Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: ekologia

TworzyMy atmosferę

To my tworzymy atmosferę, którą później oddychamy. Albo – trzeba niestety to przyznać – atmosferę, którą się podtruwamy. Na przełomie jesieni i zimy jakość powietrza w Polsce jest dramatyczna!  

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

Jakość powietrza na przełomie jesieni i zimy jest najgorsza, bo wtedy powietrze jest wilgotne a szkodliwe cząsteczki mają się o co „zawiesić”. Gdy przychodzi sroga zima zanieczyszczenia są mniej szkodliwe, bo są szybko rozwiewane. W czasie mrozu powietrze jest suche (woda osiada jako szron albo śnieg) a to znaczy, że czystsze.

Kraków – brudne miasto

Dowodów na to, że zatrute powietrze powoduje wiele groźnych chorób jest tak wiele, że aż trudno zrozumieć dlaczego wciąż tak mało energii poświęcamy jego ochronie. Z badań ankietowych wynika, że aż 81 proc. pytanych nie uważa zanieczyszczenia powietrza za problem miejsca w którym mieszka. Fakty są jednak takie, że poziom zanieczyszczenia powietrza w Polsce jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej. Pod względem stężenia pyłu zawieszonego PM10 wywołującego m.in. astmę, alergię i niewydolność układu oddechowego w całej Europie gorsza sytuacja niż w Polsce jest tylko w niektórych częściach Bułgarii. W przypadku pyłu PM2,5 stężenie w polskim powietrzu jest najwyższe spośród wszystkich krajów w Europie, które dostarczyły dane. Podobnie jest ze stężeniem rakotwórczego benzopirenu. Gdy Polskę podzielono na 46 stref w których badano jakość powietrza, okazało się, że aż w 42 poziom benzopirenu był przekroczony. Wczytywanie się w statystyki, liczby, tabelki i wykresy może przyprawić o ból głowy. Okazuje się bowiem, że wśród 10 europejskich miast z najwyższym stężeniem pyłów zawieszonych, aż 6 to miasta polskie; Kraków, Nowy Sącz, Gliwice, Zabrze, Sosnowiec i Katowice. Bezsprzecznym liderem na liście miast z największym zanieczyszczeniem jest od lat Kraków. Tam liczba dni w roku w których normy jakości powietrza są przekroczone wynosi 151. Kraków jest trzecim najbardziej zanieczyszczonym miastem europejskim. Brudne powietrze to nie tylko takie w którym przekroczone są normy stężania pyłów zawieszonych czy wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), w tym benzopirenu (te powstają w wyniku niecałkowitego spalania np. drewna, śmieci czy paliw samochodowych). My i nasze dzieci (także te, które jeszcze się nie urodziły) oddychamy tlenkami azotu (główne źródło to spaliny samochodowe), tlenkami siarki (spalanie paliw kopalnych), przynajmniej kilkoma metalami ciężkimi np. kadmem, rtęcią, ołowiem, a także tlenkiem węgla.

Piece i samochody

Źródła poszczególnych zanieczyszczeń występujących w atmosferze są różne, ale w brew pozorom nie są one związane z przemysłem. Głównym ich źródłem jesteśmy my sami, a konkretnie indywidualne ogrzewanie domów i mieszkań oraz transport drogowy. Ponad 49 proc. gospodarstw domowych ma własne piece centralnego ogrzewania. Samo to nie byłoby problemem gdyby nie fakt, że przeważająca większość tych pieców to proste konstrukcje, które można scharakteryzować dwoma określeniami: są wszystkopalne i bardzo mało wydajne. Duża ilość paliwa, którą trzeba zużyć oraz fakt, że często używane jest w nich paliwo niskiej jakości powodują, że duże miasta w Polsce w okresie jesienno – zimowym praktycznie są cały czas zasnute mgłą. Swoje dokładają także samochody. Liczba samochodów osobowych zarejestrowanych w Polsce wynosi 520 pojazdów na 1000 mieszkańców a to więcej niż średnia europejska. Nie jest to bynajmniej powód do dumy. Spory odsetek samochodów na naszych drogach nie zostałby zarejestrowany w innych unijnych krajach. Także ze względu na toksyczność spalin.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

O szkodliwości zanieczyszczonego powietrza można by pisać długie elaboraty. W zasadzie nie ma organu, nie ma układu w naszym ciele, który nie byłby uszkadzany przez związki chemiczne zawarte w zanieczyszczeniach. Przyjmuje się, że z powodu zanieczyszczenia powietrza umiera w Polsce ponad 40 tys. osób rocznie. To ponad 12 razy więcej osób niż ginie wskutek wypadków drogowych! Grupami szczególnie narażonymi są dzieci i osoby starsze. Zanieczyszczenia bardzo negatywnie wpływają na rozwój dziecka przed urodzeniem. Prowadzone także w Polsce badania jednoznacznie wskazywały, że dzieci, których matki w okresie ciąży przebywały na terenach o dużym zanieczyszczeniu powietrza, miały mniejszą masę urodzeniową, były bardziej podatne na zapalenia dolnych i górnych dróg oddechowych i nawracające zapalenie płuc w okresie niemowlęcym i późniejszym, a nawet wykazywały gorszy rozwój umysłowy.

To problem każdego!

W sondażu przeprowadzonym na zlecenie Ministerstwa Środowiska w sierpniu 2015 r. czystość powietrza była wymieniana jako jedna z trzech – obok bezpieczeństwa na drogach i poziomu przestępczości – najważniejszych kwestii, od których zależy komfort życia w danej miejscowości. Problem z tym, że większość pytanych nie widzi tego problemu w miejscowości w której mieszka. Temat dla nich istnieje, ale jest abstrakcyjny, mają go inni. Prawda jest inna. Nawet w wypoczynkowych miejscowościach jak Zakopane czy Sopot jakość powietrza jest koszmarna. Tymczasem problem w dużej części można rozwiązać bez dodatkowych inwestycji czy zwiększania rachunki np. za ogrzewanie. Wystarczy zmienić własne nawyki. Kupno węgla o odpowiednich parametrach to pozornie wyższy wydatek. Lepszy węgiel ma jednak wyższą wartość opałową, czyli trzeba go zużyć mniej by wyprodukować podobna ilość ciepła. Nic nie kosztuje dbanie o sprawność domowego pieca przez regularne czyszczenie go. Nic nie kosztuje (można dzięki temu nawet zaoszczędzić), zamiana w mieście samochodu na komunikacje miejską albo rower.

A miejsce śmieci… jest w śmietniku. Inaczej pozostałości z ich spalania, będę kumulowały się w naszych płucach. Polacy w domowych piecach spalają rocznie do 2 mln ton odpadów. W konsekwencji do atmosfery i do naszych płuc trafiają m.in. toksyczne dioksyny, furany, cyjanowodór.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

 

Tekst został opublikowany w tygodniku Gość Niedzielny.
2 komentarze do TworzyMy atmosferę

Fagi – dobre wirusy

– Jak to się dzieje, że ci ludzie nie chorują – zastanawiał się widząc Hindusów kąpiących się i pijących wodę z Gangesu. Rzeki, która jest ściekiem. Więcej! wszystko wskazuje na to, że oni są przez to zdrowsi !

Bakterie stają się dla nas coraz groźniejsze. Coraz częściej zdarza się, że nie dają im rady nawet najbardziej zaawansowane terapie antybiotykowe. Sytuacja wymaga podjęcia niestandardowych metod. A może przeciwnie, wymaga powrotu do źródeł?

