więcej 90 st, czyli wąski czubek jest przy dnie, a szerszy pionowo u góry, jajko ma około 30 dni. Przy kącie około 45 st. jajko ma od 12 do 15 dni. To też skoro. Najlepsze do gotowania (i jedzenia) są te jajka, które mają powyżej dwóch dni, ale nie więcej niż siedem.

Gotowanie jajek to trudna sztuka. Fizyka może oczywiście pomóc, ale nie zastąpi w kuchni… intuicji. Acha i jeszcze jedno. Nie wspomniałem o tym, że jajko powinno się trzymać w lodówce węższym czubkiem w dół. I o tym, że gdy są gotowane w niższym ciśnieniu… są podobno lepsze w smaku.

3 komentarze do Fizyka i jajka

Fizyk który nie znał granic

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

A granice, akurat Hawking powinien znać doskonale. Od wczesnej młodości cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne. Choroba doprowadziła go do stanu, w którym w żadnym aspekcie życia nie był samodzielny. W żadnym, z wyjątkiem myślenia. I tutaj znowu wracamy do braku granic. Stephen Hawking był matematykiem i fizykiem teoretykiem. Zajmował się tematami tak abstrakcyjnymi, że nawet dla kolegów po fachu jego prace były niezwykle skomplikowane. Przez 40 lat swojej naukowej kariery opracował hipotezę parowania czarnych dziur, zajmował się grawitacją kwantową i opracował twierdzenie dotyczące osobliwości. Czyli takich obszarów, miejsc w których przyspieszenie grawitacyjne, albo gęstość materii mają nieskończoną wartość. W osobliwości mają nie działać prawa przyrody które znamy z naszego nie-osobliwego otoczenia.

Jak wszyscy mylił się i błądził. Wielu z tych rzeczy którymi się zajmował, nie potwierdziło się eksperymentalnie. Ale tak właśnie działa nauka. Teoretycy szukają, fizycy eksperymentalni, próbują podważyć. Zresztą podważaniem zajmował się i sam Hawking. Wielokrotnie mówił, że zabawa sztuczną inteligencję jest bardzo groźna. Mówił też, że nie mamy wyjścia, w dłuższej perspektywie, musimy opuścić Ziemię. Zresztą uważał, że kosmos jest pełen życia. „Na mój matematyczny rozum, same liczby sprawiają, że myślenie o istotach pozaziemskich jest całkowicie racjonalne. Prawdziwym wyzwaniem jest dowiedzieć się, jak te istoty mogą wyglądać – powiedział kiedyś.

Dla szerszego odbiorcy Stephen Hawking nie był jednak znany ani z prac o czarnych dziurach, ani z rachunków dotyczących osobliwości, ani tym bardziej z hipotez dotyczących grawitacji kwantowej. Był znany jako autor książki Krótka Historia Czasu, którą wydał w 1988 roku. Krótko po jej wydaniu powiedział, że jego marzeniem było napisanie książki o fizyce, którą będą sprzedawali na lotniskach. I dopiął swego. Jego książka przez wiele tygodni nie schodziła z listy bestsellerów w wielu krajach świata.

Dziesięć lat temu, obchodząc swoje 65 urodziny Hawking powiedział, że weźmie udział w suborbitalnym locie, że chce poczuć nieważkość. I poczuł. Zaledwie kilka miesięcy później fizyk znalazł się na pokładzie specjalnie dostosowanego do tego typu eksperymentów Boeinga 727. Samolot 8 razy wznosił się na wysokość około 8 kilometrów, a następnie „wyłączał” silniki i spadał w dół. Dzięki temu, biorący udział w eksperymencie ludzie, czuli w nim nieważkość. W ten sposób szkoli się ludzi, którzy zostaną wysłani w kosmos. Hawking nie zdążył polecieć na orbitę, ale spełnił swoje marzenie. W wielu wywiadach później wspominał, że w nieważkości, po raz pierwszy od 40 lat mógł się poruszać bez wózka inwalidzkiego. I znowu przekroczył granicę, która dla osób całkowicie sparaliżowanych, byłą dotychczas nieprzekraczalna.

7 komentarzy do Fizyk który nie znał granic

Osiągnięcia Polskiej Nauki 2016

W najbliższych tygodniach na facebookowym fanpage Nauka. To Lubie będę opisywał kolejne odkrycia, które zostały uznane za największe osiągnięcia polskiej nauki w 2016 roku. Całą publikację możecie ściągnąć TUTAJ >>>…

W najbliższych tygodniach na facebookowym fanpage Nauka. To Lubie będę opisywał kolejne odkrycia, które zostały uznane za największe osiągnięcia polskiej nauki w 2016 roku. Całą publikację możecie ściągnąć TUTAJ >>>

Publikacja powstała w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

2 komentarze do Osiągnięcia Polskiej Nauki 2016

Spór jest “po coś”

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te “po nic” są do niczego. Marnują na nie energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te “po nic” są do niczego. Marnują energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Pamiętam swoją pierwszą konferencję naukową. Zawsze myślałem, że spotkania naukowców są nudne. No bo czym się tu ekscytować? Przecież oni wszyscy się znają. Wielu z nich razem pracuje. Zwykle prezentują wyniki badań, które albo zostały już opublikowane, albo – przynajmniej w dużej części – omówione. Konferencja w Krakowie (ta pierwsza na której byłem dotyczyła chemii jądrowej) była jednak zupełnie inna. Ci ludzie się tam kłócili! Nie była to jednak zwykła awantura. To był spór, w którym padały argumenty.

Po tej pierwszej, byłem na dziesiątkach różnych konferencji. W Polsce (te u nas nazwałbym łagodnymi), za granicą, na takich, które gromadziły setki uczestników i takich kameralnych na kilkanaście osób. Na konferencjach nie chodzi o to by podzielić się wynikami swoich badań czy opowiedzieć o swojej nowej koncepcji (hipotezie). Temu służą publikacje naukowe. Tutaj chodzi o to, by to co się zmierzyło, zbadało i wyliczyło, skonfrontować z innymi. Głownie z tymi, którzy zajmują się czymś podobnym. Spór – na konferencjach naukowych – jest po coś. Coś z niego wynika. Bez niego, bez wymiany poglądów, myśli czy pomysłów nie ma rozwoju i grozi nam dreptanie w miejscu. Nie raz byłem świadkiem sporów, które kończyły się zawiązywaniem nowych kolaboracji, czyli grup naukowych. Nie raz gorąca dyskusja pomiędzy naukowcami była pierwszym krokiem do podpisania umowy o współpracy pomiędzy instytucjami naukowymi. – Ok, twierdzisz, że wyciągam złe wnioski z tego co wyliczyłem? Twierdzisz, że popełniłem jakiś błąd? W porządku, usiądźmy razem, policzmy to wspólnie. Zobaczymy który z nas się myli.

