Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Układ Słoneczny mógł powstawać w dwóch etapach

Międzynarodowy zespół badawczy z polskim udziałem zaproponował nową teorię powstawania Układu Słonecznego. Okazuje się, że nasz układ planetarny mógł we wczesnej fazie swojego tworzenia powstawać w dwóch etapach. Hipotezę przedstawiono…

Międzynarodowy zespół badawczy z polskim udziałem zaproponował nową teorię powstawania Układu Słonecznego. Okazuje się, że nasz układ planetarny mógł we wczesnej fazie swojego tworzenia powstawać w dwóch etapach. Hipotezę przedstawiono na łamach najnowszego wydania czasopisma „Science”. 

Wśród autorów pracy jest dr Joanna Drążkowska, polska astrofizyczka pracująca na Uniwersytecie Ludwika i Maximilliana w Monachium w Niemczech (Uniwersytet Monachijski). Związki z Polską ma także druga osoba spośród grona autorów – prof. Gregor Golabek z Uniwersytetu w Bayreuth w Niemczech.

Powszechnie obecnie przyjmowany obraz powstawania Układu Słonecznego przewiduje, iż Słońce wraz z układem planetarnym uformowało się z zagęszczenia obłoku gazowego, który zapadł się grawitacyjnie. Kurczenie się obłoku powodowało wzrost gęstości oraz wytworzenie się wirującego dysku protoplanetarnego. W centrum powstała protogwiazda, która potem przekształciła się w Słońce, a w dysku uformowały planety. Planety powstały w wyniku kolizji pomiędzy ziarnami pyłu, które zaczęły tworzyć coraz większe obiekty, aż powstały kilkukilometrowe ciała nazywane planetozymalami, które dalej się zderzały. Istotną rolę w tych procesach może odgrywać tzw. linia śniegu, oddzielająca obszary, w których w dysku występowały substancje gazowe (bliżej gwiazdy) oraz obszar, gdzie woda przechodziła do stanu lodu (dalej od gwiazdy).

Dowody geochemiczne i astronomiczne wskazują, że formowanie się planet zachodziło w dwóch odseparowanych strefach. Nie jest znana dokładna przyczyna tego zróżnicowania – dlaczego planety znajdujące się blisko Słońca są małe i suche (z małą zawartością wody w stosunku do swojej masy), a planety w zewnętrznych częściach Układu Słonecznego są większe i bardziej mokre pod tym względem.

Nowa praca opisuje formowanie się Układu Słonecznego, próbując wyjaśnić kilka kluczowych kwestii dotyczących powstawania planet skalistych (jak Ziemia, czy Mars), gazowych (jak Jowisz) oraz skład różnych rodzin planetoid i meteorytów. Zaproponowano wytłumaczenie astrofizycznych i geologicznych procesów w trakcie najwcześniejszej fazy tworzenia się Słońca i systemu planetarnego.

Według autorów publikacji, planetozymale mogły powstawać w dwóch osobnych etapach. Obliczenia numeryczne i obserwacje wskazują, że miejsca, w których formują się planety, mogą mieć względnie niski poziom turbulencji. W takich warunkach oddziaływania pomiędzy ziarnami pyłu w dysku oraz wodą przechodzącą z fazy gazowej do lodu (linia śniegu) mogły wzbudzić wczesny okres formowania się planetozymali, a potem w późniejszym okresie mogła nastąpić druga fala powstawania planetozymali, ale w dalszej odległości.

Planetozymale w wewnętrznej części Układu Słonecznego stały się bardzo gorące, wytworzyły wewnętrzne oceany magmy, szybko uformowały żelazne jądra i utraciły gaz, co skutkuje obecnym suchym składem planet. Z kolei planetozymale w zewnętrznej części Układu Słonecznego uformowały się później i w mniejszym stopniu doświadczyły tych procesów.

„Nasze badania rzucają kompletnie nowe światło na proces powstawania planet. Stara teoria nie potrafiła wyjaśnić kluczowego pierwszego kroku, w którym pył formuje pierwsze związane grawitacyjnie ciała, czyli planetozymale, więc po prostu zakładała, że powstają one szybko i wszędzie w dysku wokół gwiazdowym” – tłumaczy dr Joanna Drążkowska.

„My używamy najnowszych osiągnięć z badań teoretycznych sugerujących, że formowanie się planetozymali jest możliwe (poprzez proces, który nazywa się niestabilnością strumieniową) tylko w niektórych miejscach, takich jak linia śniegu” – dodaje badaczka.

Jak wskazuje dr Drążkowska, w tym scenariuszu, wszystkie plantozymale powstają bogate w wodę, ale mała ich część powstaje na tyle szybko, że jest bogata w promieniotwórczy izotop glinu Al-26 o czasie połowicznego rozpadu 700 000 lat, więc krótszym niż czas życia dysku wokółgwiazdowego. Dzięki rozpadowi glinu, część planetozymali traci wodę i staje się zalążkami planet skalistych.

„Jedną z najciekawszych implikacji tej pracy jest to, że inne układy planetarne mogą wyglądać kompletnie inaczej niż Układ Słoneczny (wiemy z badań egzoplanet, że tak jest) tylko dlatego, że miały początkowo inny budżet Al-26, co jest moim zdaniem bardzo naturalnym i eleganckim wytłumaczeniem” – podsumowuje dr Drążkowska. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Układ Słoneczny mógł powstawać w dwóch etapach

80 tys. naukowców apeluje o ochronę wód powierzchniowych

Ponad 80 tys. naukowców ze 111 towarzystw naukowych badających ekosystemy wodne apeluje o natychmiastowe podjęcie działań na rzecz ochrony wód powierzchniowych, aby „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”. W apelu chodzi o…

Ponad 80 tys. naukowców ze 111 towarzystw naukowych badających ekosystemy wodne apeluje o natychmiastowe podjęcie działań na rzecz ochrony wód powierzchniowych, aby „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”. W apelu chodzi o działania przeciwko antropogenicznym zmianom klimatu. 

Ponad 80 tys. naukowców z całego świata, zrzeszonych w 111 towarzystwach naukowych podpisało Stanowisko Światowych Towarzystw Naukowych Badających Ekosystemy Wodne w Sprawie Potrzeby Podjęcia Pilnych Działań Przeciwko Antropogenicznym Zmianom Klimatu. Jego polskimi sygnatariuszami są Polskie Towarzystwo Limnologiczne (PTLim) i Polskie Towarzystwo Hydrobiologiczne.

Polskie tłumaczenie oświadczenia opublikowano na stronie PTLim. O oświadczeniu naukowcy piszą też w liście opublikowanym na łamach Nature.

Wspólne oświadczenie przedstawia dramatyczną skalę postępującej degradacji wód powierzchniowych, przestrzega przed jej konsekwencjami dla ludzkości i wzywa do podjęcia natychmiastowych działań powstrzymujących dalsze niszczenie środowisk wodnych wywołanych przez zmiany klimatyczne. W opinii autorów działania te pomogą „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”.

„Światowe zasoby wodne są obecnie najbardziej zagrożone w historii ludzkości. Antropopresja przyspiesza zmiany klimatu i tym samym degradację ekosystemów wodnych, a także pogarsza jakość świadczonych przez nie usług. Zmiany dotykające nasz glob manifestują się najszybciej i najsilniej właśnie w wodach powierzchniowych. Przykładowo spadek liczebności populacji organizmów słodkowodnych, który jest jedną z miar bioróżnorodności, w okresie od 1970 r. do 2014 r. spadł o 83 proc. Szacunki wskazują, że jeżeli kierunek i tempo degradacji środowiska nie ulegnie ograniczeniu, to do połowy XXI w. zniknie do 90 proc. raf koralowych, które są ekosystemami kluczowymi w kontekście zachowania bioróżnorodności Ziemi” – alarmują naukowcy.

Sekretarz Polskiego Towarzystwa Limnologicznego dr hab. Piotr Rzymski komentuje w przesłanym PAP komunikacie: „Zasoby wodne są krytyczne dla przetrwania ludzkości. Jeżeli nie podejmiemy zdecydowanych działań na rzecz ich ochrony, zmiany klimatu doprowadzą do destabilizacji, której nikt z nas nie chciałby być świadkiem. Masowe migracje, ograniczone możliwości produkcji żywności, fale gorąca, pożary, konflikty o wodę, ogromne straty gospodarcze. Zresztą część z tych efektów jest już obserwowana”.

„Wzywamy decydentów i społeczeństwo do podjęcia konkretnych postanowień i ich realizacji. Musimy ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, ale w sposób realny, a nie tylko na papierze. Czas na rozważania już się skończył. Kiedy wybuchła pandemia, mogliśmy zareagować i z nią walczyć. Jeżeli przekroczymy punkty krytyczne zmian klimatu to na reakcje będzie za późno – staniemy się biernymi obserwatorami wydarzeń, które wcześniej sami sprowokowaliśmy” – dodaje.

Naukowcy w liście w Nature zwracają uwagę, że 2021 rok będzie pod wieloma względami kluczowy: listopadowy szczyt klimatyczny uważa się za ostatnią szansę na podjęcie zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu, nowa administracja USA ma najbardziej ambitny plan prośrodowiskowy w historii kraju, a Chiny, Japonia, Korea Południowa i Unia Europejska deklarują dążenie do neutralności klimatycznej.

Dr hab. Piotr Klimaszyk, prezes PTLim, zwraca uwagę na ignorowanie problemu degradacji wód powierzchniowych i zmian klimatu. „Wysocy rangą politycy i dziennikarze opiniotwórczych mediów potrafią twierdzić, że naukowe poglądy na temat zmian klimatu są niejednoznaczne i myląc pogodę z klimatem kpią z globalnego ocieplenia po kilkudniowych przymrozkach i opadach śniegu. Jednak w sprawie zmian klimatycznych i ich antropogenicznych przyczyn panuje naukowy konsensus – potwierdza to zdecydowana większość badań prowadzonych w ostatnich dekadach. Nasz wspólny apel, światowych towarzystw skupiających ekspertów badających ekosystemy wodne, również podkreśla, że nie ma rozbieżności w ocenie konsekwencji działalności człowieka i potrzeby globalnych działań naprawczych. Kurczą się zasoby dostępnej wody słodkiej, jeziora rzeki i oceany są coraz bardziej zanieczyszczone, zanikają organizmy wodne, też te, które są podstawą wyżywienia części ludzkiej populacji” – ostrzega.

Jak podkreśla prezes PTLim, również w Polsce borykamy się z efektami degradacji środowisk wodnych. „Zbiorniki wodne ulegają użyźnieniu, zanikają gatunki i całe siedliska związane z wodami czystymi lub chłodnymi. Ich miejsce zajmują ciepłolubne gatunki ekspansywne, w tym i takie – jak w przypadku sinic – które produkują groźne dla człowieka toksyny. W wyniku nadmiernej eksploatacji, wiele gatunków ryb znacząco zmniejszyło swoje pogłowie” – mówi Piotr Klimaszyk.

Z kolei prof. Włodzimierz Marszelewski, kierownik Katedry Hydrologii i Gospodarki Wodnej UMK, uważa, że zwiększenie retencji wodnej w krajobrazie jest jednym z kluczowych zadań w kontekście walki z postępującymi zmianami klimatycznymi. Spowalnianie odpływu ze zlewni i zatrzymywanie wody w glebie i zbiornikach wodnych pozwoli ograniczyć skutki ocieplenia. „Musimy pamiętać, że hydrosfera jest jedna, a ścisłe powiązania między jej poszczególnymi elementami występują zarówno w skali globalnej, jak i regionalnej. Stąd też poprawa warunków wodnych w każdym miejscu Ziemi stanowi niezbędny element likwidacji niekorzystnych zmian w skali światowej” – zaznacza cytowany w komunikacie naukowiec.

„To ludzkość jest odpowiedzialna za zaistniały problem i tylko ona może go rozwiązać. Przekonanie, że on nie istnieje, bądź rozwiąże się sam to zmierzanie w kierunku katastrofy. Czy ktokolwiek rozsądny chciałby na nią skazywać swoje dzieci i wnuki?” – podsumowuje Piotr Rzymski. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do 80 tys. naukowców apeluje o ochronę wód powierzchniowych

Rysie Horaj i Skalny, po powrocie do natury, świetnie sobie radzą

Horaj i Skalny, osierocone młode rysie, które nabrały sił w bielskim ośrodku rehabilitacji dziki zwierząt Mysikrólik i zostały wypuszczone na wolność, dobrze sobie radzą. Po kilku miesiącach opuściły swoje rejony…

Horaj i Skalny, osierocone młode rysie, które nabrały sił w bielskim ośrodku rehabilitacji dziki zwierząt Mysikrólik i zostały wypuszczone na wolność, dobrze sobie radzą. Po kilku miesiącach opuściły swoje rejony i ruszyły na wędrówkę – podało Stowarzyszenie dla Natury Wilk. 

„W maju 2020 r. uwolniliśmy Horaja i Skalnego z obrożami GPS/GSM jako roczne podrostki w ich macierzystych regionach: Horaja na Roztoczu, a Skalnego w Beskidzie Niskim. Oba rysie po kilku miesiącach opuściły te obszary i wyruszyły na wielką wędrówkę. Skalny zwiedza wschodnią część Karpat i Pogórza Podkarpackiego, a Horaj idzie na zachód, pokonał Lasy Janowskie, przepłynął Wisłę, a teraz penetruje Puszczę Świętokrzyską” – podało stowarzyszenie Wilk z podbielskiej Twardorzeczki.

Przyrodnicy poinformowali, że dzięki swoim współpracownikom, którzy sprawdzają miejsca postojów drapieżników, wiadomo, że skutecznie polują na sarny.

