Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: atmosfera

Kiedy, gdzie i jak obserwować Krwawy Księżyc?

Gdzie zwrócić wzrok, o której godzinie rozpocznie się najciekawsze i czy trzeba do obserwacji krwawego Księżyca mieć z sobą jakikolwiek sprzęt?

Kiedy?

W najbliższy poniedziałek, od godziny 2 w nocy. Choć najciekawsze będzie się działo dopiero dwie godziny później. Kilka minut po godzinie 3 nad ranem tarcza Księżyca w całości będzie znajdowała się w tzw. strefie półcienia”. Ale na prawdę widowiskowo zacznie być dopiero o 4:11. Wtedy cały Księżyc będzie w cieniu Ziemi. Nie zniknie jednak tylko będzie się stawał coraz bardziej czerwony (z domieszką brązu). Do 4:47 tarcza Księżyca będzie stawała się coraz ciemniejsza, a od tego momentu z każdą chwilą będzie się rozjaśniała. O 5:23 nastąpi koniec fazy całkowitego zaćmienia. Strefę pełnego cienia, Księżyc opuści o 6:27.  W skrócie mówiąc to co najciekawsze wydarzy się pomiędzy 4:11 a 5:23 i potrwa 72 minuty.

Gdzie?

lunar_201509Krwawy Księżyc będzie w Polsce widoczny wszędzie. Zresztą nie tylko w Polsce, ale także w całej Ameryce Południowej, w prawie całej Ameryce Północnej i Afryce. Księżyc, a szczególnie Księżyc w pełni to bardzo duży i jasny obiekt, stąd będzie widoczny także w miejscach „zanieczyszczonych” sztucznym światłem, a więc np. w centrach miast. Oczywiście obserwacje będą lepsze, gdy będą prowadzone z dala od sztucznych świateł.

Całkowite zaćmienie Księżyca nastąpi w chwili gdy Srebrny Glob będzie nisko nad horyzontem. Oznacza to, że niczego nie zobaczymy np. górskich dolinach, albo w mieście, w otoczeniu wysokich budynków. Do obserwacji trzeba więc wybrać miejsce, w którym nie będzie przeszkód patrząc w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim i zachodnim. Optymalnie, gdyby takie miejsce było na wzniesieniu.

To, że Księżyc będzie nisko nad horyzontem spowoduje, że obserwacje będą ciekawsze. Oczywiście pod warunkiem, że niebo nie będzie przysłonięte chmurami.

Jak?

Księżyc jest tak dużym i jasnym obiektem, że bez problemu można do obserwować gołym okiem. Zwykłą lornetka, nie mówiąc o nawet najprostszym teleskopie będzie można zjawisko „zacieniania” Księżyca zobaczyć bardzo dokładnie. Tak samo jak będzie można z dużymi detalami oglądać obiekty na powierzchni Księżyca.

Dobrym pomysłem jest fotografowanie i filmowanie zjawiska. Podobnie jak z obserwacją, nie potrzeba do tego żadnego specjalistycznego sprzętu. Wystarczy zwykły aparat fotograficzny (nawet kompaktowy automat). Jedyne o co warto się zatroszczyć to statyw. Z reki obraz będzie nieatrakcyjny.

Zainteresowanym obserwacją i fotografowaniem Krwawego Księżyca polecam mój kolejny wpis. KLIKNIJ TUTAJ !!!

5 komentarzy do Kiedy, gdzie i jak obserwować Krwawy Księżyc?

Bajkał – zimne morze

Nad Bajkałem byłem w zimie. Śnieg mienił się jak diamenty, termometr wskazywał prawie minus 30 st C, a woda parowała tak, jak gdyby była gorąca.

Nad Bajkałem byłem w zimie. Śnieg mienił się jak diamenty, termometr wskazywał prawie minus 30 st C, a woda parowała tak, jak gdyby była gorąca.

W zasadzie była gorąca. Była o około 40 st. C cieplejsza niż otoczenie. Gorące lata na Syberii nagrzewają ogrom wody w Bajkale. Gdy przyjdzie zima, trzeba miesięcy, by jezioro tę energię oddało. Mimo kilkudziesięciostopniowego mrozu Bajkał zwykle zamarza dopiero na przełomie stycznia i lutego. Ale nawet gdy taflę pokryje czasami wielometrowa warstwa lodu, Bajkał nie przestaje czarować. Powolne zamarzanie wody powoduje, że zdążą z niej „uciec” wszystkie bąbelki powietrza. W efekcie lód staje się idealnie przezroczysty. W przeciwieństwie do lodu, który powstaje, gdy woda zamarza szybko. Ten ostatni jest matowy, jak gdyby mleczny. Wystarczy zobaczyć kostki lodu w zamrażalniku.

P1020173

 

 

 

 

 

 

Z pary odrywającej się od powierzchni wody, tworzą się nisko zawieszone chmury. Wznoszą się coraz wyżej, aż w końcu znikają gdzieś za horyzontem. Parująca woda osiada także na wszystkim co znajduje się w pobliżu brzegu jeziora.

Dziedzictwo przyrody

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Bajkał odkryli Polacy. Odkryli dla nauki. Mowa tutaj o polskich zesłańcach, głównie po powstaniu styczniowym. Oni jako pierwsi przeprowadzili profesjonalne i obiektywne badania samego jeziora i jego otoczenia, flory i fauny, a także pierwsze badania klimatyczne rejonu Bajkału. I tak, dzięki pracom Benedykta Dybowskiego, lekarza i przyrodnika, wiemy dzisiaj, że w jeziorze i jego najbliższym sąsiedztwie żyje 1500 gatunków zwierząt i około 1000 gatunków roślin. Prawie 80 procent z nich to endemity, czyli gatunki niewystępujące nigdzie indziej na świecie.

Tylko tutaj żyje nerpa, czyli słodkowodna foka, i omul – jedyna na świecie słodkowodna ryba z rodziny łososiowatych. Przykłady można długo mnożyć. Inny Polak, Aleksander Czekanowski, geolog i meteorolog, odkrył ogromne pokłady węgla i sporządził pierwsze profesjonalne archiwum danych pogodowych, z kolei Jan Czerski, geolog i paleontolog, jako pierwszy dokładnie opisał pasma górskie, znajdujące się wokół Bajkału. Ostatni z wielkich polskich badaczy, Wiktor Godlewski, jako pierwszy sporządził mapę dna jeziora. Do dzisiaj okazuje się, że zrobione 150 lat temu badania są potwierdzane pomiarami nowoczesnymi.

Bajkał zajmuje powierzchnię 31 500 kilometrów kwadratowych i wywiera ogromny wpływ na klimat dużego obszaru Syberii. Zimą podnosi temperaturę, latem ją obniża. Podnosi wilgotność atmosfery, a to ma ogromny wpływ na ilość opadów. To dzięki temu wokół jeziora występuje bardzo bogate i różnorodne życie. Samych roślin wodnych na brzegach jeziora żyje kilkaset gatunków. O bogactwie przyrody można pisać bez końca. Może wystarczy wspomnieć, że w 1996 roku Bajkał wraz z przyległymi obszarami został wpisany na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO.

Nieodrobiona lekcja

Ogromne bogactwo przyrody i krystalicznie czysta woda nie są oczywiście dane na zawsze. W 2013 roku zamknięto ogromny kombinat papierniczy, który regularnie wylewał do Bajkału ścieki. Nadal pracuje jednak wiele innych zakładów, także produkujących nawozy sztuczne. Do jeziora, pośrednio przez wpływające do niego rzeki, albo bezpośrednio, swoje ścieki wylewają miasta z dużego obszaru. Kilka lat temu istniało ogromne ryzyko wycieku do wód Bajkału ropy z rurociągu Syberia–Pacyfik. Ostatecznie jego trasę zmieniono, tak by rura przechodziła w pewnym oddaleniu od akwenu.

Zagrożeniem – bardziej dla terenów przybrzeżnych niż samego jeziora – jest turystyka. Bajkał każdego roku odwiedza kilkaset tysięcy ludzi. Widok ludzi myjących samochody w płytkich wodach jeziora, wycinających drzewa, po to, by założyć dziki kamping, czy urządzających sobie rajdy samochodowe po obszarach porośniętych zagrożonymi gatunkami roślin, nie jest niczym szczególnym. W oczy rzucają się także góry pozostawionych przez turystów śmieci. Ostatnio do tych zagrożeń doszło jeszcze jedno. Od wielu lat w Bajkale jest coraz mniej wody. Tegorocznej zimy jej poziom jest tak niski, że władze na Syberii ogłosiły stan wyjątkowy. W ciągu roku poziom wody spadł o 40 centymetrów. Ostatni raz taka okoliczność miała miejsce ponad 60 lat temu. Sytuacja jest dość trudna, ale wszyscy czekają do kwietnia. To wtedy powoli zaczynają topnieć śniegi w otaczających jezioro górach, a we wpływających do Bajkału rzekach przybywa wody. W kwietniu okaże się więc, czy niski poziom był tylko anomalią, czy jest trwałym trendem. Gdyby chodziło o ten drugi przypadek, trudno sobie wyobrazić zmiany – te krótkoterminowe i długoterminowe – jakie mogą czekać Syberię.

