Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: nauka

Spór jest „po coś”

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te „po nic” są do niczego. Marnują na nie energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te „po nic” są do niczego. Marnują energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Pamiętam swoją pierwszą konferencję naukową. Zawsze myślałem, że spotkania naukowców są nudne. No bo czym się tu ekscytować? Przecież oni wszyscy się znają. Wielu z nich razem pracuje. Zwykle prezentują wyniki badań, które albo zostały już opublikowane, albo – przynajmniej w dużej części – omówione. Konferencja w Krakowie (ta pierwsza na której byłem dotyczyła chemii jądrowej) była jednak zupełnie inna. Ci ludzie się tam kłócili! Nie była to jednak zwykła awantura. To był spór, w którym padały argumenty.

Po tej pierwszej, byłem na dziesiątkach różnych konferencji. W Polsce (te u nas nazwałbym łagodnymi), za granicą, na takich, które gromadziły setki uczestników i takich kameralnych na kilkanaście osób. Na konferencjach nie chodzi o to by podzielić się wynikami swoich badań czy opowiedzieć o swojej nowej koncepcji (hipotezie). Temu służą publikacje naukowe. Tutaj chodzi o to, by to co się zmierzyło, zbadało i wyliczyło, skonfrontować z innymi. Głownie z tymi, którzy zajmują się czymś podobnym. Spór – na konferencjach naukowych – jest po coś. Coś z niego wynika. Bez niego, bez wymiany poglądów, myśli czy pomysłów nie ma rozwoju i grozi nam dreptanie w miejscu. Nie raz byłem świadkiem sporów, które kończyły się zawiązywaniem nowych kolaboracji, czyli grup naukowych. Nie raz gorąca dyskusja pomiędzy naukowcami była pierwszym krokiem do podpisania umowy o współpracy pomiędzy instytucjami naukowymi. – Ok, twierdzisz, że wyciągam złe wnioski z tego co wyliczyłem? Twierdzisz, że popełniłem jakiś błąd? W porządku, usiądźmy razem, policzmy to wspólnie. Zobaczymy który z nas się myli.

Szkoda, że spory z których coś wynika tak rzadko pojawiają się poza salami wykładowymi i centrami konferencyjnymi. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się np. w życiu publicznym, w tym na internetowych forach. Tam królują spory „po nic”. Po nic, czyli do niczego. Nie chodzi w nich o skonfrontowanie się z inaczej myślącymi. Chodzi o to by się spierać dla samego spierania. Tak jest łatwiej! Spór merytoryczny wymaga przemyślania swoich racji, wymaga przygotowania argumentów, wymaga poświęcenia czasu interlokutorowi. A co jak racje zmienia się, w zależności od miejsca w którym się siedzi? A co jak nie ma się żadnych sensownych argumentów albo z intelektualnego lenistwa nie chce się ich uporządkować? A co jak interlokutora ma się za zdrajcę, kurdupla, agenta albo nieudacznika? W skrócie za człowieka gorszego sortu? Nie warto poświęcać mu czasu – logiczne, prawda? No to mamy gonienie króliczka po to by go gonić, a nie po to by go złapać. No to mamy prężenie muskułów przed kamerami albo na mównicach, zamiast prężyć szare komórki w mózgu na spotkaniach roboczych. Ile my marnujemy czasu i energii na spory „po nic”… Tego czasu nam już nikt nie zwróci.

Mój profesor, bardzo znany fizyk, Walter Oelert, człowiek, który jako pierwszy na świecie „wyprodukował” atom antymaterii dbał o to, żeby jego doktoranci regularnie dzielili się wynikami swoich pomiarów, żeby każdy miał czas na wspólne dyskutowanie. Tylko tak da się uprawiać naukę. Konfrontując się, argumentując i ścierając. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Tomasz Rożek

2 komentarze do Spór jest „po coś”

Robimy krzywdę naszym dzieciom

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Kiedyś postanowiłem zapytać kilka osób o źródło ich pasji. Pisałem wtedy książkę o wybitnych polskich naukowcach, o badaczach, którzy uprawiają naukę na światowym poziomie. Co otworzyło ich głowy? Co napędzało ich do zdobywania wiedzy? Co spowodowało, że zainteresowali się genetyką, meteorologią, medycyną, fizyką,…? Okazało się, że za każdym razem była to książka. Nie szkoła, tylko książka wykraczająca poza szkolny program. Czasami podarowana przez rodziców, czasami znaleziona w bibliotece, czasami otrzymana jako nagroda w jakimś konkursie.