„Co ciekawe, oba rysie niemal w tym samym czasie zdecydowały się na pierwsze polowania na większe ofiary – cielęta jeleni. Ich sukcesy łowieckie są dowodem na wyśmienitą kondycję obu kotów. Trzymamy kciuki, żeby przetrwały w tym zdominowanym przez ludzi świecie i odnalazły lasy, w których będą mogły się osiedlić. Mamy nadzieję, że stanie się to zanim zamki w ich obrożach się rozepną i nasz wgląd w ich losy się zakończy” – zaznaczyli członkowie stowarzyszenia Wilk.

Członkowie Wilka uratowali rysie pod koniec 2019 r. wspólnie z pracownikami parków narodowych – Roztoczańskiego i Magurskiego. Zwierzęta nabierały sił bielskim ośrodku rehabilitacji Mysikrólik.

Horaj został przywieziony z Roztocza. Tam na drodze do przejścia granicznego w Hrebennem pod kołami samochodu zginęła dorosła rysica. Kotka osierociła 7-miesięcze kocię, które błąkało się głodne i wystraszone w sąsiadującym z drogą lesie. Na pomoc ruszyli mu przyrodnicy z Wilka i Roztoczańskiego Parku Narodowego, a także lokalnych stowarzyszeń. Rysia odłowiono i przewieziono do Mysikrólika.

Skalny nie bał się ludzi i zbliżył się do zabudowań w Desznicy w Beskidzie Niskim. Był mocno wychudzony i osłabiony, a przez to niezdolny do samodzielnego polowania. Udało się go wówczas odłowić dzięki współpracy przyrodników z mieszkańcami i pracownikami Magurskiego Parku Narodowego. Również trafił do Mysikrólika.

Rysie są ssakami drapieżnymi z rodziny kotowatych. Dorosły ryś może mierzyć od 100 do 150 cm. Wysokość w kłębie sięga 75 cm. Osobniki, z wyjątkiem samic z młodymi, prowadzą samotne życie. Rysie użytkują duże areały, które w górach sięgają 100-140 km kw. W Polsce są pod ścisłą ochroną.

Stowarzyszenie dla Natury Wilk zajmuje się ochroną przyrody, a szczególnie działaniami na rzecz ssaków drapieżnych – wilków, rysi, niedźwiedzi, wydr, borsuków i innych gatunków. Jego członkowie prowadzą działalność edukacyjną i badawczą.

Ośrodek Mysikrólik jest jednym z nielicznych w Polsce, który pomaga chorym lub kontuzjowanym dzikim zwierzętom. Jego twórcy, Agnieszka i Sławomir Łyczkowie, chcą stworzyć lecznicę z prawdziwego zdarzenia. Brakuje im jednak pieniędzy na sprzęt oraz remont pomieszczeń. Można ich wesprzeć na stronie https://www.mysikrolik.org/.

PAP – Nauka w Polsce, Marek Szafrański

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Rysie Horaj i Skalny, po powrocie do natury, świetnie sobie radzą

Lawina fotonów na okładce Nature – zbadana m.in. przez Polaków

Czasem jeden foton może uruchomić całą lawinę kolejnych. I wtedy ledwo oświetlony materiał zaczyna bardzo jasno świecić. Po raz pierwszy udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach. Badania z…

Czasem jeden foton może uruchomić całą lawinę kolejnych. I wtedy ledwo oświetlony materiał zaczyna bardzo jasno świecić. Po raz pierwszy udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach. Badania z udziałem Polaków, które mogą znaleźć zastosowanie w mikroskopii superrozdzielczej, znalazły się na okładce prestiżowego tygodnika „Nature”.

Chociaż zjawisko lawinowej emisji fotonów znane jest od kilku dekad, to dotąd uzyskiwano je tylko w dużych, makroskopowych obiektach – np. monokryształach; często tylko w bardzo niskich temperaturach. Teraz naukowcy zaprezentowali to zjawisko w temperaturze pokojowej w nanomateriałach – strukturach o średnicy 25-30 nm (czyli w obiektach tylko kilka razy większych niż białka w komórkach).

Te opracowane przez badaczy maleńkie latarenki są nanokoloidami – ich powierzchnię można tak zmodyfikować, by w sposób trwały były zawieszone w wodzie i nie opadały na dno. A to pierwszy krok do tego, by te struktury otoczyć na przykład białkami i wprowadzić do komórek, gdzie za ich pomocą można będzie obserwować miejsca lub śledzić procesy odpowiadające za funkcjonowanie żywych komórek.

Aby zapalić taką nanolatarenkę, należy ją oświetlić światłem podczerwonym (o długości fali 1064 nm). A to kolejny plus rozwiązania. Takie światło jest bowiem szczególnie przyjazne w badaniu żywych komórek – łatwo przechodzi przez tkanki, eliminuje spontaniczne świecenie komórek (to problem przy wzbudzaniu za pomocą światła UV), a w dodatku nie uszkadza struktur biologicznych w komórce.

Kolejną zaletą jest również to, że obrazy o wysokiej rozdzielczości można wykonać z pomocą nieco zmodyfikowanego mikroskopu konfokalnego, który jest dostępny prawie w każdym laboratorium biologicznym. Badania pokazały, że takie nanolatarenki można wykorzystać do obrazowania struktur z rozdzielczością 70 nm (jak dotąd, taka rozdzielczość optyczna możliwa jest do uzyskania tylko w znacznie droższych i dużo bardziej złożonych mikroskopach superrozdzielczych).

Badania naukowców z USA (Columbia University i Lawrence Berkeley National Laboratory.), Polski (Instytut Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN we Wrocławiu) i Korei Płd. ukazały się w Nature. A ilustrację obrazującą ich lawinę fotonów oglądać można na okładce tego tygodnika.

Nature

Fot: Okładka „Nature” z lawiną fotonów. Źródło: Nature

W materiałach zdolnych do lawinowej emisji fotonów intensywność emisji wzrasta nieproporcjonalnie mocno (tj. lawinowo) w stosunku do intensywności pobudzenia. I tak np. jeśli dwukrotnie zwiększy się intensywność światła, którym oświetla się materiał, intensywność luminescencji wzrastać może aż 10 tys. razy. Przypomina to wzmocnienie obserwowane w tranzystorze lub laserze (co schematycznie zobrazowano na okładce „Nature”). „Laik może to sobie wyobrazić jako taki efekt, jaki mamy, kiedy zbliżymy się z mikrofonem do głośnika – wzmocnienie, czyli dodatnie sprzężenie zwrotne powoduje, że mimo że szepczemy do mikrofonu, głośnik po chwili ‘wyje na pełny regulator’” – porównuje w rozmowie z PAP współautor badań prof. Artur Bednarkiewicz.

Jak tłumaczy, badania te otwierają zupełnie nowe możliwości zastosowania nanotechnologii: w konstrukcji czujników biologicznych (np. do wykrywania wirusów, bakterii czy grzybów, lub procesów biologicznych w komórkach i tkankach), czujników wielkości fizycznych (np. temperatury, ciśnienia), w obliczeniach neuromorficznych, konstrukcji detektorów promieniowania z zakresu średniej podczerwieni, nowych nanolaserów czy też, jak w oryginalnej pracy, obrazowania fluorescencyjnego poniżej limitu dyfrakcji światła. Limit dyfrakcji światła powoduje, że w mikroskopii optycznej bez uciekania się do sprytnych sztuczek – nie można rozróżnić obiektów znajdujących się zbyt blisko siebie – tzn. bliżej niż około połowa długość fali światła, którym obiekt oświetlamy (typowo 300-400 nm). To powoduje, że obraz mikroskopowy jest rozmyty i nieostry, a tym samym często niewystarczający dla biologów by zrozumieć zachowanie żywych komórek na poziomie molekularnym.

Pomysł na to, jaki nanomateriał dawałby lawinową emisję fotonów, zrodził się w połączonych zespołach badaczy, ale ponieważ rozwiązanie wcale nie było oczywiste minęło kilka lat, zanim udało się odpowiednie materiały wykonać . Naukowcy przyglądali się właściwościom materiałów luminescencyjnych domieszkowanych jonami lantanowców. Zwykle zbyt duża domieszka takich jonów (powyżej 1 proc.) sprawia, że luminescencja materiału słabła. Tymczasem badacze wyliczyli, a potem sprawdzili, że do nieliniowej lawinowej emisji fotonów dojdzie w materiale z niespodziewanie dużą (8 proc.) domieszką jonów tulu. Amerykański zespół wytworzył taki materiał i potwierdził w eksperymencie, że materiał rzeczywiście ma bardzo ciekawe silnie nieliniowe właściwości. Dodatkowo, wyniki eksperymentalne doskonale zgadzały się z symulacjami, obliczeniami i przewidywaniami wykonanymi w grupie prof. Bednarkiewicza dwa lata wcześniej.

„Aktualnie, kontynuujemy współpracę, ale realizujemy też w INTiBS PAN własny projekt finansowany przez Narodowe Centrum Nauki dotyczący tych materiałów i metod. Potrafimy syntezować materiały lawinowe samodzielnie, zbudowaliśmy również unikalny i bardzo czuły układ pomiarowy, który pozwala uzyskiwane materiały badać w poszukiwaniu kolejnych nowych i ulepszonych materiałów. Myślimy też o ich zastosowaniach praktycznych” – mówi prof. Bednarkiewicz.

„Są dwie przełomowe informacje, które wynikają z naszych badań. Po pierwsze, udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach, a to otwiera zupełnie nowe możliwości ich zastosowania. Po drugie udało się za pomocą tych materiałów zademonstrować obrazowanie optyczne w skali nanometrycznej poniżej fundamentalnego limitu dyfrakcji światła, który dla biologów był poważnym ograniczeniem, ale dla fizyków i chemików był przez wiele lat olbrzymim wyzwaniem. Uzyskane wyniki otwierają szereg nowych kierunków badań i zastosowań, ale dopiero najbliższe lata zdecydują czy lawinowe nanokryształy znajdą jeszcze szersze zainteresowanie” – podsumowuje prof. Bednarkiewicz.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Lawina fotonów na okładce Nature – zbadana m.in. przez Polaków

Ostatni taki las. Zielona Wstęga Gór Skandynawskich

Szwecja to jeden z najbardziej lesistych krajów Europy. Ale dopiero niedawno potwierdzono tam istnienie rozległych połaci lasu, od dekad nietkniętych piłą czy toporem. „Uświadomiliśmy Szwedom, co tak naprawdę mają” –…

Szwecja to jeden z najbardziej lesistych krajów Europy. Ale dopiero niedawno potwierdzono tam istnienie rozległych połaci lasu, od dekad nietkniętych piłą czy toporem. „Uświadomiliśmy Szwedom, co tak naprawdę mają” – mówi prof. Grzegorz Mikusiński, który brał udział w określeniu granic tego bezcennego przyrodniczo obszaru.

Zielona Wstęga Gór Skandynawskich to znakomicie zachowane lasy, porastające wschodnie zbocza szwedzkiej części Gór Skandynawskich. Jak na warunki europejskie są one ogromne: ciągną się na długości ponad 800 km i zajmują powierzchnię ponad 2 mln hektarów! (czyli ponad 20 tys. km2). To jeden z nielicznych obszarów leśnych na terenie Unii Europejskiej, które zachowały się praktycznie w stanie naturalnym.

NAMIERZYĆ ZIELONĄ WSTĘGĘ

Jak to się stało, że lasy – o których skali i przyrodniczym bogactwie stosunkowo niewiele było wiadomo – udało się wreszcie zidentyfikować? Dokonano tego dzięki wykorzystaniu satelitarnych zdjęć z wielu lat i obrazów uzyskanych metodą teledetekcji.

Analizy borealnej części Szwecji (począwszy od północnej części prowincji Värmland – po tereny położone dużo dalej na północ) przeprowadziła państwowa firma kartograficzna METRIA. Dane te były potrzebne do opracowania standardowych map i planów wykorzystania zasobów przyrodniczych. Zestawienie zdjęć satelitarnych i lotniczych z wielu lat stworzyło bezcenną bazę danych, pozwalającą porównać i ocenić zachodzące na ziemi zmiany. Dlatego z danych skorzystali też naukowcy.

Przeprowadzone przez nich analizy dotyczyły ostatnich 60-70 lat i obejmowały lasy borealne, porastające mniej więcej dwie trzecie powierzchni Szwecji. Naukowcy ocenili stan tych lasów: mogli określić, gdzie przez niemal 70 lat lasy wycinano, a gdzie pozostały praktycznie nietknięte i mają jako całość ogromną wartość przyrodniczą. Określili dokładną lokalizację tych skupisk leśnych, ich wielkość i łączność w przestrzeni.

Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński
Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński

 

„Okazało się, że ogromna powierzchnia lasów leżących na wschód od Gór Skandynawskich, mająca długość co najmniej 800 km, to tereny o dużej wartości przyrodniczej. To ewenement w skali europejskiej! Podobnie wielkiego obszaru lasu naturalnego w Unii Europejskiej nie znajdziemy. Istnieją tam płaty lasu, mające nawet ponad 100 tys. ha, które łączą się ze sobą w przestrzeni” – podkreśla w rozmowie z PAP jeden z naukowców współodpowiedzialnych za identyfikację tego cennego leśnego obszaru, prof. Grzegorz Mikusiński z Instytutu Ekologii Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego (SLU) w Uppsali.

POLITYKA WYCINKI, POLITYKA OCHRONY

Szwedzi do niedawna nie zdawali sobie do końca sprawy, jaki przyrodniczy unikat zachował się w ich kraju. Zresztą Zielona Wstęga Gór Skandynawskich nie musiała wcale przetrwać.