Nie do końca wiadomo, co jest powodem ubytku wody. Jak zawsze w takich sytuacjach czynników jest zapewne kilka. Ostatnie lato na Syberii było suche, ale tym nie da się wytłumaczyć aż tak dużego ubytku. Wiadomo też, że brzegi jeziora oddalają się od siebie, co w dłuższej perspektywie czasu musi mieć wpływ na poziom wody. Eksperci wskazują także na rabunkową gospodarkę wodną dużych zakładów przemysłowych i miast. Na rzekach, które doprowadzają wodę do jeziora, funkcjonują elektrownie wodne, a po to, by nieprzerwanie działały, trzeba budować zbiorniki retencyjne. Te mają wpływ na ilość wody w jeziorze. Niski poziom wody w Bajkale przyczynia się nie tylko do rozchwiania równowagi ekologicznej dużego obszaru, ale także może mieć wpływ na dostawy ciepła i prądu do miast, które wybudowane są wzdłuż brzegów rzeki Angara, w tym do sześciusettysięcznego Irkucka. Choć porównanie Bajkału do występującego dzisiaj w szczątkowej formie Jeziora Aralskiego jest mocno przesadzone, może warto by wyciągnąć wnioski z tego, co zdarzyło się na terenach dzisiejszego Kazachstanu i Uzbekistanu. Działalność człowieka w zaledwie kilkadziesiąt lat spowodowała praktycznie zniknięcie olbrzymiego jeziora, a także dewastację, a właściwie zamianę w pustynię ogromnych obszarów lądu.

P1020180
O Bajkale słów kilka

Bajkał może być jednym z najstarszych zbiorników wodnych na naszej planecie. Powstał kilkadziesiąt milionów lat temu w wyniku trzęsienia ziemi. To wtedy pomiędzy płytą amurską i płytą euroazjatycką powstało ogromne zagłębienie (ryft bajkalski), które zaczęło wypełniać się wodą. I nadal się wypełnia. Ten proces nie jest zauważalny gołym okiem, no chyba że… Pod koniec XIX wieku w rejonie Bajkału wystąpiło silne trzęsienie ziemi. W jego wyniku jezioro w jednej chwili powiększyło się. Powstała głęboka na 11 metrów zatoka Prował. Takie sytuacje to jednak rzadkość. Brzegi jeziora oddalają się od siebie, tak jak gdyby ciężar wody je rozsuwał. Płyty amurska i euroazjatycka odsuwają się. Każdego roku jezioro jest szersze o kilka centymetrów. Dzisiaj Bajkał ma objętość 23 400 kilometrów sześciennych (23,4 biliona metrów sześciennych wody). Powierzchnia jeziora stanowi 10 proc. powierzchni całej Polski, a jego długość (636 km) jest zbliżona do odległości pomiędzy Trójmiastem a Bieszczadami w linii prostej. Bajkał jest najgłębszym jeziorem świata, miejscami dno znajduje się około 1700 metrów poniżej tafli wody. Dla porównania, Bałtyk w najgłębszym miejscu ma 459 metrów. W Bajkale znajduje się około 20 proc. słodkiej wody całej planety.

Brak komentarzy do Bajkał – zimne morze

Papier czy plastik ?

Używanie której torby na zakupy ma mniejszy wpływ na środowisko – co byś odpowiedział? Pewnie, że papierowej. Ja bym taki całkiem pewny tego nie był.

Jedno jest pewne. Reklamówki czy ogólnie tworzywa sztuczne mogą być dla środowiska sporym wyzwaniem. Nie rozkładają się, w niektórych warunkach mogą być trujące. Np. wtedy gdy zostają spalone. Polska, na tle krajów europejskich, jest rekordzistą pod względem ilości zużywanych torebek foliowych. Tak jak średnia unijna wynosi niecałe 200 reklamówek na mieszkańca na rok, tak w Polsce zużywamy ich 466. Na drugim – niechlubnym miejscu – są Węgrzy z 425 torebkami na mieszkańca w ciągu roku. Ale np. nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy, statystycznie zużywają tylko 71 foliówek. W takich krajach jak Dania czy Finlandia, jednorazówki praktycznie w ogóle nie są znane. Gdyby na sprawę spojrzeć w kontekście całej Unii, okazuje się, że Europejczycy rocznie wyrzucają około 8 miliardów torebek plastikowych. Samo wyrzucanie nie jest jednak problemem, o ile miejscem do którego reklamówki trafiają jest kosz na odpady z tworzyw sztucznych. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy torby foliowe trafiają do lasu, pieca albo na wysypisko śmieci.

Polska na czele

Unia Europejska chce by do 2019 roku o 80 proc spadło zużycie torebek foliowych. Do 2017 r. zużycie reklamówek ma spaść o 50 proc. Chodzi o torebki jednorazowe, te z najcieńszego materiału. Łatwo powiedzieć, ale jak zrobić? No po brukselsku – chciałoby się rzec. Po prostu zakazać. Tyle tylko, że to nic nie da, a może nawet sytuację pogorszyć. Mowa bowiem cały czas o torebkach bardzo cienkich. Tych z grubszego tworzywa Unia nie chce zakazywać. Jeżeli w sklepie nie będzie jednorazówek, większość klientów zechce kupić torbę plastikową (teoretycznie) wielokrotnego użytku. Przy kolejnych zakupach torba zapewne zostanie jednak w domu, a przy kasie zostanie kupiona kolejna. Negatywny wpływ reklamówek z grubszego tworzywa na środowisko jest większy. I nawet gdyby za reklamówki wielokrotnego użytku trzeba było płacić… Czy kwota kilku czy kilkunastu groszy jest na tyle wysoka, by nauczyć klientów chodzenia na zakupy z własną torbą? To raczej mało prawdopodobne.

Alternatywą dla plastiku są torby materiałowe albo papierowe. Te pierwsze są bardzo trwałe. Nasze babcie i mamy często same robiły takie torby np. na szydełku, czy szyły je z niepotrzebnych już skrawków materiału. To było racjonalne zarówno ekologicznie jak i ekonomicznie. Tyle tylko, że dzisiaj tego nikt nie robi. Co z papierem? To mit, że torba papierowa jest dla środowiska neutralna. Prawdę mówiąc pod wieloma względami może być bardziej obciążająca niż plastikowa. Produkcja torby papierowej powoduje o 70 proc. większe zanieczyszczenie powietrza (1) oraz o 80 proc. większą emisję gazów cieplarnianych (2) niż produkcja torby plastikowej. Papier w trakcie produkcji o 50 proc. bardziej (3) zanieczyszcza wodę niż plastik. Produkcja torby papierowej pochłania cztery razy więcej energii (4) i trzy razy więcej wody (5) niż produkcja torby plastikowej. Proces recyklingu papieru zwykle kosztuje więcej energii niż produkcja nowej torby (6). Potrzeba ponad 90 proc. więcej energii (7) by przetworzyć kilogram papieru niż kilogram plastiku.

Babcie miały rację

Coś, co jest często wymieniane jako zaleta papierowych toreb czy opakowań, może być równocześnie ich wadą. Papier jest nietrwały. Innymi słowy, wytworzenie papierowej torby kosztuje energię i wodę, oznacza także korzystanie z wielu środków chemicznych. I to wszystko po to, by torba była wykorzystana tylko jeden raz! To prawda, że torby papierowe szybko się rozkładają. Ale ten rozkład w pewnym sensie oznacza marnotrawstwo. Pod tym względem dużo lepiej korzystać z toreb plastikowych. Jest tylko jeden warunek. Gdy taka torba ulegnie  zniszczeniu, powinna zostać przetworzona. W środowisku naturalnym będzie bowiem zalegać przez dziesiątki a nawet setki lat. To nie produkt jest problemem, tylko sposób w jaki z niego korzystamy.