Szkoda, że spory z których coś wynika tak rzadko pojawiają się poza salami wykładowymi i centrami konferencyjnymi. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się np. w życiu publicznym, w tym na internetowych forach. Tam królują spory „po nic”. Po nic, czyli do niczego. Nie chodzi w nich o skonfrontowanie się z inaczej myślącymi. Chodzi o to by się spierać dla samego spierania. Tak jest łatwiej! Spór merytoryczny wymaga przemyślania swoich racji, wymaga przygotowania argumentów, wymaga poświęcenia czasu interlokutorowi. A co jak racje zmienia się, w zależności od miejsca w którym się siedzi? A co jak nie ma się żadnych sensownych argumentów albo z intelektualnego lenistwa nie chce się ich uporządkować? A co jak interlokutora ma się za zdrajcę, kurdupla, agenta albo nieudacznika? W skrócie za człowieka gorszego sortu? Nie warto poświęcać mu czasu – logiczne, prawda? No to mamy gonienie króliczka po to by go gonić, a nie po to by go złapać. No to mamy prężenie muskułów przed kamerami albo na mównicach, zamiast prężyć szare komórki w mózgu na spotkaniach roboczych. Ile my marnujemy czasu i energii na spory „po nic”… Tego czasu nam już nikt nie zwróci.

Mój profesor, bardzo znany fizyk, Walter Oelert, człowiek, który jako pierwszy na świecie “wyprodukował” atom antymaterii dbał o to, żeby jego doktoranci regularnie dzielili się wynikami swoich pomiarów, żeby każdy miał czas na wspólne dyskutowanie. Tylko tak da się uprawiać naukę. Konfrontując się, argumentując i ścierając. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Tomasz Rożek

3 komentarze do Spór jest “po coś”

Nagroda za mikroskop

Nagroda Nobla z chemii zostałą przyznana za technikę, która zrewolucjonizowała biochemię. Mowa o mikroskopii krioelektronowej, dzięki której można obserwować i to w trzech wymiarach cząsteczki np. białek, bez uszkadzania ich.

Nagroda Nobla z chemii zostałą przyznana za technikę, która zrewolucjonizowała biochemię. Mowa o mikroskopii krioelektronowej, dzięki której można obserwować i to w trzech wymiarach cząsteczki np. białek.

Jacques Dubochet, Joachim Frank, Richard Henderson

“for developing cryo-electron microscopy for the high-resolution structure determination of biomolecules in solution”

Co niezwykle ważne, dzięki nagrodzonej metodzie, jesteśmy w stanie zobrazować nieuszkodzoną cząsteczkę białka w jej “naturalnym” środowisku. Uszkodzone białko nie niesie dla nas interesującej informacji. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć jak ono reaguje, jak łączy się z innymi cząsteczkami, w skrócie, jak ono funkcjonuje w swoim naturalnym środowisku (a nie na przysłowiowym szkiełku) czyli we wnętrzu żywej komórki czy we wnętrzu poszczególnych organelli komórki. Białka to cegiełki z których wybudowane jest życie. Przy czym analogia do cegły i budynku nie jest wystarczająca. Białka nie są pasywnymi elementami naszego ciała. Białka (jako hormony) regulują czynności a nawet modyfikują struktury tkanek (tkanek, które też są zbudowane z białek). Bez poznania białek, tego jak są zbudowane, jak funkcjonują, jak łączą się w większe kompleksy, nie ma najmniejszej szansy żeby zrozumieć życie.

Trzej panowie Jacques Dubochet (Szwajcaria), Joachim Frank (USA), Richard Henderson (Wielka Brytania) stworzyli metodę by w skuteczny sposób białka badać. Nie w środowisku sztucznym, ale naturalnym. Bo tylko złapane w akcji białko daje nam się poznać. Tylko wtedy widzimy jak rzeczywiście funkcjonuje cały mechanizm, w którym bierze ono udział. Jak białko podglądnąć tak, by rzeczywiście zobaczyć jak ono funkcjonuje? Zamrozić. Ale bardzo szybko, po to by nie zdążył przebiec proces krystalizacji. Zamrażanie – jeżeli zostanie odpowiednio przeprowadzone – niczego nie uszkadza i niczego nie fałszuje. Mrożąc kolejne próbki, jesteśmy w stanie zrobić video, klatka po klatce pokazujące procesy, które przebiegają niezwykle szybko. Złożenie tych klatek w jedną całość umożliwia nie tylko prześledzenie procesu tak jak gdyby było się jego naocznym świadkiem, ale także przyjrzenie się poszczególnym jego aktom z różnej perspektywy. I tak w trójwymiarze można zobaczyć splatanie i rozplatanie długich nici białkowych. Można zobaczyć łączenie się mniejszych białek w większe kompleksy czy np. działanie receptorów białkowych.

– Te metody były przełomowe w medycynie molekularnej. Dzięki nim nie tylko możemy patrzyć na narządy i komórki. Możemy zejść głębiej, możemy śledzić jak wyglądają i działają pojedyncze cząsteczki w szczegółach, o jakim jeszcze niedawno nam się nie śniło. – powiedział Joachim Frank, jeden z laureatów tegorocznego Nobla z chemii, w rozmowie telefonicznej którą zaaranżowano w trakcie ogłaszania werdyktu.

Na zdjęciu głównym model wirusa zapalenia mózgu otrzymany dzięki technice mikroskopii krioelektronowej.

1 komentarz do Nagroda za mikroskop

Nobel z fizyki za fale

Prace nad wykrywaniem i analizą fal grawitacyjnych musiały kiedyś zostać uhonorowane Nagrodą Nobla. No i stało się.

Kosmiczny detektor, kosmiczne zagadnienie. W świecie fizyków i kosmologów po raz kolejny będzie mówiło się o falach grawitacyjnych. Kilkanaście dni temu dzięki pracy kolaboracji LIGO/VIRGO zmarszczki przestrzeni były w czołówkach serwisów na całym świecie. Dzisiaj też będą. Z powodu Nagrody Nobla z fizyki.

Rainer Weiss, Barry C. Barich, Kip S. Thorne

“for decisive contributions to the LIGO detector and the observation of gravitational waves”

waves-101-1222750-1600x1200

Fale grawitacyjne to kompletny odlot. Człowiekiem który sprawę rozumiał, ba, który ją wymyślił, a w zasadzie wyliczył był nie kto inny tylko Albert Einstein (swoją drogą powinien dostać nagrodę za odkrycie najbardziej nieintuicyjnych zjawisk we wszechświecie). Z napisanej przez niego 100 lat temu Ogólnej Teorii Względności wynika, że ruch obiektów obdarzonych masą,  jest źródłem rozchodzących się w przestrzeni fal grawitacyjnych (lub inaczej – choć nie mniej abstrakcyjnie – zaburzeń czasoprzestrzennych). Jak to sobie wyobrazić? No właśnie tu jest problem. Bardzo niedoskonała analogia to powstające na powierzchni wody kręgi, gdy wrzuci się do niej kamień. W przypadku fal grawitacyjnych zamiast wody jest przestrzeń, a zamiast kamienia poruszające się obiekty. Czym większa masa i czym szybszy ruch, tym łatwiej zmarszczki przestrzeni powinny być zauważalne. Rejestrując największe fale grawitacyjne, tak jak gdybyśmy bezpośrednio obserwowali największe kosmiczne kataklizmy: zderzenia gwiazd neutronowych, czarnych dziur czy wybuchy supernowych. Trzeba przyznać, że perspektywa kusząca gdyby nie to… że fale grawitacyjne to niezwykle subtelne zjawiska. Nawet te największe, bardziej będą przypominały lekkie muśnięcia piórkiem niż trzęsienie ziemi. W książce “Zmarszczki na kosmicznym morzu” (Ripples on a Cosmic Sea: The Search for Gravitational Waves) australijski fizyk, prof. David Blair, poszukiwanie fal grawitacyjnych porównuje do nasłuchiwania wibracji wywołanych przez pukanie do drzwi z odległości dziesięciu tysięcy kilometrów. Detektory zdolne wykryć fale grawitacyjne powinny być zdolne zarejestrować wstrząsy sejsmiczne wywołane przez upadek szpilki po drugiej stronie naszej planety. Czy to w ogóle jest możliwe? Tak! Od 2002 roku działa w USA Laser Interferometer Gravitational Wave Observatory w skrócie LIGO czyli Laserowe Obserwatorium Interferometryczne Fal Grawitacyjnych. Zanim budowa ruszyła, pierwszy szef laboratorium prof. Barry Barrish na dorocznym posiedzeniu AAAS (American Association for the Advancement of Science) oświadczył, że pomimo wielu trudności nadszedł w końcu czas na zrobienie czegoś, co można nazwać prawdzią nauką (swoją drogą, odważne słowa na zjeździe najlepszych naukowców na świecie).