„Szwecja często kojarzy się jako kraj przyjazny przyrodzie. A jednak z surowców naturalnych, w tym – z drewna, korzysta się tam bardzo intensywnie. Przemysł drzewny to ważny sektor gospodarki tego kraju” – zauważa prof. Mikusiński. Jest on współautorem pięciu artykułów na temat szwedzkich lasów, opublikowanych w prestiżowych czasopismach naukowych (ich wykaz – pod tekstem). W badania szwedzkich lasów zaangażowali się też Jakub Bubnicki z Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk i Ewa Orlikowska z SLU.

Na łamach „Conservation Biology” naukowcy przypomnieli, że od początku lat 60. w Szwecji wprowadzono (niemal bez ograniczeń) nowy system użytkowania lasów: zrąb zupełny. Tereny użytkowane dawniej podobnie jak w Polsce czy Niemczech szybko przekształciły się w industrialny krajobraz, gdzie naraz wycinano nawet kilkaset hektarów. Drewno zużywano, po czym sadzono nowy las, tylko w ograniczonym stopniu stosując odnowienie naturalne. Taki jednowiekowy, młody las z punktu widzenia różnorodności biologicznej jest jednak bardzo ubogi – zwłaszcza, że przeprowadza się w nim regularne czyszczenia, polegające na usuwaniu drzew mniej wartościowych z punktu widzenia produkcji drewna. Nie ma w nim leśnych ostoi, starych drzewostanów ani wyspecjalizowanych gatunków, potrzebujących do życia starych drzew i martwego drewna.

„Polityka systematycznego wyrębu lasu była z pewnością ważna dla szwedzkiej gospodarki, ale doprowadziła do zagrożenia tysięcy leśnych gatunków” – podkreśla prof. Mikusiński, który specjalizuje się w zakresie bioróżnorodności leśnej i ochrony krajobrazu, a badania w Szwecji prowadzi od 30 lat. Wobec potężnej skali wycinki i nasadzeń w sumie niewiele pomogła zmiana prawa, które nakazywało zostawianie części starych drzew i martwego drewna – dodaje.

KONFLIKTY O LASY

Przetrwanie Zielonej Wstęgi Gór Skandynawskich nie jest pewne. Naukowcy sugerowali, że przyszłość tego lasu może się rozwijać według dwóch scenariuszy, będących konsekwencją różnych sposobów zarządzania lasem. Pierwszy z nich oznacza kontynuację intensywnej gospodarki leśnej i uzyskanie związanych z tym korzyści gospodarczych. W praktyce oznaczałby intensywną wycinkę i nasadzenia.

Drugi scenariusz zakłada zwiększenie ochrony „zielonego pasa” górskich lasów, co pozwoli zachować leśne ostoje, chronić bioróżnorodność, sprzyjać hodowli reniferów i zwiększyć użyteczność publiczną tych lasów – piszą naukowcy badający te tereny. Takie podejście pozwoli też wykorzystać lasy jako narzędzie długoterminowej sekwestracji węgla (wiązania węgla z atmosfery).

Szanse, by zrealizował się ten drugi scenariusz, znacznie wzrosły. Ustalenia naukowców zostały bowiem niedawno uwzględnione w nowym oficjalnym raporcie rządu szwedzkiego. Prof. Mikusiński wyjaśnia, że celem tego rozległego raportu jest analiza polityki dotyczącej lasów w Szwecji – a więc ponad połowy obszaru tego kraju i jednego z najistotniejszych jego dóbr. Kwestia lasów górskich, a wiec również Zielonej Wstęgi Gór Skandynawskich, jest obszernie omawiana w osobnym rozdziale (XVI, strony 857-1002), który zawiera obietnice jej kompleksowej ochrony (proponuje się objęcie ochroną dodatkowych ponad 5 mln ha lasu, a przewidziany koszt tej operacji to 14,4 mld koron, odpowiadających ponad 5,5 mld zł).

Prof. Mikusiński dodaje, że część Szwedów postrzega ochronę swoich lasów nie tylko jako opcję, ale wręcz konieczność, w perspektywie realizacji ONZ-owskiego Planu Strategicznego dla Różnorodności Biologicznej i tzw. Celów Aichi.

Konwencja ta zakłada wprowadzenie w skali globalnej licznych rozwiązań i mechanizmów chroniących bioróżnorodność. Środkami do celu jest m.in. osiągniecie zrównoważonej produkcji i konsumpcji, zahamowanie utraty siedlisk naturalnych, ograniczenie zanieczyszczeń czy zapobieganie inwazjom gatunków. Jeden z Celów Aichi nakłada na kraje-sygnatariuszy konieczność ochrony co najmniej 17 proc. obszarów lądowych „o szczególnym znaczeniu dla różnorodności biologicznej i usług ekosystemowych”. Ostatnio także Europejski Zielony Ład i będąca jego częścią Strategia Różnorodności Biologicznej w UE do 2030 zakładają jeszcze wyższą, 30-procentową ochronę środowisk lądowych.

Część szwedzkich naukowców proponuje, by w zakres tej ochrony weszła niezwykle cenna przyrodniczo Zielona Wstęga Gór Skandynawskich – relacjonuje prof. Mikusiński.

Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński
Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński

 

„Zielona Wstęga Gór Skandynawskich uświadamia nam również – poprzez kontrast z resztą borealnej Szwecji – jak daleko lasy gospodarcze odeszły od ich naturalnego stanu. Ochrona lasów w pozostałych częściach Szwecji już nie wystarczy. Konieczna jest szeroko zakrojona odbudowa naturalnej struktury drzewostanów, jak i ich łączności w przestrzeni, pozwalającej na swobodne przemieszczanie się organizmów leśnych – i na odbudowę procesów ekologicznych. Odtworzenie lasów z dużym udziałem gatunków liściastych – takich jak brzozy, osiki, wierzby i jarzębiny, które obecnie są bardzo rzadkie – wymaga szczególnego wysiłku, aby zapewnić dogodne siedliska gatunkom od nich zależnym” – komentuje Ewa Orlikowska.

JAK SIĘ LAS UCHOWAŁ

Już dziś duża część Zielonej Wstęgi (aż 60 proc.) ma formalną, wysoką ochronę – mówi prof. Mikusiński. „Jednak duża powierzchnia lasów czeka na decyzję, wycinać czy nie. Wciąż toczy się o nie walka: trzeba by było w zasadzie zablokować zupełnie wyrąb powyżej granicy lasów górskich” – alarmuje naukowiec.

Granica lasów górskich (czyli kolejne szwedzkie rozwiązanie z lat 90., służące ochronie lasów) oznacza fizyczną granicę lasu górskiego tj. „od spodu”, wyznaczającą odrębne zasady jego gospodarczego wykorzystania – tłumaczy prof. Mikusiński. Wprowadzenie pojęcia granicy lasów górskich znacznie utrudniło wycinkę części wysoko położonych lasów, co pozwoliło dużą ich część ocalić przed zrębem.

Ciągnący się z południa na północ całej strefy borealnej las ma też więcej szans w perspektywie zmian klimatu. Wraz z ocieplaniem się klimatu gatunki leśne, przystosowane do warunków chłodnych, mają więc w Szwecji więcej możliwości przemieszczania się i „ucieczki” coraz dalej na północ oraz ku wyżej leżącym terenom. Tymczasem inne górskie lasy na terenie UE z reguły ciągną się równoleżnikowo i są pocięte przez infrastrukturę.

„Wartość przyrodnicza scalonego (pod względem ochrony) Zielonego Pasa Gór Skandynawskich jest nie do przecenienia. Żeby znaleźć coś podobnego, trzeba jechać w głąb Rosji albo na północ Ameryki Północnej. Ten obszar powinien być w pełni chroniony” – mówi prof. Mikusiński.

Więcej na ten temat – na stronach: Lanscape and Urban PlanningForestsLandscape EcologyConservation Biology oraz Frontiers in Ecology and Evolution.

Nauka w Polsce – PAP, Anna Ślązak

Brak komentarzy do Ostatni taki las. Zielona Wstęga Gór Skandynawskich

Mechanizm biologiczny pozwoli chronić materiały przed bakteriami wodnymi

Jedna z substancji wydzielanych przez glony „odstrasza” patogenne bakterie, które osadzają się na powierzchniach w środowiskach wodnych, np. piankach nurków. Mechanizm biologiczny odkryty na UW może przyczynić się do powstania…

Jedna z substancji wydzielanych przez glony „odstrasza” patogenne bakterie, które osadzają się na powierzchniach w środowiskach wodnych, np. piankach nurków. Mechanizm biologiczny odkryty na UW może przyczynić się do powstania preparatu zabezpieczającego takie materiały.

Problemy związane z suszeniem oraz konserwacją odzieży i akcesoriów wykorzystywanych w sportach wodnych są znikome w krajach południowych, gdzie przez większą część roku występują słoneczne i upalne dni. Inaczej jest na naszych szerokościach geograficznych, gdzie nawet latem dni bywają pochmurne, chłodne i deszczowe. Powszechnym wyzwaniem związanym z mokrymi materiałami jest ich higiena oraz impregnacja – bakterie wodne, często posiadające potencjał patogenny, przyczepiają się do materiału tworząc grube, trudne do usunięcia biofilmy (warstwy, błony biologiczne).

Dr Bartosz Kiersztyn z Instytutu Biologii Funkcjonalnej i Ekologii na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego od lat zajmuje się badaniem biofilmów bakteryjnych powstających na różnego rodzaju powierzchniach w środowiskach wodnych – informuje Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Praca tego badacza może przyczynić się do powstania preparatu zabezpieczającego takie powierzchnie (np. materiały, z których produkowane są m.in. pianki nurkowe i obuwie do uprawiania sportów wodnych) przed osadzaniem się na nich bakterii.

W biofilmach często identyfikowane są bakterie o charakterze patogennym. Ich obecność uznaje się za czynnik negatywny, po części dlatego, że wiele z gatunków tych bakterii wytwarza i uwalnia toksyny. Dr Kiersztyn zwrócił uwagę na fakt, że choć biofilmy bakteryjne w naturalnym środowisku wodnym tworzą się bardzo szybko, to nie powstają wydajnie na powierzchni żywych glonów jednokomórkowych.

„To bardzo ciekawe zjawisko. O ile w wodzie bakterie są w stanie szybko zasiedlić praktycznie każdą powierzchnię, na glonach jednokomórkowych kolonizacja prawie nie występuje. Bakterie niejako powstrzymują się przed kolonizacją żywych mikroskopijnych glonów – nie osadzają się na nich intensywnie i nie namnażają na ich powierzchniach. Obserwacje mikroskopowe oraz biochemiczne i molekularne jednoznacznie na to wskazują” – mówi Kiersztyn, cytowany w prasowym komunikacie.

W wyniku prowadzonych eksperymentów naukowiec wykazał, że jedną z przyczyn powstawania tego zjawiska jest substancja wydzielana przez glony w procesie fotooddychania. Jak się okazało, gradient mikrostężeń tej substancji wystarczy, by w środowisku wodnym bakterie nie osadzały się intensywnie na danej powierzchni. Tak zrodził się pomysł, by stworzyć preparat, który pozwoliłby zabezpieczać różnego rodzaju powierzchnie, w tym m.in. odzież i inne akcesoria wchodzące w kontakt z wodą przed tworzeniem się na nich biofilmów bakteryjnych.

Na korzyść ekonomiczną takiego rozwiązania przemawia kilka czynników. Pierwszym jest niska cena, bo naturalna substancja wytwarzana przez glony jest wyjątkowo niedroga w produkcji przemysłowej. Możliwość zastosowania jej w mikrostężeniach dodatkowo sprawia, że sam preparat byłby tani w produkcji, co dawałoby szansę jego producentowi na wygenerowanie sporej marży. W dodatku preparat bazowałby na substancji występującej w naturalnym środowisku, a jego działanie nie polegałoby na eliminowaniu bakterii (co groziłoby uwalnianiem z nich toksyn), ale na ich „odstraszaniu”.

Prowadzone dotychczas eksperymenty na materiałach, z których produkowane są m.in. pianki nurkowe i obuwie do uprawiania sportów wodnych, jednoznacznie potwierdzają, że na odzieży sportowej spryskanej roztworem z odkrytą substancją bakterie wodne osadzają się w minimalnym stopniu. Eksperymenty prowadzono m.in. w naturalnym środowisku w jeziorze Śniardwy, w specjalnie wyselekcjonowanym miejscu obfitującym w wiele szczepów bakteryjnych.

Proces komercjalizacji wynalazku prowadzony jest przez Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii działający przy Uniwersytecie Warszawskim (UOTT UW).

„Odkrycie zostało już objęte ochroną patentową na terenie Polski. Obecnie poszukujemy inwestora lub partnera branżowego, który wprowadziłby na rynek ten skuteczny preparat ochronny pod własną marką. Ponieważ produkcja nawet na wielką skalę przemysłową jest wyjątkowo niedroga, a przy tym proces technologiczny wydaje się być bardzo prosty, wynalazek ten ma szansę na szybką absorpcję przez producenta i wdrożenie bez ponoszenia znacznych nakładów” – mówi Marta Majewska, broker technologii UOTT UW, prowadząca ten projekt, cytowana w komunikacie. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Mechanizm biologiczny pozwoli chronić materiały przed bakteriami wodnymi

Naukowcy zbadają wpływ izolacji na człowieka podczas symulowanej misji kosmicznej

Różne aspekty wpływu izolacji na zdrowie człowieka, m.in. na sprawność fizyczną i układ nerwowy, zbadają naukowcy uczestniczący w symulowanej załogowej misji kosmicznej, odbywającej się w bazie LunAres w Pile. Odbywa…

Różne aspekty wpływu izolacji na zdrowie człowieka, m.in. na sprawność fizyczną i układ nerwowy, zbadają naukowcy uczestniczący w symulowanej załogowej misji kosmicznej, odbywającej się w bazie LunAres w Pile. Odbywa się ona pod patronatem rektora Politechniki Śląskiej i Ministerstwa Zdrowia. 

