Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: człowiek

Robot obiad ci poda

W pierwszych dniach stycznia, na kampusie George Mason University’s w USA pojawiło się 25 robotów dostarczających żywność. Udało im się dokonać niemożliwego. Dzięki nim, studenci zaczęli normalnie się odżywiać.

W pierwszych dniach stycznia, na kampusie George Mason University’s w USA pojawiło się 25 robotów dostarczających żywność. Roboty wbudował i dedykowaną aplikację napisał start-up Bay Area należący do Starship Technologies.
Po trzech miesiącach trwania eksperymentu okazało się, że dzięki robotom studenci zaczęli lepiej się odżywiać. Z badań przeprowadzonych przed eksperymentem wynika, że prawie 90 proc. młodych ludzi rezygnuje z jedzenia śniadania nie z powodu braku pieniędzy, tylko braku czasu. W skrócie, gdy mamy do wyboru dłuższy sen albo śniadanie, wybieramy spanie. Chyba każdy z nas tak by wybrał.
Tymczasem okazuje się, że dzięki robotom, studenci zaczęli jeść śniadania. To samo dotyczy ciepłych posiłków w porze obiadu. I w tym przypadku chodziło o brak czasu. Ale urządzenie, które dotrzymuje kroku najbardziej zabieganym skutecznie przekonało młodych ludzi do tego by zamówić ciepły posiłek, z dostawą dokładnie do miejsca które w danym momencie wydaje się być optymalne. Czasami mamy po prostu ochotę posiedzieć na ławce w parku, a czasami pracę do wykonania w budynku oddalonym od stołówki. Tymczasem robot dojeżdża do każdego miejsca w kampusie w czasie nie dłuższym niż 15 minut.
O tym jak ważne jest regularne spożywanie posiłków powie każda mama, ale też każdy lekarz czy naukowiec zajmujący się żywieniem. To szczególnie istotne gdy organizm się rozwija i wtedy kiedy musi sprawnie analizować i uczyć się. Źle odżywieni studenci mają mniejsze osiągnięcia naukowe i sportowe. Częściej zapadają na różnego rodzaju choroby. Przy czym (może w przeciwieństwie do czasów zamierzchłych) złe nawyki żywieniowe dzisiejszych żaków nie wynikają z biedy czy dostępności jedzenia, a z braku czasu.
 
Biznesowo projekt skonstruowany jest następująco. Student płaci za posiłek kwotę taką samą jaką zapłaciłby w stołówce. Do tego – za dostarczenie – doliczana jest opłata 1,99 USD. Ta opłata jest zyskiem firmy dostarczającej roboty. Z kolei uczelnia ma swój udział w firmie przygotowującej posiłki. Uczelnia zarabia, bo sprzedaje się więcej posiłków. Zadowoleni są także studenci, bo… co to za przyjemność chodzić głodnym. W skrócie, rzadko spotykana sytuacja win-win.
W dłuższej perspektywie odpowiednio odżywieni studenci mogą mieć wpływ na lepsze wyniki samego uniwersytetu. Nie mówiąc już o tym, że uczelnia która ma w swojej ofercie taką ofertę może przyciągnąć do siebie więcej kandydatów, a to zawsze podnosi poziom nauczania. Już dzisiaj wiadomo, że podobny system zostanie wprowadzony na kolejnym amerykańskim uniwersytecie Flagstaff z Północnej Arizony. Po kampusie tej uczelni będzie jeździła flota 30 robotów Starship Technologies.
Zobaczcie sami jak to działa:

1 komentarz do Robot obiad ci poda

Chiny na Marsie, Mars w Chinach

Cóż tam, panie, w polityce? Chińczyki trzymają się mocno!? Oj mocno.
I to nie tylko w polityce, ale także w nauce. Chiny właśnie otwarły zaawansowany ośrodek w który będą symulowali warunki marsjańskie, kilka tygodni temu chiński lądownik Cheng4 wylądował na „odwrotnej” stronie Księżyca, a to dopiero początek!

W chińskim mieście Mang, położonym tuż przy granicy z Birmą, powstała bardzo zaawansowana makieta marsjańskiego miasta (bazy). W zasadzie tak zaawansowanej bazy nie ma chyba nigdzie indziej. Celem budowy tego ośrodka jest z jednej strony przyciągnięcie turystów i edukacja, z drugiej ćwiczenie ekspertów i symulowanie tego co czeka nas na czerwonej Planecie. W ośrodku będą także prowadzone badania naukowe, w tym badania człowieka. Równocześnie może w nim pracować około 60 osób.

Ośrodek otwarto w zeszły piątek, a koszt jego budowy wyniósł prawie 25 milionów dolarów. Pieniądze nie pochodziły jednak z kasy państwa. Wyłożył je prywatny donator.

Miejsce w którym ośrodek powstał, jego otoczenie, przypomina to czego można się będzie spodziewać na Marsie. Sucha, piaszczysto-kamienista okolica ułatwi prowadzenie treningów i urealni symulacje. Oczywiście na powierzchni Marsa będzie znacznie, znacznie trudniej, z powodu bardzo rzadkiej atmosfery, niskiego ciśnienia i nieporównywalnie większej amplitudy temperatury. I być może najważniejsze. na Marsie panuje wysoki poziom promieniowania kosmicznego, przed którym, na Ziemi chroni nas atmosfera i pole magnetyczne planety. Te różnice nie zmieniają jednak tego, że zdobycie Marsa przez człowieka musi być poprzedzone budowaniem ośrodków szkoleniowych i baz na Ziemi. Jest jeszcze jeden cel ich budowy. Takie miejsca inspirują młodych ludzi. A to bardzo ważne przy budowaniu planu podboju kosmosu. Te inspiracje u niektórych zostaną wykorzystane i rozwinięte w życiu zawodowym, a u innych przekonają że rozwój nauki i technologii ma ogromny sens.

Odwrócona strona Księżyca. Zdjęcie zrobione z pokładu lądownika Cheng4. Widać na nim łazik Yutu-2 zmierzający w kierunku krateru Aitken.

Kto pierwszy będzie na Marsie? Amerykanin? Chińczyk? A może zostanie zorganizowana wspólna misja? W to ostatnie najtrudniej mi uwierzyć. Chiński program kosmiczny rozwija się w zawrotnym tempie. Sukces goni sukces. Żeby to zrozumieć, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że pierwszy Chińczyk znalazł się na orbicie dopiero w 2003 roku, 42 lata później niż pierwszy Rosjanin (Gagarin) i pierwszy Amerykanin (Shepard). Dzisiaj, Chiny dawno wyprzedziły Rosję i gonią Amerykę. Kilka tygodni temu, chiński lądownik Cheng4, wylądował na „odwrotnej” stronie Księżyca. W miejscu w którym wcześniej nikt nie lądował. To nie był błachy sukces. Odwrócona od Ziemi strona Księżyca jest jedynym miejscem w całym Układzie Słonecznym (a może i całym kosmosie), do którego nigdy bezpośrednio nie dotrą fale radiowe z Ziemi. A to oznacza, że komunikacja z Cheng4 musiała się odbywać za pomocą satelitów pośredniczących.

To lądowanie pokazuje, że dzisiaj Chińczyków stać już na oryginalność. Nie budują swojego programu kosmicznego na wzór i podobieństwo innych (choć na początku ich rozbiegu tak właśnie było). To jasne jak Słońce, że chcąc lądować na obcych globach, trzeba to poćwiczyć na naszym Księżycu. Jest najbliżej, więc jest oczywistym poligonem testowym. W kierunku Księżyca swoje sondy wysyłali Amerykanie, Rosjanie, ale także Chińczycy, Japończycy, Irańczycy, a w przyszłym miesiącu ma tam lecieć sonda izraelska. Na powierzchni globu lądowali Amerykanie i Rosjanie (Japończycy i Irańczycy swoje sondy rozbijali o powierzchnię Księżyca). Wszyscy jednak wybierali widoczną stronę naszego satelity. Choć nie wszystkie jej kawałki zostały zbadane, generalnie jest ona bardzo dobrze poznana. Chińczycy swoje pierwsze lądowanie także odbyli po widocznej stronie Księżyca, ale kolejne, to sprzed kilku tygodni, postanowili zrobić po stronie niewidocznej. Amerykanie czy Rosjanie lądowali na Srebrnym Globie wielokrotnie. Chińczycy teraz zrobili to po raz drugi. I podnieśli sobie poprzeczkę lądując tam, gdzie nikt inny nie wylądował. Samo lądowanie to jedno, ale misja ma bardzo ciekawy i oryginalny program naukowy. Łącznie z testowaniem czy na Księżycu mogłyby się rozwijać rośliny i zwierzęta.

Tamta strona Księżyca jest wciąż zagadką i choć sam satelita jest blisko Ziemi a jego zdjęcia (a więc i mapy) są bardzo wysokiej jakości, odwrócona strona Księżyca jest niezbadana. Biorąc pod uwagę, że jest inna niż ta strona którą widzimy, w pewnym sensie, Chińczycy wylądowali na zupełnie innym globie.

Co teraz? Jeszcze w tym roku na Księżyc poleci kolejna sonda, której celem będzie przywiezienie księżycowych próbek. W kolejnym roku zaplanowane jest lądowanie na Marsie. Z kolei za 2,5 roku, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, na orbitę zostaną wyniesione i złożone elementy chińskiej stacji orbitalnej Tiangong. Stacji, która będzie miała stałą załogę.

Program kosmiczny Chin to typowy przykład syndromu młodszego brata. Młodsze rodzeństwo rozwija się szybciej i często dochodzi dalej, bo przyglądając się starszemu, nie popełnia błędów i korzysta z doświadczeń. Ma też większy rozmach i stać je na większą fantazję i oryginalność. Zdarza się, że takie podejście pozwala młodszemu prześcignąć starszego. Mimo tego, że ten starszy ma większe doświadczenie.

Brak komentarzy do Chiny na Marsie, Mars w Chinach

Najbardziej cieszą nas zielone

Czym jest piękno nauki? Dla jednych to prostota matematycznych formuł, dla innych zaś piękne przekroje geologicznych struktur. Piękne mogą być wykresy, ale także obrazy spod mikroskopu i teleskopu kosmicznego.