Plastikowe śmieci stanowią około 20 proc. odpadów na wysypiskach śmieci. Torby foliowe około 1 proc. Są lekkie i dlatego są rozwiewane przez wiatr. Drażnią oko w lesie czy na drzewach. Drażnią nos, gdy są spalane. Ale ich użycie i wykorzystanie to nie ślepa uliczka konsumpcjonizmu. Opakowania plastikowe nie mają sobie równych! To dzięki nim produkty żywnościowe zachowują dłużej świeżość. Samochody zrobione z blachy i drewna byłyby drogie i niebezpieczne. W szpitalach bez tworzyw sztucznych nie dałoby się zachować sterylności. Są trwałe i to w pewnym sensie przysparza im wrogów. Bo w świecie w którym żyjemy to nie trwałość się liczy, tylko częsta zamiana. I tu pojawia się problem. Bo za chęcią zmiany nie idzie w parze świadomość segregowania śmieci. I świadomość tego, że tworzywa sztuczne są cennym surowcem wtórnym. Można je wykorzystać jako paliwo lub przerobić na granulat i używać do produkcji worków na śmieci, ubrań a nawet płyt chodnikowych. Wyrzucanie plastików na wysypiska czy do lasu jest nie tylko karygodne z ekologicznego punktu widzenia, ale przede wszystkim ekonomicznego. Tworzywa sztuczne, także te z których wykonane są woreczki foliowe, są magazynem energii i surowców. W końcu tworzy się je z węgla i ropy naftowej.

Podsumowując (8): Zakazywanie produkcji czy wydawania w sklepach plastikowych torebek nie ulży środowisku, a może pogorszyć jego stan. Bo choć cieniutkich torebek będzie mniej, ich miejsce zajmą torby papierowe albo plastikowe zrobione z grubej folii. A negatywny wpływ na środowisko naturalne tych ostatnich jest dużo większy niż foliówek (9). Jakie jest zatem wyjście? Edukacja i segregacja. No i powrót do czasów naszych babć, które na zakupy zawsze chodziły ze swoją siatką.

14 komentarzy do Papier czy plastik ?

Co powiedzieli na Księżycu?

Wreszcie wiadomo, co powiedział pierwszy człowiek, stawiając stopę na Księżycu. Przez cztery dziesięciolecia byliśmy w błędzie, choć złe tłumaczenie na polski wpadkę Armstronga tuszowało. A było tak.

Wreszcie wiadomo, co powiedział pierwszy człowiek, stawiając stopę na Księżycu. Przez cztery dziesięciolecia byliśmy w błędzie, choć złe tłumaczenie na polski wpadkę Armstronga tuszowało. A było tak.

Apollo 11 wystartował 16 lipca 1969 roku. Po 4 dniach, 4 godzinach i 20 minutach lądownik LM z Nailem Armstrongiem i Edwinem Aldrinem odłączył się od modułu dowodzenia, który przez następnych ponad 27 godzin orbitował wokół Srebrnego Globu. 20 lipca „Orzeł wylądował” w okolicach Morza Spokoju. Odpoczynek, posiłek, kontrola wszystkich systemów lądownika oraz ustawienie ich do pozycji startowej – w końcu po 6 godzinach i 40 minutach od wylądowania astronauci wyszli na zewnątrz, a świat usłyszał… I tutaj zaczynają się rozbieżności. Na Ziemi, w kwaterze NASA, wśród trzasków i gwizdów transmisji radiowej usłyszano: that’s one small step for man, one giant leap for mankind. Ale to zdanie nie ma sensu. Oznacza mniej więcej tyle co: to mały krok dla ludzkości, ale ogromny skok dla ludzkości. Czyżby Armstrong czegoś zapomniał? W jego wypowiedzi brakuje jednej litery. Litery „a”. Bo gdyby powiedział: „that’s one small step for a man, one giant leap for mankind”, oznaczałoby: „to mały krok dla człowieka, ale ogromy skok dla ludzkości”.

– Mam nadzieję, że historia wybaczy mi zgubienie jednej sylaby – mówił Armstrong. Równocześnie podkreślał, że wydaje mu się, że pechowe „a” powiedział, stawiając lewą nogę na Księżycu. I miał rację. Wymyślone przez sztab ludzi zdanie (choć Armstrong twierdzi, że sam na nie wpadł) zostało wypowiedziane prawidłowo, tylko usłyszane błędnie. Winę ponosi transmisja radiowa, której jakość w 1969 roku była co najmniej wątpliwa. Zgubioną literkę znalazł Peter Ford, informatyk z Australii i właściciel firmy Control Bionics. Jego praca polega na tworzeniu systemów, które osobom głuchoniemym umożliwiają porozumiewanie się ze światem. Według Forda, pierwsza część sławnego zdania trwała 3,5 sekundy, a to przy ówczesnej technologii komunikacji radiowej przynajmniej o 10 razy za szybko, żeby „a” na Ziemi zostało usłyszane. To że nie było słyszalne, nie oznacza jednak, że nie było „obecne” w ścieżce dźwiękowej. Po dwóch tygodniach poszukiwań, Ford znalazł ślad niesłyszalnego „a”. – Nie mieściło mi się w głowie, że osoba tak opanowana i precyzyjna jak Armstrong mogła nie zapamiętać poprawnie jednego zdania – powiedział pytany o powody rozpoczęcia analizy słów z Księżyca. Jedna litera może czasami bardzo dużo zmienić.

kamera

Choć od lądowania na Księżycu minęło już ponad 45 lat, do dzisiaj misje Apollo mogą być źródłem zaskoczenia. Kilkanaście dni temu dokonano odkrycia niemalże archeologicznego. Takie odkrycia zwykle kojarzą się z wykopaliskami czy przeszukiwaniem ruin, ale na pewno nie z porządkami w szafie. Tym razem było jednak inaczej. Wdowa po astronaucie Neilu Armstrongu, tym samym, który jako pierwszy człowiek stawiał nogę na Księżycu, znalazła w jego szafie kamerę, którą zarejestrowano pierwsze kroki ludzi na Srebrnym Globie. Kamera nie była elektroniczna jak te dzisiaj używane, a obraz rejestrowała na 16mm taśmie filmowej. Urządzenie i wiele innych pamiątek z lotu Apollo 11 kobieta znalazła na dnie szafy w płóciennej torbie. Zanim Armstrong wyszedł z lądownika, trzymaną w ręku kamerą rejestrował moment zbliżania się lądownika „Eagle” (Orzeł) do powierzchni Księżyca. – Ta kamera zarejestrowała jedne z najważniejszych zdjęć XX wieku – powiedział Allan Needell z National Air and Space Museum, instytucji, której wdowa po Armstrongu przekazała cenne znalezisko.

Neil Armstrong zmarł w 2012 r.

10 komentarzy do Co powiedzieli na Księżycu?

Żyć albo nie żyć

Na Marsie znajdowane są kolejne dowody na to, że nie tylko było tam sporo wody, ale występowało także życie. Niewykluczone, że wciąż tam się znajduje.

Na Marsie znajdowane są kolejne dowody na to, że nie tylko było tam sporo wody, ale występowało także życie. Niewykluczone, że wciąż tam się znajduje.

Badania kosmosu bardzo rzadko dają jednoznaczną odpowiedź na postawione pytanie. To raczej sztuka zbierania skrawków informacji, z których żadna nie jest rozstrzygająca, ale wszystkie razem dają obraz sytuacji.

Woda była czy nie?

Tak jest niemal ze wszystkim. Ale zatrzymajmy się na Marsie. Czy jest woda na Marsie? Tak, jest. Wiemy to dzisiaj, ale musiały minąć długie lata, by móc tak jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Bo czy dowodem jest to, że z orbity widać struktury, które wyglądają jak wyschnięte koryta rzek? Czy dowodem jest to, że gdzieniegdzie – na zdjęciach z orbity – widać pojawiające się jak gdyby strużki wody? Szczególnie na nasłonecznionych zboczach gór. Czy dowodem na istnienie zamarzniętej wody są czapy czegoś białego na marsjańskich biegunach albo po prostu teoria, która mówi, że woda na Marsie być powinna? Żaden z wyżej wymienionych faktów sam w sobie o niczym nie świadczy. Ale wszystkie one razem powodują, że dzisiaj fakt istnienia wody na Czerwonej Planecie nie jest podawany w wątpliwość. Do tego dochodzi jeszcze jeden eksperyment, a mianowicie wykrycie pary wodnej w bardzo rzadkiej marsjańskiej atmosferze. A co z życiem?

Tym dawnym i tym obecnym? Sytuacja wygląda bardzo podobnie. To, że w znalezionym na Ziemi meteorycie pochodzącym z Marsa są ślady funkcjonowania żywych organizmów, o niczym nie musi świadczyć. Bakterie mogły do niego wejść, gdy skała była już na Ziemi. Istnienie wody i warunków (temperatura, promieniowanie, ciśnienie), które umożliwiały istnienie życia, także nie jest żadnym dowodem. Podobnie jak to, że na Marsie znajdowane są skały niemal identyczne jak skały osadowe pochodzenia biologicznego na Ziemi. Na to nakłada się teoria, która mówi, że w części, a być może nawet w całości życie czy elementy składowe życia na Ziemię przyniosły komety. Ale czy z tego faktu wynika, że na Marsie było życie? Może rzeczywiście komety tam uderzały, ale nie da się sprawdzić, czy najprostsze komórki tam się rozwinęły. I podobnie jak z wodą: żaden z tych argumentów sam z siebie o niczym nie świadczy, ale wszystkie równocześnie… Badania kosmiczne są jak puzzle – żaden nie zdradzi, co kryje cały obraz, ale im więcej mamy ich w ręku, tym więcej wiemy o świecie, który opisują. Właśnie znaleziono kolejny klocek. Niezwykle ważny i pasujący do poprzednich. Tym klockiem jest metan.