Jak przekonują naukowcy, ich badania – skupiające się na analizie dostosowania się psychiki do przymusowego zamknięcia – mają szczególne znaczenie w kontekście pandemii COVID-19. W symulowanej misji bierze udział międzynarodowy zespół pięciorga tzw. analogowych (stacjonarnych) astronautów, którzy będą zamknięci przez dwa tygodnie na małej przestrzeni i badani pod kątem zmian układzie nerwowym i narządzie ruchu.

Podczas wtorkowej konferencji prasowej rektor Politechniki Śląskiej prof. Arkadiusz Mężyk zwrócił uwagę, że badania dotyczące misji kosmicznych są prowadzone bardzo szeroko i wykraczają daleko poza samą technologię budowy rakiet – dotyczą też zdrowia fizycznego psychicznego, przystosowania się do wyjątkowych warunków, a także socjologii.

„Wszyscy odczuwamy skutki pandemii, od marca 2020 r. żyjemy w izolacji i odczuwamy na własnej skórze jak brak kontaktów społecznych, życie w ograniczonej przestrzeni wpływa na naszą psychikę, na nasze funkcjonowanie” – zaznaczył. W obecnej misji naukowców z PŚ interesują problemy z dziedziny inżynierii biomedycznej oraz rozwiązań infrastrukturalnych – dostosowania małych przestrzeni do funkcjonowania ludzi, naukowcy przeprowadza także np. testy technologii odzyskiwania zużytej wody.

„Badania izolacyjne mające na celu symulację warunków lotów na inne ciała niebieskie, w tym Marsa i Księżyc, wydawały się niezwykle oderwane od rzeczywistości jeszcze rok temu. Obecnie, wskutek pandemii, niemal każdy rozumie, jak istotne jest dogłębne zbadanie psychologii izolacji, zarówno wybranej z wolnej woli, jak i przymusowej” – ocenił naczelny lekarz załogi dr n. med. Aleksander Waśniowski.

Habitat LunAres to znajdująca się w Pile placówka badawcza służąca do symulacji załogowych misji kosmicznych, zwanych misjami analogowymi. Jest to jedyny tego typu obiekt w Europie. Całkowicie odizolowana od środowiska zewnętrznego składa się z siedmiu modułów przeznaczonych do różnych czynności i codziennego życia, a także z 250 km kw. do „spacerów kosmicznych”.

W przedsięwzięciu biorą udział przedstawiciele PŚ. Naukowcy z Wydziału Inżynierii Biomedycznej tej uczelni przeprowadzą badania w zakresie biomechaniki narządu ruchu, sprawdzając m.in. wpływ izolacji na sprawność fizyczną. Studentka Wydziału Architektury przeprowadzi prace poświęcone sprawdzeniu rozwiązań zastosowanych w stacji kosmicznej pod kątem ich użyteczności oraz możliwości zaspokojenia potrzeb jej mieszkańców – członków misji.

Szef ekspedycji – dyrektor LunAres Space mgr inż. Leszek Orzechowski wyjaśnił, że obecna misja, która nosi nazwę „Panda” (Pandemic Analog Mission) jest pierwszą z serii, które potrwają przez kilka miesięcy. Wyraził przekonanie, że badania – zwłaszcza neurologiczne – mogą przydać się zwłaszcza w obecnej sytuacji pandemii. Osoby w izolacji będą badane np. pod kątem zmian w hipokampie, który odpowiada m.in. za orientację w przestrzeni i pamięć.

„Te małe zmiany mogą odpowiadać temu, co niektórzy z nas doświadczają podczas przymusowej kwarantanny związanej z obecną lub jakąkolwiek pandemią w przyszłości” – powiedział Orzechowski. Podczas misji zostanie przeprowadzonych także wiele eksperymentów fizjologicznych czy psychologicznych.

Dr hab. inż. Robert Michnik z Wydziału Inżynierii Biomedycznej PŚ powiedział, że naukowcy chcą zbadać zmiany w funkcjonowaniu narządu ruchu. Jak przypomniał, w realnej misji kosmicznej największy wpływ na to ma brak lub zmniejszona grawitacja, która prowadzi m.in. do ubytku tkanki mięśniowej. W przypadku misji analogowej takim czynnikiem jest ograniczenie aktywności, związane z małą przestrzenią – wyjaśnił.

Przedmiotem badań będzie też oddziaływanie czynników psychologicznych i socjologicznych, wynikających z izolacji, a także to, jak na ciało działają obciążania związane z używaniem skafandrów kosmicznych – chodzi ocenę zdolności utrzymywania równowagi i postawy ciała. Zakładając, że izolacja – także w okresie pandemii – skutkuje obniżeniem sprawności fizycznej, naukowcy chcą w przyszłości opracować program ćwiczeń, który będzie ograniczał te negatywne zmiany.(PAP)

autor: Krzysztof Konopka

Brak komentarzy do Naukowcy zbadają wpływ izolacji na człowieka podczas symulowanej misji kosmicznej

Babcie i dziadkowie w świecie zwierząt

„Babcine” zachowania u zwierząt nie są regułą, zdarzają się sporadycznie. Potomstwo swojego potomstwa karmią orki, a niektóre małpy i słonice chronią wnuki przed atakami drapieżników i… ludzi. Wśród ptaków zaobserwowano…

„Babcine” zachowania u zwierząt nie są regułą, zdarzają się sporadycznie. Potomstwo swojego potomstwa karmią orki, a niektóre małpy i słonice chronią wnuki przed atakami drapieżników i… ludzi. Wśród ptaków zaobserwowano tylko samice namorzynka seszelskiego, karmiące pisklęta swoich córek.

Jak podkreśla prof. Piotra Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, w warunkach naturalnych wśród zwierząt trudno nawet określić, kto jest babcią, a kto dziadkiem. Gatunek Homo sapiens jest wyjątkowy pod względem relacji społecznych dzieci z babciami i dziadkami. Wyjątkowość polega na tym, że matki i ojcowie rodziców danego potomstwa pozostają z nim w kontakcie na innym poziomie niż tylko genetyczny.

Innym gatunkom w środowisku naturalnym trudno jednak dożyć sędziwego wieku. Jak tłumaczy przyrodnik, gdy rodzą się młode osobniki, ich babcie i dziadkowie już nie żyją. A nawet jeśli żyją, to stare osobniki są wykluczane ze społeczności, żeby nie konkurowały o ograniczone zasoby. Chociaż i ten wzorzec nie jest prosty.

„W populacjach dzierzb i bocianów zdarzają się bardzo stare i doświadczone osobniki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie mają one kontaktu ani z własnymi dziećmi z wcześniejszych lęgów, ani tym bardziej z wnuczętami i prawnuczętami” – zauważa prof. Tryjanowski.

Zaznacza jednak, że ptaki nie są najlepszym modelem w badaniach relacji układu – dziadkowie – rodzice – wnuki. Dobrze poznany jest tylko jeden przykład, namorzynek seszelski, mały gatunek spokrewniony z naszym trzciniakiem.

„Stare samice namorzynka seszelskiego pomagają czasem w wychowaniu, głównie poprzez dodatkowe karmienie piskląt swoich córek” – mówi poznański badacz. Jego zdaniem, zachowań pokoleniowych łatwiej doszukać się u ssaków.

W grupach kaszalotów, potężnych waleni, starsze samice pomagają w opiece nad młodszymi osobnikami, w czasie, gdy ich matki zajęte są poszukiwaniem pokarmu. U orek babcie często doglądają potomstwa własnego potomstwa i bez rozmnażania potrafią dożyć naprawdę sędziwego wieku.

„Najstarsza orka została nazwana „Babunią” (w oryginale „Granny”) i zdechła w 2016 roku w wieku ponad 100 lat. Najprawdopodobniej najstarsze i doświadczone osobniki pamiętają szczególnie atrakcyjne tereny łowieckie, a ta znajomość szczególnie dobrze sprawdza się wczasach kryzysu” – przypuszcza badacz zachowań zwierząt.

„Babcine” zachowania zaskakują naukowców i zdziwieni są nimi nawet prymatolodzy, czyli badacze małp.

„U jednego z gatunków małp azjatyckich, hulmana, zaobserwowano, że babcie przebywające razem ze swoimi córkami i wnukami spełniają funkcje obronne przed atakami ludzi, psów i innych małp” – wymienia prof. Tryjanowski.

Przyrodnik przypomina, że aby poznać babcię czy dziadka trzeba odpowiednio długo żyć. Dlatego nie zaskakuje, że instytucje babci spotykamy u słoni, zwierząt mogących dożyć nawet 80 lat.

„Młode osobniki słoni mają nawet ośmiokrotnie większe szanse na przeżycie, gdy w pobliżu znajdują się ich babcie. Pomogą, gdy młode utkną w błocie, wejdą w nie taki grunt czy po prostu na niebezpieczną, pełną drapieżników ścieżkę” – tłumaczy profesor.

Prof. Tryjanowski dodaje, że relacje międzypokoleniowe u ludzi są do tego stopnia ewenementem w naturze, że powstała nawet tzw. hipoteza babci (więcej na ten temat tutaj). Pomoc oferowana przez babcie i dziadków w opiece nad potomstwem własnych dzieci prawdopodobnie wpłynęła na długowieczność naszego gatunku, powstanie silnych relacji społecznych i zwiększony sukces poznawczy. Jednocześnie umożliwiła przekazanie genów długowieczności większej liczbie potomków.

Naukowiec ocenia, że babcie i dziadkowie bywają pierwszymi osobami, które pokazują wnukom piękno przyrody. Tak było w przypadku dziadków obecnego eksperta w zakresie wiedzy o ptakach, którzy zwrócili mu uwagę na to, że ptaki można obserwować praktycznie wszędzie.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

Brak komentarzy do Babcie i dziadkowie w świecie zwierząt

Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak…

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak wyglądało w dziejach podejście do niepełnosprawności mówi archeolog dr Magdalena Matczak. 

„Teraz aż jedna ósma populacji ludzkiej to osoby uznawane za niepełnosprawne. W samej Unii Europejskiej stanowią one ok. 14 proc. społeczeństwa w wieku 15-64 lat. To spory odsetek. Również i w czasach prehistorycznych i historycznych w skład społeczeństwa wchodziły osoby niepełnosprawne i – choćby ze względu na słabszy rozwój medycyny – mogły też stanowić znaczącą grupę” – mówi w rozmowie z PAP dr Magdalena Matczak z University of Liverpool i Arizona State University.

Archeolożka kieruje interdyscyplinarnym projektem DIS-ABLED (wspólnie z dr Jessiką Pearson z Uniwersytetu w Liverpoolu, prof. Jane Buikstrą z Arizona State University i prof. Andrzejem Markiem Wyrwą z UAM w Poznaniu). Celem tych badań jest rekonstrukcja życia osób z niepełnosprawnościami w XIV-XVIII-wiecznej Europie Środkowej.

„Temat niepełnosprawności jest rzadko poruszany w archeologii. Jeśli zaś myślimy o historii jako o naszym dziedzictwie, nie możemy zrozumieć tego dziedzictwa w pełni, jeśli pomijać w niej będziemy historię tak dużej grupy osób – w tym przypadku osób niepełnosprawnych” – tłumaczy dr Matczak.

Badaczka pytana o to, jak zmieniało się podejście do osób niepełnosprawnych mówi: „W różnych miejscach i okresie dziejów podejście do osób niepełnosprawnych oscylowało od pełnej akceptacji, poprzez troskę i opiekę, aż do marginalizacji” – podsumowuje.

Podaje przykład amerykańskich badań dot. neandertalczyków ze starszej epoki kamienia zamieszkujących jaskinię Shanidar w dzisiejszym Iraku. „Znaleziono tam szczątki neandertalczyka z urazem czaszki. Był prawdopodobnie głuchy na prawe ucho, miał problemy ze wzrokiem, upośledzenie jednej z kończyn górnych i urazy powodujące nieprawidłowy chód. Jego schorzenia mogły bardzo utrudniać mu zdobywanie pokarmu – choćby udział w polowaniach. Mimo to żył ze swoimi schorzeniami długo – zmarł w wieku ok. 40-50 lat, skąd wniosek, że musiał przez dłuższy czas doświadczać pomocy i opieki osób ze swojej społeczności” – opowiada rozmówczyni PAP.

Jeśli z kolei chodzi o starożytny Egipt, to ok. 2 500 lat p.n.e. powstała rzeźba Seneba, który był dostojnikiem na dworze faraona i został pochowany wraz z żoną w Gizie. Dostojnik ten miał achondroplazję – był osobą niskiego wzrostu. „Część badaczy przychyla się do opinii, że w starożytnym Egipcie istniała wtedy tolerancja zarówno do osób z achondroplazją, jak i wobec osób niewidomych. Są jednak badacze, którzy uważają, że akurat osoby z upośledzeniem widzenia w starożytnym Egipcie mogły podlegać ostracyzmowi” – podsumowuje dr Matczak.

Przywołuje też badania z Bahrajnu dotyczące szczątków kobiety z przełomu III i II tysiąclecia p.n.e., która cierpiała na deformację prawej kości ramiennej, a także miała upośledzenie kończyn dolnych, przez co potrzebowała opieki i wsparcia. Niewielkie starcie zębów wskazuje, że kobieta jadła stosunkowo miękkie pokarmy. Została ona pochowana z cennymi przedmiotami. „To pokazuje, że przynajmniej wąska grupa społeczna, można przypuszczać, że jej rodzina, dobrze ją traktowała za życia, jak i zadbała o jej odpowiedni pochówek” – komentuje dr Matczak.