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

This_visualization_shows_what_Einstein_envisioned

Symulacja łączenia się czarnych dziur – jedno ze zjawisk, które wytwarza najsilniejsze fale grawitacyjne

Z falami grawitacyjnymi jest jednak ten problem, że przez dziesięciolecia, mimo prób, nikomu nie udało się ich znaleźć. Gdyby komuś zaświtała w głowie myśl, że być może w ogóle ich nie ma, spieszę donieść, że gdyby tak było naprawdę, runąłby fundament współczesnej fizyki – Ogólna Teoria Względności, a kosmologię trzeba byłoby przepisać od początku. Dzisiaj głośno mówi się, że fale grawitacyjne zostały przez LIGO zarejestrowane. Panuje raczej atmosfera lekkiego podniecenia i oczekiwania na to, co stanie się za chwilę. Potwierdzenie istnienia fal grawitacyjnych nie będzie kolejnym odkryciem, które ktoś odfajkuje na długiej liście spraw do załatwienia.  Zobaczymy otaczający nas wszechświat z całkowicie innej perspektywy.

Jako pierwszy falowe zmiany pola grawitacyjnego, w latach 60 XX wieku próbował zarejestrować amerykański fizyk Jaseph Weber. Budowane przez niego aluminiowe cylindry obłożone detektorami nie zostały jednak wprawione w drgania. Co prawda Weber twierdził, że złapał zmarszczki wszechświata, ale tego wyniku nie udało się potwierdzić. Dalsze poszukiwania trwały bez powodzenia, aż do 1974 roku, gdy dwóch radioastronomów z Uniwersytetu w Princeton (Joseph Taylor i Russel Hulse) obserwując krążące wokół siebie gwiazdy (PSR1913+16) stwierdziło, że układ powoli traci swoją energię, tak jak gdyby wysyłał … fale grawitacyjne. Mimo, że samych fal nie zaobserwowano, za pośrednie potwierdzenie ich istnienia autorzy dostali w 1993 roku Nagrodę Nobla. Uzasadnienie Komitetu Noblowskiego brzmiało: „za odkrycie nowego typu pulsara, odkrycie, które otwiera nowe możliwości badania grawitacji”.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

virgoviewInstalacja, która z lotu ptaka wygląda jak wielka litera L, to dwie rury o długości 4 km każda, stykające się końcami pod kątem prostym. Choć całość przypomina przepompownię czy oczyszczalnię ścieków jest jednym z najbardziej skomplikowanych urządzeń kiedykolwiek wybudowanych przez człowieka. Każde z ramion tworzy betonowa rura o średnicy 2 metrów. W jej wnętrzu – jak w bunkrze – znajduje się druga ze stali nierdzewnej, która jest granicą pomiędzy światem zewnętrznym a bardzo wysoką próżnią. Z miejsca w którym rury się stykają, “na skrzyżowaniu”, dokładnie w tym samym momencie wysyłane są wiązki lasera. Ich celem są zwierciadła umieszczone na końcu każdej z rur. 2000px-Ligo.svgOdbijane przez zwierciadła tam i z powrotem około 100 razy promienie, wpadają z powrotem do centralnego laboratorium i tam zostają do siebie porównane. Dzięki zjawisku interferencji możliwe jest wyliczenie z wielką dokładnością różnicy przebytych przez obydwie wiązki światła dróg. A drogi te powinny być identyczne, no chyba że… chyba że w czasie pomiaru przez Ziemie – podobnie jak fala na powierzchni wody – przejdzie fala grawitacyjna. Wtedy jedno z ramion będzie nieco dłuższe, a efekt natychmiast zostanie wychwycony w czasie porównania dwóch wiązek. Tyle tylko, że nawet największe zaburzenia zmienią długość ramion o mniej niż jedną tysięczną część średnicy protonu (!). To mniej więcej tak, jak gdyby mierzyć zmiany średnicy Drogi Mlecznej (którą ocenia się na ok. 100 tys. lat świetlnych) z dokładnością do jednego metra. Czy jesteśmy w stanie tak subtelne efekty w ogóle zarejestrować ? Lustra na końcach każdego z korytarzy (tuneli) mogą zadrgać (chociażby dlatego, że przeleciał nad nimi samolot, albo w okolicy przejechał ciężki samochód). By tego typu efekty nie miały wpływu na pomiar zdecydowano się na budowę nie jednej, ale dwóch instalacji, w Handford w stanie Waszyngton i w Livingston w stanie Luizjana. Są identyczne, choć oddalone od siebie o ponad 3 tys. kilometrów. Ich ramiona maja takie same wymiary i maja takie same układy optyczne. Nawet gdy w jednym LIGO zwierciadło nieoczekiwanie zadrga, niemożliwe by to samo w tej samej chwili stało się ze zwierciadłem bliźniaczej instalacji. Zupełnie jednak inaczej będzie gdy przez Ziemię przejdzie z prędkością światła fala grawitacyjna. Zmiany jakie wywoła zajdą w dokładnie tej samej chwili w obydwu ośrodkach.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