Co z tym życiem?

Ściślej rzecz biorąc, nie tyle metan, ile szybkie zmiany jego stężenia. O tym, że w niezwykle rzadkiej marsjańskiej atmosferze znajdują się niewielkie ilości metanu, wiedziano od dawna. Problemem było jego pochodzenie. Metan może powstawać na wiele różnych sposobów, ale na Ziemi niemal wszystkie związane są z działalnością organizmów żywych. Metan – zwany czasami gazem błotnym – składa się z atomu węgla i czterech połączonych z nim atomów wodoru (jego wzór to CH4). Jest bezwonny i bezbarwny. Skąd się wziął na Marsie? To jest właśnie pytanie za milion dolarów. A może nawet za 100 milionów. Amerykański łazik marsjański Curiosity nad wywierconym przez siebie otworem wykrył dziesięciokrotny wzrost stężenia metanu. Otwór nie był zbyt głęboki, metan zaczął się ulatniać z gruntu, który znajduje się zaraz pod powierzchnią. Do odkrycia doszło podczas badań wewnątrz 154-kilometrowego krateru Gale. W warunkach ziemskich metan jest w 95 proc. pochodzenia organicznego i związany ściśle z cyklem życiowym roślin i zwierząt. Ten fakt o niczym jeszcze nie przesądza. Po pierwsze dlatego, że pozostałe 5 proc. to produkcja metanu w procesach geologicznych. A po drugie kto powiedział, że znamy wszystkie procesy produkcji metanu? Być może na Marsie mają miejsca takie, których na Ziemi nie ma. – Te okresowe znaczne wzrosty zawartości metanu w atmosferze, tj. szybki wzrost, a później spadek, wskazują, że ich źródło musi być stosunkowo niewielkie – przypuszcza Sushil Atreya z Uniwersytetu Stanu Michigan, który bierze udział w projekcie Curiosity. – Może być wiele źródeł, biologicznych i niebiologicznych, takich jak np. reakcje zachodzące między wodą i skałami – dodał.

Podsumowując. Co wiemy nowego? Jeden z marsjańskich łazików wykrył szybko zmieniające się stężenie metanu. Czy to znaczy, że znaleziono tam życie? Nie! Czy to znaczy, że było tam kiedyś życie? Nie! W takim razie co to znaczy? Tylko tyle, albo aż tyle, że mamy kolejny kawałek układanki. Nie znamy jeszcze pełnego obrazu, ale wydaje się, że jest na nim planeta, która kiedyś obfitowała zarówno w płynną wodę, jak i w życie. Planeta, na której to życie przetrwało do dzisiaj.

Brak komentarzy do Żyć albo nie żyć

Bombardowanie z kosmosu

Małe asteroidy o średnicy około 1 metra wpadają w naszą atmosferę zadziwiająco często. NASA właśnie opublikowała raport dotyczący „bombardowania Ziemi” w latach 1994 – 2013.

Jednometrowe obiekty wpadają w atmosferę średnio co dwa tygodnie! Mniejszych obiektów nawet nie sposób policzyć. Miejsca w których dochodzi do kolizji są rozrzucone mniej więcej równomiernie po całej planecie. Z trwających 20 lat badań wynika, że w tym czasie zarejestrowano przynajmniej 556 przypadków bolidów, czyli dużych obiektów kosmicznych w atmosferze. Ich energia wynosi czasami setki miliardów dżuli. Jednym z nielicznych – w ostatnich latach – takich przypadków o którym mamy świadomość był meteor czelabiński, który w połowie lutego 2013 roku wywołał panikę nie tylko w Czelabińsku na Syberii. Jego energia wynosiła mniej więcej tyle ile energia pół miliona ton trotylu.

Meteor czelabiński zanim wszedł w ziemską atmosferę miał wielkość około 20 metrów. Rosnąca gęstość gazowej powłoczki Ziemi spowodowała jednak, że obiekt rozpadł się na mniejsze. To samo dzieje się z większością obiektów o średnicy około metra. Choć ich resztki nie „spalają” się w atmosferze całkowicie, zwykle nie są groźne dla ludzi. A wracając do wydarzenia z Czelabińska. Nawet eksperci uważali wtedy, że częstotliwość takich zdarzeń jest niewielka. Tymczasem okazuje się, że jest inaczej. Z danych NASA wynika, że obiekt podobny do czelabińskiego wchodzi w naszą atmosferę co kilka (a nie kilka tysięcy) lat. Obiekt wielkości boiska sportowego wchodzi w atmosferę średnio raz na 5000 lat. Obiekty wielkości samochodu osobowego „nawiedzają nas” średnio raz w roku. Obiekty mniejsze, o średnicy rzędu jednego metra wpadają średnio co dwa tygodnie. Te mniejsze, jeszcze częściej. Na powierzchnię Ziemi każdej doby spada ponad 100 ton kosmicznej materii. To, że mniejsze obiekty nie docierają do powierzchni planety to jasne. Ziemska atmosfera działa jak mechanizm hamujący. Ogromna energia kosmicznego obiektu jest „wytracana” ale nie znika, tylko zamieniana jest na ciepło, na ogrzewanie obiektu, a ten albo rozpada się na drobny maczek, albo po prostu topi się i wyparowuje. To dotyczy także obiektów dużych, tych metrowych. Przeważająca większość z nich rozpada się w górnych warstwach atmosfery pod wpływem dużej zmiany ciśnienia przy wchodzeniu atmosfery. Mniejsze obiekty albo topią się, albo spadają jako niegroźnie małe. Poza tym, 2/3 powierzchni planety pokryta jest oceanami, a całkiem spora pustyniami i lasami, w skrócie tereny niezamieszkałe stanowią dużą większość  obszarów Ziemi. Jakiekolwiek uderzenie pozostaje tam niezauważone.

Obiekty wielkości ziarenka piasku, o ile wejdą w ziemską atmosferę w nocy, są łatwo zauważalne nawet gołym okiem. Większe to tzw. bolidy, świecą jaśniej niż Wenus. Co ciekawe, to świecenie nie wynika z tarcia obiektu kosmicznego o cząsteczki gazów w atmosferze, tylko z silnego sprężenia powietrza przed czołem bolidu. Ogromny wzrost ciśnienia powoduje podniesienie temperatury nie tylko obiektu, ale także gazu. I to świecący gaz, a nie meteor jest tym co widać w nocy. Bolid czy meteor nagrzewa się do temperatury kilku tysięcy stopni Celsjusza. Szybkiej zmianie ciśnienia często towarzyszy także grom dźwiękowy.

NASA od wielu już lat obserwuje obiekty, które potencjalnie mogą zagrozić Ziemi (to tzw. NEO – Near Earth Object). Jako takie definiuje się te, które znajdują się w odległości mniejszej niż 50 milionów kilometrów od orbity Ziemi.Dla porównania średnia odległość Ziemia – Słońce wynosi około 150 mln kilometrów, a średnia odległość Ziemia Księżyc około 350 tys. kilometrów.

W obszarze szczególnego zainteresowania obserwatorów z NASA, tylko obiektów o średnicy 1km lub większej znajduje się około tysiąca. Ponad 950 z nich jest przez agencję (w ramach programu NEO) obserwowana. W najbliższym sąsiedztwie Ziemi ilość obiektów, których średnica wynosi 150 metrów i więcej, szacuje się na około 25 tysięcy, z czego ponad 22 tys. jest pod obserwacją.

 

Lista potencjalnie groźnych obiektów:

http://neo.jpl.nasa.gov/risks/

Więcej informacji:

http://science.nasa.gov/planetary-science/near-earth-objects/

 

 

Brak komentarzy do Bombardowanie z kosmosu

Uderzy czy nie?

19 października, o godzinie 20:28 czasu polskiego w pobliżu Marsa przeleci kometa C/2013 A1. Będzie tak blisko, że niewykluczona jest kolizja. Te w przeszłości się zdarzały. W lipcu 1994 roku z Jowiszem zderzyły się reszki komety Shoemaker-Levy 9. Nigdy wcześniej nie oglądaliśmy jednak zderzenia komety z Marsem.