Dodaje jednak, że są i w historii przykłady na to, jak trudny bywał los osób niepełnosprawnych. Opowiada, że w XIX w. w USA w hrabstwie Oneida w stanie Nowy Jork osoby z ułomnościami fizycznymi lub psychicznymi trafiały do przytułku. „Terapia” polegała na wykonywaniu przez nie tak ciężkiej pracy fizycznej, że w niektórych wypadkach prowadziła do śmierci z wycieńczenia. A przytułek czerpał dochody z tej pracy. Niechlubnymi zgłoskami zapisały się też w XIX wieku kompletnie nieakceptowalne dziś objazdowe cyrki, w których osoby z niektórymi ułomnościami były prezentowane publiczności.

Z kolei jeśli chodzi o Polskę, to ciekawy jest przykład kobiety chorej na trąd z XIII w. pochowanej na cmentarzu w Kałdusie na Ziemi Chełmińskiej. Trąd nie tylko był chorobą zakaźną, ale mógł prowadzić do zaniku czucia, problemów ze wzrokiem i urazów, co mogło prowadzić do niepełnosprawności. „A kobieta ta żyła stosunkowo długo ze zmianami chorobowymi. Bez pomocy ze strony społeczności nie dałaby sama rady. Została też pochowana zgodnie z zasadami pochówku chrześcijańskiego, oraz z przedmiotami takimi jak pierścionek czy nóż. A stąd można pośrednio wnioskować, że cieszyła się stosunkowo dobrym statusem społecznym i mimo choroby nie była zepchnięta na margines społeczeństwa” – opisuje badaczka.

Dr Matczak w poprzednich badaniach, we współpracy z prof. Tomaszem Kozłowskim i prof. Wojciechem Chudziakiem na UMK, badała pochówki w X-XIII wieku z Kałdusa na polskim Pomorzu. Na 661 szkieletów, które badali naukowcy, 33 miały zmiany związane z niepełnosprawnościami. I były to częściej szkielety niepełnosprawnych dojrzałych mężczyzn niż kobiet. „To się wiąże z tym, że kobiety statystycznie częściej umierały we wczesnej dorosłości, w związku z między innymi infekcjami okołoporodowymi. A mężczyźni żyli dłużej i ciężko pracowali fizycznie, na ich szkieletach częściej więc udawało się ustalić niepełnosprawności związane ze zmianami zwyrodnieniowymi” – komentuje dr Matczak.

Polscy naukowcy badali też, czy szkielety świadczące o niepełnosprawności można znaleźć w przypadku pochówków atypowych (to groby zorientowane np. na osi północ-południe, zamiast typowej osi wschód-zachód, przypadki osób pochowanych na boku, w pozycji skurczonej) czy antywampirycznych (w przypadku osób pochowanych na brzuchu lub przygwożdżonych kamieniami).

Archelożka przywołuje przykład z USA, gdzie odnaleziono antywamipryczny pochówek z XIX wieku osoby ze śladami gruźlicy. „A związane z gruźlicą plucie krwią mogło dawniej być kojarzone właśnie z wampirami” – zwraca uwagę. „Dlatego chciałam sprawdzić, czy i w Polsce na Pomorzu niektóre choroby lub niepełnosprawność mogły sprawić, że za życia osób tych się bano, a przez to ich pochówek mógł wyglądać nietypowo” – mówi. I dodaje, że hipoteza ta się jednak nie potwierdziła. „To dobrze świadczy o wczesnośredniowiecznej społeczności. Jeśli oceniać po pochówkach – osoby chore nie były inaczej traktowane w społeczeństwie” – komentuje.

Badaczka zwraca jednak uwagę, że badania szkieletów nie pozwalają ostateczne rozstrzygnąć, czy dana osoba borykała się z niepełnosprawnością czy nie. Można dzięki nim wprawdzie poznać, że ktoś cierpiał na zmiany zwyrodnieniowe, trąd, zaawansowane stadia niektórych nowotworów, polio, przechodził amputację, miał źle złożone złamanie czy np. gruźlicę kręgosłupa. Wiele jednak niepełnosprawności i chorób nie pozostawia po sobie w szkielecie żadnego śladu. To choćby choroby psychiczne, przypadłości związane z utratą wzroku czy słuchu, czy choroby o ostrym przebiegu.

Dlatego w swoich najnowszych badaniach dotyczących postrzegania niepełnosprawności w XIV-XVIII wieku badaczka stawia na połączenie kilku dziedzin nauki: archeologii, historii, antropologii fizycznej oraz etnografii. „Badamy kroniki, żywoty świętych, pisma medyczne, teksty etnograficzne z czasów późniejszych, a także szkielety odnalezione na terenach Polski, aby zobaczyć, na co chorowano w XIV-XVIII w.” – wymienia.

Badaczka jednak zaznacza, że badanie niepełnosprawności w historii jest o tyle trudne, że słowo „niepełnosprawny” weszło do obiegu dopiero w XX wieku. „A niepełnosprawność według najnowszych definicji jest stanem, w którym osoba z jakąś ułomnością napotyka na bariery społeczne wynikające z tego, że kultura, przestrzeń, w której funkcjonujemy, jest dostosowana do osób w pełni sprawnych. Niepełnosprawność pojmowana jest więc jako stosunek pełnosprawnej części ludności do osób z okaleczeniami. Pytanie więc, w jaki sposób dawne społeczeństwa określały osoby z upośledzeniami i na ile dostosowywały się do ich potrzeb” – podsumowuje.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

1 komentarz do Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

Dolny Śląsk / Stężenie arsenu w dopływie Nysy Kłodzkiej 100-krotnie przewyższa normy WHO

Stężenie arsenu w Trującej (woj. dolnośląskie), jednym z dopływów Nysy Kłodzkiej, aż 100-krotnie przewyższa obecnie normy wody pitnej ustanowione przez WHO – ustalił zespół badaczy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Ma to…

Stężenie arsenu w Trującej (woj. dolnośląskie), jednym z dopływów Nysy Kłodzkiej, aż 100-krotnie przewyższa obecnie normy wody pitnej ustanowione przez WHO – ustalił zespół badaczy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Ma to związek z obecnością na tych terenach dawnej kopalni złota.

O ustaleniach naukowców z Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr, dotyczących wysokiego stężenia rakotwórczego pierwiastka w rzece na Dolnym Śląsku, poinformowała rzeczniczka prasowa UWr.

W Złotym Stoku (woj. dolnośląskie) mieszkańcy wydobywali złoto od XIII w. Jego zasoby były w pewnym momencie tak duże, że miasteczko odpowiadało za niemal jedną dziesiątą europejskiej produkcji złota. Po trzech wiekach eksploatacji zasoby zaczęły się wyczerpywać. Wtedy aptekarz Hans Scharffenberg, na początku XVIII wieku postanowił na tych terenach pozyskiwać arsen, służący do produkcji arszeniku. Arsen miał bardzo szerokie zastosowanie: w lekach, jako dodatek do stopów i farb, preparat do barwienia szkła, niezawodny środek na szczury, a współcześnie w produkcji półprzewodników.

Kopalnie tego metaloidu działały tam do 1961 roku. Niestety siedemsetletnia działalność wydobywcza pozostawiła po sobie duże spustoszenie w krajobrazie – podkreślono w informacji przesłanej PAP.

Prawdziwe zagrożenie czaiło się w Złotym Potoku, który spod skał wypłukiwał trujący arsen. Mieszkańcy miasteczka mieli przeczucie, że woda, której używają, nie jest najlepszej jakości. Świadczy o tym nazwa rzeki, która poniżej miasteczka nazywana jest Trującą. Wśród ludności krążyły też plotki, jakoby wygnani za Odrę Niemcy wracali do miasta po beczki zatrutej wody, od której mieli być fizycznie uzależnieni – informuje rzeczniczka.

Tematem zainteresowali się naukowcy z Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr. „Postanowiliśmy przyjrzeć się tematowi bliżej – szczególnie, że rzeka Trująca kończy swój bieg w Nysie Kłodzkiej, będącej jednym z głównych dopływów Odry – mówi dr Bartosz Korabiewski, adiunkt w Zakładzie Geografii Fizycznej UW. – Już na samym początku zaskoczeniem dla nas była stosunkowo niewielka ilość badań dotyczących zanieczyszczenia w dolnej części rzeki Trującej, zwłaszcza w miejscu jej ujścia. Postanowiliśmy sprawdzić, jaka ilość arsenu jest transportowana do Nysy Kłodzkiej, oraz jakie procesy kontrolują niepokojące stężenie arsenu w strumieniach”.

Naukowiec zaznacza, że na całym świecie zanieczyszczenie środowiska arsenem dotyka aż 70 krajów i 140 milionów ludzi. Są to silnie kancerogenne związki powodujące m.in. choroby skóry i układu pokarmowego.

W badaniach wzięły udział dwie grupy studentów specjalności geoekologia na kierunku geografia. Łukasz Stachnik, adiunkt z Zakładu Geografii Fizycznej UWr opowiada, że badania terenowe prowadzono na całej długości Złotego Potoku i rzeki Trującej. Trwały dwa lata i uwzględniały pobór kilkudziesięciu próbek gleby i wody. Naukowcy rozmawiali też z mieszkańcami Złotego Stoku, by uzyskać informacje na temat miasta, jego górniczej przeszłości oraz obecnej sytuacji.

Wykonano też szczegółowe pomiary laboratoryjne, zmierzające do oznaczenia zawartości arsenu w próbkach wody i gleb.

„W okolicy dawnej kopalni złota i arsenu, nasze wyniki wskazują na kilkudziesięciokrotny spadek stężeń arsenu i metali w wodach kopalnianych i ze Złotego Potoku – w porównaniu do lat 90-tych XX wieku. Na poprawę jakości wody wpłynęły najprawdopodobniej prace renowacyjne polegające na oczyszczaniu starych chodników górniczych i udrożnieniu sztolni w złotostockiej kopalni” – mówi dr Stachnik.

„Zła wiadomość, która dotyczyła rzeki Trującej, przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. W miejscu jej ujścia do Zbiornika Paczkowskiego, znajdującego się na Nysie Kłodzkiej, stężenia arsenu przekroczyły 100-krotnie normy rekomendowane przez Światową Organizację Zdrowia dla wody pitnej!” – dodaje.

Według naukowców całkowita masa arsenu, która w ciągu 24 godzin może dopływać do tego zbiornika (tzw. ładunek dobowy) przekracza 8 kg. Tak duże stężenie arsenu jest prawdopodobnie związane głównie z przemywaniem starych hałd i osadników położonych poniżej Złotego Stoku.

Za podwyższone stężenie arsenu w pobliżu ujścia rzeki Trującej do Nysy Kłodzkiej odpowiedzialny jest proces uwalniania pierwiastka z powierzchni cząsteczek osadu do roztworu wodnego. Naukowcy zamierzają kontynuować badania. „Rosnąca frekwencja zdarzeń ekstremalnych, związana ze zmianami klimatu, prowadzić może do dalszego zanieczyszczania wielu składowych środowiska, tak chętnie wykorzystywanych przez człowieka. Na szczęście zdrowie mieszkańców gminy Złoty Stok nie pogarsza się, ale zagrożenia nie można lekceważyć” – zauważa dr Stachnik w rozmowie z PAP.

Dr Stachnik podkreślił w rozmowie z PAP, że na razie w badaniach naukowcy skupili się na wodach powierzchniowych. Jest jednak wiele badań prowadzonych w Indiach czy na terenie Włoch, które wskazują na to, że zmiany klimatyczne – podnoszenie się temperatur powietrza i wzrost częstotliwości susz – będą zwiększały koncentrację arsenu w wodzie oraz ryzyko zanieczyszczania wód podziemnych. Podkreślił, że jeśli chodzi o zdrowie – trzeba być czujnym.

Naukowcy są przekonani, że woda w Trującej, a być może również szerzej rozumiane środowisko w całej okolicy, wymaga monitoringu. „Chcielibyśmy sprawdzić, jaki jest zasięg zanieczyszczenia arsenem w tej części zlewni. Te pierwsze wyniki to ważna przesłanka, aby rozwinąć nasze badania na granicy medycyny, bioakumulacji zanieczyszczeń i ich wpływu na zdrowie człowieka. Dobrze byłoby również zaangażować medyków i sprawdzić, jak arsen oddziałuje na lokalną ludność; dowiedzieć się, czy woda, którą ludzie pozyskują z okolic dolnego biegu rzeki Trującej, jest bezpieczna. W jej dolnej części jest też duża ilość pól uprawnych. Należałoby przyjrzeć się krążeniu wody i procesom, które mogą powodować ew. akumulację arsenu w produktach rolnych” – dodał dr Stachnik.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Dolny Śląsk / Stężenie arsenu w dopływie Nysy Kłodzkiej 100-krotnie przewyższa normy WHO

Lednicki Park Krajobrazowy/ Stanowiska archeologiczne niewidoczne w terenie są najbardziej zagrożone

Powstawanie nowej zwartej zabudowy na terenie Lednickiego Parku Krajobrazowego (woj. wielkopolskie) i intensywna działalność rolnicza wpływają niekorzystnie na stanowiska archeologiczne, która nie są widoczne w terenie – wynika z badań…

Powstawanie nowej zwartej zabudowy na terenie Lednickiego Parku Krajobrazowego (woj. wielkopolskie) i intensywna działalność rolnicza wpływają niekorzystnie na stanowiska archeologiczne, która nie są widoczne w terenie – wynika z badań interdyscyplinarnego zespołu naukowców.

Lednicki Park Krajobrazowy w woj. wielkopolskim utworzono w celu ochrony cennych historycznie i krajobrazowo terenów wokół jeziora Lednica, będących kolebką państwa piastowskiego. Ma on ponad 76 km kwadratowych.

Naukowcy zebrali informacje o dziedzictwie archeologicznym północnej i zachodniej części Parku i ocenili wpływ człowieka na stanowiska archeologiczne.