Czym jest piękno nauki? Dla jednych to prostota matematycznych formuł, dla innych zaś piękne przekroje geologicznych struktur. Piękne mogą być wykresy (szczególnie te wielowymiarowe), ale także obrazy spod mikroskopu i teleskopu kosmicznego. Piękne są zdjęcia motylich skrzydeł i zdjęcia chmur zrobionych z orbity. Patrząc na te obrazy, wykresy, czasami bardzo dziwne, stosowane tylko w języku matematyki, znaki… doceniamy nie to, czym one są, ale to, jakie one są. Nie musimy chyba wiedzieć, co obraz, wykres czy formuła konkretnie przedstawiają. Za serce łapie nas to, co w nich ulotne i subiektywne. Połączenie nauki ze sztuką jest tak naturalne, jak wschód i zachód Słońca. Jak to, że w niższej temperaturze para wodna kondensuje i tworzy niepowtarzalne kryształy wody, czyli piękne płatki śniegu. I czy na prawdę trzeba rozumieć zasady symetrii i znać wykres przemian fazowych, aby docenić ich piękno?

Fundacja Badań i Rozwoju Nauki zorganizowała aukcję charytatywną, podczas której zlicytowane zostaną intrygujące zdjęcia wysp trzustkowych wykonane przez mikroskop fluorescencyjny. Uzyskane w ten sposób środki zostaną przeznaczone na rozbudowę Laboratorium Biodruku Tkankowego, które umożliwia realizację projektów związanych z biodrukowaniem tak tkanek, jak i całych organów.

Druk 3D w medycynie to rewolucja, na progu której stoimy. Dzięki niej – „na miarę” i z własnych komórek – będzie można drukować tkanki i organy. Dzisiaj osoby z uszkodzonym sercem, nerką czy trzustką muszą, czasami miesiącami, czekać na dawcę. Ale przyszłość rysuje się inaczej! Już dzisiaj można drukować substancjami, które są szkieletem, rusztowaniem dla żywych komórek. W ten sposób od 2013 roku zaczęto drukować pokiereszowane czy stracone w wyniku wypadku syntetyczne chrząstki uszu lub nosa. Potem zaczęto drukować kości.

Po elementach drukowanych z materiałów sztucznych (choć biokompatybilnych) przyszedł czas na drukowanie żywymi komórkami. Trzy lata temu grupie badaczy z amerykańskiego Wake Forest Baptist Medical Center udało się wydrukować warstwę skóry wprost na oczyszczoną ranę pacjenta. Z kolei naukowcy z dwóch amerykańskich uczelni (University of Pennsylvania oraz MIT) już jakiś czas temu wydrukowali z żywych komórek naczynia krwionośne. A w San Diego jedna z firm stworzyła technologię, która umożliwia drukowanie… wątroby.

Drukowanie całych narządów jest sporym wyzwaniem. Drukarka nie może nakładać kolejnych warstw żywych komórek, ponieważ pomiędzy nimi muszą zostać wprowadzone naczynia krwionośne. W przypadku takich narządów jak wątroba, mamy dodatkowo do czynienia z wieloma rodzajami komórek. Ale te ograniczenia udaje się coraz częściej przezwyciężać.

W polskiej Fundacji Badań i Rozwoju Nauki, w konsorcjum Bionic, naukowcy starają się wydrukować w pełni działającą, żywą trzustkę. Brzmi to abstrakcyjnie, ale co do zasady jest dość proste. W drukarce, w odpowiednich pojemnikach, umieszcza się żywe komórki produkujące insulinę, komórki śródbłonka do tworzenia naczyń, a także zawiesinę tzw. macierzy zewnątrzkomórkowej, czyli rusztowania, które następnie utrzyma całość. Kolejny krok nie różni się od „zwykłego” drukowania 3D. Drukarka warstwa po warstwie układa zawartość poszczególnych pojemników. Następnie tak wydrukowany organ umieszcza się na kilka dni w inkubatorze i… trzustka gotowa!

Przed polskimi naukowcami przełomowa próba. W najbliższych tygodniach chcą – jako pierwsi na świecie – wydrukować w pełni unaczynnioną trzustkę. Prototyp narządu zostanie umieszczony w bioreaktorze i poddany kolejnym testom. Gdy te przebiegną pomyślnie, przyjdzie czas na testy na zwierzętach, którym zostanie wszczepiony w pełni funkcjonalny, całkowicie wydrukowany narząd. To będzie prawdziwy przełom w medycynie, którego wypatrują miliony, nie mogących się doczekać na dawcę, chorych. W biodruku nie chodzi jednak tylko o to, aby każdy potrzebujący natychmiast otrzymał organ do przeszczepu. W tej technologii, tkanki czy narządy, mogą być drukowane z namnożonych komórek pacjenta, a to oznacza, że znika ryzyko odrzucenia przeszczepu. Nadzieje są ogromne. A niecierpliwym polecam poważniejsze traktowanie filmów czy książek science – fiction. W wielu z nich – chociażby w serialu „Star Trek” – części uszkodzonego ciała były replikowane. Po prostu.

To przyszłość, choć wierzę, że wcale nie odległa. Na kolejne badania potrzebne są oczywiście pieniądze. Fundacja Badań i Rozwoju Nauki pozyskuje je z różnych źródeł. Jednym z nich będzie właśnie organizowana aukcja, podczas której zlicytowane zostaną piękne obrazy. I chyba wcale nie trzeba rozumieć w detalach, jakie funkcje w organizmie spełnia trzustka, jaka jest jej struktura i czym dokładnie są wyspy trzustkowe. Wystarczy patrzeć na ich zdjęcia i zachwycać się. Tak jak obrazami galaktyk, kolonii koralowców czy warstw skał osadowych.

Aukcja charytatywna “Najbardziej cieszą nas zielone” ma charakter otwarty. Wymaga jedynie wcześniejszej rejestracji na stronie aukcji.

Wydarzenie odbędzie się 14.03.2019 r., o godz. 18:30, w Sali Konferencyjnej Instytutu Chemii Przemysłowej przy ul. Rydygiera 8 w Warszawie.

Szczegóły na: https://fundacjabirn.pl/aukcja/

Brak komentarzy do Najbardziej cieszą nas zielone

Czy wiemy, co one tam robią?

Czy mamy świadomość, co nasze dzieci robią w internecie? Oczywiście, że nie mamy. Ufamy, że nie robią nic głupiego. Zaufanie to podstawa wychowania. Ale może czasami ufając, warto sprawdzić? Dla ich dobra.

Czy my, rodzice, mamy świadomość, co nasze dzieci robią w internecie? To pytanie retoryczne. Oczywiście, że nie mamy o tym pojęcia. Ufamy, że nie robią nic głupiego. Zaufanie to podstawa wychowania. Ale może czasami ufając, warto sprawdzić? Dla ich dobra.
 
Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd wzięło się całkowicie błędne przekonanie, że internet daje anonimowość. Jaką anonimowość? Przecież człowiek jest bardziej anonimowy gdy chodzi po dużym mieście z zawieszoną na szyi tabliczką na której jest jego imię i nazwisko, adres, data urodzenia i numer buta. W internecie nic nie jest anonimowe, nigdy anonimowe nie było i nigdy takie nie będzie. A mimo to, część z nas uważa, że może pozostać bezkarna robiąc głupie rzeczy.
Znam przypadek dziewczynki, w zasadzie nastolatki, którą jej klasowi rówieśnicy wpisami w internecie doprowadzili na skraj rozpaczy. Jechali tak ostro, że dziewczyna nie wytrzymała i gdyby nie wsparcie rodziców i dość zdecydowana reakcja, mogłoby dojść do tragicznych skutków. Przekleństwa i wulgarne przezwiska przez kilka dni padały na forum klasy i nikt nie reagował. Choć czytało wielu. Niektórzy się dołączali, inni tylko (a może aż?) milczeli. Prowodyrów było dwoje. Koleżanka, siedząca w pierwszej ławce i kolega, wzorowy uczeń, sportowiec. Rodzice byli w szoku. Dziwili się, bo przecież ich dzieci… no kto by pomyślał? Oni chyba powinni pomyśleć.
 
Z jakiegoś powodu nasze dzieci nie rozumieją, a i my mamy z tym kłopot, że świat nie dzieli się na ten prawdziwy realny i ten udawany cyfrowy. W tym realnym nie wypada komuś napluć w twarz, nie wypada go zwyzywać i oskarżyć np. o handel swoim ciałem. Ale w tym udawanym wszystko wolno. Bo co? Bo nikt się nie dowie? Bo nikt nie zapamięta? Bo nie uda się sprawdzić? Bo nikt nie potraktuje tego poważnie? Bo mniej zaboli? Co za brednie! Internet pamięta wszystko. Temu młodemu, zdolnemu sportowcowi, ktoś może za kilka lat zrujnować karierę przypominając głupotę młodości. Tej młodej dziewczynie, ktoś może przypomnieć wulgaryzmy gdy będzie starała się o pierwszą pracę. W świecie analogowym wspomnienia, ekscesy i wybryki mogą ulec zapomnieniu. W Internecie nigdy.
 
My, drodzy rodzice, nie mamy bladego pojęcia co nasze dzieci robią w internecie. Zabronić? Broń Boże. Uczyć i mieć pełną świadomość możliwości i zagrożeń. A tak na początek, pierwsze ćwiczenie. Wiecie ile kont wasze dzieci mają na popularnych serwisach społecznościowych? Ile z nich znacie? Ile to konta ukryte zakładane pod pseudonimem? Czy wiecie jakich słów, jakich zwrotów najczęściej wyszukują w przeglądarkach internetowych? Czy wiecie kogo oglądają na platformach video? Przecież wielokrotnie, z tymi osobami „spędzają” więcej czasu niż z wami. Kontrolować na każdym kroku? To moim zdaniem niewykonalne. Jasne że ufać, ale też pamiętać, że ludzie (może szczególnie ci młodzi) robią głupie rzeczy. Te w internecie, nigdy nie zostaną zapomniane. Więc może dobrze, dla ich dobra, ufając, choć czasami sprawdzić.
2 komentarze do Czy wiemy, co one tam robią?