A kończąc, pozwólcie na ton nieco nostalgiczny. Wszechświat jest areną niezliczonych kataklizmów a dramatyczne katastrofy, to naturalny cykl jego życia. To nic, że od tysięcy lat na naszym niebie królują te same gwiazdozbiory. W skali kosmicznej taki okres czasu to nic nieznacząca chwila, a nawet w czasie jej trwania widoczne były wybuchy gwiazd. Z bodaj największego kataklizmu – Wielkiego Wybuchu – “wykluło” się to co dzisiaj nazywamy kosmosem. Obserwatoria grawitacyjne (np. takie jak LIGO) otworzą oczy na inne wielkie katastrofy, i to nie tylko te które będą, ale także te które były. Już prawie słychać zgrzyt przekręcanego klucza w drzwiach. Już za chwilę się otworzą. Najpierw przez wąską szparę, a później coraz wyraźniej i coraz śmielej będziemy obserwowali wszechświat przez nieznane dotychczas okulary. Ocenia się, że to co widzą „zwykłe” teleskopy (tzw. materia świecąca) to mniej niż 10% całej masy Wszechświata. A gdzie pozostałe 90% ? Na to pytanie nie znaleziono dotychczas odpowiedzi. Tzw. ciemna materia powinna być wszędzie, a nie widać jej nigdzie. Przypisuje się jej niezwykłe właściwości, łączy się ją z nie mniej tajemniczą ciemną energią. Czy LIGO, pomoże w rozwiązaniu tej intrygującej zagadki? Czy będzie pierwszym teleskopem, przez który będzie widać ciemną materię? Jeżeli obserwatoria grawitacyjne będą w stanie „zobaczyć” obiekty, które można obserwować także w świetle widzialnym (np. wybuch supernowej), a nie będą widziały ani grama ciemnej materii, to zagadka staje się jeszcze bardziej tajemnicza. Bo albo ta materia nie podlega prawom grawitacji, albo nie ma żadnej ciemnej materii. Konsekwencje obydwu tych scenariuszy są trudne do przewidzenia. Czy teraz rozumiecie dlaczego odkrycie fal grawitacyjnych jest tak ważne? 

9 komentarzy do Nobel z fizyki za fale

Nobel za biologiczny zegar

Ciekawa koincydencja. W dniach w których zmieniamy czas letni na zimowy, Komitet Nagrody Nobla ogłosił, że tegorocznymi laureatami z dziedziny fizjologii i medycyny są badacze, którzy zrozumieli jak działa nasz biologiczny zegar.

Ciekawa koincydencja. W dniach w których zmieniamy czas letni na zimowy, Komitet Nagrody Nobla ogłosił, że tegorocznymi laureatami z dziedziny fizjologii i medycyny są badacze, którzy zrozumieli jak działa nasz biologiczny zegar.

Jeffrey C. Hall, Michael Rosbash and Michael W. Young

for their discoveries of molecular mechanisms controlling the circadian rhythm

Ta nagroda w pewnym sensie łączy medycynę, a właściwie fizjologię z astronomią. Czasami chyba zapominamy, że życie nie funkcjonuje w oderwaniu od otoczenia. Podział szkolnych zajęć na przedmioty (biologia, fizyka, chemia,…)  nie pomaga zrozumieć złożoności tego świata. Jak to się dzieje, że czujemy się senni gdy zapada zmrok? Jak to się dzieje, że inne zwierzęta budzą się wtedy gdy zachodzi słońce? Co dzieje się w naszym organizmie gdy za krótko śpimy? I wtedy gdy podróżując samolotem, zmieniając strefy czasowe nasz biologiczny zegar totalnie się pogubi? Na te pytania bardzo długo nie było konkretnej odpowiedzi. Teraz już jest. I to – co może zadziwiać – udało się je uzyskać m.in dzięki badaniom muszek owocówek. Swoją drogą, tym małym niepozornym owadom, ktoś powinien wystawić chyba pomnik. Niewiele jest organizmów żywych, które bardziej przysłużyły się nauce. I to wielu dziecinom równocześnie. No ale to inny temat.

A wracając do pór dnia i nocy. Pór niższej temperatury i wyższej. Pór odpoczynku i aktywności. Te pory są skutkiem obrotu Ziemi wokół własnej osi. Mieliśmy (my czyli ziemskie życie) grubo ponad 3 miliardy lat na dostosowanie się do tego cyklu. Więcej, wzrastaliśmy, ewoluowaliśmy w świecie który jest cykliczny. Różnych cykli mamy wiele, ale ten który bodaj ma n nas największy wpływ to właśnie cykl dnia i nocy. Nawet najbardziej prymitywne bakterie mają biologiczny zegar. Działa na tyle dobrze, że my mamy go w zasadzie w niezmienionej wersji.

W zegarze o którym mowa nie chodzi tylko o to żeby wiedzieć kiedy mamy się położyć do łóżka. W zasadzie – w przypadku ludzi – to jest tylko skutek uboczny. Biologiczny zegar taktuje tym wszystkim co w naszym ciele dzieje się poza naszą świadomością. Metabolizmem, temperaturą ciała, produkcją i wydzielaniem hormonów a także aktywnością seksualną, cyklami życiowymi czy nawet poczuciem głodu i sytości. Tegoroczni laureaci Nagrody Nobla zostali uhonorowani za opisanie tego jak ten skomplikowany system działa.

Już kilkaset lat temu zauważono, że rośliny pozbawione dostępu światła zachowują się tak, jak gdyby to światło cały czas okresowo do nich docierało. Tak jak gdyby kiedyś nastawiony (nakręcony) zegar teraz tykał i działał niezależnie od tego czy światło pada na liście czy też nie. Podobnie zachowują się zwierzęta, w tym ludzie. To dlatego mamy kłopoty z zaśnięciem i koncentracją gdy szybko zmienimy strefę czasową. Tych kłopotów by nie było, gdyby nasz wewnętrzny zegar automatycznie dostosowywał się do pory dnia i nocy.

W latach 70tych XX wieku zaczęto poszukiwać źródeł (mechanizmu) tego biologicznego zegara. Najpierw – a jakże – u muszek owocówek. Poszukiwano i znaleziono – w największym skrócie – mechanizmy w którym w zależności od pory dnia (natężenia światła) produkowane są specyficzne białka (nazwane PER). Te gromadzą się w ciągu nocy, a rozpadają się w ciągu dnia. Badacze odkryli u muszek gen, który gdy zostanie uszkodzony zaburza rytm dobowy. Gen został wyizolowany dopiero w połowie lat 80tych XX wieku. To w nim był przepis na produkcję wspomnianego wcześniej białka PER. Tego, które gromadzi się w ciagu nocy a rozpada w ciagu dnia. Dziesięć lat później, w połowie lat 90tych odkryto drugi gen kodujący „zegarowe” białko. I gen i białko nazwano TIM. Białka TIM i PER łączą się z sobą wtedy gdy noc przechodzi w dzień. To sygnał żeby komórka wstrzymała produkcję biała PER. Mamy wiec produkcję białka i wiemy co powoduje że wstrzymywana jest jego produkcja. A jaki czynnik powoduje, że produkcja PER znowu rusza z kopyta? Skąd komórka wie, że dzień zamienia się w noc? Pod koniec lat 90tych odkryto trzeci gen odpowiedzialny za tykanie biologicznego zegara. gen DBT. I tak zamyka się 24godzinny cykl.

Zegar tyka nawet wtedy gdy przez jakiś czas organizm odcięty jest od światła. Z czasem, zegar się jednak rozregulowuje. U roślin ten okres swego rodzaju bezwładności wynosi kilka dni. U człowieka od 2-3 dni (stąd niektórzy są w stanie dość łatwo przestawiać się na pracę w nocy) do kilkudziesięciu (dlatego istnieją osoby, które nie są w stanie przyzwyczaić się do zmiany czasu o godzinę). Gdy zegar się zatrze, nie staje w miejscu, tylko zaczyna odmierzać czas nieprawidłowo. Np.  u niektórych wydłużając dobę dwukrotnie a u innych skracając o kilka godzin. Wiemy to, bo kilku śmiałków w ramach eksperymentu zamknęło się w kompletnych ciemnościach na czas od kilkunastu do kilkudziesięciu dni. W naszym przypadku sercem zegara nie jest jednak pojedyncza komórka, tylko szyszynka, czyli ta cześć mózgu, która „widzi” czy jest dzień czy noc. To ona daje sygnał, który jest podchwytywany przez miliardy drobnych zegarków już na poziomie komórkowym. Gdyby tykały jak zegarki ze wskazówkami, wydawalibyśmy dźwięki jak zakład zegarmistrza.