Ta historia rozpoczyna się w Indiach ostatnich lat XIX wieku. To wtedy przypłynął tam młody brytyjski biochemik i bakteriolog Ernest Hanbury Hankin. Ma jeden cel, walkę z cholerą, która miejscami przybiera rozmiary epidemii. Sukcesów nie ma praktycznie żadnych, a jego desperację potęguje fakt, że w Indiach zdają się nie działać reguły, których nauczył się w Anglii. Młody badacz zauważa bowiem, że na cholerę bardzo rzadko chorują ci, którzy kąpią się w rzece Ganges. Dla Hindusów sprawa jest oczywista, wody rzeki są święte, a każdy kto się w nich kąpie jest „chroniony”. Dla naukowca, sprawa jest trudna do zrozumienia. Przecież Ganges to ściek! To miejsce które powinno być źródłem problemu, a nie lekarstwem. Ku konsternacji większości Europejczyków, a już na pewno tych, którzy mieli wykształcenie medyczne czy biologiczne, Hindusi wodę z Gangesu pili. I? I nic im się nie działo. Jak to możliwe? Brytyjski naukowiec uważał, że w rzece musi być coś, co pijących jej wodę uodparnia. Fenomen dotyczył nie tylko wody w Gangesie, ale także w innych rzekach, równie zanieczyszczonych.

W 1896 roku Ernest Hanbury Hankin opublikował pracę naukową, w której stawiał tezę, że, w badanej przez niego wodzie istnieją czynniki antybakteryjne, które są na tyle małe, że nie sposób zatrzymać ich nawet na najdrobniejszych filtrach. Praca nie została jednak zauważona. Dopiero 20 lat później odkryto co tym czynnikiem jest. Dwa zespoły badaczy, brytyjski i francuski, odkryły bakteriofagi, czyli wirusy, które niszczą bakterie. Nazwa bakteriofag oznacza dosłownie „zjadacze bakterii”. W rzeczywistości wirusy nie pożerają bakterii. Ale o tym za chwilę. Dalsze badania pokazały, że w zasadzie każda bakteria ma swojego faga, czyli wirus, który bez większych problemów może sobie z nią poradzić. Pierwszy przypadek uleczenia wirusami zakażenia bakteryjnego (konkretnie chodziło o infekcję laseczką czerwonki, czyli siejącą śmierć dezynterią) miał miejsce w 1915 roku.

ganges

Zagadka: znajdź głowę chłopaka w śmieciach

Pierwszy nazwę bakteriofag zastosował pracujący w Paryżu Kanadyjczyk, Félix d’Herell. Nie jest ona do końca ścisła, bo sugeruje, że wirusy pożerają bakterie. W rzeczywistości wirusy niczego nie zjadają. Nie są organizmami żywymi, więc nie potrzebują źródła energii do zaspokajania swoich potrzeb. Jak w takim razie zabijają? Bakteriofagi, jak zresztą wszystkie wirusy, komórki żywych organizmów wykorzystują. Wirusy są kapsułkami zawierającymi materiał genetyczny. Nie potrafią same się poruszać. Posiadają jednak „klucze” do żywych komórek. Każda żywa komórka w swojej ścianie ma receptory. To coś w rodzaju zamka do drzwi. Ten, kto posiada klucz, może wejść do środka. Wirusy posiadają klucze, czyli białka pasujące do receptorów. Gdy cząsteczka wirusa znajdzie się w bezpośredniej bliskości komórki, jest bardzo prawdopodobne, że dojdzie do adsorpcji. Wirus otwiera zamek. Chwilę później następuje penetracja. Specjalną igiełką fag wkłuwa się do wnętrza bakterii i wstrzykuje tam swój materiał genetyczny. Komórka (w przypadku fagów komórka bakteryjna) nie ma pojęcia, że jest zainfekowana. Przecież wirus miał „legalne klucze”. Gdy materiał genetyczny znajdzie się w środku, dochodzi do tzw. replikacji genomu. Komórka replikuje wirusy z taką prędkością, że wkrótce zostaje – dosłownie – rozerwana z powodu ich natłoku w swoim wnętrzu. Od momentu „włożenia klucza do zamka” do unicestwienia bakterii mija nie więcej niż 30 minut! Każda zainfekowana komórka wyprodukuje kilkadziesiąt wirusów. A każdy z nich gotowy jest do ataku na nową bakterię.

W naturalnych warunkach pomiędzy bakteriami i wirusami ustala się pewna równowaga, ale gdyby tak wirusy antybakteryjne namnażać i traktować jako najlepszy z dostępnych antybiotyków? Wirusami leczono zanim, zanim ktokolwiek wiedział, czym są ci „niewidzialni” zabójcy bakterii. Félix d’Herelle leczył fagami śmiertelnie chorych na czerwonkę. „Ozdrowienie” następowało po kilkudziesięciu godzinach. Dzisiaj do koncepcji leczenia wirusami coraz częściej się wraca. Antybiotyki wydają się skuteczne, ale tylko na krótką metę. Bakterie potrafią się na nie uodparniać. W Polsce jedna trzecia szczepów dwoinki zapalenia płuc jest odporna na penicylinę. Na fagi nie da się uodpornić, bo te mutują tak samo szybko jak same bakterie. W Polsce znajduje się jeden z dwóch na świecie (i jedyny w Europie) ośrodek naukowy, który prowadzi terapię bakteriofagami. Kilka lat temu rozmawiałem z jego szefem, profesorem Andrzejem Górskim. Powiedział mi wtedy, że do Laboratorium Bakteriofagowego w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu zgłaszają się setki osób cierpiących na zakażenia, których żadne antybiotyki nie potrafią wyleczyć. Naukowcom z Wrocławia udaje to w ponad 80 procentach. W porównaniu z terapią antybiotykami, fagi są tańsze, a na pewno nie mniej skuteczne. Ponadto leczenie fagami nie powoduje skutków ubocznych, bo działanie wirusów jest ściśle ukierunkowane i wybiórcze. Określony bakteriofag atakuje tylko jeden gatunek bakterii. W ten sposób po terapii fagami oszczędzamy te „dobre bakterie”, np. z wnętrza układu pokarmowego. Tymczasem antybiotyki tak nie potrafią. – Czasami wystarczy kilkadziesiąt godzin, by osoba od lat cierpiąca na zakażenie uwolniła się od kłopotu. Leczymy nawet infekcje wywołane przez szczepy gronkowca złocistego – śmiercionośne bakterie, będące największym postrachem oddziałów intensywnej terapii – mówił mi prof. Górski.

Skoro mają tyle zalet, dlaczego bakteriofagami nie leczy się powszechnie? Przeszkodą jest prawo. Formalnie (w Unii Europejskiej i USA) przed skomercjalizowaniem, terapia musi być zarejestrowana, a jeszcze wcześniej poprzedzona badaniami klinicznymi. I tutaj pojawiają się problemy formalne. Terapia fagami nie jest zunifikowana, tylko po to by była skuteczna musi być tworzona dla każdego pacjenta osobno. Tego typu postępowanie wymyka się jednak normom, jakie ustalają prawnicy i urzędnicy. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że przemysł farmaceutyczny czerpie ogromne korzyści z produkcji antybiotyków. Tańsza i w wielu przypadkach skuteczniejsza metoda leczenia fagami może być traktowana jako niechciana konkurencja. – Terapia fagowa to z formalnego punktu widzenia wciąż eksperyment, a do zaakceptowania nowości potrzeba czasu – powiedział mi kilka lat temu prof. Górski. Od tego czasu nic się nie zmieniło.

Drugi – poza Polską – ośrodek leczący fagami znajduje się w stolicy Gruzji, Tbilisi. Założył go zresztą Félix d’Herelle, ten sam, który nadał nazwę bakteriofagom. Ten zagorzały komunista pracował w Związku Radzieckim do śmierci. Gruziński instytut nie podlega pod prawo europejskie i amerykańskie, więc ma większą swobodę w działaniu, niż ośrodek we Wrocławiu. Kilka lat temu, Instytut z Gruzji założył filię w Meksyku, gdzie nie obowiązuje amerykańskie prawo, a bogatym (i chorym) Amerykanom znacznie łatwiej dojechać tam niż do Gruzji.

 

1 komentarz do Fagi – dobre wirusy

Kolorowa jesień naukowo

Jest taki moment w roku, kiedy las – zwykle zielony – mieni się niemalże wszystkimi możliwymi kolorami. Dlaczego liście zmieniają kolor jesienią?