Szkoła może człowieka zainspirować, ale sama szkoła to za mało, żeby podtrzymać tę inspirację. Historie naukowców z którymi rozmawiałem były niemal identyczne. Najczęściej książkę, która jak się później okazywało miała wpływ na kierunek rozwoju zawodowego, ci ludzie dostawali gdy byli jeszcze w szkole podstawowej. To wtedy rodzą się pasje, które – jeżeli odpowiednio prowadzone i podsycane – pozostają na całe życie. Po latach nie pamiętamy prawych dopływów Wisły, długości głównych rzek w Polsce czy rodzajów gleb. Po latach pamiętamy okładkę książki, która zmieniła sposób w jaki postrzegamy świat. Pamiętamy rozkład ilustracji na poszczególnych stronach i kolor grzbietu.

Rozmowy z naukowcami o książkach przypominają mi się za każdym razem, gdy muszę swoim dzieciom zabraniać czytania książek. Czy dobrze robię? Uczniowie w 7 klasie mają w tygodniu 38 godzin lekcji. To prawie tyle ile etat dorosłego człowieka. Ja w ich wieku miałem w tygodniu o około 10 godzin mniej! Po powrocie do domu, dzieci muszą odrobić zadania domowe i przygotować się do sprawdzianów i kartkówek na kolejne dni. Ich plecaki są tak ciężkie, że około czwartku słyszę, że bolą je już plecy. Gdy kolejny dzień wracają o 15:30, znowu po ośmiu lekcjach, wyglądają nie jak dzieci, tylko jak cyborgi. Nie mają nawet siły na to, żeby pobiegać. Czy w Ministerstwie Edukacji naprawdę nie ma nikogo kto wie, że taki wysiłek jest ponad dziecięce możliwości? Gdy chcą psychicznie odpocząć, gdy chcą zrobić coś innego niż nauka i przeglądanie zeszytów – przynajmniej moje dzieci – biorą do ręki książkę. Tyle tylko, że w trakcie tygodnia wybór jest prosty. Jak będą czytały, nie zdążą się nauczyć na sprawdzian. Albo będą rozwijały pasje, albo będą – często tylko pamięciowo – przyswajały szkolne informacje. W takim trybie nie ma czasu na naukę instrumentu, na kółka zainteresowań czy pójście do muzeum. W takim trybie nie ma czasu na zabawę. Naprawdę nie wiecie państwo z Ministerstwa, że zabawa rozwija? W takim trybie z trudem udaje się znaleźć czas na dodatkowy angielski. Ale tylko wtedy, gdy obiad będzie zjedzony w biegu, niemalże na stojąco.

Czego oczekujemy od młodego człowieka? Tego, żeby umiał czy tego, żeby rozumiał? Tego, żeby ciekawość dodawała mu skrzydeł, czy tego, żeby plecak pokrzywił mu kręgosłup? Chcemy tworzyć armię zmęczonych robotów czy nowoczesne społeczeństwo ciekawych świata ludzi, którzy z pasją budują rakiety, badają geny, piszą wiersze i odkrywają nowe lądy? Czy ktokolwiek w Ministerstwie Edukacji zadaje sobie takie pytania? Robimy krzywdę naszym dzieciom.

Tomasz Rożek

 

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

20 komentarzy do Robimy krzywdę naszym dzieciom

Szkodliwe szufladki

Wściekam się, że nauk ścisłych w szkole często uczy się w tak nieatrakcyjny sposób. Jaki jest tego efekt? Na hasło „jestem fizykiem” widzę w oczach wielu (zbyt wielu) młodych ludzi przerażenie pomieszane ze współczuciem. Już słyszę jak w myślach mówią „mój Boże, jakie on musiał mieć nieszczęśliwe życie”.