Zakażenia w szpitalach poważnym problemem

Brudne ręce personelu medycznego, skażone otoczenie chorego, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach wskazują, jak bardzo nieskuteczny jest w niektórych placówkach system przeciwdziałania zakażeniom wewnątrzszpitalnym ostrzega NIK. Tymczasem szacuje się, że efektywne systemy kontroli zakażeń mogą zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia od 55% do 70%.

Brudne ręce personelu medycznego, skażone otoczenie chorego, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach wskazują, jak bardzo nieskuteczny jest w niektórych placówkach system przeciwdziałania zakażeniom wewnątrzszpitalnym ostrzega NIK. Z najnowszego raportu Izby wynika, że wzrost liczby pacjentów m.in zarażonych lekoodpornymi szczepami bakterii Klebsiella Pneumoniae NDM(+) w 2016 r. był niemal trzykrotnie wyższy niż w 2015 r. Niestety NIK nie może podać kompletnych danych, bowiem funkcjonujące w kontrolowanych szpitalach systemy monitorowania i raportowania o zakażeniach nie dostarczały pełnych danych. Przekazane zestawienia w ocenie Izby mogą być znacznie zaniżone.

Zakażenia szpitalne związane z udzielaniem świadczeń zdrowotnych stanowią poważny problem wszystkich szpitali, nawet w krajach o najwyższych standardach opieki zdrowotnej. Dotyczą od 5 do 10 % osób leczonych szpitalnie. Zakładając, że w polskich szpitalach ulega zakażeniom tylko 5% procent pacjentów to i tak daje to ok. 400 tys. osób. Źródłem przenoszenia bakterii mogą być m. in. brudne ręce personelu medycznego, niejałowy sprzęt, skażone otoczenie chorego, przyjmowanie pacjentów wymagających szczególnych warunków hospitalizacji bez ich zapewnienia, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach.

Do grupy osób najbardziej narażonych należą pacjenci np. po przeszczepach, z zaburzeniami odporności po terapii przeciwnowotworowej, po rozległych oparzeniach, dzieci do pierwszego roku życia i osoby starsze. Zakażenia szpitalne wydłużają pobyt w szpitalu, powodują powikłania prowadzące często do niepełnosprawności, przez co zwiększają koszty leczenia. Koszty generują też roszczenia pacjentów, którzy potrafią udowodnić, że zostali zakażeni z winy szpitala.

Narzędziem służącym ograniczeniu przypadków zakażeń szpitalnych powinien być prawidłowo działający system zapobiegania i zwalczania zakażeń, utworzony w szpitalu na podstawie istniejących przepisów prawa. Szacuje się, że efektywne systemy kontroli zakażeń mogą zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia od 55% do 70%. Kontrolą objęto 18 szpitali (17 działających jako samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej utworzony przez samorząd i jeden szpital działający w formie spółki prawa handlowego) oraz 4 stacje sanitarno-epidemiologiczne finansowane z budżetu państwa w okresie od 2015 r. do końca I półrocza 2017 r.

Najważniejsze ustalenia kontroli

W kontrolowanych szpitalach odnotowano wzrost liczby pacjentów, u których zdiagnozowano zakażenie szpitalne o 8,5%, mimo, że liczba wszystkich hospitalizowanych pacjentów w tym samym okresie spadła o 1,9%. Przykładem szybkiego wzrostu liczby zakażonych pacjentów jest jeden ze szpitali na Mazowszu. Tam od stycznia 2015 r. do czerwca 2017 r. współczynnik zachorowalności wzrósł niemal dwukrotnie z 1,14% do  2,25% (współczynnik pokazuje liczbę zakażonych na 100 pacjentów hospitalizowanych). Najwyższy wzrost, jak wykazała NIK był na Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii ( z poziomu 27,35% w 2015 r. do 34,02 % w 2016 r. aż do 41,35 % w 2017 r. Na innych oddziałach też odnotowano wzrosty ale nie tak gwałtowne. Jak wyjaśnił zastępca dyrektora ds. lecznictwa szpitala wzrost liczby zarejestrowanych zakażeń nie jest spowodowany rzeczywistą liczbą zachorowań ale poprawą dostarczanych danych. NIK nie kwestionuje, że na wzrost współczynnika zachorowań mogło wpłynąć ujawnienie przez Zespół Kontroli Zakażeń Szpitalnych większej liczby zakażeń, jednak dynamika wzrostu budzi zaniepokojenie i zdaniem NIK wymaga pogłębionej analizy przyczyn ich występowania.

Izba zwraca też uwagę na prawie trzykrotny wzrost (o 278,7%) między 2015 a 2016 rokiem zakażeń lekoopornymi bakteriami Klebsiella Pneumoniae NDM(+). Najwięcej pacjentów hospitalizowano w województwie mazowieckim 2 757 osób, najmniej w pomorskim i małopolskim po 7 pacjentów. Z informacji Konsultanta Krajowego w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej wynika, że ta bakteria w 2015 r. stanowiła najpoważniejszy problem medyczny i epidemiologiczny, dotyczący w szczególności szpitali warszawskich. Charakteryzuje się niezwykle niebezpieczną lekoopornością (na niemal wszystkie antybiotyki). Jednocześnie potrafi się szybko rozprzestrzeniać i utrzymywać w przewodzie pokarmowym przez kilka lat. W latach 2015 – 2017 (I półrocze) w województwie mazowieckim liczba hospitalizowanych pacjentów z jej powodu wynosiła odpowiednio 404, 1316 i 1037.

Poważny problem stanowi też sepsa (posocznica), która jest zespołem objawów spowodowanym nadmierną reakcją organizmu  na zakażenie (organizm walcząc z zakażeniem zaczyna niszczyć zdrowe organy). Sepsa stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia. W jej przebiegu dochodzi do niewydolności nerek, wątroby, serca, płuc. Najważniejsze w leczeniu jest możliwie najszybsze podanie antybiotyków. Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w badanym przez NIK okresie liczba dorosłych hospitalizowanych z powodu sepsy wyniosła: 2015 r. – 19 053, 2016 r. – 21 522 a w pierwszej połowie 2017 r. – 10 962. Najwięcej, bo prawie jedną piątą (18,5%) leczono w województwie mazowieckim. W tym okresie Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił za leczenie sepsy w ramach kontraktów prawie 450 milionów złotych.

Zdaniem NIK, prowadzenie rejestru sepsy pozwoliłoby na uzyskanie wiarygodnych danych o rozpoznanych przypadkach, niezbędnych do analiz jej objawów, sposobów leczenia i poziomu śmiertelności. 

Na wysoki poziom zakażeń, w ocenie NIK, ma wpływ brak wyspecjalizowanego personelu medycznego. W składach Zespołów Kontroli Zakażeń Szpitalnych, powołanych w szpitalach (we wszystkich 18 kontrolowanych takie istniały) brakowało lekarza o wymaganej specjalności, odpowiedniej liczby pielęgniarek epidemiologicznych oraz specjalisty do spraw mikrobiologii.

Na dzień 30 czerwca 2017 r. w Polsce było zawodowo czynnych tylko 110 lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologii, w tym 61 w wieku powyżej 55 lat. Według NIK, taka sytuacja nie daje gwarancji należytego sprawowania ciągłego i bieżącego nadzoru epidemiologicznego. 

Wśród krajów europejskich Polska zajmujeostatnie miejsce pod względem praktykujących lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologia – bakteriologia. Niewiele lepiej jest z epidemiologami. W całej Polsce pracuje ich 219, najwięcej w województwie mazowieckim 57, najmniej w opolskim – 1.

Brakuje też pielęgniarek epidemiologicznych. To osoba uczestnicząca w szeroko pojętym zwalczaniu zakażeń, m. in. kontrolująca stan sanitarno – epidemiologiczny szpitala, prowadząca rejestr zakażeń, szkolenia personelu, nadzorująca i monitorująca pracę personelu, uczestnicząca w planowaniu opieki nad pacjentem z zakażeniem szpitalnym. Zgodnie z ustawą o zwalczaniu zakażeń  liczba pielęgniarek epidemiologicznych powinna być nie mniejsza niż 1 na 200 łóżek szpitalnych.  W 6 kontrolowanych szpitalach posiadających powyżej 200 łóżek nie zapewniono ustawowej liczby takich pielęgniarek. W dwóch mazowieckich szpitalach w skład Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych powołano tylko po jednej pielęgniarce, mimo, że szpitale te posiadały odpowiednio 354 i 564 łóżka. Dyrektor jednego z nich brak drugiej pielęgniarki tłumaczył trudnościami finansowymi. Jednak, w trakcie kontroli NIK zamieszczone zostało internetowe ogłoszenie o naborze na stanowisko pielęgniarki epidemiologicznej. Dyrektor drugiego poinformował, że też trwa nabór na to stanowisko. Zdaniem NIK, bezpośrednia podległość pielęgniarki epidemiologicznej kierownikowi danej jednostki zapewniłaby jej samodzielność w realizacji obowiązków i wzmocniłaby jej pozycję w kontaktach z personelem lekarskim.

Wiele uchybień dostrzeżonych przez NIK dotyczyło działalności Zespołów Kontroli Zakażeń Szpitalnych. W trzech szpitalach Zespół nie wywiązywał się z ustawowego obowiązku konsultowania osób podejrzanych o zakażenie lub chorobę zakaźną oraz tych, u których je wykryto. W pięciu brakowało dokumentacji o przeprowadzeniu takich konsultacji.