Liście są zielone, bo zawierają chlorofil. To związek chemiczny, barwnik, który potrafi „produkować” elektrony pod wpływem światła słonecznego. Po co roślinom elektrony? Potrzebują ich po to, by zaszła fotosynteza, czyli proces, w trakcie którego – w skrócie – z wody, dwutlenku węgla i światła powstają cukry i tlen. Ten ostatni jest usuwany do atmosfery, a cukry stanowią pożywienie dla roślin. W ciągu roku ilość wody i dwutlenku węgla jest mniej więcej stała. Co innego jednak ze światłem. Jego ilość w ciągu 12 miesięcy zmienia się diametralnie.

Sekret tkwi w świetle
Chlorofil to niejedyny barwnik – choć najważniejszy – z wielu występujących w roślinach zielonych. Gdy jesienią temperatura obniża się i powoli spada ilość dochodzącego do powierzchni ziemi światła słonecznego, dla roślin to znak, że zbliża się zima. Czas odpoczynku, a właściwie snu. To także sygnał, by przestać produkować chlorofil. To dosyć racjonalna decyzja. Skoro światła i tak jest coraz mniej, a za chwilę przyjdzie w ogóle „przystopować”, po co tracić energię na produkcję chlorofilu?

A więc chlorofilu jest coraz mniej, ale tutaj niespodzianka. Można by się spodziewać, że wraz z zanikiem barwnika liści, powinny one stawać się coraz bardziej przezroczyste. Otóż nie! Chlorofil znika a wraz ze zbliżaniem się zimy „do głosu” dochodzą inne barwniki. Są w liściach przez cały czas, ale „hegemonia” chlorofilu powoduje, że tych innych po prostu nie widać. Pojawiają się dopiero wtedy, gdy zmniejsza się ilość zielonego barwnika. Liście stają się coraz bardziej żółte i pomarańczowe, ale nie dlatego, że przysychają, ale dlatego, że znajduje się w nich całkiem sporo barwników z grupy karotenoidów. To te, które nadają kolor marchewce czy pomarańczom. Dzięki karotenoidom liście stają się żółte, pomarańczowe czy brązowe. Ale nie wszystkie liście są tak samo żółte. Sekret tkwi w ilości dochodzącego do powierzchni ziemi światła, a także temperaturze, gatunku drzewa, a nawet odczynie pH gruntu, na którym roślina się rozwija. Na jesień bardzo żółte są liście osiki, ale już liście klonu czy jesionu w ogóle nie żółkną. Te stają się intensywnie czerwone.

O co chodzi z czerwienią?
Barwniki, które odpowiadają za wiele odcieni czerwieni jesiennych liści, pochodzą z grupy antocyjanidyn. Te same związki występują zresztą w kwiatach. I tutaj ciekawostka. Dokładnie ten sam barwnik (cyjanidyna) nadaje róży kolor krwistej czerwieni i chabrom ciemnego błękitu. Wracając jednak do liści. Tak jak barwnik żółty czy pomarańczowy jest w liściach przez okrągły rok, tak barwniki czerwone produkowane są dopiero jesienią. Bez sensu? Po co tuż przed opadnięciem liść traci energię na produkcję czegokolwiek? To rzeczywiście swego rodzaju tajemnica. Dzisiaj naukowcy sądzą, że barwniki z grupy czerwonych chronią komórki liści przed zamarznięciem.

Jesienią nocne przymrozki są czymś zupełnie normalnym. Rośliny, w których liściach jest dużo czerwonych barwników, są odporniejsze na nie. To, co zastanawia badaczy, to fakt, że związki z grupy antocyjanidyn są produkowane także w innych okolicznościach. Na przykład wtedy, gdy roślinę zaatakują jednokomórkowe grzyby, gdy natężenie światła UV jest zbyt wielkie albo gdy zanieczyszczenie środowiska staje się dla nich uciążliwe. Czerwone liście mogą świadczyć o chorobie roślin. I znowu pojawia się pytanie. Dlaczego wyczerpana, chora roślina marnuje swoją energię na produkcję czerwonych barwników ? Czy nie lepiej, by w tej sytuacji ją oszczędzała? Eksperci przypuszczają, że jeżeli antocyjanidyny są produkowane po to, by liść wisiał na drzewie tylko troszkę dłużej, może oznaczać, że tuż przed zimą drzewo chce pobrać ze środowiska coś, co pomoże mu we wzroście w kolejnym sezonie. Być może tak jest rzeczywiście. W końcu liść zawiera wiele soli mineralnych czy pierwiastków, które roślinie mogą się jeszcze przydać. Część z nich drzewo odzyska, gdy liść zgnije na powierzchni gruntu, ale być może substancje najbardziej potrzebne roślina chce odzyskać bezpośrednio z liścia? Jeżeli tak, czerwone barwniki przypominałyby nieco komandosów czy BORowców, którzy w sytuacji zagrożenia pilnują ewakuacji ważnych osób. Dbają by liść wisiał jak najdłużej, po to by zanim spadnie, udało się z niego nak najwięcej wyciągnąć.

Przepis na kolorową jesień
Niektóre barwniki są charakterystyczne dla konkretnego gatunku roślin. Inne występują we wszystkich, ale pojawiają się w zależności od warunków zewnętrznych. To dlatego liście nawet dwóch stojących obok siebie drzew mogą mieć nieco inny odcień. Czy można sformułować przepis na kolorową jesień? Listę warunków, jakie muszą zostać spełnione, by spacer po jesiennym lesie był przeżyciem wręcz metafizycznym? Można się o to pokusić. Temperatura powietrza powinna spadać powoli, nie gwałtownie. To samo dotyczy ilości dochodzącego do liści światła. Pogoda powinna być słoneczna, a niebo niezasnute chmurami. Tylko wtedy chlorofil będzie ustępował innym barwnikom w sposób ciągły. Jakiekolwiek nagłe zmiany mogą spowodować, że liście znajdą się na ziemi, zanim zdążą zapłonąć feerią kolorów. Jeżeli jest zbyt mokro, liście wcześniej spadną, a jeżeli zbyt często chmury będą przysłaniały słońce, liście nie wyprodukują czerwonego barwnika. W skrócie: jesień musi być ciepła, sucha i słoneczna. Wtedy będzie złota, czerwona, brązowa, żółta, pomarańczowa…

 

Polecam wideo  „Tajemnica czerwonego drzewa – Nauka. To lubię.”

 

Polecam wideo „Liście jesienią (okiem fizyka) – Nauka. To lubię.”

Brak komentarzy do Kolorowa jesień naukowo

Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

O człowieku można mówić na wiele różnych sposobów. Inaczej opisują go atlasy anatomiczne, inaczej podręczniki do biochemii czy antropologii. Książka „Człowiek” nie jest atlasem opisującym każdą cząstkę ludzkiego ciała. Nie jest też podręcznikiem, który opowiada o reakcjach biochemicznych, które zachodzą w ludzkich komórkach. Jest próbą odpowiedzi na trzy krótkie pytania. Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Łatwo takie pytania zadać, znacznie trudniej znaleźć na nie odpowiedzi.