Wściekam się, że nauk ścisłych w szkole często uczy się w tak nieatrakcyjny sposób. Kogo to wina? Wszystkich po trochu. Ale nie o tym chcę pisać (a przynajmniej nie tym razem). Wiem za to jaki jest efekt. Otóż na hasło „jestem fizykiem” widzę w oczach wielu (zbyt wielu) młodych ludzi przerażenie pomieszane ze współczuciem. Już słyszę jak w myślach mówią „mój Boże, jakie on musiał mieć nieszczęśliwe życie”.

>> Polub FB.com/NaukaToLubie i pomóż mi tworzyć stronę pełną nauki. 

W czym jest problem z nauczaniem przedmiotów ścisłych? Otóż z tym, że niewielu udaje się nimi zaciekawić. Dlaczego fizyka jest nudna? Bo ciągle wzory. A chemia? Bo nic nie kapuję z tych doświadczeń. To może biologia? A kogo interesują pantofelki?

Myślę, że jednym z głównych problemów… mój były szef, wybitny fizyk, który jako pierwszy człowiek na świecie wyprodukował kompletny atom antymaterii mawiał, że nie ma problemów, są tylko wyzwania… no to jeszcze raz. Myślę, że jednym z głównych wyzwań jakie stoją przed współczesną edukacją, jest zasypywanie szufladek, które sami stworzyliśmy w naszych mózgach, a teraz kopiujemy je do mózgów naszych dzieci. Chodzi mi o szufladki z napisem „fizyka”, „chemia”, „biologia”, „matematyka”. Małe, zainteresowane światem, dziecko nie rozróżnia dziedzin nauki. Dla niego jest nieistotne czy zmieniające kolor jesienne liście to domena biologii, chemii czy fizyki (prawdę mówiąc wszystkiego po trochu). Podobnie jak nie interesuje je czy spadającym z chmury deszczem powinien zajmować się fizyk czy chemik (podobnie jak poprzednio i jeden i drugi może o tym zjawisku sporo opowiedzieć). Dziecko interesuje znalezienie odpowiedzi, a nie to, kto jej udziela. Tymczasem my zamiast odpowiadać, zbyt wiele energii poświęcamy na to by dokładnie „rozdzielić kompetencje”.

Gdzie przebiega granica pomiędzy fizyką i chemią? A gdzie pomiędzy chemią i biologią? Czy cykle komórkowe to biologia czy chemia? A budowa materii? Atomy są chemiczne czy fizyczne? A potęgi? Powinien ich uczyć matematyk, fizyk czy chemik? W rzeczywistości uczy tego każdy na swój sposób, a uczeń – nie tylko ten, który miewa trudności z nauką – zastanawia się czy potęgi znane z matematyki, to te same o których słyszał na chemii czy fizyce? Na domiar złego, niektóre zjawiska zamiast pojawiać się równocześnie, na lekcjach np. chemii i fizyki wprowadzane są w sporych odstępach czasowych. To wszystko powoduje, że czym dłużej młody człowiek jest pod opieką systemu edukacji, tym większy ma problem z ogarnięciem nauk przyrodniczych jako całości. W pewnym sensie to powrót do dalekiej przeszłości, kiedy uważano, że prawa natury nie są uniwersalne. Że zasady, które rządzą zjawiskami przyrody nie wszędzie tak samo „działają”. Osobą, która dokonała przełomu, był Izaak Newton, lekarz, fizyk, filozof, ekonomista i teolog. Prawo powszechnego ciążenia jego autorstwa jako bodaj pierwsze pokazało, że „tutaj” czyli na Ziemi i „tam” czyli w kosmosie, obowiązują te same zasady. Że te same prawa opisują ruch planety wokół Słońca i ruch spadającego z drzewa jabłka. I pomyśleć, że 330 lat po opublikowaniu prac Newtona, nasz system edukacji wypuszcza „w świat” ludzi, którzy mają wątpliwości, czy gęstość oznaczana w chemii jako „d” a w fizyce jako ρ (ro), to ta sama wielkość.