Odrębną sprawą jest dokumentowanie w szpitalach zakażeń.Analiza kart rejestracji wykazała, że były one sporządzane przez lekarzy nierzetelnie, często z pominięciem wielu danych.NIK skontrolowała 696 losowo wybranych kart. W 18 % z nich nie opisano czynników ryzyka, w 23 % nie podano zastosowanego leczenia antybiotykowego, w ponad 15 % nie odnotowano wykonania badania mikrobiologicznego, w 4 % nie określono postaci klinicznej zakażenia a w 3 % nie podano danych pacjenta. Ponadto 246 kart lekarze wystawili z opóźnieniem sięgającym do 288 dni. W dwóch szpitalach w ogóle nie prowadzono takiego rejestru, co było niezgodne z ustawą o zwalczaniu zakażeń. W jednym ze szpitali w województwie kujawsko – pomorskim nie prowadzono rejestru zakażeń i czynników alarmowych a wyniki badań mikrobiologicznych były rejestrowane w zeszytach prowadzonych na poszczególnych oddziałach. W dwóch przypadkach nie wykazano ujawnionych w badaniach patogenów alarmowych. Adnotacje nie zawierały m.in. daty otrzymania wyniku badań, informacji o potwierdzeniu lub braku wystąpienia patogenu alarmowego czyli drobnoustroju wyjątkowo opornego na działanie leków. Adnotacje obejmowały tylko liczbę stwierdzonych i rozpoznanych zakażeń. W jednym ze śląskich szpitali od 5 lipca do 30 października 2017 r. nie prowadzono rejestru z powodu awarii systemu informatycznego. W czasie kontroli NIK rejestr uruchomiono i do 9 listopada 2017 r. wprowadzono dane 284 pacjentów z 2016 r. W ocenie Izby sporządzanie kart rejestracji z opóźnieniem nie pozwalało na bieżące prowadzenie rejestru zakażeń i utrudniało wiarygodne określenie sytuacji epidemiologicznej szpitala.

A to w konsekwencji doprowadziło do braku precyzyjnych danych o sytuacji epidemiologicznej kraju. Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w okresie objętym kontrolą (od 2015 r. do końca I półrocza 2017 r.) hospitalizowanych z powodu sepsy było 51 537 pacjentów a według danych Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny – 2 640. Tymczasem, w każdym z 18 skontrolowanych przez NIK szpitalu wystąpiły przypadki sepsy, w sumie 937 zachorowań.

Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, które gromadzi informacje z rocznych sprawozdań przesyłanych przez szpitale, wskazuje, że w 528 szpitalach stacjonarnych spośród 936 funkcjonujących w Polsce, a więc w ponad połowie, na koniec 2016 r. nie wykazano danych o pacjentach leczonych z powodu zakażenia i zgonów z tego powodu. Nieprawidłowości związane z wykazywaniem błędnych danych stwierdzono w siedmiu placówkach.

NIK ustaliła, że w kontrolowanych szpitalach liczba zakażeń związanych z udzielaniem świadczeń łącznie wyniosła 11 916. Natomiast zakażenie szpitalne zdiagnozowano u 11 488 pacjentów. Jako bezpośrednią przyczynę zgonu, zakażenie szpitalne wskazano  219 pacjentów, tj. ok. 1 % ogólnej liczby zgonów (22 167).

O braku wiarygodnych danych świadczą przeprowadzone tzw. badania punktowe. To badania zorganizowane w Polsce zgodnie z zaleceniem Rady Europy. Koordynowali je naukowcy z Collegium Medicum w Bydgoszczy, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i Narodowego Instytutu Leków w Warszawie.  Te badania punktowe wykazały, że liczba zakażeń szpitalnych może być nawet 5-krotnie wyższa, niż wynika to z danych Ministerstwa Zdrowia prezentowanych w mapach potrzeb zdrowotnych.

W Polsce w kontrolowanym okresie mogło dojść do ok. 400 tys. zakażeń rocznie.A to przekłada się na wydatki. Niestety żaden z kontrolowanych szpitali nie dysponował precyzyjnymi danymi dotyczącymi kosztów poniesionych w związku z wystąpieniem zakażenia. Analizy były prowadzone jedynie przez część szpitali, a koszty wyliczano w sposób uproszczony.  W 7 z kontrolowanych szpitali nie prowadzono ewidencji księgowej kosztów związanych z leczeniem zakażeń, np. w jednym ze szpitali w województwie warmińsko – mazurskim nie było danych dotyczących m.in. szacunkowych kosztów związanych z przedłużeniem leczenia pacjentów, u których wystąpiło zakażenie. Dyrektor tłumaczył tę sytuację niedoskonałością posiadanych narzędzi informatycznych. W pozostałych 11 szacunkowe koszty związane z przedłużeniem leczenia w kontrolowanych szpitalach wyniosły grubo ponad 85 milionów zł.

Zakażenia powodują wydłużenie czasu pobytu chorego w szpitalu. Średni pobyt  wynosił nieco ponad 5 i pół dnia. Zakażenie wydłużało ten czas do ponad 16 dni. Jak wynika z wyjaśnień dyrektorów szpitali, wydłużony czas leczenia jest głównym czynnikiem wpływającym na koszty leczenia pacjenta z zakażeniem.

Nie wszystkie szpitale realizowały zalecenia i decyzje organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej w wyznaczonym terminie. Trzeba jednak przyznać, że większość podjęła działania w tym kierunku.

NIK zwraca też uwagę na niedostateczną liczbę badań mikrobiologicznych a to one pozwalają wcześnie wykrywać zakażenia i ustalać skuteczne antybiotyki. Średnia liczba takich badań w przeliczeniu na 1 łóżko szpitalne w danym roku była ok. dwukrotnie niższa niż w krajach Unii.

W trakcie kontroli okazało się, że 3 szpitale nie mają izolatek co jest niezgodne z ustawą o zwalczaniu zakażeń.

W cieple, wilgoci i brudzie bakterie, wirusy, grzyby  znajdują znakomite warunki do przetrwania i namnażania. Dlatego tak istotną rolę w zapobieganiu zakażeniom odgrywa czystość np. instalacji wentylacyjnych i klimatyzacji. Niestety w 5 szpitalach, jak ustaliła NIK, nie dokonywano okresowych przeglądów takich urządzeń zgodnie z zaleceniami producenta oraz nie dokumentowano czynności serwisowych. W jednym z mazowieckich szpitali nie zapewniono skutecznej wentylacji w pomieszczeniach sanitarno – higienicznych i łazienkach dla pacjentów. Brakowało też dokumentacji z okresowych przeglądów, czyszczenia, dezynfekcji bądź napraw urządzeń wentylacyjnych. Także w tym szpitalu powiatowy inspektor sanitarny nakazał doprowadzenie jakości wody do stosownych wymagań. W połowie kontrolowanych szpitali w ciepłej wodzie przekroczona była dopuszczalna norma obecności pałeczek Legionella.

Wnioski

Ustalenia kontroli NIK wskazują na konieczne wprowadzenie systemowych zmian, które powinny wpłynąć na poprawę sytuacji epidemiologicznej w polskich szpitalach. Kontrola wykazała, że mechanizm zapobiegania zakażeniom szpitalnym nie jest skuteczny a to stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. Zła sytuacja finansowa części szpitali oraz niedobór wykwalifikowanej kadry medycznej powoduje, że nałożone przez prawo obowiązki nie są wykonywane rzetelnie co spowodowało rozprzestrzenienie się w kilku regionach Polski lekoopornych bakterii. Wadliwie działający system zbierania danych o zakażeniach doprowadził do braku pełnego obrazu skali zakażeń i rodzaju patogenów. NIK skierowała swoje wnioski do ministra zdrowia, kierowników szpitali i Inspekcji Sanitarnej.

17 MAJA 2018 07:00

Tekst i ilustracje pochodzą ze strony www.NIK.gov.pl . Pełny tekst raportu można znaleźć TUTAJ

 

Brak komentarzy do Zakażenia w szpitalach poważnym problemem

Najgroźniejsza broń biologiczna

Gdybym miał powiedzieć, którego rodzaju broni masowego rażenia boję się najbardziej, powiedziałbym, że biologicznej. Moim zdaniem, jest ona bardziej perfidna, niż chemiczna i atomowa.

Gdybym miał powiedzieć, którego rodzaju broni masowego rażenia boję się najbardziej, powiedziałbym, że biologicznej. Moim zdaniem jest ona bardziej perfidna niż broń jądrowa i chemiczna.

Zobacz odcinek:       https://youtu.be/raMiib2O28k

Tworząc ranking najgroźniejszych rodzajów broni zacząłem się zastanawiać, jakie kryteria powinienem wziąć pod uwagę. Na pewno skalę i skuteczność rażenia, koszty produkcji i dostępność komponentów, zaawansowanie technologiczne i łatwość zatrudnienia specjalistów. Nie bez znaczenia jest także to czy po użyciu można zająć zdobyty teren, czy też trzeba latami czekać, aż „czynnik zabijający” się zneutralizuje.

Organizmy chorobotwórcze, które wywołują tak groźne choroby jak cholerę, ospę, dur brzuszny, plamisty, dżumę czy żółtą febrę, a także grypę można zdobyć stosunkowo łatwo w licznych bankach genetycznych, znajdujących się przy dużych ośrodkach naukowych. Znane są przypadki kiedy państwom rządzonym przez dyktatorów, chorobotwórcze bakterie czy wirusy dostarczała firma kurierska. Koszty produkcji broni biologicznej są bardzo małe.

Do rozmnażania bakterii wystarczy wiedza zdobyta na podstawowym kursie biologii, a można to robić w niewielkim laboratorium, które można umieścić właściwie wszędzie. Do rozmnażania na masową skalę groźnych organizmów można użyć kadzi, które wykorzystuje się np. do … warzenie piwa.

Broń biologiczna jest bardziej perfidna niż chemiczna. Można rozsiać nad wybranym terenem bakterie, które np., zniszczą uprawy i doprowadzając mieszkańców do głodu, albo gospodarkę do upadku. To się nazywa terroryzm socjoekonomiczny. W taki sam sposób można zabić wszystkie zwierzęta hodowlane. Zarazki nie muszą być zrzucane z samolotów, mogą być roznoszone przez owady czy gryzonie. W rzeczywistości historia zna takie przypadki.

W 1940 roku, na chińskie miasta, Japończycy rozrzucili zakażone dżumą pchły, wywołując epidemię. Ale to nie był pierwszy przypadek użycia broni biologicznej. W starożytności zatruwano studnie wrzucając do nich zdechłe zwierzęta, a nierzadko zdarzało się, że w czasie oblężenia z katapult w kierunku miast wystrzeliwano zwłoki ludzi czy zwierząt, które zmarły na jakąś chorobę zakaźną. W czasie jednej z wojen pod koniec XV wieku Hiszpanie skazili wino w Neapolu krwią trędowatych.