Po „Kosmosie” przyszedł czas na „Człowieka” , czyli drugą część mojej trylogii. Opowieść o tym skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

rozkładówka - wstęp

O człowieku można mówić na wiele różnych sposobów. Inaczej opisują go atlasy anatomiczne, inaczej podręczniki do biochemii czy antropologii. Organizm człowieka jest „kosmicznie” skomplikowany i właśnie dlatego jest tak niezwykły. Książka „Człowiek” nie jest atlasem opisującym każdą cząstkę ludzkiego ciała. Nie jest też podręcznikiem, który opowiada o reakcjach biochemicznych, które zachodzą w ludzkich komórkach. Jest próbą odpowiedzi na trzy krótkie pytania. Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Łatwo takie pytania zadać, znacznie trudniej znaleźć na nie odpowiedzi.

rozkładówka_Konarzewski

Kiedyś przeprowadzałem wywiad z neuropsychologiem. Zapytałem go, ile tak właściwie wiemy o ludzkim mózgu. Intuicja podpowiadała mi, że niewiele. Zakładałem, że profesor odpowie, że poznaliśmy nie więcej niż kilka procent wszystkich zagadnień związanych z mózgiem. A tymczasem odpowiedział: „gdyby zapytał mnie pan o to kilka lat temu, powiedziałbym, że nie więcej niż 10 procent, ale dzisiaj, po uruchomieniu kilku dużych międzynarodowych programów dotyczących badania mózgu, po ogromnej liczbie publikacji, jakie pojawiły się w ostatnich latach, twierdzę, że wiemy nie więcej niż 3-4 procent”. Ta odpowiedź jest zaskakująca tylko pozornie. W nauce bardzo często wraz ze wzrostem wiedzy, wzrasta także świadomość naszej niewiedzy. Naukowców i pasjonatów na całym świecie napędza nie to co jest znane, tylko właśnie to, co jest tajemnicą. Jako dziennikarz naukowy przyglądam się tym tajemnicom i czuję podekscytowanie. Ta książka jest pełna moich ekscytacji i fascynacji oraz prób znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

rozkładówka_kaczmarzyk

Książka podzielona została podzielona na trzy części. W każdej z nich, oprócz mojego tekstu, znajduje się fascynujący wywiad z naukowcem. Rozmawiam o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości człowieka. W wywiadach staram się uzyskać odpowiedzi na tytułowe pytania: skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? Czy je uzyskuję? O tym każdy Czytelnik przekona się sam.

rozkładówka - tadeusiewicz

Człowiek to drugi tom trylogii, którą wymyśliłem w ubiegłym roku. Pierwszy tom, który ukazał się w 2014 roku był zatytułowany Kosmos. Opisuję w nim wszystko to, co jest większe od człowieka. Od Wszechświata począwszy, poprzez galaktyki i układy planetarne, a na planetach, w tym planecie Ziemi, skończywszy. Trzeci tom trylogii – Mikrokosmos – ukaże się w przyszłym roku.

Książka Człowiek została wydana nakładem Grupy Wydawniczej Foksal sp. z o.o.

Zapraszam do lektury

2 komentarze do Skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?

Czujnik w nas

W Szwajcarii stworzono czujnik, który wszczepiony pod skórę jest w stanie kontrolować kilka parametrów życiowych równocześnie. Kilka lat temu pisałem o takich czujnikach jak o dalekiej przyszłości.

W Szwajcarii stworzono czujnik, który wszczepiony pod skórę jest w stanie kontrolować kilka parametrów życiowych równocześnie. Kilka lat temu pisałem o takich czujnikach jak o dalekiej przyszłości.

Czujnik, a właściwie elektroniczny chip, powstał w laboratoriach politechniki w Lozannie EPFL (École polytechnique fédérale de Lausanne). Ma wielkość paznokcia w małym palcu i nie trzeba wymieniać mu baterii. Ładuje się go przez indukcję, przez skórę. Wszystko, co zbada i zmierzy, przesyła bezprzewodowo do smartfona. Jest to bodaj pierwsze urządzenie tego typu, które może być wykorzystywane komercyjnie u pacjentów. Poprzednie konstrukcje nie były co prawda większe, ale miały ogromną wadę – badały tylko jeden parametr, tylko jedną zmienną. Ten równocześnie rejestruje ich kilka.

Od czego się zaczęło?

Czujnik, o którym mowa, wpisuje się w rozwój dziedziny zwanej nanotechnologią. Co prawda urządzenia nano są znacznie, znacznie mniejsze, ale bardzo szybki wyścig do miniaturyzacji zawdzięczamy właśnie nanotechnologii. Za ojca tej dziedziny uważany jest genialny fizyk Richard Feynman. Uczestniczył w pracach nad budową pierwszej bomby atomowej (projekt Manhattan), a po wojnie pracował na najlepszych uniwersytetach amerykańskich. Zajmował się kwantową teorią pola i grawitacji, fizyką cząstek i nadprzewodnictwem. To on jako pierwszy podał koncepcję komputera kwantowego i – w 1960 roku – zapowiedział powstanie nowej dziedziny nauki – nanotechnologii. W 1965 r. otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki. Feynman wielokrotnie zwracał uwagę na to, że przyszłość będzie nano, że zrozumienie tego, co dzieje się w nanoświecie, świecie na poziomie pojedynczych cząstek i atomów, będzie kluczowe dla naszego przyszłego rozwoju.

Trudno oczywiście dokładnie określić, kiedy nanotechnologia rzeczywiście powstała, ale nie ma wątpliwości, że wiele dziedzin przemysłu coraz chętniej zwraca głowę w kierunku ekstremalnej miniaturyzacji. Jedną z dziedzin, które robią to szczególnie często, jest medycyna. Nanomedycyna dzisiaj rozwija się w dwóch kierunkach. Jeden to próby (coraz częściej udane) stworzenia nanocząsteczek, które będą nośnikami leków, a nawet genów. Wnikając do organizmu, będą uwalniać przenoszony czynnik dokładnie w tym miejscu i dokładnie o tym czasie, jaki jest optymalny. Drugi kierunek to nanosensory. Te mogą być wykorzystywane nie tylko w medycynie, ale także na przykład w ochronie środowiska. Dobrym przykładem jest nanosensor służący do analizy krwi. Z zewnątrz wygląda jak siateczka z ogromną ilością otworów. W rzeczywistości to mikroskopijne kanaliki krzemowe, w których znajdują się przeciwciała wyłapujące komórki nowotworowe. Analiza przeciwciał pozwala stwierdzić, czy w krwi znajdują się komórki rakowe, a jeżeli tak, to ile i jakie. Taka informacja nie może być pozyskana w trakcie standardowej analizy, bo komórek nowotworowych w krwi jest bardzo mało. Co ciekawe, testowana metoda jest dużo tańsza niż dzisiaj stosowane, a do analizy wystarczy jedna, dosłownie, kropla krwi.

Myszy już mają

Nanomedycyna jednoznacznie kojarzy się jednak z budową nanorobotów, które wpuszczone do ludzkiego krwiobiegu będą nie tylko monitorowały funkcje życiowe, ale także reagowały na stany kryzysowe organizmu. Te skojarzenia – przynajmniej na razie – są całkowicie chybione. Co nie znaczy oczywiście, że prace nad miniaturyzacją robotów nie są prowadzone. Już dzisiaj tworzone są roboty, których rozmiary umożliwiają użycie ich w rzeczywistych warunkach szpitalnych. Na przykład kapsułka monitorująca wnętrze układu trawiennego skonstruowana przez japońską firmę Denso Research jest wielkości standardowej tabletki. Jest wyposażona we własne zasilanie i kamerę CCD wysokiej rozdzielczości oraz urządzenie do przesyłania informacji drogą radiową do urządzenia bazowego. Po połknięciu „kapsułka endoskopowa” przekazuje wysokiej jakości obraz w czasie rzeczywistym. Nie ma własnego napędu, porusza się pod wpływem… siły grawitacji i perystaltyki jelit. Ale na rynku są już urządzenia niewiele większe, które mogą poruszać się samodzielnie, choć na razie jeszcze nie w układzie krwionośnym. Kilka lat temu na jednej z konferencji nanotechnologicznych pokazano nanosilnik, który jest mniejszy od główki od szpilki. Jego koła napędowe były 100 razy cieńsze niż kartka papieru, a ich średnica mniejsza niż średnica ludzkiego włosa. Silnik obracał się z częstotliwością jednego obrotu na sekundę i teoretycznie mógłby być elementem systemu napędowego jakiegoś małego urządzenia pływającego. Zanim te powstaną, miną jeszcze lata. Wcześniej do medycyny wejdą inteligentne czujniki, które być może będą wszczepiane pod skórę na dłuższy czas osobom o podwyższonym ryzyku zdrowotnym. Takim czujnikiem jest wspomniany sensor stworzony w Lozannie. Ma wielkość poniżej centymetra i w czasie rzeczywistym monitoruje obecność oraz stężenie kilku molekuł. Może badać odczyn (pH), temperaturę, ale przede wszystkim cholesterol, glukozę, poziom tlenu oraz stężenie przynajmniej kilku leków. To ostatnie będzie szczególnie ważne dla osób, które z powodu swojej choroby muszą regularnie zażywać jakieś medykamenty. Ich przedawkowanie jest wtedy bardzo łatwe. Pełna kontrola nad poziomem substancji czynnej we krwi jest bardzo istotna. Sensor został przetestowany na myszach, a testy kliniczne na ludziach rozpoczną się za kilka lat.