2 komentarze do Nobel za biologiczny zegar

Jak to się zaczęło?

W pierwszych latach XX wieku Albert Einstein pracował nad Ogólną Teorią Względności. Z jego rachunków jasno wynikało, że wszechświat jest zmienny, dynamiczny. Wiara w to, że jest stały i niezmienny była jednak w tamtych czasach tak powszechna, że… Einstein, wolał tak pokombinować w równaniach by wyszło na jego, niż pójść pod prąd. Gdy eksperymentalnie dowiedziono, że wszechświat jest dynamiczny, stary już Albert miał stwierdzić, że „manipulowanie” równaniami było największą pomyłką jego życia.

W pierwszych latach XX wieku Albert Einstein pracował nad Ogólną Teorią Względności. Z jego rachunków jasno wynikało, że wszechświat jest zmienny, dynamiczny. Wiara w to, że jest stały i niezmienny była jednak w tamtych czasach tak powszechna, że… Einstein, wolał tak pokombinować w równaniach by wyszło na jego, niż pójść pod prąd. Gdy eksperymentalnie dowiedziono, że wszechświat jest dynamiczny, stary już Albert miał stwierdzić, że „manipulowanie” równaniami było największą pomyłką jego życia.

To „manipulowanie” w równaniach  Ogólnej Teorii Względności polegało na dopisaniu do nich dodatkowego członu, tak zwanej stałej kosmologicznej. To ona, na kartce papieru, wszechświat dynamiczny „zamieniała” na statyczny. I prawie wszyscy byli zadowoleni. Prawie. Jedną z osób, które podważały koncepcję wszechświata stacjonarnego był katolicki ksiądz, Georges Lemaitre.

Uparty jak Einstein

Koncepcje Lemaitre’a (swoją teorię nazwał Hipotezą Pierwotnego Atomu) traktowano z pobłażaniem. Lemaitre nie był fizykiem, tylko matematykiem. Gdy spotkał się z Einsteinem (by przekonać go do swojej koncepcji początku wszechświata), ten stwierdził, że Lemaitrowi brakuje wiedzy z zakresu fizyki. To co mówił Lemaitr było w zasadniczej sprzeczności z tym, co powszechnie w jego czasach sądzono. Lemaitr często spotykał się z argumentem, że jego hipoteza jest błędna, bo nawet z rachunków Alberta Einsteina wynika, że wszechświat jest statyczny. No tak, ale z rachunków… nieco „podkręconych”.

Jeszcze na początku lat 20tych XX wieku, za wyjątkiem garstki badaczy spoza głównego nurtu, uważano, że wszechświat jest stały. I wtedy do największego ówcześnie ośrodka astronomicznego, do obserwatorium na górze Wilsona w Kalifornii przyjechał Edwin Hubble. Był już znany w środowisku astronomów jako niepokorny badacz, który ma dosyć oryginalne poglądy. Hubble’a twierdził bowiem, że niewyraźne obłoczki pomiędzy gwiazdami, które obserwowano przez działające już wtedy niemal na całym świecie teleskopy, to nie większe skupiska pyłu międzygwiazdowego czy bliżej nieokreślone mgławice, tylko osobne galaktyki. Pogląd ten był nawet bardziej niż oryginalny, bo powszechnie uważano wtedy, że we wszechświecie jest tylko jedna galaktyka. Galaktyka Drogi Mlecznej.

Hubble odkrywca

Jednym z pierwszych bardzo wyraźnych zdjęć galaktyki jakie Hubbleowi udało się zrobić było zdjęcie galaktyki Andromedy. Świat, nie tylko naukowy był w szoku, gdy Hubbleowi udało się obliczyć (na podstawie pomiaru jasność gwiazd), że najbliższa galaktyka znajduje się ponad milion lat świetlnych od nas. To jedno obliczenie, ta jedna obserwacja „rozszerzyło wszechświat” o miliony, miliardy razy. Hubble odmienił nasze rozumienie wszechświata. Hubble pokazał, że wszechświat to ogromny kosmos, a nasza galaktyka jest niepozornym okruszkiem.

Ale na tym się nie skończyło. OK., wszechświat może i jest o miliardy razy większy niż nam się wydawało, ale czy jest stacjonarny czy dynamiczny – pytano. Kilka lat obserwacji dalszych i bliższych galaktyk pozwoliło Hubble’owi na sformułowanie prawa, które przewróciło do góry nogami wiedzę na temat wszechświata. Analizując światło galaktyk, astronom zauważył, że one się poruszają. Odkrył że czym odleglejsza galaktyka, tym szybciej się od nas oddala. Jeżeli wszystkie galaktyki się od nas oddalają, jeżeli wszystkie oddalają się od siebie, wszechświat się rozszerza. Innego wytłumaczenia nie ma. Łatwo to można sobie wyobrazić. Gdy namalujemy na powierzchni słabo napompowanego balonika kilka kropek a następnie zaczniemy go nadmuchiwać (rozszerzać), kropki zaczną się od siebie oddalać.

Lemetre tryumfuje

W 1931 roku spotkało się trzech badaczy, którzy są chyba głównymi bohaterami tej historii. Hubble, Einstein i Lemetre. To w czasie tego spotkania powstały podstawy współczesnej kosmologii. To wtedy Einstein przekonał się do koncepcji wszechświata dynamicznego. To wtedy zrozumiał swój błąd. I to wtedy stałą kosmologiczną nazwał „największą pomyłką życia”. Trudno mu się dziwić. Wiele lat wcześniej, gdy pracował nad Ogólną Teorią Względności matematyka, jak na tacy podała mu prawdziwy obraz wszechświata. On jednak nie uwierzył.

Jeżeli galaktyki oddalają się od siebie, znaczy, że wczoraj były bliżej siebie, niż są dzisiaj. A rok temu? A milion lat temu? To co Hubble zaobserwował i to co wynikało z równań Ogólnej Teorii Względności (przed tym, gdy Einstein dodał do nich stało kosmologiczną), potwierdzało koncepcję jaką od początku forsował Georges Lemaitre. Wszechświat był kiedyś skupiony w jednym, nieskończenie gęstym punkcie. Lemaitre ten punkt nazwał pierwotnym atomem. W 1947 roku amerykański kosmolog pochodzenia rosyjskiego George Gamow opracował matematyczne podstawy koncepcji Lemaitra. Całość została ochrzczona Teorią Wielkiego Wybuchu (ang. Big Bang).