Kometa C/2013 A1 została odkryta 3 stycznia 2013 roku przez Roberta McNaughta z Siding Spring Observatory w Australii. Jak wszystkie komety i ta narodziła się na samym skrawku Układu Słonecznego, w Obłoku Oorta. Nigdy wcześniej się stamtąd nie ruszała. W naszych okolicach pojawia się po raz pierwszy. Pierwszy i być może ostatni. Obliczenia trajektorii komety, które są prowadzone od momentu jej odkrycia, wskazują, że obiekt zbliży się do powierzchni Marsa na bardzo BARDZO małą odległość zaledwie 140 tysięcy kilometrów. Nigdy wcześniej żadna kometa nie zbliżyła się tak bardzo do którejś z planet wewnętrznych Układu Słonecznego. To tak, jak gdyby w pobliżu Ziemi przeleciał obiekt w odległości 1/3 odległości Ziemia – Księżyc!

PIA17833-CometSidingSpring-C2013A1-MarsEncounter-20140128

Okazji tak bliskiego przejścia nie można zmarnować, stąd niektóre sondy i łaziki pracujące na powierzchni albo na orbicie Marsa już są przygotowywane do wstrzymania swoich zwykłych zajęć i „zajęcia” się przelatującą kometą. I tak łazik Curiosity ma robić zdjęcia komecie z powierzchni Marsa, orbitalna sonda MAVEN zbada gazy pochodzące z jądra komety i jej warkocza oraz ich wpływ na górne warstwy marsjańskiej atmosfery. Mars Odyssey Orbiter zmierzy właściwości termiczne jądra, komy i warkocza.

Badanie komety może być (dla sond i łazików) niebezpieczne. W warkoczu komety lecą bowiem mniejsze odłamki, które mogą uszkodzić znajdujące się w ich polu rażenia urządzenia. Dlatego właśnie – o ile było to możliwe – orbity tych sond, które nie biorą udziału w badaniu komety, przeprogramowano tak, by w chwili największego zbliżenia komety z Marsem, były po drugiej stronie planety. Tak zmieniono orbitę np. sondy Mars Reconnaissance Orbiter.

Kometa, której wielkość ocenia się na od kilku do kilkudziesięciu kilometrów, w pobliżu Marsa przeleci z prędkością ponad 200 tys km/h. Czy grawitacja Marsa wystarczy by tak szybko poruszający się obiekt ściągnąć na swoją powierzchnię? To okaże się dopiero w niedzielę wieczorem. Gdyby jednak kometa uderzyła w powierzchnię Czerwonej Planety, biorąc pod uwagę jej masę, wielkość i energię, wybiłaby krater o średnicy ok. 800 km (odległość większa niż z Gdańska do Zakopanego) i głębokości 10 kilometrów (prawie tak głęboko jak największa głębia na Ziemi czyli Rów Mariański na Pacyfiku). W skrócie mówiąc, już w niedzielę, może powstać jeden z największych znanych nam kraterów w Układzie Słonecznym! O tym jakie byłyby skutki uderzenia takiej komety w Ziemię, nawet trudno mówić.

W momencie w którym kometa ewentualnie zderzy się z Marsem, planeta będzie z terenu Polski już niewidoczna. Zdąży zajść za horyzont. Krótko po zachodzie Słońca – o ile pogoda pozwoli – Marsa będzie można oglądać spoglądając w kierunku południowo – zachodnim. Może lepiej zerknąć, kolejnej nocy Mars, może już być inną planetą 🙂

Jedna z całkiem prawdopodobnych teorii mówi, że to komety z granic Układu Słonecznego przyniosły m.in. na Ziemię wodę. Być może wraz z wodą, przyniosły także zalążki życia.

Zobacz mój filmik na temat wody, komet i życia:

Brak komentarzy do Uderzy czy nie?

Skąd dwa słońca?

Nad Lublinem zaświeciły dwa słońca. Tak to przynajmniej wyglądało. Skąd się wzięły?

Wydawałoby się, że nic szczególnego. Kryształki lodu, krople wody czy pyłki zawieszone w atmosferze. Przy odrobinie szczęścia i czasami wytrwałości mogą być jednak źródłem niezapomnianych wrażeń. Podwójne słońca, pierścienie, słupy, miraże, zielone zachody i glorie. Dzisiaj kilka słów o dwóch słońcach, które pojawiły się na niebie w okolicach Lublina.

Ze wszystkich zjawisk optycznych najciekawsze, najbardziej spektakularne, ale też najtrudniejsze do zaobserwowania są te, które występują w wyższych partiach atmosfery. Tam, gdzie promienie Słońca są załamywane, rozpraszane lub odbijane nie na kropelkach wody, tylko na kryształkach lodu. Wszystkie krople wody mają podobny kształt i takie samo ułożenie w przestrzeni w czasie drogi z chmury na ziemię. W przypadku kryształów podobna sytuacja nie występuje, bo kryształ kryształowi nierówny.

W zależności od temperatury i wilgothalo - słońceności otoczenia w chmurze mogą na przykład przeważać kryształki w kształcie graniastosłupów sześciokątnych o długości znacznie przewyższającej szerokość – przypominające małe ołówki. Przy odrobinie szczęścia można wówczas zaobserwować tzw. 22-stopniowe halo. Co to takiego?  To obwódka (pierścień) wokół Słońca, o zawsze tych samych rozmiarach kątowych. Dlaczego akurat 22 stopnie? Bo dla kryształu lodu o podstawie sześciokąta właśnie 22 stopnie są najmniejszym kątem odchylenia promieni. Wystarczy jednak, że lodowe kryształki nie będą przypominały długich ołówków, a raczej płaski, sześciokątny kafelek – i możliwość zaobserwowania 22-stopniowego halo przepadnie. Wtedy jednak być może uda się zobaczyć tzw. słońce poboczne (czyli inaczej parhelium). To właśnie to zjawisko zaszło na niebie w okolicy Lublina. Płaskie kryształki lodu nie opadają na ziemię w przypadkowych orientacjach, jak miało to miejsce w przypadku kryształków-ołówków. W rezultacie halo nie powstaje wokół słońca, tylko po jednej z jego stron. Słońce i jego rozproszona nieco kopia są oddalone od siebie nadal o 22 stopnie, bo dla bryły o podstawie sześciokąta 22 stopnie to dalej minimalny kąt załamania.

Kryształki lodu są także powodem powstawania tzw. słupów świetlnych. Ale to temat na zupełnie inną notatkę. No chyba, że przyślecie zdjęcia takiego zjawiska, chętnie je wtedy opiszę.

Zdjęcia pochodzą z serwisu kontakt24.pl

 

 

Brak komentarzy do Skąd dwa słońca?

Jak zbudować kuchenkę słoneczną?

Kuchenka słoneczna może działać cały rok. Co prawda zimą czy jesienią gotowanie w niej potraw zajmie nieco więcej czasu, ale wciąż jest możliwe. W takim urządzeniu gotuje bowiem nie wysoka temperatura otoczenia, tylko promienie słoneczne. Warunkiem działania kuchenki jest więc bezchmurne niebo, a nie upał.

Słońce dostarcza na powierzchnię Ziemi ogromną ilość energii. Co prawda tylko jej część przedziera się przez atmosferę, ale to i tak bardzo dużo. Gdyby wydobyć wszystkie paliwa kopalne (węgiel, ropę i gaz), zmagazynowana w nich energia równałaby się energii dostarczanej Ziemi przez Słońce zaledwie przez 50 dni.

Energię słoneczną wykorzystują rośliny w procesie fotosyntezy. My budujemy elektrownie słoneczne, ale w ten sposób na prąd czy ciepło przerabiamy zaledwie tysięczne części energii jaka dociera do powierzchni Ziemi. Jednym ze sposobów jej wykorzystania jest wybudowanie kuchenki słonecznej. Urządzenia, które wykorzystuje energię niesioną przez promienie Słońca do podnoszenia temperatury w garnku czy na patelni.

1. Umieść jeden karton w drugim, a pomiędzy ścianki włóż pogniecione gazety. Będą służyły jako izolator.

1

2. Wewnętrzny karton wyłóż czarnym matowym papierem lub folią. Następnie wytnij z kartonu cztery kwadraty, których bok będzie tej samej długości co bok większego kartonu. Przyklej do jednej z powierzchni kwadratów aluminiową srebrną folię. Staraj się aby folia była gładka, by nie miała żadnych nierówności. Ma być jak lustro.

2

3. Przyklej kartonowe kwadraty do brzegów większego kartonu tak, by były skierowane folią do góry…

3

4. … a następnie umieść je pod kątem 45 st. do pionu (albo podłoża). Boki kuchenki można podtrzymać na drewnianych nóżkach, albo na sznurkach, łączących je ze sobą. Kąt 45 st. gwarantuje, że największa ilość promieni słonecznych będzie kierowana do środka kuchenki, a to oznacza najwyższą temperaturę w jej środku.