Brak komentarzy do Czujnik w nas

Bajkał – zimne morze

Nad Bajkałem byłem w zimie. Śnieg mienił się jak diamenty, termometr wskazywał prawie minus 30 st C, a woda parowała tak, jak gdyby była gorąca.

Nad Bajkałem byłem w zimie. Śnieg mienił się jak diamenty, termometr wskazywał prawie minus 30 st C, a woda parowała tak, jak gdyby była gorąca.

W zasadzie była gorąca. Była o około 40 st. C cieplejsza niż otoczenie. Gorące lata na Syberii nagrzewają ogrom wody w Bajkale. Gdy przyjdzie zima, trzeba miesięcy, by jezioro tę energię oddało. Mimo kilkudziesięciostopniowego mrozu Bajkał zwykle zamarza dopiero na przełomie stycznia i lutego. Ale nawet gdy taflę pokryje czasami wielometrowa warstwa lodu, Bajkał nie przestaje czarować. Powolne zamarzanie wody powoduje, że zdążą z niej „uciec” wszystkie bąbelki powietrza. W efekcie lód staje się idealnie przezroczysty. W przeciwieństwie do lodu, który powstaje, gdy woda zamarza szybko. Ten ostatni jest matowy, jak gdyby mleczny. Wystarczy zobaczyć kostki lodu w zamrażalniku.

P1020173

 

 

 

 

 

 

Z pary odrywającej się od powierzchni wody, tworzą się nisko zawieszone chmury. Wznoszą się coraz wyżej, aż w końcu znikają gdzieś za horyzontem. Parująca woda osiada także na wszystkim co znajduje się w pobliżu brzegu jeziora.

Dziedzictwo przyrody

Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Bajkał odkryli Polacy. Odkryli dla nauki. Mowa tutaj o polskich zesłańcach, głównie po powstaniu styczniowym. Oni jako pierwsi przeprowadzili profesjonalne i obiektywne badania samego jeziora i jego otoczenia, flory i fauny, a także pierwsze badania klimatyczne rejonu Bajkału. I tak, dzięki pracom Benedykta Dybowskiego, lekarza i przyrodnika, wiemy dzisiaj, że w jeziorze i jego najbliższym sąsiedztwie żyje 1500 gatunków zwierząt i około 1000 gatunków roślin. Prawie 80 procent z nich to endemity, czyli gatunki niewystępujące nigdzie indziej na świecie.

Tylko tutaj żyje nerpa, czyli słodkowodna foka, i omul – jedyna na świecie słodkowodna ryba z rodziny łososiowatych. Przykłady można długo mnożyć. Inny Polak, Aleksander Czekanowski, geolog i meteorolog, odkrył ogromne pokłady węgla i sporządził pierwsze profesjonalne archiwum danych pogodowych, z kolei Jan Czerski, geolog i paleontolog, jako pierwszy dokładnie opisał pasma górskie, znajdujące się wokół Bajkału. Ostatni z wielkich polskich badaczy, Wiktor Godlewski, jako pierwszy sporządził mapę dna jeziora. Do dzisiaj okazuje się, że zrobione 150 lat temu badania są potwierdzane pomiarami nowoczesnymi.

Bajkał zajmuje powierzchnię 31 500 kilometrów kwadratowych i wywiera ogromny wpływ na klimat dużego obszaru Syberii. Zimą podnosi temperaturę, latem ją obniża. Podnosi wilgotność atmosfery, a to ma ogromny wpływ na ilość opadów. To dzięki temu wokół jeziora występuje bardzo bogate i różnorodne życie. Samych roślin wodnych na brzegach jeziora żyje kilkaset gatunków. O bogactwie przyrody można pisać bez końca. Może wystarczy wspomnieć, że w 1996 roku Bajkał wraz z przyległymi obszarami został wpisany na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO.

Nieodrobiona lekcja

Ogromne bogactwo przyrody i krystalicznie czysta woda nie są oczywiście dane na zawsze. W 2013 roku zamknięto ogromny kombinat papierniczy, który regularnie wylewał do Bajkału ścieki. Nadal pracuje jednak wiele innych zakładów, także produkujących nawozy sztuczne. Do jeziora, pośrednio przez wpływające do niego rzeki, albo bezpośrednio, swoje ścieki wylewają miasta z dużego obszaru. Kilka lat temu istniało ogromne ryzyko wycieku do wód Bajkału ropy z rurociągu Syberia–Pacyfik. Ostatecznie jego trasę zmieniono, tak by rura przechodziła w pewnym oddaleniu od akwenu.

Zagrożeniem – bardziej dla terenów przybrzeżnych niż samego jeziora – jest turystyka. Bajkał każdego roku odwiedza kilkaset tysięcy ludzi. Widok ludzi myjących samochody w płytkich wodach jeziora, wycinających drzewa, po to, by założyć dziki kamping, czy urządzających sobie rajdy samochodowe po obszarach porośniętych zagrożonymi gatunkami roślin, nie jest niczym szczególnym. W oczy rzucają się także góry pozostawionych przez turystów śmieci. Ostatnio do tych zagrożeń doszło jeszcze jedno. Od wielu lat w Bajkale jest coraz mniej wody. Tegorocznej zimy jej poziom jest tak niski, że władze na Syberii ogłosiły stan wyjątkowy. W ciągu roku poziom wody spadł o 40 centymetrów. Ostatni raz taka okoliczność miała miejsce ponad 60 lat temu. Sytuacja jest dość trudna, ale wszyscy czekają do kwietnia. To wtedy powoli zaczynają topnieć śniegi w otaczających jezioro górach, a we wpływających do Bajkału rzekach przybywa wody. W kwietniu okaże się więc, czy niski poziom był tylko anomalią, czy jest trwałym trendem. Gdyby chodziło o ten drugi przypadek, trudno sobie wyobrazić zmiany – te krótkoterminowe i długoterminowe – jakie mogą czekać Syberię.

Nie do końca wiadomo, co jest powodem ubytku wody. Jak zawsze w takich sytuacjach czynników jest zapewne kilka. Ostatnie lato na Syberii było suche, ale tym nie da się wytłumaczyć aż tak dużego ubytku. Wiadomo też, że brzegi jeziora oddalają się od siebie, co w dłuższej perspektywie czasu musi mieć wpływ na poziom wody. Eksperci wskazują także na rabunkową gospodarkę wodną dużych zakładów przemysłowych i miast. Na rzekach, które doprowadzają wodę do jeziora, funkcjonują elektrownie wodne, a po to, by nieprzerwanie działały, trzeba budować zbiorniki retencyjne. Te mają wpływ na ilość wody w jeziorze. Niski poziom wody w Bajkale przyczynia się nie tylko do rozchwiania równowagi ekologicznej dużego obszaru, ale także może mieć wpływ na dostawy ciepła i prądu do miast, które wybudowane są wzdłuż brzegów rzeki Angara, w tym do sześciusettysięcznego Irkucka. Choć porównanie Bajkału do występującego dzisiaj w szczątkowej formie Jeziora Aralskiego jest mocno przesadzone, może warto by wyciągnąć wnioski z tego, co zdarzyło się na terenach dzisiejszego Kazachstanu i Uzbekistanu. Działalność człowieka w zaledwie kilkadziesiąt lat spowodowała praktycznie zniknięcie olbrzymiego jeziora, a także dewastację, a właściwie zamianę w pustynię ogromnych obszarów lądu.