Nasze wyobrażenie o świecie, nasza wiedza o nim jest weryfikowana praktycznie każdego dnia. Ale prawdziwe rewolucje zdarzają się stosunkowo rzadko. Kto tych rewolucji dokonuje? Czyimi rękami są one wprowadzane? Gdyby prześledzić historię nauki, dosyć szybko można dojść do wniosku, że rewolucje robią ci, którzy nie zostali zaszufladkowani, ci którzy potrafią się wznieść ponad tradycyjny – sztuczny i moim zdaniem mocno krzywdzący młodego człowieka – podział na przedmioty. Tak było nie tylko setki lat temu, kiedy jedna osoba studiowała tak różne (z dzisiejszego punktu widzenia) kierunki jak medycyna, filozofia, nauki przyrodnicze, teologia i prawo (Kopernik, Newton czy Kant), ale także w czasach nam bliższych (Hubble, Lemaitre, Rubin). Prawdziwych odkryć, prawdziwych rewolucji w nauce dokonują ci, którzy swoją wiedzą ogarniają wiele półek w bibliotece, a nie ci, którzy znają tylko kilka książek na wyrywki. Choćby znali je na pamięć. No bo na dobrą sprawę, czy jest sens czytać książki na wyrywki, czasami nie po kolei? Wydaje mi się, ba! jestem tego pewny, że opowiadana w książkach historia nabiera rumieńców, wciąga i inspiruje dopiero wtedy gdy jest opowiedziana w całości.

male wielkie odkrycia 1500px 3d

„Małe wielkie odkrycia – najważniejsze wynalazki, które odmieniły świat”. Steven Johnson

A skoro już piszę o książkach i półkach. Do przemyśleń nad systemem edukacji nakłoniła mnie lektura pewnej książki. Nakładem wydawnictwa Sine Qua Non właśnie ukazały się „Małe wielkie odkrycia – najważniejsze wynalazki, które odmieniły świat”. Bardzo żałuję, że w polskiej szkole w ten sposób nie uczy się nauk ścisłych. Jasne, na fizyce czy na chemii muszą być wzory i zadania z treścią, ale szkoda, że bardzo często przysypani rachunkami, zapominamy co tak właściwie liczymy. Steven Johnson, autor „Małe wielkie odkrycia…” napisał książkę, która pokazuje historię rozwoju naszej cywilizacji. Pokazuje zawiłą, ale równocześnie pasjonującą drogę jaką przechodzili ludzie ciekawi i uparci. Nie opisuje pojedynczych wynalazków, nie dzieli ich na te dokonane przez fizyków, chemików i biologów. Pokazuje historię dochodzenia do odkryć. Do wybudowania teleskopu przyczyniło się oblężenie, setki lat wcześniej, Konstantynopola. Do skonstruowania pierwszego mikroskopu, wynalezienie dużo wcześniej prasy drukarskiej. Ta książka jest pełna, tak zaskakujących „związków”. Nie będę więcej zdradzał. Powiem tylko, że te największe odkrycia nie byłyby możliwe, bez tych małych. Małych wcale nie znaczy banalnych i nudnych. Przeciwnie. Małych, znaczy tajemniczych, nieznanych i nieoczywistych.

>> Polub FB.com/NaukaToLubie i pomóż mi tworzyć stronę pełną nauki. 
7 komentarzy do Szkodliwe szufladki

Oczywista… oczywistość

Mogło by się wydawać, że naukowcy czasami wyważają dawno otwarte drzwi. Po długich testach dochodzą do wniosków, które… dla każdego są logiczne. Sztuka dla sztuki ? Nie, w nauce wszystko musi zostać sprawdzone i przetestowane. Inaczej jest tylko hipotezą.

Wszystko zaczęło się od robienia porządku w komputerze. A w zasadzie chęci zrobienia porządku. Skończyło się jak zawsze, znalazłem artykuł, który odłożyłem sobie do przeczytania na później. Artykuł był sprzed… siedmiu lat! No i postanowiłem coś napisać.

Tekst pochodził z anglojęzycznego serwis popularno-naukowego POPSCI.COM i był w zasadzie listą najbardziej oczywistych badań jakie prowadzono w 2007 roku. Obok informacji o tym co było obiektem badań i jaki ośrodek naukowy je przeprowadzał, podano także wnioski jakie z nich wynikają. Niektóre naprawdę zaskakujące.