4

5. Kuchenka gotowa. Możesz do niej włożyć garnek z daniem, które ma być ugotowane.

5

Co ważne, kuchenka może działać nie tylko latem. Co prawda zimą czy jesienią gotowanie w niej potraw zajmie więcej czasu, ale wciąż jest możliwe. W solarnej kuchence gotuje bowiem nie wysoka temperatura otoczenia, tylko promienie słoneczne. Warunkiem działania kuchenki jest więc bezchmurne niebo, a nie upał.

Rysunki w artykule pochodzą z serwisu wikiHow.com

3 komentarze do Jak zbudować kuchenkę słoneczną?

Dlaczego nam gorąco?

Lato powoli się kończy i zaczynamy tęsknić za upałami. Tymi samymi upałami, które były jeszcze kilkanaście dni temu takie uciążliwe. Dlaczego letnie temperatury są dla nas tak kłopotliwe, skoro jako gatunek wyewoluowaliśmy w Afryce, w klimacie nieporównywalnie gorętszym niż nawet najcieplejsze nasze polskie lato?

Nasze ciało ma temperaturę niecałych 37 st. C. Jesteśmy stałocieplni, a więc ta temperatura jest w miarę możliwości przez organizm utrzymywana. Gdy staje się to niemożliwe, zaczynamy wpadać w kłopoty. Zarówno wtedy, gdy temperatura ciała zaczyna spadać, jak i wtedy, gdy zaczyna rosnąć. Ale o tym za chwilę. To co może dziwić to fakt, że skoro nasze ciało ma ponad 36 st. C. dlaczego przy temperaturze np. 32 st. już czujemy dyskomfortowy gorąc. Na logikę, powinno nam być zimno, przecież „na zewnątrz” jest wciąż o 4 st C zimniej niż „w środku”.

Zaczęło się w Afryce

Nasze ciała, to jak wyglądają i jak funkcjonują, ukształtowały warunki jakie panują w Afryce. Domem naszych przodków była afrykańska sawanna. Żar lał się z nieba, było sucho, a cień był luksusem. Tak żyliśmy przez kilka milionów lat. I do takich warunków jesteśmy fizjologicznie  przystosowani. Człowiek z Afryki wyszedł zupełnie niedawno, nie więcej niż 150 tys. lat temu. W tak krótkim czasie ewolucja nie była w stanie przystosować np. Eskimosów do innych warunków środowiskowych. Gdyby rozebrać Eskimosa, w swoim środowisku, przeżyłby zaledwie kilka minut. Komfort cieplny, bez ubrań, odczuwamy w temperaturze około 25 st. C. W Polsce średnia roczna temperatura wynosi tymczasem około 8 st. C. W lecie nie więcej niż 18 st C. A to znaczy, że żyjemy w miejscu, do którego nie jesteśmy fizjologicznie przystosowani. Choć niektórych może pocieszać to, że niektórzy mają znacznie gorzej.

Do jakich temperatur nasz organizm jest zatem stworzony? Przyjmuje się, że zakres temperatur w jakim możemy funkcjonować to kilkanaście stopni „od dołu” do około 50 st. C „od góry”. Tak wysokie temperatury nie są dla organizmu człowieka problemem, o ile ma pod dostatkiem wody i o ile powietrze wokoło jest suche. Woda i suche otoczenie (powietrze) gwarantuje, że prawidłowo działa system chłodzenia, czyli pocenie. Odwodniony organizm nie ma czym się pocić. Gdy powietrze jest wilgotne, woda z powierzchni skóry nie chce parować. I tutaj właśnie tkwi odpowiedź, na zadane wyżej pytanie. W 30 st. C czujemy się źle, bo w naszej części świata jest zbyt wilgotno. Ta sama temperatura w klimacie suchym nie stanowiłaby problemu. Owszem, pot ściekałby nam po plecach, ale wraz z jego parowaniem, temperatura skóry obniżałaby się. System chłodzenia, zapewniałby komfort.

Chłodząca woda

Woda obniża temperaturę powierzchni z której paruje, bo do wyparowania potrzebuje energii. Gdy wyjdziemy mokrzy spod prysznica, albo z kąpieli w jeziorze, mimo wysokiej temperatury powietrza, może nam być chłodno. Takie uczucie będzie nam towarzyszyło dopóki nie wyschniemy. Człowiek potrafi wypacać aż litr wody na godzinę! Integralną częścią tego sprawnego systemu jest kilka milionów gruczołów potowych na ciele każdego z nas. Te nie działałyby tak skutecznie, gdyby były przykryte włosami. Dlatego, z drobnymi wyjątkami, nasze ciało jest nagie. To, że najwięcej włosów mamy na głowie, nie jest przypadkiem. W wyprostowanej pozycji, to na głowę właśnie świeci Słońce. Natura zadbała o to, by ją jak najlepiej izolować. Gdyby ludzie chodzili na czworakach, promienie słoneczne padałyby na ponad 20 proc. powierzchni ciała. W pozycji pionowej ogrzewają najwyżej kilka procent. Innymi słowy, wyprostowana, dwunożna postawa to kolejny dowód na przystosowanie do upałów a nie chłodów.

Ale wracając do gorącego lata. Gdy w wysokich temperaturach system chłodzenia nie nadąża, pozostaje schładzanie się z zewnątrz (zimna kąpiel), albo izolacja (cień, nakrycie ciała). Co jeżeli i to nie pomoże? Najkrócej mówiąc, czeka nas śmierć. Temperaturą krytyczną dla mózgu jest 40,5 st. C. Przy 41,5 st. C umieramy, bo w naszych komórkach ścina się białko. Ścina (fachowo mówiąc dochodzi do procesu denaturacji), znaczy, że zmienia swoją strukturę. Biorąc pod uwagę fakt, że białka to podstawowy budulec naszego ciała, w praktyce oznacza to, że organizm przestaje funkcjonować. I to równocześnie na wielu poziomach, od poziomu pojedynczych komórek rozpoczynając.

A co z organizmem człowieka dzieje się, gdy jest za zimno? Próbuje sam się ogrzać, przez szybkie drgania niektórych mięśni. To dreszcze. Mięśnie pracując, podnoszą swoją temperaturę. Gdy jest jednak za zimno, nawet, gdybyśmy się trzęśli jak osiki, nasze mięśnie nie są w stanie naprodukować wystarczającej ilości ciepła. I wtedy pozostaje odizolowanie się od niskiej temperatury (ubranie), albo znalezienie źródła ciepła. Jeżeli nie uda się tego zrobić, podobnie jak w przypadku przegrzania, czeka nas śmierć. Choć nie tak szybka jak w przypadku zbyt wysokiej temperatury.

Za ciepło, za zimno

I ostatnia sprawa. Dlaczego czujemy że nam gorąco nawet wtedy, gdy temperatura powietrza jest niższa, niż temperatura ciała? W pewnym sensie organizm człowieka jest maszyną, która przez to że działa, sama siebie ogrzewa. To nie tak, że są w nas specjalne „urządzenia”, których celem jest tylko i wyłącznie produkcja ciepła, które ma podtrzymywać stałą temperaturę. To raczej dzieje się przy okazji i na wielu poziomach. Wnętrze komórki, to jedna wielka fabryka. Każdy narząd ludzkiego (i nie tylko) ciała, ma konkretne zadanie do spełnienia. Serce pompuje krew, nerki ją oczyszczają, płuca są odpowiedzialne za dostarczenie tlenu krwi, a wątroba jest połączeniem magazynu, zakładu przetwórczego i fabryki odpowiedzialnej za wytwarzanie wielu niezbędnych do funkcjonowania ciała substancji. W każdym skrawku naszego ciała mają miejsce nieustanne reakcje chemiczne, których skutkiem najczęściej są reakcje fizyczne. Jesteśmy w ciągłym ruchu. Wszystko jest w ciągłym ruchu. Ten ruch – z kolei – powoduje wzrost temperatury. W największym skrócie można więc powiedzieć, że nasze ciało ogrzewa się samo poprzez reakcje, które do tego funkcjonowania są niezbędne. Ilość energii cieplnej jaką produkujemy jest całkowicie wystarczająca, by zapewnić coś w rodzaju równowagi, gdy temperatura powietrza wynosi około 25 st. C. Gdy temperatura jest wyższa, organizm musi włączyć chłodzenie. To wtedy powstaje wrażenie upału. Najpierw lekki, ale rosnący wraz ze wzrostem temperatury dyskomfort powoduje, że szukamy cienia, chłodnego otoczenia czy miejsca w którym jest ruch powietrza. W ten sposób wspomagamy naturalny system regulowania temperatury.