P1020180
O Bajkale słów kilka

Bajkał może być jednym z najstarszych zbiorników wodnych na naszej planecie. Powstał kilkadziesiąt milionów lat temu w wyniku trzęsienia ziemi. To wtedy pomiędzy płytą amurską i płytą euroazjatycką powstało ogromne zagłębienie (ryft bajkalski), które zaczęło wypełniać się wodą. I nadal się wypełnia. Ten proces nie jest zauważalny gołym okiem, no chyba że… Pod koniec XIX wieku w rejonie Bajkału wystąpiło silne trzęsienie ziemi. W jego wyniku jezioro w jednej chwili powiększyło się. Powstała głęboka na 11 metrów zatoka Prował. Takie sytuacje to jednak rzadkość. Brzegi jeziora oddalają się od siebie, tak jak gdyby ciężar wody je rozsuwał. Płyty amurska i euroazjatycka odsuwają się. Każdego roku jezioro jest szersze o kilka centymetrów. Dzisiaj Bajkał ma objętość 23 400 kilometrów sześciennych (23,4 biliona metrów sześciennych wody). Powierzchnia jeziora stanowi 10 proc. powierzchni całej Polski, a jego długość (636 km) jest zbliżona do odległości pomiędzy Trójmiastem a Bieszczadami w linii prostej. Bajkał jest najgłębszym jeziorem świata, miejscami dno znajduje się około 1700 metrów poniżej tafli wody. Dla porównania, Bałtyk w najgłębszym miejscu ma 459 metrów. W Bajkale znajduje się około 20 proc. słodkiej wody całej planety.

Brak komentarzy do Bajkał – zimne morze

Papier czy plastik ?

Używanie której torby na zakupy ma mniejszy wpływ na środowisko – co byś odpowiedział? Pewnie, że papierowej. Ja bym taki całkiem pewny tego nie był.

Jedno jest pewne. Reklamówki czy ogólnie tworzywa sztuczne mogą być dla środowiska sporym wyzwaniem. Nie rozkładają się, w niektórych warunkach mogą być trujące. Np. wtedy gdy zostają spalone. Polska, na tle krajów europejskich, jest rekordzistą pod względem ilości zużywanych torebek foliowych. Tak jak średnia unijna wynosi niecałe 200 reklamówek na mieszkańca na rok, tak w Polsce zużywamy ich 466. Na drugim – niechlubnym miejscu – są Węgrzy z 425 torebkami na mieszkańca w ciągu roku. Ale np. nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy, statystycznie zużywają tylko 71 foliówek. W takich krajach jak Dania czy Finlandia, jednorazówki praktycznie w ogóle nie są znane. Gdyby na sprawę spojrzeć w kontekście całej Unii, okazuje się, że Europejczycy rocznie wyrzucają około 8 miliardów torebek plastikowych. Samo wyrzucanie nie jest jednak problemem, o ile miejscem do którego reklamówki trafiają jest kosz na odpady z tworzyw sztucznych. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy torby foliowe trafiają do lasu, pieca albo na wysypisko śmieci.

Polska na czele

Unia Europejska chce by do 2019 roku o 80 proc spadło zużycie torebek foliowych. Do 2017 r. zużycie reklamówek ma spaść o 50 proc. Chodzi o torebki jednorazowe, te z najcieńszego materiału. Łatwo powiedzieć, ale jak zrobić? No po brukselsku – chciałoby się rzec. Po prostu zakazać. Tyle tylko, że to nic nie da, a może nawet sytuację pogorszyć. Mowa bowiem cały czas o torebkach bardzo cienkich. Tych z grubszego tworzywa Unia nie chce zakazywać. Jeżeli w sklepie nie będzie jednorazówek, większość klientów zechce kupić torbę plastikową (teoretycznie) wielokrotnego użytku. Przy kolejnych zakupach torba zapewne zostanie jednak w domu, a przy kasie zostanie kupiona kolejna. Negatywny wpływ reklamówek z grubszego tworzywa na środowisko jest większy. I nawet gdyby za reklamówki wielokrotnego użytku trzeba było płacić… Czy kwota kilku czy kilkunastu groszy jest na tyle wysoka, by nauczyć klientów chodzenia na zakupy z własną torbą? To raczej mało prawdopodobne.

Alternatywą dla plastiku są torby materiałowe albo papierowe. Te pierwsze są bardzo trwałe. Nasze babcie i mamy często same robiły takie torby np. na szydełku, czy szyły je z niepotrzebnych już skrawków materiału. To było racjonalne zarówno ekologicznie jak i ekonomicznie. Tyle tylko, że dzisiaj tego nikt nie robi. Co z papierem? To mit, że torba papierowa jest dla środowiska neutralna. Prawdę mówiąc pod wieloma względami może być bardziej obciążająca niż plastikowa. Produkcja torby papierowej powoduje o 70 proc. większe zanieczyszczenie powietrza (1) oraz o 80 proc. większą emisję gazów cieplarnianych (2) niż produkcja torby plastikowej. Papier w trakcie produkcji o 50 proc. bardziej (3) zanieczyszcza wodę niż plastik. Produkcja torby papierowej pochłania cztery razy więcej energii (4) i trzy razy więcej wody (5) niż produkcja torby plastikowej. Proces recyklingu papieru zwykle kosztuje więcej energii niż produkcja nowej torby (6). Potrzeba ponad 90 proc. więcej energii (7) by przetworzyć kilogram papieru niż kilogram plastiku.

Babcie miały rację

Coś, co jest często wymieniane jako zaleta papierowych toreb czy opakowań, może być równocześnie ich wadą. Papier jest nietrwały. Innymi słowy, wytworzenie papierowej torby kosztuje energię i wodę, oznacza także korzystanie z wielu środków chemicznych. I to wszystko po to, by torba była wykorzystana tylko jeden raz! To prawda, że torby papierowe szybko się rozkładają. Ale ten rozkład w pewnym sensie oznacza marnotrawstwo. Pod tym względem dużo lepiej korzystać z toreb plastikowych. Jest tylko jeden warunek. Gdy taka torba ulegnie  zniszczeniu, powinna zostać przetworzona. W środowisku naturalnym będzie bowiem zalegać przez dziesiątki a nawet setki lat. To nie produkt jest problemem, tylko sposób w jaki z niego korzystamy.

Plastikowe śmieci stanowią około 20 proc. odpadów na wysypiskach śmieci. Torby foliowe około 1 proc. Są lekkie i dlatego są rozwiewane przez wiatr. Drażnią oko w lesie czy na drzewach. Drażnią nos, gdy są spalane. Ale ich użycie i wykorzystanie to nie ślepa uliczka konsumpcjonizmu. Opakowania plastikowe nie mają sobie równych! To dzięki nim produkty żywnościowe zachowują dłużej świeżość. Samochody zrobione z blachy i drewna byłyby drogie i niebezpieczne. W szpitalach bez tworzyw sztucznych nie dałoby się zachować sterylności. Są trwałe i to w pewnym sensie przysparza im wrogów. Bo w świecie w którym żyjemy to nie trwałość się liczy, tylko częsta zamiana. I tu pojawia się problem. Bo za chęcią zmiany nie idzie w parze świadomość segregowania śmieci. I świadomość tego, że tworzywa sztuczne są cennym surowcem wtórnym. Można je wykorzystać jako paliwo lub przerobić na granulat i używać do produkcji worków na śmieci, ubrań a nawet płyt chodnikowych. Wyrzucanie plastików na wysypiska czy do lasu jest nie tylko karygodne z ekologicznego punktu widzenia, ale przede wszystkim ekonomicznego. Tworzywa sztuczne, także te z których wykonane są woreczki foliowe, są magazynem energii i surowców. W końcu tworzy się je z węgla i ropy naftowej.