Bardzo trudno powiedzieć kiedy po raz ostatni mieliśmy do czynienia z atakiem bronią biologiczną. W zależności od wykorzystanego patogenu, od ataku do epidemii może minąć nawet kilka tygodni. W innych przypadkach skutki chorobotwórcze mogą nastąpić niemalże natychmiast po ataku. Nawet gdybyśmy wiedzieli że właśnie zrzucono na nas, wpuszczono do wody w wodociągach, albo do wentylacji w budynku chorobotwórcze bakterie, niewiele możemy zrobić. Szybka i wysoka dawka antybiotyków? Tak, ale tylko wtedy, gdy wiemy czym zaatakowano. A określenie tego wcale nie jest takie proste. Testy wyszkolonych grup ludzi (muszą jeszcze znajdować się gdzieś w pobliżu) mogą trwać nawet kilka godzin, a jest to czas w którym większość bakterii już się w organizmie „zadomowiła”. Nawet jednak, gdyby od razu było wiadomo jakimi bakteriami zaatakowano, z symulacji robionych w USA wynika, że skuteczny atak biologiczny bakteriami wąglika tylko na jedno większe miasto zaowocowałby zużyciem całych krajowych zapasów antybiotyków w ciągu dwóch tygodni.

A co się stanie gdy na czynnik biologiczny nie ma antybiotyków? Jeden z twórców radzieckiego programu broni biologicznej Ken Alibek po ucieczce do USA mówił wprost, że celem radzieckich naukowców pracujących nad bronią biologiczną było produkowanie takich bakterii i wirusów, na które nie ma szczepionek ani antybiotyków. W praktyce jedna grupa naukowców produkowała metodami inżynierii genetycznej zabójczy organizm, a druga próbowała znaleźć antidotum. Jak się to NIE udawało, uznawano czynnik za idealny do użycia. Usilnie pracowano – a może dalej się to robi – nad zwiększeniem tzw. wirulencji bakterii czy wirusów, których naturalną szkodliwość uznano za niewystarczającą. Wirulencja to zdolności do wniknięcia, namnożenia się oraz uszkodzenia tkanek. Stwarzano także szczepy, które w naturze nie występują, łącząc np. najbardziej groźne cechy dwóch bakterii. Można było mieć pewność, że wróg na pewno nie ma na taki czynnik ani szczepionki ani antybiotyku. W ten sposób powstawały nowe odmiany wirusa ospy i wirusa Marburg.

Broń biologiczna jest groźniejsza od chemicznej jeszcze pod jednym względem. Jest samopowielająca się. Jej zabójcze działanie może się potęgować z biegiem czasu.Drobnoustroje rozsiane podczas ataku biologicznego rozmnażają się w organizmach ofiar i dalej rozprzestrzeniają się same. Tak właściwie wcale nie trzeba dużej ilości bakterii, żeby zarazić sporą grupę ludzi. Niewielka ilość bakterii wąglika – które w formie przetrwalnikowej wyglądają jak kakao – można przetransportować wszędzie. Nawet najbardziej drobiazgowe kontrole nic tutaj nie pomogą.

Broń biologiczna ma jednak dosyć istotną wadę z punktu widzenia prowadzenia wojny. Na długi czas może skazić zaatakowany teren. Brytyjczycy w czasie testów skuteczności laseczek wąglika pod koniec II Wojny Światowej skazili na 50 lat tereny szkockiej wyspy Gruinard. Oczywiście z punktu widzenia terrorystów, skażenie to żadna wada. Terroryści zwykle nie zajmują zaatakowanych przez siebie terenów.

Podsumowując. Broń biologiczna jest łatwa w użyciu i transporcie. Można ją – np. wąglik – przesłać nawet listem. Sama się powiela a jej wyprodukowanie – mówię tutaj o najbardziej dostępnych szczepach – nie wymaga dużej wiedzy. Dla terrorystów jest mniej dostępna niż niektóre trujące gazy, a jej sporym minusem jest to że zostawia za sobą skażony teren. Z kolei plusem jest to, że używający tej broni może zostać niewykryty. Śmierć ludzi, zwierząt, zagłada upraw może wystąpić wiele dni a nawet tygodni po użyciu tej broni.

Brak komentarzy do Najgroźniejsza broń biologiczna

Najnowocześniejsza broń chemiczna

Jak działa broń chemiczna? Szybko i boleśnie. Bardzo boleśnie i bardzo okrutnie. Gdy po raz pierwszy na masową skalę zastosowali ją Niemcy w czasie I Wojny Światowej, cześć niemieckich dowódców meldowała do sztabu, że stosowanie takiej broni to hańba dla prawdziwych żołnierzy.

Jak działa broń chemiczna? Szybko i boleśnie. Bardzo boleśnie i bardzo okrutnie. Gdy po raz pierwszy na masową skalę zastosowali ją Niemcy w czasie I Wojny Światowej, cześć niemieckich dowódców meldowała do sztabu, że stosowanie takiej broni to hańba dla prawdziwych żołnierzy.

Teoretycznie broni chemicznej nie wolno badać ani produkować. Tak mówią międzynarodowe traktaty. W praktyce w ostatnich latach miało miejsce przynajmniej kilka ataków chemicznych. Ostatni, kilka tygodni temu miał miejsce w Syrii. Sposoby działania broni chemicznej są różne bo wiele zależy od zastosowanej substancji. Generalnie jednak wszystkie gazy bojowe dzieli się na pięć kategorii.

I Wojna Światowa. Jeden z pierwszych (a może pierwszy) atak gazowy z użyciem chloru. Gaz wypuszczano z butli zakopanych w ziemi.

Pierwszym gazem bojowym zastosowanym na polu walki był chlor. Wykorzystali go Niemcy podczas I Wojny Światowej. Chlor, ale też fosgen należy do środków krztuszących. Ich działanie polega głównie na podrażnieniu i paraliżu dróg oddechowych. W skutek tego dochodzi do ich śmiertelnego oparzenia wewnętrznych organów. Środki działające na drogi oddechowe są mało skuteczne, gdy żołnierze mają maski. W pierwszej wojnie światowej maski wprowadzono jednak dopiero po tym jak dziesiątki tysięcy ludzi w konwulsjach udusiło się w okopach.

Druga grupa to środki duszące. Wbrew nazwie nie chodzi jednak o sparaliżowanie układu oddechowego, ale o zablokowanie hemoglobiny, cząsteczki znajdującej się w czerwonej krwince, której celem jest roznoszenie tlenu po organizmie. Człowiek oddycha normalnie, ale w ciągu kilkudziesięciu sekund i tak się dusi. Tlen nie jest z płuc transportowany, a dość okrutna śmierć następuje z powodu obumierania mózgu. Środkiem duszącym jest Cyklon-B, którym zabijano w komorach gazowych, ale także cyjanowodór, który Niemcy stosowali w czasie II wojny światowej.

Trzecia i chyba najgroźniejsza bo najskuteczniejsza grupa to środki paralityczno-drgawkowe. Blokują one komunikację pomiędzy komórkami nerwowymi. To tak jak gdyby duży organizm jakim jest miasto odciąć od sieci elektrycznej i telekomunikacyjnej. Totalny chaos informacyjny i paraliż. Przykładami środków paralityczno-drgawkowych są tabun, sarin, soman czy VX. Sarinu użyły kilka lat temu wojska rządowe w Syrii. W wyniku ataku zmarło około 1700 cywilów.

Grupę czwartą stanowią środki parzące. Takim jest np. gaz musztardowy zwany także Iperytem od nazwy miejscowości w Belgii, gdzie w I Wojnie Światowej został po raz pierwszy użyty. W ciągu kilkunastu minut zmarło wtedy w męczarniach kilkadziesiąt tysięcy Brytyjczyków i Francuzów. W wyniku jednego ataku. Grupa podobna a może i większa zmarła w kolejnych dniach i tygodniach. Niemieccy naukowcy szukali gazu, który będzie zabijał przez skórę nawet tych,
którzy mają maski. I tak wynaleźli gaz musztardowy.

I ostatnia grupa to środki halucynogenne. One nie zabijają, ale powodują czasową niedyspozycję. Do tej grupy zalicza się LSD czy BZ, czyli Chinuklidynobenzylan, który był stosowany przez Amerykanów w Wietnamie.

Bojowym środkiem trującym może być wiele związków, które powszechnie są wykorzystywane w przemyśle chemicznym czy medycynie. Ich nie trzeba produkować, je wystarczy kupić i użyć. Dobrym przykładem może być fosgen. Wykorzystuje się go w przemyśle tekstylnym i farmaceutycznym. Gdyby wpuścić go do wentylacji wieżowca, jeden litr w kilka chwil uśmierciłby on tysiące ludzi. Inny przykład to jad kiełbasiany inaczej zwany botuliną. W medycynie kosmetycznej niewielkie ilości tej toksyny wstrzykuje się pod skórę by pozbyć się zmarszczek. To tzw. botox. Dorosły człowiek umiera w męczarniach po wchłonięciu milionowych części grama tej trucizny. Cyjanowodór używa się w przemyśle a iperytem
traktowano komórki rakowe.
Broń chemiczna – z punktu widzenia atakującego – ma wiele innych zalet. Tak szybko jak się pojawia, tak samo szybko znika. Np. sarin jest niebezpieczny zaledwie przez 4 godziny. Iperyt staje się nieszkodliwy po najwyżej kilku dniach. Dodatkową zaletą broni chemicznej jest to, że po jej użyciu wybucha panika. A skutki paniki mogą być groźniejsze od samego ataku.

Reasumując. Z trzech broni masowego rażenia, czyli broni jądrowej, biologicznej i chemicznej, to ta ostatnia jest najtańsza w produkcji i wymaga najmniejszej wiedzy. Choć to dotyczy raczej ataków terrorystycznych, w niektórych sytuacjach wcale nie trzeba się o trujący gaz starać, a wystarczy w odpowiednim momencie wysadzić cysternę przewożącą chemikalia. Cysterny z chlorem czy amoniakiem przejeżdżają przez centra wielu dużych miast.
Ostatnie ataki bronią chemiczną miały miejsce w Syrii, gdzie armia rządowa przy współpracy z armią rosyjską zrzuciła na miasto Duma kilka, może kilkanaście ładunków wypełnionych gazem. Świadkowie mówili, że w powietrzu zaczął się unosić jabłkowy zapach. To sarin. Najpierw pojawia się poczucie niepokoju, potem zwężone źrenice, drgawki, ślinotok i paraliż mięśni, w tym mięśni oddechowych, w końcu śmierć w konwulsjach. Podobnie opisywano ataki, jakie przed wielu laty przeprowadzali na kurdyjskie wioski żołnierza Saddama Husajna.