Poniżej 20 st C, potrzebne jest dodatkowe ogrzewanie. I znowu, moment w którym „system grzewczy” jest włączany, mózg sygnalizuje nam poprzez odczuwanie chłodu. Przy 20 st C nie jest to odczucie dokuczliwe, ale już w temperaturze 15 st C zaczyna nam być zimno. Chodzi o to samo, o co chodziło w przypadku zbyt wysokich temperatur, czyli o znalezienia cieplejszego miejsca, zakrycie odsłoniętych części ciała czy przejście do miejsca, w którym nie ma ruchu powietrza.

Człowiek rodził się w suchym i słonecznym klimacie. Po to by migrować w rejony w których temperatura jest zbyt niska, musiał się nauczyć korzystać z energii słonecznej zmagazynowanej w roślinach, a pośrednio także w zwierzętach (np. spalać drewno, a później paliwa kopalne). Musiał się także nauczyć wytwarzać ubrania. Bez nich, pomarlibyśmy z zimna. Nie udałoby się to, gdyby nie inteligencja „żyjąca” w mózgu. Ciekawe, bo to właśnie mózg trzeba szczególnie chronić przed przegrzaniem.

6 komentarzy do Dlaczego nam gorąco?

Lanie wody

Dlaczego wylana na rozgrzaną blachę woda nie paruje? I dlaczego gorąca woda szybciej zamraża się niż zimna?
Czy o wodzie można napisać coś interesującego? Przeczytaj, a dowiesz się rzeczy, o których nie miałeś zielonego pojęcia.

Co się stanie, gdy wylejemy powiedzmy szklankę wody na mocno rozgrzaną metalową blachę? Np. taką w tradycyjnym piecu. Usłyszymy głośny syk i gwałtowne parowanie. To logiczne i oczekiwane. A teraz proszę na tą samą rozgrzaną blachę wylać wodę w małych ilościach. Np. strzepnąć wodę z mokrej dłoni, albo wypuścić wąski strumień wody ze strzykawki. Można by oczekiwać, że mała ilość wody na gorącej blasze wyparuje szybciej niż duża ilość. A tu niespodzianka. Woda w małych ilościach na gorącej powierzchni nie paruje. Wodne kulki po blasze poruszają się jak pszczoły na łące, bez zauważalnego ładu, to w te, to wewte. Czasami nawet podskakują.

Pułapka na parę

Co się więc dzieje?  Spadająca kropelka wody przy zetknięciu z gorąca blachą zaczyna parować, ale tylko nieznacznie. Paruje dolna część kropli, bo to ona bezpośrednio styka się z gorącą powierzchnią. W ten sposób powstała para tworzy pomiędzy blachą a kroplą coś w rodzaju poduszki. Woda nie styka się już bezpośrednio z blachą, tylko leży na izolującej parowej poduszce. To powoduje, że energia (temperatura) gorącej powierzchni nie jest przekazywana kropli. To niesamowite, bo grubość „parowej poduszki” wynosi znacznie mniej niż milimetr (od 0,1 do 0,2 mm). Jak to się dzieje, że tak cieniutka izolacja wystarczy, że tak mała ilość pary nie dopuści do „przedostania” się energii z gorącej blachy do małej kropelki wody? Gaz (a para wodna jest gazem) jest kiepskim przewodnikiem energii (temperatury). Przekaz energii z blachy przez poduszkę pary do kropli wody następuje, ale bardzo wolno. W końcu wrzucona na rozgrzaną blachę kropla wyparuje (zmniejszając się coraz bardziej, w którymś momencie zniknie) ale nastąpić to może dopiero po kilkudziesięciu sekundach, a nie jak można by się spodziewać – natychmiast. Co więcej, im powierzchnia blachy cieplejsza, tym dłużej trwa taki „kroplowy taniec”. Pozostaje jeszcze wyjaśnienie trzech kwestii. Dlaczego para spod kropli nie ucieknie na boki, dlaczego poduszka parowa nie tworzy się pod dużą ilością chluśniętej na blachę wody i dlaczego kropla na gorącej blasze tak gwałtownie się porusza. Para nie ucieknie bo kropla od spodu nie jest płaska, tylko wklęsła. Więcej pary mieści się w środku, niż na brzegach kropli. Gazowa poduszka powoduje, że pomiędzy rozgrzaną powierzchnią a kroplą nie ma tarcia. Gwałtowne ruchy kropli spowodowane są tym, że dolne warstwy kropli parują nie w sposób ciągły, tylko gwałtowny i nierównomierny ze wszystkich stron. I ostatnia sprawa, chluśnięta na blachę woda wyparuje, ale poduszka parowa wytworzy się tylko pod kropelkami, właśnie dlatego, że one od dołu nie są płaskie i tworzą coś w rodzaju pułapki na parę. Wszystko co dzieje się z kroplą wody na rozgrzanej blasze wyjaśnił w 1756 roku niemiecki lekarz i fizyk Johann Leidenfrost (stąd zjawisko Leidenfrosta).

Raz ciepło, raz zimno

Izolująca warstwa gazu wytwarza się nie tylko pomiędzy rozgrzaną powierzchnią a kroplą wody, tylko pomiędzy obiektami o sporej różnicy temperatur. Przykłady? Wylanie ciekłego azotu czy ciekłego tlenu na powierzchnię stołu w temperaturze pokojowej spowoduje, że te dwie ciecze nie wyparują od razu, tylko „skulkują się” i będą zachowywały się tak jak woda w niewielkich ilościach wylana na gorącą blachę. Ciekły azot ma temperaturę około minus 200 st. C. Teoretycznie włożona do niego dłoń (o temperaturze około + 37 st. C) powinna natychmiast ulec poważnemu odmrożeniu. Tymczasem, o ile rękę w azot wsadzi się na krótko, odmrożeń nie będzie. Dlaczego? Bo pomiędzy skórą a ciekłym azotem wytworzy się cienka warstwa gazowego azotu, który jest swego rodzaju izolacją. Ta izolacja nie jest doskonała, więc dłuższe przytrzymanie dłoni w ciekłym azocie może być niebezpieczne. W Internecie można znaleźć też filmiki na których eksperymentator wkłada palec do naczynia z ciekłym ołowiem. Temperatura tego metalu  w stanie ciekłym wynosi przynajmniej 327 st. C. A temperatura palca około 37 stopni. O ile palec jest mokry, jego włożenie w ołów na krótką chwilę nie będzie groźne. Skóra będzie chroniona przez cieniutką warstwę pary wodnej. To ostatnie doświadczenie nie należy chyba do najbezpieczniejszych, więc lepiej na własną – nomen omen rękę – go nie przeprowadzać.

Lody zawstydziły fizykę

Woda może naprawdę zaskakiwać. Nie tylko nas, ludzi nie zajmujących się nauką, ale nawet naukowców.

Erasto Mpemba, mieszkający w Tanzanii 13latek uwielbiał lody. Podgrzewał mleko, dosypywał cukru, dolewał sok owocowy, wszystko mieszał ze sobą i zamrażał.  By nie zepsuć zamrażarki, najpierw swoją miksturę schładzał w lodówce. Pewnego razu gorące mleko wsadził jednak, bez schładzania, od razu do zamrażarki. Gdy po jakimś czasie otworzył zamrażalnik, okazało się, że lody są już dawno zrobione. „Tak szybko?” – zdziwił się. Zrobił prosty eksperyment. Do dwóch takich samych pojemników wlał gorącą i zimną wodę i obydwa wstawił do zamrażarki. Woda gorąca zamroziła się szybciej. Był rok 1963. Gdy Erasto Mpemba zapytał dlaczego tak się dzieje swojego nauczyciela fizyki, ten go wyśmiał. Ta sama reakcja spotkała go rok później, już jako ucznia liceum. Pewnego dnia do szkoły Erasto przyjechał profesor Denis G. Osborne, fizyk z pobliskiego uniwersytetu. Po jego wykładzie (który dotyczył zupełnie innych zagadnień) Mpemba opowiedział o swoich dobrze już udokumentowanych obserwacjach. Koledzy z klasy zaczęli się śmiać, ale profesor Osborne obiecał sprawę zbadać (choć jak później przyznał nie wierzył licealiście).  Osborne przeprowadził kilka eksperymentów i… potwierdził obserwacje Erasta. W 1969 roku ukazała się profesjonalna praca obydwu panów (ucznia i nauczyciela) opisująca tzw. efekt Mpemby. Woda gorąca rzeczywiście szybciej się zamraża niż woda zimna. Nie pierwszy raz intuicja może wyprowadzić na manowce. Przecież ciepła ciecz, zanim się zamrozi powinna najpierw się schłodzić, podczas gdy ta która jest chłodna tego nie potrzebuje. Jak całą sprawę wytłumaczyć? W przeciwieństwie do opisanego wyżej zjawiska Leidenfrosta, tutaj naprawdę trudno o jednoznaczne wyjaśnienie. Od ukazania się publikacji powstało kilka teorii, ale żadna do końca nie jest satysfakcjonująca. Wiadomo że woda, która się gotowała jest mniej nasycona gazami. Ciecz z mniejszą ilością rozpuszczonych w niej gazów (a więc ta ciepła), zamarza szybciej. W czasie podgrzewania wody wytrącają się też sole mineralne (stąd osad na grzałce czajnika). A te obniżają temperaturę zamarzania. Dlatego zimą posypuje się chodniki i ulice solą. Innymi słowy, chłodna woda zamarza w niższej temperaturze niż ta, która była przegotowana. Do tego wszystkiego niektórzy wyliczają to, że na ściankach naczynia z ciepłą wodą osadza się szron (na ściankach zimnego tylko w śladowych ilościach), a to powoduje, że chłodzenie jest bardziej efektywne. Ciepła woda zacznie więc zamarzać od ścianek (i dna) naczynia, podczas gdy zimna od powierzchni. Ten pierwszy sposób jest znacznie bardziej efektywny. Poza tym ciepła woda paruje, a to w skrócie oznacza szybkie ochładzanie. Dlaczego? Do parowania potrzebna jest energia. Wychodząc z jeziora, wanny czy prysznica odczuwamy zimno tak długo aż nasza skóra się nie wysuszy. Dzieje się tak, bo parująca woda ochładza naszą skórę pobierając z niej energię. No i ostatnia sprawa. W „ciepłym naczyniu” wody do zamarznięcia jest mniej, bo część wyparowała. Woda zimna też paruje, ale bardzo, bardzo wolno.