„Negatywne skutki działalności ludzi na badanym obszarze dotykają głównie stanowisk archeologicznych, które nie są czytelne w krajobrazie. Miejsca takie znikają z przestrzeni, m.in. w wyniku przekształcenia terenów pod zwartą zabudowę” – poinformował PAP lider projektu dr Andrzej Kowalczyk z Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Te stanowiska to np. pozostałości po dawnych osadach i cmentarzyska.

Dr Kowalczyk wskazał, że to niekorzystne zjawisko jest szczególnie widoczne po zachodniej stronie jeziora Lednica, gdzie w ostatnich 30 latach powstały nowe osiedla z całą infrastrukturą.

„Kolejnym czynnikiem wpływającym niekorzystnie na stanowiska archeologiczne jest intensyfikacja i modernizacja rolnictwa. Stosowany jest nowoczesny sprzęt rolniczy, który umożliwia głęboką orkę oraz różne formy rolnictwa przemysłowego” – powiedział dr Kowalczyk.

Podjęte działania pozwoliły nie tylko oszacować wpływ procesów działalności człowieka na dziedzictwo archeologiczne, ale także ocenić skuteczność przyjętych form ochrony zabytków archeologicznych.

„Najskuteczniejsze działania zastosowano głównie w odniesieniu do zespołów zabytków o uznanej wartości historycznej, jak np. grodziska i gródki stożkowate” – powiedziała zaangażowana w badania dr Lidia Żuk z Wydziału Archeologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Podkreśliła, że takie formy ochrony prawnej, jak na przykład wpis do rejestru zabytków, działają, ale są często niezrozumiałe i uciążliwe dla mieszkańców okolicy Ostrowa Lednickiego, bo utrudniają swobodny rozwój gospodarczy zgodnie z ich oczekiwaniami.

Dlatego – w ocenie naukowców – niezbędne jest przygotowanie odpowiedniej strategii zarządzania dziedzictwem archeologicznym, uwzględniające potrzebę zrównoważonego rozwoju i interesy różnych grup społecznych.

Najważniejszą część parku krajobrazowego stanowi wyspa Ostrów Lednicki, która pełniła od połowy X wieku funkcję jednej z głównych siedzib władzy państwa pierwszych Piastów. Było to centrum historycznego terytorium Polan.

Dr Kowalczyk przypomniał, że do dziś na Ostrowie Lednickim – wyspie na Jeziorze Lednickim – zachowały się relikty rezydencjonalno-stołecznego grodu z ruinami kamiennego pałacu z unikatową kaplicą.

„Mimo intensywnego ruchu turystycznego w tym miejscu średniowieczne relikty zachowały się w dobrym stanie” – stwierdził archeolog.

Na potrzeby projektu badacze wykorzystali szerokie spektrum metod, dzięki którym możliwe było przeanalizowanie zmian w terenie w ostatnich dekadach. Oprócz kwerendy wśród dokumentów archiwalnych zastosowano m.in. lotnicze skanowanie laserowe, zdjęcia lotnicze, badania geofizyczne i powierzchniowe, a także monitoring satelitarny.

W projekcie wzięli udział archeolodzy z Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy we współpracy z badaczami m.in. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu w Bambergu (Niemcy) i Uniwersytetu Wrocławskiego. Projekt „Antropopresja a dziedzictwo archeologiczne. Przykład Lednickiego Parku Krajobrazowego” dofinansował Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego.(PAP)

Autor: Szymon Zdziebłowski

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Lednicki Park Krajobrazowy/ Stanowiska archeologiczne niewidoczne w terenie są najbardziej zagrożone

Ludzkie śmieci – globalny problem zwierząt małych i dużych

Bezkręgowce, ptaki, ryby, płazy, gady i ssaki – także te całkiem duże, jak szopy, psy i koty – giną z powodu śmieci i odpadków pozostawionych przez ludzi na świecie. Najczęstszą…

Bezkręgowce, ptaki, ryby, płazy, gady i ssaki – także te całkiem duże, jak szopy, psy i koty – giną z powodu śmieci i odpadków pozostawionych przez ludzi na świecie. Najczęstszą pułapką są słoiki oraz puszki po napojach i żywności – wynika z podsumowania przedstawionego przez naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zaśmiecanie środowiska jest ogromnym problemem, który dotyka niemal każdego zakątka Ziemi. Wiele zwierząt nie zdążyło jak dotąd wykształcić odpowiedniej reakcji na kontakt z materiałami pochodzenia antropogenicznego i często myli je z jedzeniem, materiałem budulcowym gniazda czy nawet partnerem. W konsekwencji zwierzęta giną na skutek zaplątania w żyłki lub z głodu – z żołądkami wypełnionymi różnymi odpadkami – zwraca uwagę dr Krzysztof Kolenda z Uniwersytetu Wrocławskiego, pierwszy autor publikacji w „Scientific Reports”, poświęconej globalnemu problemowi śmieci, stanowiących śmiertelne pułapki dla różnych zwierząt.

Zwraca on uwagę, że o wiele słabiej zbadany jest aspekt wpływu pojemników po napojach i żywności na zwierzęta. Chociaż to jedne ze śmieci najczęściej znajdowanych w środowisku – literatura naukowa poświęca temu problemowi niewiele miejsca. Większość prac dotyczy śmiertelności ssaków, które po wejściu do pojemnika, nie potrafiły już go opuścić. Pojedyncze doniesienia sugerują natomiast, że to owady zwabione np. resztką napojów giną w pojemnikach w największej ilości.

Co jakiś czas w Internecie pojawiają się za to zdjęcia i filmiki zwierząt, które utknęły w różnych pojemnikach. Nie tak dawno temu była to sarna z Wrocławia czy niedźwiedź ze słowackiej części Tatr.

Dr Kolenda i grupa naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego: studentka biologii Monika Pawlik, dr hab. inż. Marcin Kadej, dr hab. Adrian Smolis i Natalia Kuśmierek, przyjrzeli się temu problemowi, analizując dane dostępne w internecie. Przy pomocy wybranych słów kluczowych przetłumaczonych na kilka języków przeszukali oni wyszukiwarkę Google Images oraz media społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram, Twitter i YouTube. Szukali doniesień o zwierzętach, które utknęły w pojemnikach zalegających w środowisku. Skupili się przede wszystkim na pięciu podstawowych rodzajach pojemników: butelkach, puszkach po napojach, puszkach po żywności, słoikach i kubkach.

Autorzy badań znaleźli łącznie ponad 500 doniesień z 51 krajów na całym świecie. Obejmują one okres od 1999 do 2019 roku. Pojemniki stanowiły zagrożenie dla zwierząt zarówno na terenach zurbanizowanych, jak i w miejscach oddalonych od siedzib ludzkich, np. w parkach narodowych czy na pustyni.

Najczęstszą pułapką były słoiki oraz puszki po napojach i żywności. Najwięcej przypadków dotyczyło ssaków (niespełna 80 proc. wszystkich rekordów) oraz gadów (ok 15 proc.). Były również pojedyncze doniesienia o bezkręgowcach, ptakach, rybach i płazach – relacjonuje dr Kolenda, cytowany w materiale przesłanym przez uczelnię.

„Co zaskakujące, znaczna część znalezionych przypadków dotyczy zwierząt średnich i dużych. Wśród ssaków były to gatunki synantropijne, np. szopy, skunksy i zwierzęta udomowione (psy, koty), ale także ssaki kopytne i duże drapieżniki, jak niedźwiedzie. W przypadku gadów odnotowano przede wszystkim węże i jaszczurki, w tym duże gatunki waranów, jak waran z Komodo” – wymienia.

Ponad 12 proc. zidentyfikowanych kręgowców jest zagrożonych wyginięciem wg IUCN, a kilka kolejnych gatunków figuruje w regionalnych czerwonych księgach. W przypadku bezkręgowców śmierć poniosły niemal wszystkie znalezione w pojemnikach osobniki, natomiast o niebo lepiej sytuacja wyglądała z kręgowcami. W ponad 80 proc. przypadków udało się uratować zwierzę, nawet jeśli był to duży drapieżnik (np. niedźwiedź czy lampart) lub zwierzę jadowite (np. kobra).

Zebrane wyniki uzupełniają listę gatunków narażonych na śmierć w wyrzucanych do środowiska pojemnikach. Są kolejnym przykładem na to, jak ważnym źródłem informacji mogą być zasoby Internetu. Badania potwierdziły też globalną skalę zaśmiecania i jego negatywny wpływ na bioróżnorodność oraz potrzebę natychmiastowych działań redukujących liczbę śmieci w środowisku. Do takich zaliczyć można działania edukacyjne zwiększające świadomość społeczeństwa w zakresie gospodarki odpadami, ale przede wszystkim wprowadzenie systemu kaucyjnego dla butelek i puszek oraz regularne akcje sprzątania środowiska.

Wyniki tych analiz opublikowali w Scientific Reports.

PAP – Nauka w Polsce

Brak komentarzy do Ludzkie śmieci – globalny problem zwierząt małych i dużych

Wikipedia kończy 20 lat/ Prof. Jemielniak: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie

Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo – prof. Dariusz Jemielniak w rozmowie z okazji 20-lecia istnienia Wikipedii mówi o…

Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo – prof. Dariusz Jemielniak w rozmowie z okazji 20-lecia istnienia Wikipedii mówi o roli tej internetowej encyklopedii, jej wiarygodności, a także o wyzwaniach, z którymi mierzy się projekt.

15 stycznia przypada 20 rocznica powstania Wikipedii. To nie tylko największa internetowa encyklopedia, ale i jeden z najczęściej odwiedzanych portali na świecie. Tylko w Polsce co miesiąc Wikipedię odwiedza ponad 30 milionów użytkowników. A w naszej wersji językowej jest już prawie 1,5 mln haseł.

PAP: Czy ufa pan wszystkiemu, co pan przeczyta w Wikipedii?

Prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Lena Koźmińskiego, wikipedysta, autor książki o Wikipedii („Życie wirtualnych dzikich”) członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation: Nie ma źródeł, którym można ufać bezkrytycznie. Badania pokazują, że Wikipedia zawiera teraz nie więcej błędów, niż tzw. źródła profesjonalne. A Wikipedia ma tę ogromną przewagę nad innymi źródłami, że mamy tam kontrolę społeczną: wiemy kto, kiedy i jak edytował dane hasło. I są tam podane odnośniki – źródła, z których zaczerpnięto dane informacje. Tymczasem w klasycznych encyklopediach brak takich odnośników. Nie ma sposobu, żeby tam zweryfikować, skąd wzięła się dana informacja.

Zresztą niedawno Światowa Organizacja Zdrowia stwierdziła, że informacje na temat COVID-19 co na Wikipedii tak świetnie rozwinięte, że będzie tam odsyłać po rzetelną wiedzę dotyczącą koronawirusa. A to koronny dowód na to, że Wikipedia jest źródłem wiarygodnym.

PAP: Czy widać na horyzoncie zagrożenia dla ciągłości projektu?

D.J.: Zagrożeń jest sporo. Z problemem zetknęliśmy się choćby w zeszłym roku, kiedy YouTube zdecydował, że przy kontrowersyjnych w filmikach – np. płaskoziemców lub antyszczepionkowców – umieszczać będzie linki do odpowiednich haseł na Wikipedii. Idea na pierwszy rzut oka ciekawa. Nie wzięto jednak pod uwagę, że wtedy w Wikipedii pojawi się tłum osób, które zaczną zaprzeczać procesowi naukowemu. To nie było rozwiązaniem problemu, ale przerzuceniem go na Wikipedię. Po rozmowach z YouTubem udało się tę sprawę naprostować i przekonać przedstawicieli YouTube’a, że to nie jest właściwa droga do rozwiązania ich problemu.

Problemem dla Wikipedii jest choćby to, że ludzie z bardzo silną agendą, szerzący dezinformację lub na usługach reżimów totalitarnych czy dużych korporacji, mogą próbować na Wikipedii zafałszowywać niektóre informacje. Musimy temu zapobiegać.

PAP: Czy istnieją zabezpieczenia, które sprawią, że Wikipedii nie popsuje kiedyś jakaś armia trolli, która zacznie tam masowo wprowadzać fake newsy?

D.J.: Paradoksalnie zabezpieczeniem jest to, że każdy może Wikipedię edytować. Co prawda każdy może tam wpisać bzdurę, ale jednocześnie wszyscy widzą, co kto i kiedy wpisał – i można to naprawić. Jeśli ktoś w popularnym haśle będzie próbował coś psuć – możemy się spodziewać, że w ciągu kilku sekund zostanie to naprawione. W hasłach mniej popularnych czas reakcji może być dłuższy. Wikipedia ma jednak administratorów, a także doświadczonych edytorów, którzy przeglądają wkład nowych użytkowników czy edycje kontrowersyjnych haseł. Niektóre zaś hasła, szczególnie te najbardziej kontrowersyjne, gdzie np. trwa tzw. wojna edycyjna, mogą być edytowane jedynie przez administratorów. Używamy też algorytmów sztucznej inteligencji do wykrywania wrogich edycji. Na razie nasze zabezpieczenia działają.

PAP: Czy w ciągu ostatnich 20 lat zdarzyły się poważne kryzysy, momenty, kiedy Wikipedia zadrżała w posadach?

D.J.: Pojawiły się kryzysy wzrostu – choćby wtedy, kiedy jako wolontariusze nie byliśmy już w stanie sprawnie utrzymać rozwoju Wikipedii i trzeba było założyć fundację Wikimedia. Kolejnym wyzwaniem okazała się profesjonalizacja: potrzebowaliśmy sztabu prawników, programistów, profesjonalnego zespołu badawczego, aby wytrzymywać konkurencję z najlepszymi w dolinie krzemowej.

PAP: W czym Wikipedia ściga się z największymi korporacjami?