Podsumowując (8): Zakazywanie produkcji czy wydawania w sklepach plastikowych torebek nie ulży środowisku, a może pogorszyć jego stan. Bo choć cieniutkich torebek będzie mniej, ich miejsce zajmą torby papierowe albo plastikowe zrobione z grubej folii. A negatywny wpływ na środowisko naturalne tych ostatnich jest dużo większy niż foliówek (9). Jakie jest zatem wyjście? Edukacja i segregacja. No i powrót do czasów naszych babć, które na zakupy zawsze chodziły ze swoją siatką.

13 komentarzy do Papier czy plastik ?

Częste mycie skraca życie

Choć brzmi to nieprawdopodobnie, ale naukowe dowody na to, że brudne ręce mają związek z infekcjami pojawiły się dopiero w połowie XIX wieku. Brud nie jest zdrowy, ale zbyt częste mycie także.

Myjąc skórę mydłem, nie usuniemy z niej bakterii. 15 minutowe szorowanie dłoni obniża ich ilość o 10 razy. Czyli na centymetrze kwadratowym zamiast kilku milionów, będzie kilkaset tysięcy. Pozbycie się bakterii które zamieszkują bruzdy na naszych dłoniach jest praktycznie niemożliwe. W szpitalach lekarze używają specjalnych żelów bakteriobójczych. W dniu codziennym, nie ma potrzeby pozbywać się bakterii ze skóry.

Jak nie bakterie to grzyby

Część bakterii to oczywiście nasi wrogowie, ale nie wszystkie. Tymczasem większość, o ile nie wszystkie metody eliminacji drobnoustrojów nie działa selektywnie, tylko globalnie. Takim postępowaniem, taką strategią, mocno sobie szkodzimy. Mikroby są częścią naszego świata. Bez nich zginiemy.

Silne środki czystości są potrzebne, ale w umiarze. Łazienka nie musi być regularnie czyszczona chlorem. Tam nie musi być jak na sali chirurgicznej.

Na każdym centymetrze kwadratowym ludzkiej skóry może być do kilku milionów bakterii. Proszę się nie bać! To sytuacja całkowicie normalna. Tworzymy z naszymi bakteriami układ niemal idealny. Symbiozę. My bakteriom dajemy dom. Żyją na naszej skórze, żywią się na naszej skórze i… bronią do niej dostępu. Głównie przed innymi bakteriami. Gdy zbyt częstym myciem, szczególnie wtedy, gdy stosujemy nie zwykłe mydło, tylko środki dezynfekujące, pozbawimy się tej naturalnej ochrony, może się to skończyć ostrym zakażeniem. Z sepsą włącznie. Hasło „częste mycie skraca życie” nie jest wymysłem. Jest szczerą prawdą. Problem dotyczy nie tylko zjadliwych bakterii, które mają do zbyt czystej skóry swobodny dostęp, ale także grzybicy. Mechanizm jest prosty i znany od przynajmniej kilkudziesięciu lat. Nasza skóra, a konkretnie gruczoły łojowe w niej „zainstalowane” uwalniają lipidy (tłuszcze), którymi żywią się żyjące na skórze bakterie. Te bakterie z kolei uwalniają kwasy tłuszczowe, które mają silne właściwości przeciwgrzybicze. Nie ma bakterii, pojawia się grzybica.

Uwaga na alergie!

Zbyt sterylne warunki życia wcale nie są dla człowieka optymalne. Gdy dziecko rozwija się w świecie bez drobnoustrojów, ma dużą szansę zostać alergikiem. Ludzki układ odpornościowy w czasie setek tysięcy lat ewolucji dostosował się do ziemskich warunków życia. Każde od nich odstępstwo nie jest wskazane. Np. brak siły grawitacji powoduje zanik mięśni i kości. Zbyt wysoki poziom promieniowania powoduje wzrost zachorowalności na nowotwory.

Co z tym mają wspólnego bakterie ? Układ odpornościowy jest tak skonstruowany, że broni nas przed bakteriami, a także wirusami, grzybami i obcymi białkami. Jeżeli w naszym otoczeniu zabraknie tych czynników, zaburzymy działanie układu. Przyroda nie lubi próżni, więc organizm zaczyna reagować na substancje, które wcale nie pochodzą od drobnoustrojów. A stąd już krótka droga, by zostać alergikiem. Taki mechanizm działa zresztą nie tylko u ludzi, ale także u zwierząt. W skrajnych przypadkach układ immunologiczny szukając sobie wroga, atakuje swój własny organizm. O prawdziwości tych słów, świadczą statystyki. Alergie, astmy i grzybice szczególnie często występują w krajach wysokorozwiniętych i wśród ludzi o wysokim standardzie życia. Rzadziej mamy z nimi do czynienia w rodzinach wielodzietnych, w rodzinach gdzie są jakieś zwierzęta i tych mieszkających na wsi.

Problem dotyczy także ochrony środowiska. Korzystając z silnych trucizn (np. szorując kuchnię czy łazienkę) wybijamy bakterie, których rola w środowisku jest z naszego punktu widzenia pożyteczna. Dajemy też amunicję tym, które mutując, stają się coraz bardziej odporne.

Dziecko brudne to dziecko szczęśliwe. Ale jest jeszcze coś. dziecko brudne, to także dziecko zdrowe. Oczywiście brudne do pewnych granic.

 

 

okładka - piasek

 

 

Artykuł pochodzi z mojej książki

Nauka. To lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd

(WAB, 2012)

3 komentarze do Częste mycie skraca życie

Ukryty świat

Patrząc na zdjęcia satelitarne najzimniejszego z ziemskich kontynentów, czyli Antarktydy, trudno się powstrzymać od stwierdzenia „lodowa pustynia”. Tymczasem gruba warstwa lodu skrywa nieznany świat. Ostatnio pod lodem odkryto nawet wulkan.

Wyobraźcie sobie zupełnie nieznany świat. Świat taki sam jak nasz, tak samo różnorodny. Na powierzchni porównywalnej z powierzchnią Europy są góry i jeziora. Są równiny i doliny. Są wąwozy, rwące rzeki, zatoczki i fiordy. Pod grubą na kilometr warstwą lodu znajduje się nawet aktywny wulkan. Tak przynajmniej twierdzą autorzy jednego z artykułów opublikowanych w „Nature Geoscience”. Ostatni raz eksplodował kilka tysięcy lat temu, ale sejsmolodzy nie mają wątpliwości, że mógłby wybuchnąć nawet jutro. Co by się wtedy stało? Trudno powiedzieć.

Ogień pod lodem

Wszystko zależy od wielkości wulkanu i siły eksplozji. Z badań prowadzonych z powierzchni samolotu wynika, że wokół wulkanu, w głębokim lodzie, znajdują się pozostałości po poprzedniej erupcji. Chodzi głównie o warstwę popiołów. Czy siła wybuchu mogłaby przetopić kilometrowej grubości warstwę lodu? Bez problemu. W mniej pesymistycznym scenariuszu lawa wylałaby się pod lód i zaczęłaby go topić od spodu. We wspomnianym już Nature Geoscience, kilka lat temu została wydrukowana praca dotycząca erupcji innego podlodowego wulkanu. Zdaniem badaczy miał on eksplodować około 2200 lat temu, a skutkiem tego wydarzenia było wyrwanie w grubej pokrywie lodowej dziury. Na zewnątrz, na wysokość ponad 10 kilometrów buchały kłęby pary, wylatywał popiół i kawałki skalne. Także w tym przypadku część badań prowadzono z pokładu samolotu na którym zainstalowany był radar. To na nich widać podlodowy obszar zalany lawą. Potężną eksplozję potwierdziły także analizy rdzeni lodowych.