Wiele pomysłów, ale żaden do końca nie tłumaczy efekt Mpemby. A może każde z tych wytłumaczeń jest w części prawdziwe? Tak czy inaczej nawet w czymś tak powszechnym jak woda, jest jeszcze sporo do odkrycia. I może kiedyś uda się zrozumieć, dlaczego na mrozie rury z ciepłą wodą pękają częściej niż rury z zimną. Dlaczego lodowisko lepiej się robi z ciepłej wody i dlaczego w czasie mrozu mycie samochodu ciepłą wodą szybko prowadzi do popękania lakieru na karoserii.

2 komentarze do Lanie wody

Woda jest wszędzie

Po raz kolejny potwierdzono, że wody we wszechświecie jest bardzo dużo. Właśnie odkryto największy z dotychczas znanych jej zbiorników.

Po raz kolejny potwierdzono, że wody we wszechświecie jest bardzo dużo. Właśnie odkryto największy z dotychczas znanych jej zbiorników.

Odkrycie dotyczy ogromnego obłoku pary wodnej, jaki naukowcy z California Institute of Technology, USA odkryli wokół oddalonego od Ziemi o 12 miliardów lat świetlnych kwazaru. Kwazar to rodzaj galaktyki, która otacza obszar czarnej dziury.
Dokładne obliczenia wskazują, że gdyby całą tą parę wodną skroplić, byłoby jej 140 bilionów (tysięcy miliardów) razy więcej niż wody we wszystkich ziemskich oceanach. Masa odkrytego wśród gwiazd „zbiornika wody” wynosi 100 tysięcy razy więcej niż masa Słońca. – To kolejny dowód, że woda jest wszechobecna we wszechświecie – powiedział Matt Bradfort, naukowiec z NASA

lunasyssolar_europa01_02Popękany lód na powierzchni Europy – jednego z księżyców Jowisza.

Do wyboru: lód, woda i para

Naukowców nie dziwi sam fakt znalezienia wody, ale jej ilość. Cząsteczka wody (dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu) jest stosunkowo prosta i występuje we Wszechświecie powszechnie. Bardzo często łączy się ją z obecnością życia. To spore uproszczenie. Faktem jest, że życie jakie znamy jest uzależnione od obecności wody. Ale sam fakt istnienia gdzieś wody nie oznacza istnienia tam życia. Po to by życie zakwitło, musi być spełnionych wiele różnych warunków.

Woda, którą znajdują badacze dalekiego kosmosu jest w stanie gazowym, a woda niezbędna do życia musi być w stanie ciekłym. Nawet jednak ciekła woda to nie gwarancja sukcesu (w poszukiwaniu życia), a jedynie wskazówka. Takich miejsc którym badacze się przyglądają, jest dzisiaj w Układzie Słonecznym przynajmniej kilka. Woda w Układzie Słonecznym może występować – tak jak na Ziemi – w trzech postaciach. Gazowej, ciekłej i stałej. I właściwie we wszystkich trzech, wszędzie jej pełno. Cząsteczki pary wodnej badacze odnajdują w atmosferach przynajmniej trzech planet Układu Słonecznego. Także w przestrzeni międzygwiezdnej.

Woda w stanie ciekłym występuje na pewno na Ziemi. Czasami na Marsie, najprawdopodobniej na księżycach Jowisza, ale także – jak wykazały ostatnie badania – na księżycach Saturna. A na jednym z nich – Enceladusie – z całą pewnością. Gdy kilka lat temu amerykańska sonda kosmiczna Cassini – Huygens przelatywała blisko tego księżyca, zrobiła serię zdjęć, na których było wyraźnie widać buchające na wysokość kilku kilometrów gejzery. Zdjęcia tego zjawiska były tak dokładne, że badacze z NASA zauważyli w buchających w przestrzeń pióropuszach nie tylko strugi wody, ale także kłęby pary i… kawałki lodu. Skąd lód ? Wydaje się, że powierzchnia Enceladusa, tak samo zresztą jak jowiszowego księżyca Europy, pokryta jest bardzo grubą (czasami na kilka kilometrów) warstwą lodu. Tam nie ma lądów czy wysp. Tam jest tylko zamarznięty ocean. Cały glob pokryty jest wodą.

Nie tylko u nas

Skoro cała powierzchnia księżyców Jowisza i Saturna pokryta jest bardzo grubym lodem, skąd energia gejzerów ? Skąd płynna woda pod lodem ? Niektóre globy żyją, są aktywne. Ich wnętrze jest potężnym reaktorem, potężnym źródłem ciepła. Tak właśnie jest w przypadku zarówno Europy, jak i Enceladusa. Swoją drogą ciekawe co musi się dziać pod kilkukilometrowym lodem, skoro woda, która wydrążyła sobie w nim lukę, wystrzeliwuje na wiele kilometrów w przestrzeń ?

Może nie morza, jeziora czy chociażby bajora, ale lekka rosa. Wodę znajduje się także na powierzchni naszego Księżyca. Zaskakujące odkrycie to działo indyjskiej sondy Chandrayaan-1, potwierdzone przez dwie amerykańskie misje (Deep Impact i Cassini). Płynnej wody być na Księżycu nie może, bo brak tam atmosfery.
Niejedna praca naukowa powstała tez na temat wody na Czerwonej Planecie. Wiadomo że jest na marsjańskich biegunach. Nie brakuje jednak danych, że woda, nawet w stanie ciekłym, pojawia się czasowo w różnych innych miejscach planety. Zdjęcia zrobione przez sondę Mars Global Surveyer ukazały na ścianach jednego z kraterów na południowej półkuli Marsa dwie podłużne rysy powstałe w ciągu siedmiu lat, prawdopodobnie w wyniku „erozyjnej działalności cieków wodnych”.

Z badań amerykańskiej sondy Messenger, która od 2004 roku bada Merkurego wynika, że woda jest także w atmosferze pierwszej od Słońca, gorącej planety. Co z innymi planetami z poza Układu Słonecznego ? Na nich też pewnie jest mnóstwo wody. Tylko jeszcze o tym nie wiemy.
Czasopisma naukowe coraz częściej informują też o obecności wody na planetach, które znajdują się poza Układem Słonecznym. Pierwszą egzoplanetą na jakiej znaleziono wodę (w roku 2008) była HD 189733b, która znajduje się 63 lata świetlne od nas. Ta planeta to tzw. gazowy gigant. Ogromna kula gorących i gęstych gazów z płynnym wnętrzem. Gdzie tutaj miałaby znajdować się woda ? Wszędzie – twierdzą badacze. Dzięki aparaturze wybudowanej w California Institute of Technology, USA udało się odkryć, że mająca prawie 1000 st. C atmosfera zawiera duże ilości pary wodnej.

Tomasz Rożek

 

A skąd woda wzięła się na Ziemi? Odpowiedź może się wydawać zaskakująca. Najpewniej przyleciała do nas z kometami.

 

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

2 komentarze do Woda jest wszędzie

Type on the field below and hit Enter/Return to search