D.J.: Musimy mieć kompetencje organizacyjne i technologiczne, które pozwolą nam oferować produkt nie gorszy niż produkt, który wyprodukowałaby korporacja. Staramy się dostarczać rzetelnej, niezależnej wiedzy. A korporacje często nie mają takiej motywacji. Nawet najwięksi giganci uginają się pod cenzurą reżimów totalitarnych. W Wikipedii nigdy czegoś takiego nie było. A budżet Wikipedii to ok. 100 mln dol. rocznie. Tymczasem duże korporacje mają dużo większe budżety.

PAP: Z jakich źródeł Wikipedia pozyskuje te 100 milionów dolarów rocznie?

D.J.: W większości są to indywidualni darczyńcy, choć są i dotacje od dużych firm. Gdyby jednak większość budżetu pochodziła od kilku korporacji, byłoby ryzyko nacisków. Na szczęście tego problemu nie mamy.

PAP: A jeśli środków od darczyńców zacznie brakować – może się zdarzyć, że na Wikipedii pojawią się kiedyś reklamy?

D.J.: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Taką decyzję podjęliśmy lata temu. Gdybyśmy byli zmuszeni do zamieszczania reklam, musielibyśmy też pomyśleć o zawieszeniu działania serwisu. Uważamy, że suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo. A za darmo to nie znaczy “za dane użytkowników” czy za ich czas oglądania reklam.

PAP: Czy w świecie, gdzie dochodzi do silnej polaryzacji poglądów i tego, że wiele tematów jest upolitycznionych, łatwo zachować Wikipedii obiektywność?

D.J.: Może to zabrzmi dziwnie, ale ratuje nas to, że w Wikipedii nikomu nie chodzi o prawdę. Tam chodzi raczej o rzetelne odzwierciedlenie, co wiarygodne źródła mówią na dany temat. A podstawowym kryterium, które rozważamy, nie jest prawda, ale to, czy dane medium jest wiarygodne. Jeśli jest – mogę zrelacjonować, co ono twierdzi.

PAP: Jak wikipedyści oceniają wiarygodność źródeł?

D.J.: W kwestiach naukowych – sytuacja jest prosta. Tu wiadomo, które publikacje są zweryfikowane. A jeśli chodzi o tematy niezwiązane z nauką – np. życiorysy gwiazd czy hasła dotyczące poglądów politycznych, to wiarygodność źródła ma charakter kontekstowy. Jeśli w czasopiśmie “Nie z tej Ziemi” czytamy, że Ziemia jest płaska, nie możemy tego źródła wprowadzić do hasła astronomicznego. Jeśli jednak to czasopismo np. informuje, że wróżbita Maciej urodził się tego a tego dnia, to nie mamy powodu wątpić w wiarygodność tej informacji.

PAP: Czy w Wikipedii ciągle są jakieś obszary wiedzy, w których są dziury?

D.J.: Wikipedia jest 50 razy większa niż Britannica. Ale ciągle jest mnóstwo miejsca, żeby ją rozwijać. Jeśli ktoś używa Wikipedii, to uważam, że jego obowiązkiem etycznym jest albo przekazywać Wikipedii donacje, albo wspomagać ją swoją pracą: czy to poprawieniem przecinka, czy dopisaniem zdania, akapitu, hasła. Im więcej mamy rąk do pracy, tym lepsze dobro wspólne tworzymy. Zachęcałbym wszystkich, żeby rozwijali w Wikipedii hasła z zakresu, którym się interesują. Na pewno okaże się, że sporo informacji ciągle tam brakuje.

Rozmawiała: Ludwika Tomala (PAP)

PAP – Nauka w Polsce

Brak komentarzy do Wikipedia kończy 20 lat/ Prof. Jemielniak: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie

Polska aplikacja wspiera szkoły w przeciwdziałaniu przemocy

Uczniowie będą mogli anonimowo powiadomić nauczyciela, że byli świadkami lub ofiarami przemocy rówieśniczej. A wychowawcy dostaną scenariusze zajęć przeciwdziałających bullyingowi – takie możliwości daje aplikacja RESQL, opracowana dzięki psychologom z…

Uczniowie będą mogli anonimowo powiadomić nauczyciela, że byli świadkami lub ofiarami przemocy rówieśniczej. A wychowawcy dostaną scenariusze zajęć przeciwdziałających bullyingowi – takie możliwości daje aplikacja RESQL, opracowana dzięki psychologom z Uniwersytetu SWPS.

Na całym świecie co najmniej 1 na 3 uczniów w wieku 13-15 lat doświadczyło lub doświadcza dręczenia. W Polsce prawie połowa uczniów przyznaje, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy przynajmniej raz była ofiarą przemocy. Problemowi temu chcą wyjść naprzeciw twórcy aplikacji RESQL – zespół naukowców z Uniwersytetu SWPS wraz z partnerem technologicznym, firmą SPEEDNET. W aplikacji – zgodnie z zamysłem twórców – zastosowano wnioski z prowadzonych w polskich szkołach badań psychologicznych dotyczących przemocy szkolnej.

Aplikacja umożliwia uczniom anonimowe zgłoszenie incydentów przemocy – czy to fizycznej, czy to psychicznej. Zgłoszenie trafia bezpośrednio do wyznaczonych w danej szkole nauczycieli czy pedagogów. Uczniowie mogą więc – nie zdradzając swojej tożsamości – omawiać z dorosłymi nieprzyjemne sytuacje, z którymi mierzą się w szkole. W aplikacji dostępne są też materiały, które ułatwić mają nauczycielom właściwe zareagowanie na zgłoszenie, a także podjęcie decyzji lub działań po zgłoszeniu incydentu. Dodatkowo nauczyciele mogą korzystać z przygotowanych przez psychologów i pedagogów scenariuszy lekcji dotykających problematyki przemocy szkolnej. A uczniowie – czytać materiały dotyczące przemocy rówieśniczej.

Kierownik projektu psycholog dr Radosław Kaczan z USWPS w rozmowie z PAP mówi, że dręczenie przybiera różne formy i czasem dotyczy bardzo wrażliwych tematów – związanych z samooceną czy tożsamością danej osoby. To często sfery życia, o których młodym osobom trudno rozmawiać z kimś wprost. Psycholog liczy, że aplikacja stanie się dla dzieci i młodzieży bezpiecznym miejscem, w którym każdy chętny uczeń będzie mógł poruszyć te kłopotliwe tematy i uzyskać wsparcie w rozwiązaniu problemów w grupie rówieśniczej.

Psycholog zauważa, że w przemoc rówieśniczą wplątani są nie tylko sprawcy czy ich ofiary, ale również świadkowie. To bowiem, czy przemoc będzie kontynuowana, zależy w dużej mierze również od reakcji świadków. Dr Kaczan tłumaczy, że celem osoby dręczącej jest zwykle to, by uzyskać status w swojej grupie – np. znaleźć się w centrum zainteresowania lub stać się popularnym, respektowanym (niekoniecznie lubianym). Jeśli zaś zachowanie tej osoby spotka się ze sprzeciwem świadków – zachowanie może zostać wygaszone. „Jeśli wystąpi reakcja rówieśników przeciw przemocy, w 70-80 proc. przypadków bullying ustaje” – zaznacza dr Kaczan.

Sposobów na sprzeciw może być zaś wiele – nie zawsze musi być to bezpośrednia konfrontacja ze sprawcą przemocy. „Warto więc świadkom dawać im narzędzia, by przerwali dane zachowania” – mówi dr Kaczan.

Dodaje, że przemoc fizyczna taka jak pobicia czy kradzieże jest łatwiejsza w diagnozie – świadkowie i ofiar nie mają bowiem wątpliwości, że mają do czynienia z przemocą. Jednak już przemoc psychiczna w grupach rówieśniczych nie jest taka łatwa do zidentyfikowania. Ile razy ktoś musi zostać usunięty z jakiejś klasowej grupy w medium społecznościowym, żeby to uznać za dręczenie? Kiedy żart z danej osoby przestaje być jedynie zabawą, a staje się bolesnym problemem? Aplikacja – i materiały w niej zawarte – mają pomóc rozwiązywać takie dylematy.

Zdaniem rozmówcy PAP niezbyt skutecznym sposobem walczenia z bullyingiem jest sytuacja, kiedy rodzic ofiary przemocy zwraca się z pretensjami do rodziców sprawcy. „To zwykle prowadzi drugą stronę do obrony swojego stanowiska, a nie do zmiany postaw” – mówi.

W jego opinii najskuteczniejszym sposobem radzenia sobie z bullyingiem są zmiany w dynamice grupy. A to da się zrobić choćby w ramach warsztatów prowadzonych w klasie. Mechanizmy bullyingu powinny być jednak zawsze omawiane tak, by nie wskazywać, kto rzeczywiście jest ofiarą bullyingu, a kto – sprawcą. Grupa jednak powinna poznać mechanizmy, jak sobie ze zjawiskiem skutecznie radzić. W ramach warsztatów warto – zdaniem psychologa – doprowadzić do spłaszczenia hierarchii w danej grupie: nauczyciel powinien być liderem, a cała klasa – jednakowo ważnymi członkami grupy. Tak, aby nie zdarzały się sytuacje, kiedy ktoś walczy o pozycję w grupie kosztem innych.

„Przemoc nie jest nieodzownym elementem wkraczania w dorosłość i żadne dziecko nie musi jej doświadczać. Edukujmy nasze dzieci, by były wrażliwe na cudzą krzywdę i nie bały się rozmawiać o swoich problemach. To bardzo ważny element walki z tym zjawiskiem” – podsumowuje dr Kaczan.

Szkoły zainteresowane wykorzystaniem aplikacji RESQL mogą zdobyć o niej informacje na stronie projektu: https://www.resql.pl

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

1 komentarz do Polska aplikacja wspiera szkoły w przeciwdziałaniu przemocy

Mniej zagadkowe początki „pyłowych gigantów”

Już w młodym Wszechświecie powstały tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Dla astronomów ich badania były prawdziwym wyzwaniem. Naukowcy m.in. z NCBJ badając 300 odległych, zapylonych galaktyk, wykrytych…

Już w młodym Wszechświecie powstały tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Dla astronomów ich badania były prawdziwym wyzwaniem. Naukowcy m.in. z NCBJ badając 300 odległych, zapylonych galaktyk, wykrytych za pomocą urządzenia ALMA rzucili nowe światło na procesy fizyczne związane z wytwarzaniem pyłu, metali i gwiazd w ewolucji galaktyk.

Dwa miliardy lat po Wielkim Wybuchu Wszechświat był wciąż bardzo młody. Jednak już powstały w nim tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Międzynarodowe badanie prowadzone równocześnie przez Wyższą Międzynarodową Szkołę Badań Zaawansowanych (SISSA) w Trieście oraz Narodowe Centrum Badań Jądrowych (Katarzyna Małek i William Pearson) z udziałem międzynarodowego zespołu naukowców wyjaśnia teraz, jak to było możliwe – informuje NCBJ w prasowym komunikacie.

Naukowcy połączyli metody obserwacyjne i teoretyczne, aby zidentyfikować procesy fizyczne leżące u podstaw ich ewolucji i po raz pierwszy znaleźli dowody na szybki wzrost zawartości pyłu w tych galaktykach spowodowany wysokim stężeniem metali w odległym Wszechświecie. Badanie, opublikowane w czasopiśmie Astronomy & Astrophysics (https://www.aanda.org/articles/aa/abs/2020/12/aa38405-20/aa38405-20.html oraz https://arxiv.org/abs/2008.09995), przedstawia nowe podejście do badania fazy ewolucyjnej masywnych obiektów.

Odległe galaktyki, istniejące w bardzo wczesnym Wszechświecie, ale już masywne i bardzo aktywnie tworzące nowe gwiazdy stanowią, od momentu ich odkrycia 20 lat temu, prawdziwe wyzwanie dla astronomów. „Z jednej strony są one trudne do wykrycia, ponieważ znajdują się w gęstych obszarach odległego Wszechświata i zawierają cząstki pyłów, które pochłaniają większość światła optycznego emitowanego przez młode gwiazdy – wyjaśnia dr Drako Donevski, stypendysta SISSA i główny autor badania. – Z drugiej strony wiele z tych pyłowych ‚olbrzymów’ powstało w czasach, gdy Wszechświat był bardzo młody – miał mniej niż 1 miliard lat – i nadal pozostaje zagadką pytanie, jak tak duża ilość pyłu mogła zostać wyprodukowana tak wcześnie we Wszechświecie”.

Badanie tych egzotycznych obiektów jest teraz możliwe dzięki Atacama Large Millimeter / submillimeter Array (ALMA). Interferometr składający się z 66 teleskopów umieszczony jest na pustyni Atakama w północnym Chile i jest w stanie wykryć światło podczerwone, które przenika przez pyłowe chmury, ujawniając obecność nowo tworzących się gwiazd. Jednak pochodzenie dużej ilości pyłu we wczesnym czasie kosmicznym wciąż pozostaje otwartą kwestią dla astronomów.

„Przez wiele lat naukowcy sądzili, że powstawanie pyłu kosmicznego jest spowodowane wyłącznie eksplozjami supernowych. Jednak ostatnie prace teoretyczne sugerują, że zawartość pyłu może również wzrastać w wyniku zderzeń cząstek zimnego, bogatego w metale gazu, który wypełnia galaktyki” – wyjaśnia naukowiec, cytowany w prasowym komunikacie. Międzynarodowy zespół uczonych z instytucji w Europie, USA, Kanadzie i RPA, kierowany przez dra Donevskiego, połączył metody obserwacyjne i teoretyczne, aby zbadać 300 odległych, zapylonych galaktyk w nadziei, że pomoże to odkryć pochodzenie tych „gigantów”.