Obserwacje Hubble’a nie wszystkich jednak przekonały. Nie chodziło o to, że w nie nie uwierzono, ale uważano, że wyciągnięto z nich nieprawdziwe wnioski. W 1948 roku powstała Teoria Stanu Stacjonarnego. W największym skrócie mówi ona, że co prawda galaktyki się rozszerzają, ale w pustych przestrzeniach pomiędzy nimi cały czas powstaje materia.  W ten sposób próbowano pogodzić ogień i wodę. Wszystko się rozszerza, ale gęstość wszechświata pozostaje stała, bo nieustannie produkowana jest nowa materia. Jak to się dzieje i gdzie ona powstaje? To były pytania bez odpowiedzi.

Gamow przewiduje

To wtedy nastąpił symboliczny kres koncepcji stanu stacjonarnego. Pogrzeb wizji wszechświata niezmiennego, statycznego.

Promieniowanie reliktowe to echo Wielkiego Wybuchu i jedyny sposób by zajrzeć w historię tak odległą. Promieniowanie, które teraz potrafimy rejestrować to nic innego jak resztki światła, które emitował rozgrzany i potwornie ściśnięty młody wszechświat. Tak jak żarzące się włókno żarówki czy rozgrzany do czerwoności rozpalony w ogniu metalowy pręt. Poświata Wielkiego Wybuchu wydostała się z gorącej zupy materii dopiero, gdy zaczął się z niej formować przezroczysty gaz atomów. Szacuje się, że było to ok. 380 tyś lat po Wielkim Wybuchu. Gdy skonstruowano odpowiednie anteny, w którąkolwiek ze stron je kierowano, zawsze rejestrowano podobny szum. Hałas radiowy nie ustawał. Tak było na powierzchni Ziemi. W 1989 roku w przestrzeń kosmiczną wysłano satelitę COBE (Cosmic Background Explorer). I potwierdziło się to co przewidywał Gamow. Wszechświat jest wypełniony promieniowaniem, poświatą Wielkiego Wybuchu. COBE zarejestrował coś jeszcze. Wspomniane promieniowanie nie jest jednorodne. Te niewielkie różnice odpowiadają strukturom, które formowały się we wczesnym wszechświecie.  Chłodniejsze rejony (na większości z map zaznaczane kolorem niebieskim) to miejsca gdzie materia w niemowlęcym okresie życia wszechświata skupiała się tworząc galaktyki. W połowie 2001 roku w przestrzeń została wystrzelona sonda WMAP. Następca COBE. Z większą dokładnością, potwierdziła to, co zmierzyła misja COBE.

 

Jak w ciągu 90 lat zmienił się wszechświat?

  • Rok 1917 – Albert Einstein do równań Ogólnej Teorii Względności wprowadza stałą kosmologiczną. „Dzięki” niej wszechświat staje się statyczny.
  • Rok 1923 – Edwin Hubble odkrył, że Droga Mleczna to zaledwie mały wycinek Wszechświata.
  • Rok 1927 – Belgijski ksiądz i matematyk Georges Lemaitre prezentuje Hipotezę Pierwotnego Atomu, która później została ( w założeniu złośliwie) ochrzczona jako Big Bang.
  • Rok 1931 – Edwin Hubble zaobserwował, że galaktyki oddalają się od Ziemi tym szybciej, im dalej się znajdują. Wszechświat jest jednak dynamiczny. Einstein wprowadzenie stałej kosmologicznej nazwał “największą pomyłką życia”.
  • Rok 1948 – George Gamow stwierdza, że jeżeli Wielki Wybuch rzeczywiście miał miejsce, kosmos musi być wypełniony tzw. mikrofalowym promieniowaniem tła.
  • Rok 1964 – zarejestrowanie mikrofalowego promieniowania tła, upadek konkurencyjnej do Wielkiego Wybuchu koncepcji wszechświata stacjonarnego.
  • Lata 70te XX wieku – dokładna analiza rotacji galaktyk budzi wątpliwości co do ilości materii w nich zawartych. Bez istnienia ciemnej materii, nie można wytłumaczyć budowy wszechświata. Dalsze prace potwierdzają, że ciemnej materii jest wielokrotnie więcej niż tej „zwykłej”, widzialnej.
  • Rok 1989 – wystrzelenie na orbitę okołoziemską pierwszego satelity zbudowanego wyłącznie do badań kosmologicznych. Zadaniem COBE (Cosmic Background Explorer) było wykonanie pomiarów kosmicznego promieniowania tła.
  • Rok 1990 – na orbitę okołoziemską wystrzelony zostaje teleskop Hubble’a – jedno z najważniejszych narzędzi współczesnej nauki służące do badania losów wszechświata.
  • Rok 2003 – Prezentacja obrazu mikrofalowego promieniowania tła całego wszechświata wykonanego przez satelitę WMAP (doskonalszego następcę misji COBE). – „ Ten obraz jest jednym z najważniejszych rezultatów naukowych w historii ludzkości” – powiedział rzecznik NASA.

A po więcej ciekawych informacji o Einsteinie odsyłam do nowego serialu National Geographic pt. „Geniusz”. Premiera 23 kwietnia o 21.30.

1 komentarz do Jak to się zaczęło?

Uważaj jak chodzisz

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Amerykańska firma Visionics opracowała system który potrafi analizować twarze. Zainstalowany w centrum monitoringu miejskiego (czy lotniskowego) „wyławia” z tłumu przechodniów osoby które ma w swojej bazie danych. Rozpoznaje je po rozstawie oczu, kształcie ust czy wysokości czoła. Czy istnieje lepszy sposób na znalezienie osoby poszukiwanej ?

Chód świetlnych punkcików

Oprogramowanie Visionics, ale także aplikacje wielu innych firm zajmujących się szeroko rozumianym bezpieczeństwem, potrafi znacznie więcej. Automatycznie wykrywa osoby, po… sposobie chodzenia. Może np. z tłumu wyłowić osobę, która pod kurtką niesie coś ciężkiego. Jak to robi ? Za dogłębne przeanalizowanie chodu kobiet i mężczyzn zabrali się badacze z Southern Cross Univeristy w Coffs Harbour (w Australii). Wyniki ich badań opublikował tygodnik “New Scientist” oraz czasopismo “Current Biology” (vol 18, R728-R729). Czy kobiety i mężczyźni poruszają się inaczej ? To oczywiste, ale jak matematycznie opisać i zmierzyć te różnice ? Najpierw naukowcy sfilmowali chód 50 kobiet i 50 mężczyzn, a następnie, komputerowo każdy staw (biodrowy, barkowy, łokciowy,…) badanej osoby zaznaczyli jako świecący punkt. Z filmu przedstawiającego poruszającą się postać powstała animacja poruszających się punktów świetlnych, a równocześnie biblioteka chodów ludzkich. Zbiór sposobów w jakich poruszają się ludzie.

Okazało się, że nawet powierzchowna analiza pozwala wyłapać charakterystyczne cechy męskiego i żeńskiego chodu. To ważne, bo jeżeli problem da się opisać matematycznie, jest też nadzieja, że uda się go przełożyć na język rozumiany przez komputery. Po sposobie chodzenia można też określić wiek obserwowanego. Głębsza analiza pozwala powiedzieć w jakim jest nastroju i czy jest zmęczony, jakie ma wady postawy i czy dźwiga coś ciężkiego. Stosunkowo łatwo jest też określić czy obserwowany kuleje czy tylko udaje (to ważne wtedy gdy ktoś chciałby zmylić system monitoringu). Te wszystkie informacje są niezwykle ważne dla służb, która zajmują się bezpieczeństwem, ale mogą być też wykorzystywane przez psychologów.