A wracając do dopiero co odkrytego wulkanu. W czasie prowadzonych w 2010 r. i 2011 r. badań w północnej części Antarktydy uczeni zarejestrowali powtarzające się wstrząsy. Ich siła była niewielka, a częstotliwość drgań na tyle mała, że od razu wykluczono, że ich źródłem jest ruch płyt tektonicznych czy pęknięcia warstwy lodu. Badacze wydedukowali, że wstrząsy muszą być efektem ruchu magmy pod ziemską skorupą. Tym bardziej, że źródło wstrząsów (a właściwie drgnięć) znajduje się na głębokości około 30 kilometrów.

Stożek wulkaniczny, którego szczyt znajduje się kilometr pod powierzchnią lodu, nie jest jedyną strukturą geologiczną, którą ukrywają lody Antarktydy. Gdyby móc pod nie zajrzeć, gdyby pewnego dnia całkowicie zniknęły (pomijając fakt, że znacząco podniosłoby to poziom światowego oceanu), naszym oczom ukazałby się niezwykle różnorodny krajobraz.

bbc_gamburtsevsJeziora i rzeki

Na wschodnim krańcu Antarktydy znajduje się potężne pasmo Gór Gamburtsewa. Rozciąga się na długości ponad 1200 km, a najwyższy jego szczyt ma wysokość 3400 metrów. Przy założeniu, że nie pokrywa jej lód. Żaden z wierzchołków pasma nie wystaje ponad powierzchnię lodu. Ich najwyższy wierzchołek znajduje się 600 metrów pod lodem. Wiele wskazuje na to, że to właśnie na zboczach Gór Gamburtsewa, 30 milionów lat temu, zaczął powstawać lodowiec, który dzisiaj skuwa cały kontynent. Pod tym lodowcem znajduje się np. podlodowe jezioro Wostok. W zeszłym roku dowierciła się do niego ekipa rosyjskich naukowców. Wostok jest jednym z prawie 400 jezior, które znajdują się pod lodami Bieguna Południowego. Te jeziora zawierają płynną wodę. Jezioro Wostok znajduje się około 4 km pod pokrywą lodu. Długość jeziora wynosi 250 kilometrów, a szerokość około 50 km. Ten słodkowodny akwen ma głębokość kilkuset metrów. Co ciekawe, wody jeziora były odizolowane od świata zewnętrznego od przynajmniej 500 000 lat! Dlaczego podlodowe jeziora nie zamarzają? Bo grube warstwy lodu powodują spory wzrost ciśnienia. Wraz ze wzrostem ciśnienia, spada temperatura zamarzania woda. Od dołu woda często jest także podgrzewana przez ciepło geotermalne. W efekcie woda w jeziorach ma temperaturę kilku stopni poniżej zera. Co ciekawe kilka lat temu okazało się, że na Jeziorze Wostok występują niewielkie przypływy. Acha, i jeszcze jedno. Bardzo często podlodowe jeziora są zasilane wodami lodlodowych rzek. Na Antarktydzie jest ich zała sieć. Niektóre pojawiają się okresowo, inne płyną cały czas.

NASA-Goddard-IceBridge-BedMap-BedMap2-Antartcia-Visual-topography-map1W którą stronę zjedzie lód?

Kilka lat temu, na spotkaniu Amerykańskiej Unii Geofizycznej, grupa naukowców z Uniwersytetu Stanowego Ohio, USA ogłosiła, że opracowuje dokładną mapę Grenlandii. Szef tej grupy prof. Ken Jezek powiedział, że chciałby zobaczyć jak wygląda Grenlandia bez śniegu i lodu. Dzisiaj już mniej więcej wiadomo. Wyspa jest krainą górzystą, tak jak sąsiadujące z nią północno – wschodnie terytoria Kanady. Czy kiedykolwiek po tych górach będzie można spacerować? Kiedyś może tak. Badania podlodowego krajobrazu właśnie w kontekście zmian klimatu, mogą mieć całkiem praktyczne znaczenie. Inaczej będą się zachowywały ogromne bloki zamarzniętej wody, gdy leżą na płaskim terenie, a inaczej gdy są osadzone na stromym wzniesieniu. W tym drugim przypadku, można się spodziewać, że z powodu podwyższającej się wokół temperatury, w pewnym momencie ześlizgną się ze skał na których są osadzone. Tym bardziej, że część wody z topiących się lodów spływa szczelinami w dół i podcieka pomiędzy stały ląd i lodowe bloki. Badając topografię i struktura gruntu pod lodem, naukowcy mogą próbować przewidzieć, jak będą się w przyszłości zachowywały duże masy lodu.

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

Brak komentarzy do Ukryty świat

Polskie miasta najbardziej zanieczyszczone w Europie!

Pyły i substancje chemiczne w powietrzu niszczą nasze zdrowie. Na ten problem zwrócili uwagę eksperci – uczestnicy naukowej konferencji „Zanieczyszczenie środowiska a choroby płuc i układu krążenia”.

Pyły i substancje chemiczne w powietrzu niszczą nasze zdrowie. Na ten problem zwrócili uwagę eksperci – uczestnicy naukowej konferencji „Zanieczyszczenie środowiska a choroby płuc i układu krążenia”.

Piotr Dąbrowiecki z Wojskowego Uniwersytetu Medycznego wyjaśnił, że przede wszystkim zanieczyszczenie powietrza powoduje reakcję zapalną układu oddechowego. To prowadzi do astmy, alergii i Przewlekłej Obturacyjnej Choroby Płuc.

Kardiolog doktor Adam Stańczyk zwracał uwagę, że pyły i chemiczne substancje w powietrzu niszczą śródbłonek. Jest to warstwa komórek, która wyścieła wszystkie naczynia w organizmie i odpowiada za ich prawidłowe funkcjonowanie, na przykład regulację ciśnienia podczas stresu. Zwiększa ryzyko chorób serca i udarów mózgu.

Doktor Artur Badyda z Politechniki Warszawskiej wskazywał, że powietrze zanieczyszczają nie tylko kominy zakładów przemysłowych, spaliny samochodowe, ale przede wszystkim indywidualne gospodarstwa domowe. Największy problem to spalenie w piecach odpadów i śmieci, co powoduje powstawanie substancji toksycznych.

Z badań Europejskiej Agencji Środowiska wynika, że wśród 10 najbardziej zanieczyszczonych miast Europy – a 4 leżą w Bułgarii, a 6 – w Polsce. Są to Kraków, Nowy Sącz, Gliwice, Zabrze, Sosnowiec i Katowice.

Informacja pochodzi z serwisu naukowego Polskiego Radia

 

 Smog nas zabija – Nauka. To lubię.

1 komentarz do Polskie miasta najbardziej zanieczyszczone w Europie!

Konkurs o energii

W badanie i wdrażanie którego rodzaju energii powinniśmy w Polsce inwestować najwięcej środków i wysiłku. Uzasadnijcie proszę Waszą odpowiedź.

W odcinku  „Ekstremalna energia”, który w serii Megaodkrycia, National Geographic Channel pokaże o godzinie 22.00 w niedzielę 6 grudnia, naukowcy z kilku wiodących światowych ośrodków naukowych opowiedzą, gdzie szukają realnej alternatywy dla pozyskiwania energii z węgla, ropy i gazu. Będzie o ujarzmianiu huraganów, promieni Słońca, o geotermii, fuzji wodorowej i kilku innych pomysłach na „czystą” energię.

A teraz pytanie:

>>> Napiszcie w badanie i wdrażanie którego rodzaju energii powinniśmy w Polsce inwestować najwięcej środków i wysiłku. Uzasadnijcie proszę Waszą odpowiedź.  

Odpowiedzi wpisujcie proszę w komentarzach pod tym tekstem. Trzy najlepsze odpowiedzi zostaną nagrodzone moją najnowszą książką „Człowiek” (no chyba, że ktoś woli poprzednią „Kosmos”). Jeżeli takie będzie życzenie wygranego, chętnie napiszę imienną dedykację. 

Człowiek okłądki_II

 Regulamin konkursu:  http://naukatolubie.pl/regulamin-konkursu/

15 komentarzy do Konkurs o energii

Type on the field below and hit Enter/Return to search