Profesor Fritz Haber, twórca pierwszych gazów bojowych. Z wykształcenia chemik, po I Wojnie Światowej został uhonorowany Nagrodą Nobla z chemii.

I na koniec jeszcze jedno.
Broń chemiczną zawdzięczamy prof. Fritzowi Haberowi. Po przegranej przez Niemcy I wojnie, Haber był pewien aresztowania i sądu wojennego. Tymczasem rok po zakończeniu wojny, został laureatem nagrody Nobla z chemii. Dzięki tej nagrodzie i powszechnemu szacunkowi Heber mógł kontynuować swoje prace a w ich efekcie wynalazł m.in. cyklon B.

5 komentarzy do Najnowocześniejsza broń chemiczna

Fizyk który nie znał granic

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

A granice, akurat Hawking powinien znać doskonale. Od wczesnej młodości cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne. Choroba doprowadziła go do stanu, w którym w żadnym aspekcie życia nie był samodzielny. W żadnym, z wyjątkiem myślenia. I tutaj znowu wracamy do braku granic. Stephen Hawking był matematykiem i fizykiem teoretykiem. Zajmował się tematami tak abstrakcyjnymi, że nawet dla kolegów po fachu jego prace były niezwykle skomplikowane. Przez 40 lat swojej naukowej kariery opracował hipotezę parowania czarnych dziur, zajmował się grawitacją kwantową i opracował twierdzenie dotyczące osobliwości. Czyli takich obszarów, miejsc w których przyspieszenie grawitacyjne, albo gęstość materii mają nieskończoną wartość. W osobliwości mają nie działać prawa przyrody które znamy z naszego nie-osobliwego otoczenia.

Jak wszyscy mylił się i błądził. Wielu z tych rzeczy którymi się zajmował, nie potwierdziło się eksperymentalnie. Ale tak właśnie działa nauka. Teoretycy szukają, fizycy eksperymentalni, próbują podważyć. Zresztą podważaniem zajmował się i sam Hawking. Wielokrotnie mówił, że zabawa sztuczną inteligencję jest bardzo groźna. Mówił też, że nie mamy wyjścia, w dłuższej perspektywie, musimy opuścić Ziemię. Zresztą uważał, że kosmos jest pełen życia. „Na mój matematyczny rozum, same liczby sprawiają, że myślenie o istotach pozaziemskich jest całkowicie racjonalne. Prawdziwym wyzwaniem jest dowiedzieć się, jak te istoty mogą wyglądać – powiedział kiedyś.

Dla szerszego odbiorcy Stephen Hawking nie był jednak znany ani z prac o czarnych dziurach, ani z rachunków dotyczących osobliwości, ani tym bardziej z hipotez dotyczących grawitacji kwantowej. Był znany jako autor książki Krótka Historia Czasu, którą wydał w 1988 roku. Krótko po jej wydaniu powiedział, że jego marzeniem było napisanie książki o fizyce, którą będą sprzedawali na lotniskach. I dopiął swego. Jego książka przez wiele tygodni nie schodziła z listy bestsellerów w wielu krajach świata.

Dziesięć lat temu, obchodząc swoje 65 urodziny Hawking powiedział, że weźmie udział w suborbitalnym locie, że chce poczuć nieważkość. I poczuł. Zaledwie kilka miesięcy później fizyk znalazł się na pokładzie specjalnie dostosowanego do tego typu eksperymentów Boeinga 727. Samolot 8 razy wznosił się na wysokość około 8 kilometrów, a następnie „wyłączał” silniki i spadał w dół. Dzięki temu, biorący udział w eksperymencie ludzie, czuli w nim nieważkość. W ten sposób szkoli się ludzi, którzy zostaną wysłani w kosmos. Hawking nie zdążył polecieć na orbitę, ale spełnił swoje marzenie. W wielu wywiadach później wspominał, że w nieważkości, po raz pierwszy od 40 lat mógł się poruszać bez wózka inwalidzkiego. I znowu przekroczył granicę, która dla osób całkowicie sparaliżowanych, byłą dotychczas nieprzekraczalna.

5 komentarzy do Fizyk który nie znał granic

Robimy krzywdę naszym dzieciom

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Kiedyś postanowiłem zapytać kilka osób o źródło ich pasji. Pisałem wtedy książkę o wybitnych polskich naukowcach, o badaczach, którzy uprawiają naukę na światowym poziomie. Co otworzyło ich głowy? Co napędzało ich do zdobywania wiedzy? Co spowodowało, że zainteresowali się genetyką, meteorologią, medycyną, fizyką,…? Okazało się, że za każdym razem była to książka. Nie szkoła, tylko książka wykraczająca poza szkolny program. Czasami podarowana przez rodziców, czasami znaleziona w bibliotece, czasami otrzymana jako nagroda w jakimś konkursie.

Szkoła może człowieka zainspirować, ale sama szkoła to za mało, żeby podtrzymać tę inspirację. Historie naukowców z którymi rozmawiałem były niemal identyczne. Najczęściej książkę, która jak się później okazywało miała wpływ na kierunek rozwoju zawodowego, ci ludzie dostawali gdy byli jeszcze w szkole podstawowej. To wtedy rodzą się pasje, które – jeżeli odpowiednio prowadzone i podsycane – pozostają na całe życie. Po latach nie pamiętamy prawych dopływów Wisły, długości głównych rzek w Polsce czy rodzajów gleb. Po latach pamiętamy okładkę książki, która zmieniła sposób w jaki postrzegamy świat. Pamiętamy rozkład ilustracji na poszczególnych stronach i kolor grzbietu.

Rozmowy z naukowcami o książkach przypominają mi się za każdym razem, gdy muszę swoim dzieciom zabraniać czytania książek. Czy dobrze robię? Uczniowie w 7 klasie mają w tygodniu 38 godzin lekcji. To prawie tyle ile etat dorosłego człowieka. Ja w ich wieku miałem w tygodniu o około 10 godzin mniej! Po powrocie do domu, dzieci muszą odrobić zadania domowe i przygotować się do sprawdzianów i kartkówek na kolejne dni. Ich plecaki są tak ciężkie, że około czwartku słyszę, że bolą je już plecy. Gdy kolejny dzień wracają o 15:30, znowu po ośmiu lekcjach, wyglądają nie jak dzieci, tylko jak cyborgi. Nie mają nawet siły na to, żeby pobiegać. Czy w Ministerstwie Edukacji naprawdę nie ma nikogo kto wie, że taki wysiłek jest ponad dziecięce możliwości? Gdy chcą psychicznie odpocząć, gdy chcą zrobić coś innego niż nauka i przeglądanie zeszytów – przynajmniej moje dzieci – biorą do ręki książkę. Tyle tylko, że w trakcie tygodnia wybór jest prosty. Jak będą czytały, nie zdążą się nauczyć na sprawdzian. Albo będą rozwijały pasje, albo będą – często tylko pamięciowo – przyswajały szkolne informacje. W takim trybie nie ma czasu na naukę instrumentu, na kółka zainteresowań czy pójście do muzeum. W takim trybie nie ma czasu na zabawę. Naprawdę nie wiecie państwo z Ministerstwa, że zabawa rozwija? W takim trybie z trudem udaje się znaleźć czas na dodatkowy angielski. Ale tylko wtedy, gdy obiad będzie zjedzony w biegu, niemalże na stojąco.

Czego oczekujemy od młodego człowieka? Tego, żeby umiał czy tego, żeby rozumiał? Tego, żeby ciekawość dodawała mu skrzydeł, czy tego, żeby plecak pokrzywił mu kręgosłup? Chcemy tworzyć armię zmęczonych robotów czy nowoczesne społeczeństwo ciekawych świata ludzi, którzy z pasją budują rakiety, badają geny, piszą wiersze i odkrywają nowe lądy? Czy ktokolwiek w Ministerstwie Edukacji zadaje sobie takie pytania? Robimy krzywdę naszym dzieciom.

Tomasz Rożek

 

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

25 komentarzy do Robimy krzywdę naszym dzieciom

Karmienie piersią zmniejsza ryzyko cukrzycy

Karmienie dziecka piersią przez ponad sześć miesięcy niemal o połowę obniża u kobiety ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 – wykazało trwające 30 lat badanie, które publikuje pismo “JAMA Internal Medicine”.

Karmienie dziecka piersią przez ponad sześć miesięcy niemal o połowę obniża u kobiety ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 – wykazało trwające 30 lat badanie, które publikuje pismo “JAMA Internal Medicine”.

„Zaobserwowaliśmy bardzo silną zależność między okresem, w którym kobieta karmi piersią, a spadkiem ryzyka rozwoju cukrzycy, nawet po uwzględnieniu wszystkich możliwych czynników ryzyka” – skomentowała kierująca badaniami dr Erica P. Gunderson z Kaiser Permanente Division of Research w Oakland (Kalifornia, USA).

Jej zespół przeanalizował dane zebrane wśród 1238 kobiet, uczestniczek badania na temat czynników ryzyka rozwoju choroby wieńcowej – Coronary Artery Risk Development in Young Adults (CARDIA). W momencie włączenia do niego panie były w wieku od 18. do 30 lat i żadna z nich nie miała cukrzycy. W ciągu kolejnych 30 lat, kiedy śledzono stan ich zdrowia, każda kobieta urodziła co najmniej jedno dziecko oraz była poddawana badaniom w kierunku cukrzycy (do siedmiu razy w ciągu całego badania). Uczestniczki udzielały też informacji na temat stylu życia – w tym diety i aktywności fizycznej oraz na temat okresu, w którym karmiły piersią swoje dziecko. W analizie uwzględniono czynniki ryzyka zachorowania na cukrzycę występujące u nich przed ciążą, takie jak otyłość, poziom glukozy na czczo, styl życia, historia występowania cukrzycy w rodzinie, a także zaburzenia metabolizmu podczas ciąży.