Odchodzi czy przychodzi

Szef grupy badaczy Rick van der Zwan chód najbardziej kobiecy porównał do poruszania się koni w czasie parady. Zauważył, że panie podnoszą wysoko kolana a stopy stawiają jedna za drugą w tej samej linii. Jak zatem wygląda chód typowo męski ? Wg autorów badań można go porównać do toczenia się.

Przy okazji badań badacze zauważyli bardzo ciekawą prawidłowość. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala. Dlaczego tak się dzieje ? Trudno powiedzieć, ale autorzy spekulują, że odpowiedzi należy szukać w ewolucji. – Gdy zauważymy mężczyznę i nie mamy pewności czy się do nas zbliża czy oddala, lepiej założyć to pierwsze – powiedział Zwan. Dlaczego ? Bo naszym dalekim przodkom bezpieczniej było w takiej sytuacji przygotować się do ucieczki albo konfrontacji niż później żałować. Dlaczego w takim razie chód kobiecy kojarzy nam się z oddalającą postacią ? Choć to znowu przypuszczenie, autorzy także w tym przypadku wskazują na ewolucję. “Kiedy jest się małym dzieckiem i nie do końca jest się pewnym czy mama stoi przodem do nas czy odchodzi, prawdopodobnie bezpieczniej jest założyć, że jednak odchodzi, aby być gotowym do pójścia za nią” – tłumaczy van der Zwan.

Kto zwraca uwagę na chód ? Modelki, aktorzy,… Okazuje się, że nawet ze stawiania nogi za nogą specjaliści potrafią wyciągnąć zaskakujące wnioski. Wnioski dotyczące nas dzisiaj i nas przed wieloma wiekami.

Tomasz Rożek

Brak komentarzy do Uważaj jak chodzisz

Smog? Bez spiny, jest super!

Na portalu TwojaPogoda.pl pojawił się kilka dni temu artykuł pt. „Histeria z powodu smogu. Kto ją wywołuje i dlaczego?” No właśnie. Kto histeryzuje? Po co? I kto na tym zyskuje?

Na portalu TwojaPogoda.pl pojawił się kilka dni temu artykuł pt. „Histeria z powodu smogu. Kto ją wywołuje i dlaczego?” No właśnie. Kto histeryzuje? Po co? I kto na tym zyskuje?

Pod artykułem nie podpisał się autor, wiec rozumiem, że to tekst redakcyjny. Dziwię się, że portal, który sam wielokrotnie ostrzegał przed powietrzem złej jakości (np. „Rekordowy smog spowija Polskę. Trujący każdy wdech” z 2017-01-08), sam wielokrotnie opisywał tragiczne skutki oddychania zatrutym powietrzem (np. „Smog w stolicy Iranu zabija tysiące ludzi” z 2007-08-03), dzisiaj postanowił odwrócić smoga ogonem.

Zrzut ekranu 2017-02-19 o 18_Fotora

Tekst można streścić do następujących punktów:

  1. Kiedyś było gorzej.
  2. Na Zachodzie wcale nie jest tak czysto.
  3. Ekologiczne lobby jest na pasku producentów pieców.
  4. Smogu nie trzeba się obawiać.

No to po kolei.

Ad1. Kiedyś było gorzej. Tak, kiedyś było znacznie gorzej. Choć to dzisiaj jest więcej rakotwórczych dioksyn i furanów niż kiedyś. Ale nawet gdyby dzisiaj stężenia wszystkich szkodliwych substancji były niższe niż powiedzmy 20 lat temu, czy to automatycznie oznacza że jest super? No nie. Trzeba spojrzeć w statystyki i w pomiary. I okazuje się, że super nie jest. Że jest źle. I to bardzo. To, że niektórzy obudzili się dopiero wczoraj nie oznacza że kiedyś smogu nie było. Oznacza tylko… że niektórzy obudzili się wczoraj. Ani mniej, ani więcej. Organizacje ekologiczne od wielu lat mówią o zatrutym powietrzu. Tyle tylko, że dotychczas niewielu tego słuchało. W tym roku media informują o smogu częściej niż w poprzednich latach. Dlaczego? Dlatego, że Internet o tym więcej pisze, bo świadomość ludzi wzrosła. To system naczyń połączonych. Odczuwam osobistą satysfakcje, że i ja w budzeniu tej świadomości miałem swój udział publikując prosty pokaz z wacikiem i odkurzaczem. Zrobiłem to w pierwszych dniach stycznia. Choć powietrze było dużo gorsze w listopadzie i grudniu, przeważająca większość materiałów w mediach została zrobiona dopiero w styczniu. Do dzisiaj na różnych platformach moje video zobaczyło ponad 2 mln ludzi. Od tego czasu ten sam pokaz był powtarzany kilkukrotnie we wszystkich serwisach informacyjnych głównych stacji telewizyjnych.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad2. Na Zachodzie wcale nie jest tak czysto. Szczerze. Co mnie obchodzi jakie jest powietrze w Londynie, Brukseli czy Paryżu? Oddycham powietrzem w Warszawie albo na Śląsku. I to mnie obchodzi. Argumentowanie, że nie ma co panikować, bo za granicą nie jest wcale tak zielono jak mogłoby się wydawać, jest poniżej poziomu piwnicy.

Ale, podejmując wyzwanie… Jakość powietrza w stolicach zachodniej Europy jest dużo lepsza niż w miastach Polski. Znane są zestawienia mówiące, że to nasze miasta są w czołówce najbrudniejszych miast kontynentu. To, że w Niemczech spala się więcej węgla nie oznacza, że ten węgiel w większym stopniu zanieczyszcza powietrze. Bo,

  • w Niemczech węgiel nie jest palony w prywatnych piecach tylko w elektrowniach i elektrociepłowniach, a te zakłady (także w Polsce) mają filtry i nie dokładają się do smogu. Tymczasem w Polsce sporo węgla spala się w prywatnych piecach.
  • W Polsce nie obowiązują żadne normy dotyczące jakości węgla. W efekcie to u nas spala się węgiel wydobywany np. w Czechach, który tam nie mógłby zostać sprzedany.

Już wiesz redakcjo dlaczego argument o ilości spalanego w Niemczech i Polsce węgla jest jak kulą w płot?

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad3. Ekologiczne lobby jest na pasku producentów pieców. Gdy pisałem o elektrowniach jądrowych (uważam, że w Polsce powinny powstać), słyszałem, że jestem przeciwko górnictwu na pasku lobby jądrowego. Teraz słyszę, że opłaca mnie lobby producentów węglowych pieców, bo piszę i alarmuję na temat złej jakości powietrza. Robię to zresztą od wielu lat każdego roku w czasie sezonu grzewczego. W międzyczasie byłem na pasku przemysłu farmaceutycznego (tak, uważam, że szczepionki to jedno z największych osiągnieć ludzkości), oraz przemysłu biotechnologicznego (tak, nie znajduję naukowych dowodów przeciwko GMO).