– Fajtłapy nie są lubiane w szkole. Do takich wniosków doszła Janice Causgrove Dunn z Uniwersytetu Alberta w Kanadzie. Przebadała 100 chłopców i 110 dziewcząt w wieku szkolnym. Jej praca ukazała się w Journal of Sport Behavior. Autorka badań twierdzi, że eksperymentalne odkrycie znanej przecież prawdy jest ważne, bo dopiero teraz można ilościowo analizować a w konsekwencji zrozumieć związek pomiędzy kondycją fizyczną, rozwojem fizycznym a samotnością czy – bardziej ogólnie – szczęściem.

– Nieletni piją alkohol dla zabawy. Badania były przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Penn State w USA. Rozmawiano z prawie dwoma tysiącami młodych ludzi, pytając o powody dla których sięgnęli po alkohol, mimo młodego wieku. Naukowcy wyodrębnili trzy kategorie motywów. Eksperyment, chęć zrelaksowania się i poszukiwanie przygody. Okazało się jednak że bardzo duża grupa pytanych nie mieściła się w żadnej z tych szufladek. Po dogłębniejszych studiach okazało się, że te osoby sięgają po alkohol, bo… są przekonane że picie to świetna zabawa. Badania, choć mogłyby się wydawać naiwne są niezwykle ważne. To dzięki takim studiom specjaliści, którzy zajmują się prewencją i przeciwdziałaniem problemom alkoholowym mogą tworzyć programy profilaktyczne i terapeutyczne dla młodych alkoholików.

– Sen i kofeina zwalczają senność. Logiczne ? Tak, ale… Francuscy badacze zrobili następujący test. Grupie kilkunastu 20latków i kilkunastu 40latków pozwolili na 30 minutową drzemkę w samochodzie. W tym samym czasie analogiczne grupy 20 i 40latków piły kawę. Następnie wszyscy byli proszeni o przejechanie dystansu około 250 kilometrów samochodem. Okazało się, że tak jak kawa pomagała zachować trzeźwość umysłu niezależnie od wieku, tak drzemka działała ożywczo tylko na młodszych. Starszym w ogóle nie pomagała.

– Wakacje bez komórki są bardziej udane. Do takich wniosków doszli uczeni z Uniwersytetu w Tel Avivie w Izraelu. Ci, którzy biorą służbowy telefon komórkowy czy jakiekolwiek inne urządzenie związane z pracą na urlop nie są w stanie wypocząć psychicznie. Często zdarza, że szaf wymaga od swojego pracownika, by ten był w pełnym kontakcie ze swoją firmą nawet w czasie urlopu. To z kolei powoduje, że pracownik po urlopie wcale nie jest bardziej wypoczęty niż przed. A ten stan jest większą stratą dla firmy niż potencjalny zysk z racji ciągłego kontaktu. Z zacytowanych badań pracodawcy powinni wyciągnąć jasne wnioski. Jak pozwalasz pracownikowi jechać na urlop, odbierz mu służbowy telefon.

– Samotność jest szkodliwa. Badacze z Uniwersytetu Chicago przebadali wpływ jaki ma na fizyczne i psychiczne samopoczucie życie w samotności. Sprawdzili to dla ludzi młodych, tych w wieku średnim oraz takich, którzy przekroczyli 60 rok życia. Czego można się było spodziewać, samotność najgorzej wpływa na najstarszych. Samotni mają wyższe ciśnienie a także zaburzone niektóre parametry krwi. Poza tym – jak wskazują statystyki – są bardziej narażeni m.in. na choroby serca. W USA 25 proc społeczeństwa nie potrafi wskazać osoby sobie bliskiej. Bogate społeczeństwa stają się coraz bardziej samotne. Ta sytuacja zmusza badaczy do badania wpływu takiego trybu życia na ogólną kondycję obywateli.

Pewien polityk mawiał, że coś jest oczywistą oczywistością. Nie wiem jak w polityce, ale w nauce niewiele rzeczy jest oczywistych i lepiej wszystko dokładnie sprawdzić. Czyż oczywiste – na pierwszy rzut oka nie jest to, że to Słońce krąży wokół Ziemi, a nasz glob jest płaski?

Brak komentarzy do Oczywista… oczywistość

Type on the field below and hit Enter/Return to search