Kobiety, które karmiły piersią przez ponad sześć miesięcy były o 47 proc. mniej narażone na rozwój cukrzycy typu 2 w późniejszych latach, w porównaniu z tymi, które nie karmiły wcale. U pań karmiących sześć miesięcy lub krócej spadek ryzyka był mniejszy – o 25 proc.

Długofalowe korzyści z karmienia piersią były widoczne zarówno u kobiet rasy białej, jak i czarnej, niezależnie od tego, czy wystąpiła u nich cukrzyca ciążowa (która zwiększa ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 w przyszłości). U kobiet rasy czarnej trzykrotnie częściej rozwijała się cukrzyca w ciągu 30 lat badania, jednocześnie rzadziej karmiły one piersią niż kobiety rasy białej.

„Częstość zachorowania na cukrzycę spadała stopniowo wraz z wydłużaniem się okresu karmienia piersią, niezależnie od rasy, wystąpienia cukrzycy ciążowej, stylu życia, rozmiarów ciała i innych metabolicznych czynników ryzyka ocenianych przed ciążą, co sugeruje biologiczny charakter mechanizmu leżącego u podłoża tej zależności” – skomentowała dr Gunderson.

Naukowcy uważają, że może chodzić m.in. o wpływ hormonów produkowanych podczas laktacji na komórki trzustki, które wydzielają insulinę i w ten sposób regulują poziom glukozy we krwi.

Wiedzieliśmy od dłuższego czasu, że karmienie piersią daje wiele korzyści zarówno matce, jak i dzieciom” – przypomniała niebiorąca udziału w badaniu Tracy Flanagan, dyrektor oddziału ds. zdrowia kobiet w Kaiser Permanente Northern California.

Badania wskazują na przykład, że kobiety, które karmiły dziecko piersią są mniej zagrożone zachorowaniem na raka piersi, z kolei dzieci karmione mlekiem mamy są w przyszłości mniej narażone na alergie i astmę, choroby serca, nadciśnienie, otyłość i inne zaburzenia metabolizmu.

W opinii Flanagan wyniki najnowszego badania dostarczają kolejnego argumentu, dla którego „lekarze, pielęgniarki, a także szpitale i decydenci, powinni wspierać kobiety w tym, by karmiły piersią tak długo, jak to możliwe”. (PAP)

Brak komentarzy do Karmienie piersią zmniejsza ryzyko cukrzycy

RNA w 3D

Już 1 mln razy badacze i osoby z całego świata wykorzystały RNAComposer – publicznie dostępny, skuteczny poznański system do modelowania struktury 3D RNA. A to nie jedyny polski sukces w badaniach nad wyznaczaniem struktury RNA.

Już 1 mln razy badacze i osoby z całego świata wykorzystały RNAComposer – publicznie dostępny, skuteczny poznański system do modelowania struktury 3D RNA. A to nie jedyny polski sukces w badaniach nad wyznaczaniem struktury RNA.

RNA to cząsteczki kwasu rybonukleinowego. Bez nich komórka nie mogłaby produkować białek – cząsteczek, które są istotne dla budowy i funkcjonowania komórek. Rodzajów RNA jest sporo i pełnią one w komórce różne funkcje.

I tak np. matrycowe RNA są pośrednikami, dzięki którym z DNA daje się wyciągnąć informacje – przepis na białka. Z rybosomowych RNA zbudowane są rybosomy – komórkowe centra produkcji białek. A transferowe RNA mają przynosić do tych centrów odpowiednie aminokwasy – jednostki budulcowe białek.

Model struktury 3D RNA wirusa Zika wygenerowany przez RNAComposer na podstawie sekwencji. Obecnie struktura ta jest już określona eksperymentalnie i jest zdeponowana w bazie struktur PDB. Źródło: Marta Szachniuk

 

Cząsteczkę RNA tworzy zwykle nić składająca się z połączonych ze sobą reszt nukleotydowych (w skrócie: A, C, G, U). Nawet jeśli rozszyfruje się ich kolejność w łańcuchu RNA, czyli określi sekwencję, nie jest pewne, jak cała cząsteczka układa się w przestrzeni. Bo cząsteczki RNA – w przeciwieństwie do kabla od słuchawek wrzuconych do plecaka – nie zwijają się w przypadkowe supły. Istnieją pewne reguły, które pozwalają przewidzieć, jaki kształt przybierze dana cząsteczka. W rozwikłaniu tego zagadnienia pomocne okazują się komputerowe metody do przewidywania struktur 3D RNA.

Dr hab. Marta Szachniuk wspólnie z zespołem prof. Ryszarda Adamiaka z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu opracowała darmowy, publicznie dostępny system RNAComposer. Do systemu wprowadza się sekwencję RNA (lub informację o oddziaływaniach między resztami nukleotydowymi, czyli tzw. strukturę drugorzędową), a on w ciągu kilku/kilkunastu sekund oblicza i prezentuje trójwymiarowy model cząsteczki. Program sprawnie radzi sobie zarówno z krótkimi, jak i bardzo długimi łańcuchami cząsteczek RNA o skomplikowanej architekturze. – Wielu naukowców z całego świata używa programu RNAComposer, żeby uzyskiwać pierwsze wyobrażenie tego, jak wyglądać może w 3D cząsteczka, którą badają. Nasz system od 2012 r. wykonał już 1 mln predykcji” – opowiada dr hab. Marta Szachniuk.

To nie jest jedyny system informatyczny do predykcji struktury 3D RNA. Takich automatycznych systemów jest kilka. Poza tym przewidywaniem struktur RNA zajmują się zespoły badawcze wspomagające się badaniami eksperymentalnymi.

Aby porównać skuteczność różnych metod wyznaczania kształtu RNA w przestrzeni 3D, od 2010 roku organizowany jest konkurs RNA-Puzzles. Chodzi w nim o to, by mając zadaną sekwencję RNA, jak najdokładniej wyznaczyć strukturę cząsteczki. Modele przewidziane przez uczestników konkursu porównywane są następnie z wynikami eksperymentów chemicznych i biologicznych prowadzących do określenia struktury. Konkurs organizowany jest obecnie w dwóch kategoriach: serwerów, które automatycznie generują wyniki, oraz w kategorii predykcji ludzkich, gdzie modele powstają w wyniku integracji obliczeń komputerowych i eksperymentów laboratoryjnych. „Jesteśmy najlepsi w kategorii automatycznych systemów do predykcji 3D RNA” – podkreśla dr Szachniuk.

System RNAComposer powstał dzięki temu, że od dekady zespół z ECBiG skrzętnie gromadził ogromną bazę danych dotyczących RNA. W bazie RNA FRABASE zebrano informacje z ogromnej liczby eksperymentów. Takich, z których można było wyciągnąć wnioski o strukturze przestrzennej molekuł RNA. Baza ta jest ciągle aktualizowana i każdy może z niej bezpłatnie skorzystać. „To popularne narzędzie. Wiemy nawet, że na zagranicznych uczelniach korzystają z niej np. studenci w ramach badań i studiów przygotowujących do zawodu bioinformatyka czy biologa” – opowiada dr Szachniuk. Baza ta pomaga m.in. wyszukiwać czy w różnych cząsteczkach powtarzają się jakieś konkretne przestrzenne wzorce.

Polska na światowej mapie badań nad strukturą RNA jest widoczna także dzięki badaniom innych zespołów. Ważną postacią jest tu m.in. prof. Ryszard Kierzek z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. Jego prace pozwoliły określić termodynamiczne reguły fałdowania RNA. Nowatorskimi badaniami nad wyznaczaniem struktury RNA zajmuje się również zespół prof. Janusza Bujnickiego z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie.

PAP – Nauka w Polsce

1 komentarz do RNA w 3D

Pożary widziane z kosmosu

W Kalifornii od kilku tygodni szaleją pożary. Serwisy telewizyjne czy internetowe pełne są apokaliptycznych zdjęć, ale ja postanowiłem pokazać wam zdjęcia z kosmosu. Są straszne i… hipnotyzujące.

W Kalifornii od kilku tygodni szaleją pożary. Serwisy telewizyjne czy internetowe pełne są apokaliptycznych zdjęć, ale ja postanowiłem pokazać wam zdjęcia z kosmosu. Są straszne i… hipnotyzujące.

 

Pożary zniszczyły albo niszczą setki tysięcy hektarów lasu. W sumie z domów ewakuowano kilkaset tysięcy ludzi. Ogień dotarł już do Los Angeles, płonie dzielnica Bel Air na terenie której znajduje się kampus znanego na całym świecie Uniwersytetu Kalifornijskiego.

Pożary w tej części Stanów to żadna nowość, ale tegoroczne są szczególnie groźne, bo towarzyszy im suchy i gorący wiatr fenowy, który wieje w porywach z prędkością do 130 km/h. Taki wiatr w południowej Kalifornii wieje od października do marca, z północnego wschodu, od strony gór Sierra Nevada.

Wiatrem fenowym jest np. nasz wiatr halny, czyli ciepły, suchy i porywisty wiatr, wiejący ku dolinom. Taki wiatr powstaje na skutek różnic ciśnienia pomiędzy jedną a drugą stroną grzbietu górskiego. Po nawietrznej stronie grzbietu powietrze unosi się ochładzając oraz pozbywając się pary wodnej. Po stronie zawietrznej powietrze opada ocieplając się.

A wracając do pożarów w Kalifornii. W tym roku są one tak dotkliwe także dlatego, że wczesną wiosną w Kalifornii spadły wyjątkowo obfite deszcze. To spowodowało szybki wzrost niskiej roślinności porastającej zbocza. Od marca jest tam jednak susza. NASA szacuje, że mamy właśnie do czynienia z okresem dziesięciu najsuchszych miesięcy w historii Południowej Kalifornii. Od 10 miesięcy nie spadła tam nawet jedna kropla wody. Ta niska, bujna na wiosnę, ale teraz wysuszona na proch roślinność stała się doskonałą pożywką dla pożarów.

Dzisiaj w Kalifornii szaleje sześć dużych pożarów i kilka mniejszych. Spaliło się kilkaset domów i setki tysięcy hektarów lasu. Straty liczone są w setkach miliardów dolarów.