Zarzucenie komuś, że jest skorumpowany jest bajecznie proste, ale intelektualnie dość małe. Redakcja TwojaPogoda.pl naprawdę wierzy, że ci, którzy ostrzegają przed złej jakości powietrzem są kupieni przez producentów nowoczesnych pieców? Dodam tylko, że po to by ulżyć powietrzu nie trzeba koniecznie pieca wymieniać. Dużo da przeczyszczenie przewodów kominowych. Sporo da odczyszczenie przed sezonem grzewczym, a nawet w trakcie jego trwania samego pieca i odpowiedni sposób składania ognia w piecu. Te czynności nic nie kosztują, a pozwalają oszczędzić pieniądze bo podnoszą sprawność pieca i instalacji. Nie jest wiec prawdą, że smog można zlikwidować tylko wymieniając stary piec na nowiutki. Jest wiele innych rozwiązań, a niektóre z nich przynoszą oszczędności. No ale tego z tekstu o histerii smogowej się nie dowiemy. Nie możemy się dowiedzieć, bo to złamałoby linię argumentacji redakcji, że ci, którzy piszą i mówią o smogu są w kieszeni producentów drogich pieców.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad4. Smogu nie trzeba się obawiać. Redakcja portalu twierdzi, że cała ta histeria ze smogiem została „opracowana przez niektóre organizacje” i „wcale nie chodzi [w niej]o ochronę naszego zdrowia”.

Był taki czas, kiedy uważano, że zdrowe jest naświetlanie się promieniami jonizującymi. I choć w pewnym momencie stało się jasne, że te mogą być źródłem raka, wiele osób dalej się naświetlało. Był taki czas, gdy twierdzono, że zdrowe jest palenie papierosów. Firmy tytoniowe przedstawiały opracowania które tego dowodziły. Przez lata dowodzono też, że ołów z benzyny nie ma nic wspólnego ze złym stanem zdrowia ludzi wdychających spaliny albo mieszkających niedaleko szlaków komunikacyjnych. Dzisiaj benzyny są bezołowiowe, na paczkach papierosów są ostrzeżenia o nowotworach spowodowanych paleniem a źródła promieniowania jonizującego są zamykane w pancernych szafach żeby nie wpadły w niepowołane ręce.

Nie ma w naszym ciele organu czy układu, który nie byłby narażony z powodu powietrza złej jakości. Są na to tysiące naukowych dowodów. Serce, płuca, ale także mózg. Układ hormonalny, układ nerwowy, krwionośny… Tam gdzie powietrze jest bardziej zanieczyszczone jest mniejsza masa urodzeniowa dzieci, a ludzie żyją krócej. Ocenia się że w Polsce każdego roku umiera z powodu powietrza złej jakości ponad 40 tys. osób. Szczególnie narażeni są chorzy (np. na astmę), osoby starsze i dzieci. „Smogu nie trzeba się obawiać”? W tekście z TwojaPogoda.pl znalazł się właśnie taki śródtytuł. Trzeba, i to bardzo. Dobrze, że coraz lepiej zdajemy sobie z tego sprawę. To, że są ludzie czy firmy, które na rosnącej świadomości robią pieniądze, to naturalne i oczywiste. Są firmy, które robią pieniądze na produkcji samochodowych pasów bezpieczeństwa i systemów ABS, choć gdy je wprowadzano mówiło się że to tylko sposób na wyciąganie pieniędzy z kieszeni klienta. Tam gdzie jest popyt tam pojawia się i podaż. Od nas, klientów, zależy czy damy się nabierać na tanie  sztuczki (np. maseczki) czy zdecydujemy się na rozwiązania, które problem rozwiązują choć w części.

Zanim zakończę, chciałbym jeszcze wyjaśnić trzy kwestie.

  1. Węgiel nie jest źródłem smogu. Źródłem smogu jest palenie węglem niskiej jakości i śmieciami w piecach, które nie są odpowiednio przygotowane do eksploatacji. Takie są fakty. Mówienie więc, że walka ze smogiem to walka z węglem jest bzdurą i niepotrzebnie rozgrzewa emocje. W Polsce kilka milionów ludzi żyje dzięki przemysłowi wydobywczemu. Ten przemysł jest przestarzały i zżerany wewnętrznymi problemami. Nie da się jednak (z wielu różnych powodów) po prostu wszystkich kopalń zamknąć. Węgiel może być czarnym złotem o ile wykorzystamy go w sposób nowoczesny i innowacyjny. Np. gazując pod ziemią, budując instalacje niskoemisyjne czy zeroemisyjne. Podkreślanie, że walka o czyste powietrze to walka z węglem, powoduje u milionów ludzi żyjących z wydobycia węgla (i przemysłu który z tym jest związany) automatyczną niechęć do działań mających na celu poprawę jakości powietrza.
  1. Wiarygodność pomiaru. „Jeśli na jednej ulicy pomiary wskazują na duże skażenie powietrza, wcale nie oznacza to, że w Twojej okolicy jest równie niebezpiecznie.” Nieprawdą jest, co pisze redakcja TwojaPogoda.pl, że pomiaru z jednej stacji nie można stosować do całego miasta. W przeciwieństwie do temperatury, która rzeczywiście może się szybko zmieniać, zanieczyszczenie powietrza jest dość jednorodne na większym obszarze. W Polsce nie mamy niedoboru stacji pomiarowych. A na tak duże miasto jak np. Warszawa wystarczy ich kilka, by wiarygodnie przedstawić jakość powietrza w mieście. Nawet jeżeli na danym obszarze znajdują się pojedyncze punkty pomiarowe, odpowiednie algorytmy (biorące pod uwagę wiele zmiennych) wyliczają stężenie prawdopodobne. Jest ono (a robi się takie testy) bardzo bliskie stężeniom rzeczywistym. Warto rzeczywiście zwrócić uwagę, by dane na których się opieramy (w tym dane w aplikacjach w telefonach komórkowych) pochodziły z oficjalnych stacji, a nie były zniekształcane przez mierniki prywatne albo komercyjne, których dokładność jest zła, albo bardzo zła.
  1. Skarga na Polskę. Niektóre organizacje ekologiczne za zanieczyszczone powietrze postanowiły złożyć na Polskę skargę do Komisji Europejskiej. Taki ruch uważam za totalnie antyskuteczny. Smogu nie pozbędziemy się (nie zminimalizujemy) dekretami rządu czy uchwałami samorządu, bo smog powstaje nie w dużych zakładach przemysłowych tylko w naszych prywatnych kominach i rurach wydechowych. Komisja Europejska może nałożyć na nas karę i co? I to nas, Polaków, przekona do zmiany głupich i szkodliwych przyzwyczajeń? Myślę, że raczej utwierdzi w przekonaniu, że Bruksela znowu nas atakuje. I z całą pewnością atakuje dlatego, że chce położyć łapę na naszym węglu. Składając skargę do Komisji Europejskiej niektóre organizacje ekologiczne właśnie dały do ręki argument tym, którzy ze smogiem nie mają zamiaru walczyć. Sorry, taki mamy klimat. 

Tomasz Rożek

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

4 komentarze do Smog? Bez spiny, jest super!

Type on the field below and hit Enter/Return to search