Zdjęcia w większości zostały zrobione przez spektroradiometr obrazu (MODIS) na pokładzie satelity NASA oraz Multi Spectral Imager (MSI) z satelity Sentinel-2 Europejskiej Agencji Kosmicznej.

A photo taken from the International Space Station and moved on social media by astronaut Randy Bresnik shows smoke rising from wildfire burning in Southern California, U.S., December 6, 2017. Courtesy @AstroKomrade/NASA/Handout via REUTERS ATTENTION EDITORS – THIS IMAGE HAS BEEN SUPPLIED BY A THIRD PARTY. – RC11C90C8420

Przy okazji, zapraszam do subskrypcji mojego kanału na YT ( youtube.com/NaukaToLubie ) i polubienia fanpaga na Facebooku ( facebook.com/NaukaToLubie )

Brak komentarzy do Pożary widziane z kosmosu

Mechanizm samobójczego naśladownictwa

Czyli inaczej efekt Wertera jest znany od wielu lat. Media powinny z wielką powściągliwością pisać o zbrodniach, aktach terroryzmu i samobójstwach. Inaczej biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za naśladowców. 

Czyli inaczej efekt Wertera jest znany od wielu lat. Media powinny z wielką powściągliwością pisać o zbrodniach, aktach terroryzmu i samobójstwach. Inaczej biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za naśladowców. 

Gdy w mediach pojawia się dużo relacji dotyczących samobójstwa, gdy z tematu robi się główną informację dnia, gdy osoby znane gratulują samobójcy odwagi i determinacji, wzrasta prawdopodobieństwo kolejnych tragedii. Niewiele rzeczy tak jasno jak efekt Wertera ilustruje ogromną odpowiedzialność mediów i pracujących w nich dziennikarzy. Ta odpowiedzialność leży także na naszych barkach. To przecież my linkujemy, komentujemy i udostępniających treści, za które jesteśmy odpowiedzialni.  Światowa Organizacja Zdrowia kilka lat temu stworzyła nawet dokument z wytycznymi dla dziennikarzy jak pisać o samobójstwach, tak, żeby nie prowokować naśladowców.

Statystycznie rzecz ujmując, wzrost samobójstw następujący kilka, kilkanaście dni od nagłośnienia analogicznej tragedii. Z badań wynika, że szczególnie wyraźnie jest widoczny, gdy samobójstwo popełni znana osoba (np. gwiazda filmowa), lub gdy czyn osoby popełniającej samobójstwo jest usprawiedliwiany. Efekt Wertera zauważono także w stosunku do terroryzmu. Czym więcej informacji a aktach terroru, tym częściej się one zdarzają. Gdy przeanalizowano ponad 60 tysięcy zamachów terrorystycznych jakie miały miejsce na całym świecie w latach 1970 – 2002 i skorelowano je z częstotliwością oraz długością ukazujących się na ich temat materiałów prasowych, odkryto, że każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym zwiększało prawdopodobieństwo zamachów w kolejnym tygodniu o od kilku do kilkunastu procent.

Człowiekiem, który wprowadził do literatury określenie „efekt Wertera” był amerykański socjolog David Philips. Swoje badania prowadził w latach 70tych XX wieku. Już wtedy zauważono, że efekt jest wzmacniany gdy opisy śmierci podaje się ze szczegółami. Gdy samobójca umiera długo i w cierpieniu, gdy upublicznia się wizerunek zrozpaczonych krewnych samobójcy, gdy publikuje się list w których samobójca wyjaśnia swoje motywy i gdy te motywy poddaje się w mediach analizie. Psychologowie twierdzą, że w tym jest tak duży „potencjał identyfikacyjny”, że osoby o słabszej osobowości, osoby, które już wcześniej rozważały samobójstwo są tymi informacjami wręcz popychane do tragicznych czynów.

Obszerną rozmowę na temat efektu Wertera, kilka lat temu (w 2011 roku) opublikował portal Polityka.pl

– Jak to działa? – pytała w wywiadzie Joanna Cieśla.

(prof. Bartosz Łoza – kierownik Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.): Większość z nas bez głębszej refleksji wchłania papkę newsową, którą przekazują nam media, zwłaszcza te szybkie, operujące skrótami. Działa tu mechanizm modelowania – mamy podaną całą gotową historię – o prawdziwym człowieku, prawdziwym życiu, prawdziwych decyzjach, z początkiem i końcem. Nie musimy wkładać żadnego wysiłku w to, żeby ją śledzić, siedzimy w fotelu, a ona jest nam opowiadana. Staje się szczególnie wiarygodna dzięki wykorzystaniu takich technik jak nakręcone drżącą ręką filmy przysłane przez widzów, relacje i amatorskie zdjęcia internautów. To wszystko potwierdza, że to prawda, nie jakaś kreacja. 

Następnie prof. Bartosz Łoza wyjaśnia na czym polega owo modelowanie. Mówi, że osoby z podobnymi problemami co samobójca, rozważające już wcześniej tragiczne w skutkach kroki, dochodzą do wniosku, że skoro samobójca się zabił, one także mogą to zrobić.

– Informacja o zbrodni sprawia, że wszyscy stajemy się gorsi? – pytała Joanna Cieśla z Polityki.

– Niestety. Nie chcę zabrzmieć jak kaznodzieja, ale zło będzie rodzić zło. Wyjaśnia to nie tylko mechanizm modelowania, ale i teoria analizy transakcyjnej amerykańskiego psychoanalityka Erica Berne. Zgodnie z nią nasze emocje, moralność zależą od „głasków”, którymi nieustannie się wymieniamy z innymi ludźmi. Dobry głask to pochwała, zły głask – gdy ktoś na mnie burknął w autobusie. Mogę odburknąć – wtedy oddam negatywny głask. To taka waluta emocjonalna. Nasze portfele są pełne tej waluty, którą przez całe życie wymieniamy się z innymi ludźmi – odpowiada prof. Łoza.

W kolejnych częściach wywiadu profesor tłumaczy, że w tak destrukcyjny sposób działają na nas przede wszystkim informacje prawdziwe. Stąd często emitowane filmy w których dochodzi do strzelanin czy innych zbrodni nie mają wpływu na wzrost przestępczości. Natomiast relacjonowanie zbrodni czy tragedii, które rzeczywiście miały miejsce, szczególnie, gdy te relacje są bardzo emocjonalne, mogą nakłaniać do samobójczych kroków.

Efekt Wertera swoją nazwę zawdzięcza imieniu głównego bohatera napisanej przez Goethego powieści „Cierpienia młodego Wertera”. Po jej wydaniu (w 1774 roku) bodaj po raz pierwszy zauważono tzw. mechanizm samobójczego naśladownictwa.

Historia nieszczęśliwie zakochanego Wertera, który ostatecznie popełnił samobójstwo, pchnęła tysiące młodych ludzi nie tylko w Niemczech ale i w wielu innych krajach Europy do odebrania sobie życia.

2 komentarze do Mechanizm samobójczego naśladownictwa

Ukryta komnata

Ukryta komnata, promienie kosmiczne i piramidy. Nie, to nie jest streszczenie taniego filmu science-fiction. Streszczenie tekstu z Nature

To podobno pierwsze znalezisko w piramidzie Cheopsa od XIX. I to od razu z grubej rury. Magazyn Nature napisał, że w jednym z najbardziej monumentalnych grobowców odkryto tajemniczą komnatę. Jej długość jest szacowana na kilkadziesiąt metrów, a o tym, że w ogóle istnieje dowiedziano się dzięki analizie… promieni kosmicznych. Jak tego dokonano?

Czerwoną strzałką zaznaczyłem odkrytą komnatę 

Składnikiem  strumienia cząstek, które docierają do nas z kosmosu są miony. A ściślej mówiąc, miony powstają jako cząstki wtórne w wyniku rozpadu mezonów w wyższych warstwach ziemskiej atmosfery. Miony mają cechy elektronów, ale są ponad 200 razy od nich cięższe. Strumień mionów jest dość duży, bo w każdej sekundzie, przez metr kwadratowy powierzchni Ziemi przelatuje ich prawie 200. Miony nie omijają także nas, ale nie są dla nas groźne. Od jakiegoś czasu fizycy nauczyli się je wykorzystywać praktycznie.

 

Wiadomo ile mionów leci na nasze głowy. Jeżeli na ich drodze postawimy przeszkodę, część z nich, w niej ugrzęźnie. Im gęstsza ta przeszkoda, tym ugrzęźnie ich więcej. Ustawiając w odpowiedni sposób detektory mionów, jesteśmy w stanie wykonać trójwymiarowy obraz skanowanego obiektu. Zasada działania tego pomiaru jest identyczna co działania tomografu komputerowego. Jest źródło promieniowania (promienie Roentgena, zwane promieniami X) i są detektory. Robiąc odpowiednio dużo pomiarów pod różnymi kątami, jesteśmy w stanie z dużą precyzją określić kształt, budowę i strukturę tych części ludzkiego ciała, które dla oka lekarza są zakryte.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

W przypadku piramidy Cheopsa w Gizie nie było lekarzy, tylko fizycy i archeologowie, nie było promieni X, tylko kosmiczne miony. Nie było tomografu medycznego, tylko zmyślny system detektorów. Ale udało się dokonać tego samego. Znaleziono obiekt, a właściwie pustą przestrzeń, która wcześniej była przed wzrokiem badaczy zakryta.

Nie wiadomo czym jest tajemnicza komnata. Rozdzielczość tej metody jest zbyt mała, by stwierdzić czy znajdują się w niej jakieś obiekty. Może więc być pusta. Ale może też być pełna skarbów. Pusta przestrzeń znajduje się nad tzw. Wielką Galerią, czyli korytarzem prowadzącym do Komory Królewskiej. Nie wiadomo też, czy komnata (pusta przestrzeń) była zamurowana na etapie budowy piramidy, czy ktokolwiek po jej wybudowaniu do niej zaglądał. Piramida Cheopsa powstała w okresie tzw. Starego Państwa, czyli około 2560 roku p.n.e. Budowano ją zaledwie przez 20 lat. Jak na metody i technologie jakimi wtedy dysponowano, to tempo ekspresowe.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

7 komentarzy do Ukryta komnata

Type on the field below and hit Enter/Return to search