„Wyznaczyliśmy właściwości fizyczne naszych galaktyk, stosując specjalną technikę modelowania ich szerokopasmowych widm energetycznych – uzupełnia dr hab. Katarzyna Małek, adiunkt w Zakładzie Astrofizyki Narodowego Centrum Badań Jądrowych, cytowana w informacji prasowej. – Jest to istotne źródło informacji o naturze galaktyk, ponieważ wiele złożonych procesów fizycznych, które w nich zachodzą, pozostawia swój ślad w ich widmie. Widmo energetyczne, czyli zależność wypromieniowywanej energii od długości fali, to swoiste DNA galaktyki. Modelowanie widm energetycznych pomaga nam oszacować takie wielkości fizyczne, jak masa pyłu lub masa gwiazd w galaktyce. Dzięki analizie widm szerokopasmowych udało nam się zidentyfikować dwie różne populacje galaktyk w naszej próbce: typowe galaktyki aktywne gwiazdotwórczo – tak zwane galaktyki ciągu głównego, i ekstremalne obiekty, w których zachodzą wyjątkowo intensywne procesy gwiazdotwórcze (ang. starburst galaxies). Taka ekstremalna galaktyka tworzy rocznie gwiazdy o łącznej masie nawet 10-100 mas Słońca”.

„Znaleźliśmy ogromną ilość masy pyłu w większości naszych galaktyk – uzupełnia dr Donevski. – Nasze szacunki pokazały, że wybuchy supernowych nie mogą być odpowiedzialne za to wszystko, a część musiała powstać w wyniku zderzeń cząstek w środowisku bogatym w gazowe metale wokół masywnych gwiazd, jak wcześniej przewidywały to modele teoretyczne. To pierwszy przypadek, kiedy dane obserwacyjne potwierdzają istnienie obu mechanizmów produkcji”.

Naukowcy przyjrzeli się również zmianom w czasie stosunku masy pyłu do masy gwiazd, aby zbadać, jak skutecznie galaktyki tworzą i niszczą pył podczas swojej ewolucji. „To pozwoliło nam zidentyfikować cykl życia pyłu w dwóch różnych populacjach galaktyk: normalnych oraz bardziej ekstremalnych, szybko ewoluujących galaktykach gwiazdotwórczych – powiedziała Lara Pantoni, doktorantka w SISSA, która opracowała model analityczny służący do interpretacji danych i wykazujący ogromny potencjał w opisywaniu różnic w tych dwóch grupach obserwowanych galaktyk. -Co ciekawe, wykazaliśmy również, że bez względu na odległość, masę lub rozmiar gwiazd, zwarte galaktyki gwiazdotwórcze zawsze mają wyższy stosunek masy pyłu do masy gwiazdy niż zwykłe galaktyki”.

Aby w pełni ocenić wyniki obserwacji, zespół astronomów skonfrontował także swoje dane z najnowszymi modelami i symulacjami galaktyk. Wykorzystano symulację kosmologiczną SIMBA, nowy zestaw, który symuluje powstawanie i ewolucję milionów galaktyk od początku Wszechświata do chwili obecnej, śledząc wszystkie ich właściwości fizyczne, w tym masę pyłu. „Do tej pory modele teoretyczne miały problemy z jednoczesnym dopasowaniem zawartości pyłu w galaktykach, jak i właściwości gwiazd. Jednak nasz nowy pakiet symulacji kosmologicznych SIMBA był w stanie odtworzyć większość zaobserwowanych danych” – wyjaśnia Desika Narayanan, profesor astronomii na Uniwersytecie Florydy i członek instytutu DAWN w Kopenhadze, cytowana w komunikacie udostępnionym przez NCBJ.

„Z naszych badań wynika, że produkcja pyłu w ‚Gigantach’ jest zdominowana przez bardzo szybki wzrost ilości cząstek w wyniku ich zderzeń z gazem – podsumowuje dr Donevski. – Stanowi to pierwszy dowód na poparcie tezy, że powstawanie pyłu zachodzi zarówno podczas śmierci gwiazd, jak i w przestrzeni między tymi masywnymi gwiazdami, jak zakładają badania teoretyczne. Co więcej, nasza praca oferuje nowe, mieszane podejście do badania ewolucji masywnych obiektów w odległym Wszechświecie, które będą testowane za pomocą przyszłych teleskopów kosmicznych, takich jak Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba”.

PAP – Nauka w Polsce

Brak komentarzy do Mniej zagadkowe początki „pyłowych gigantów”

„Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna…

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna bezpłatnie.

„Klimatyczne ABC. Interdyscyplinarne podstawy współczesnej wiedzy o zmianie klimatu” to pierwszy w Polsce interdyscyplinarny podręcznik poświęcony zmianie klimatu. Powstał jako odpowiedź naukowców na pilną potrzebę powszechnej edukacji o kryzysie klimatyczno-ekologicznym – poinformował w przesłanym PAP komunikacie Uniwersytet Warszawski.

Podręcznik pod redakcją naukową dr Magdaleny Budziszewskiej z Wydziału Psychologii UW, dr Aleksandry Kardaś z Wydziału Fizyki UW oraz Zbigniewa Bohdanowicza z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW to praca zbiorowa 16 badaczy, którzy reprezentują wiedzę z zakresu fizyki, chemii, biologii, ekologii, geografii, ekonomii, psychologii, wiedzy o społeczeństwie oraz inżynierii. Książkę przygotowali wspólnie naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechniki Warszawskiej, Instytutu Chemii Fizycznej PAN oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

„Wyedukowanie społeczeństwa w zakresie zmian klimatycznych jest nie tylko społecznym obowiązkiem szkół wyższych, ale także koniecznym krokiem w walce o zatrzymanie postępującej szybko degradacji środowiska naturalnego oraz niedopuszczenie do przekroczenia krytycznego punktu, po którym dojdzie do nieodwracalnej zmiany klimatu na Ziemi” – mówi cytowana w komunikacie UW dr Magdalena Budziszewska.

„Od czasów rewolucji przemysłowej, rozwijając przemysł i rolnictwo, zaczęliśmy emitować do atmosfery coraz więcej i więcej gazów cieplarnianych. Zaburzyliśmy naturalny obieg węgla w przyrodzie i doprowadziliśmy do globalnej zmiany klimatu. Zrozumienie przyczyn i konsekwencji tego zjawiska wymaga połączenia wiedzy o zjawiskach fizycznych w atmosferze i oceanie, ale też tych, w których biorą udział organizmy żywe i całe nasze uprzemysłowione społeczeństwo. W naszym podręczniku staraliśmy się pokazać, jak te wątki przeplatają się i łączą na wielu poziomach” – tłumaczy dr Aleksandra Kardaś.

Książka podzielona jest na cztery części, przedstawiające mechanizmy i przyczyny globalnego ocieplenia, jego konsekwencje oraz działania, które mogą zapobiec najbardziej negatywnym skutkom zmiany klimatu.

Publikacja zawiera 13 lekcji oraz 25 pytań i odpowiedzi eksperckich z podaniem źródeł, raportów międzynarodowych organizacji, artykułów naukowych czy linków do listów otwartych naukowców z całego świata. Duży nacisk położono na przystępność treści oraz spójny podział materiału.

Podręcznik może być wykorzystywany jako materiał dydaktyczny dla uczniów i studentów. Publikację można pobrać bezpłatnie ze strony Wydawnictw UW. Materiały edukacyjne, w formacie przyjaznym nauczycielom, podzielone na poszczególne lekcje można również pobrać ze strony https://klimatyczneabc.uw.edu.pl/.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do „Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Politechnika Białostocka/ Prace nad urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez jednostki morskie

Politechnika Białostocka pracuje nad innowacyjnym urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez duże jednostki morskie. Badacze opracowują tzw. kompaktowy skruber, który ma przede wszystkim zmniejszyć emisję tlenku siarki. Uczelnia poinformowała we wtorek…

Politechnika Białostocka pracuje nad innowacyjnym urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez duże jednostki morskie. Badacze opracowują tzw. kompaktowy skruber, który ma przede wszystkim zmniejszyć emisję tlenku siarki.

Uczelnia poinformowała we wtorek w komunikacie, że zespół badaczy, który pracuje nad pionierskim projektem dla krajowego przemysłu stoczniowego, otrzymał ponad 5,2 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jak przypomniała PB, od ubiegłego roku jednostki morskie „obowiązują rygorystyczne regulacje w zakresie emisji spalin”; chodzi przede wszystkim o zmniejszenie emisji tlenku siarki. By to osiągnąć – jak mówią naukowcy – należy zastosować nowoczesne tzw. skrubery, czyli urządzenia oczyszczające spaliny w specjalnej komorze.

„Standardowe urządzenia mają nawet trzy metry średnicy i kilkanaście metrów wysokości. Ich montaż wymaga przebudowy konstrukcji statku, z czym wiąże się bardzo wysoki koszt inwestycyjny oraz utrudnienia eksploatacyjne, a także pogorszenie stateczności statku” – mówi prof. Dariusz Butrymowicz z Wydziału Mechanicznego Politechniki Białostockiej.

Stąd pomysł na stworzenie wersji kompaktowej skrubera dla dużych statków.

Zespół Butrymowicza ma już doświadczenie z kompaktową wersją tego urządzenia, ale dla małych i średnich jednostek morskich. Taka wersja została opracowana przez badaczy w ubiegłym roku, a rozwiązanie – jak podaje Butrymowicz – pozwala także na odzyskiwanie ciepła generowanego przez silniki i przekształcenie go w chłód, wykorzystywany następnie do klimatyzacji.

Rozwiązanie dla dużych jednostek morskich ma mieć moc od 1 MW do ok. 20 MW. Butrymowicz powiedział, że do jego stworzenia wykorzystywana jest technologia strumienicowa, co – jak podkreślił – jest innowacyjnym rozwiązaniem. „Podstawowym wyzwaniem jest opracowanie racjonalnej i wiarygodnej metody projektowania takich urządzeń” – dodał naukowiec.

Prototyp skrubera ma powstać do 2022 roku. Testowany ma być w Gdańsku – jak podaje politechnika – na największym w kraju dźwigu stoczniowym z siłownią o mocy 1 MW.

Projekt „Technologia morskich kompaktowych skruberów strumienicowych” Politechniki Białostockiej wart jest blisko 6,9 mln zł. W ramach projektu zespół ma też opracować układy wspomagające usuwanie tlenków azotu i cząstek stałych oraz układ monitoringu oczyszczania spalin i wody płuczkowej.

PAP – Nauka w Polsce, Sylwia Wieczeryńska

Brak komentarzy do Politechnika Białostocka/ Prace nad urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez jednostki morskie

Rozwiązania przyspieszające proces otrzymywana nowych odmian jęczmienia

Dwa rozwiązania przyspieszające proces otrzymywania nowych odmian jęczmienia opracowali naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego. Pomijają one jeden z kluczowych etapów rozmnażania roślin, czyli zapłodnienie i kilkuletni cykl krzyżowań. Ponadto dzięki tym…

Dwa rozwiązania przyspieszające proces otrzymywania nowych odmian jęczmienia opracowali naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego. Pomijają one jeden z kluczowych etapów rozmnażania roślin, czyli zapłodnienie i kilkuletni cykl krzyżowań.

Ponadto dzięki tym rozwiązaniom pewne jest produkowanie zielonych roślin niezależnie od genotypu.

Ich współautorka, dr Monika Gajecka z Wydziału Nauk Przyrodniczych UŚ wyjaśniła, że efektem wieloletnich badań jest nowy sposób izolacji mikrospor i inicjacji kultury z wykorzystaniem wcześniejszego stadium rozwoju jęczmienia jarego. Kultura w tym kontekście oznacza sztuczną hodowlę komórek na pożywkach, a mikrospora to zarodnik męski.

Przedmiotem zainteresowań biologów był proces androgenezy, czyli proces rozwoju nowej rośliny z odpowiedzialnego za przemianę pokoleń męskiego gametofitu.

Jak przypomniała Gajecka, w normalnych warunkach, aby doszło do rozmnożenia rośliny konieczny jest proces zapylenia, który w przypadku jęczmienia polega na przenoszeniu ziaren pyłku na słupek. Jej rozwiązanie pomija jednak ten etap.

Badaczom potrzebny był niedojrzały kłos jęczmienia, który został poddany dwóm rodzajom działań. „W pierwszym przypadku ścięte źdźbła są wkładane do lodówki na dwa tygodnie, dzięki czemu ulegają przechłodzeniu. Następnie są blendowane w specjalnym urządzeniu, aby nie uszkodzić mikrospor. W ten sposób powstaje zawiesina tych mikrospor – na tym polega ich izolacja. Następnym krokiem jest inicjacja kultury in vitro, czyli indukowanie rozwoju zarodków jęczmienia przy dostarczaniu odpowiednich składników odżywczych w pożywce” – tłumaczyła Gajecka.

W drugim przypadku działania są nieco inne. „Tutaj ze świeżo ściętego źdźbła jęczmienia wyciągany jest niedojrzały kłos z mikrosporami, które są następnie izolowane i wkładane do odpowiednio przygotowanej pożywki, dostarczającej tylko pewnych składników odżywczych. W tym przypadku nie ma więc fazy przechłodzenia komórek, lecz dochodzi do ich głodzenia” – wyjaśniła badaczka.

Kiełkujące zarodki można obserwować po około sześciu tygodniach. „W obu przypadkach obserwujemy przeprogramowanie, w wyniku czego z mikrospory możemy uzyskać od razu nową roślinę, a nie, jak w przypadku naturalnie zachodzącego procesu, dojrzałe ziarno pyłku” – dodała.

Sposób ten pozwala skrócić otrzymywanie nowych odmian jęczmienia o kilka lat. „W ciągu sześciu tygodni widzimy już rośliny i tak naprawdę w ciągu roku mamy już ziarna, które możemy poddawać selekcji, żeby sprawdzić, czy ta roślina będzie miała konkretne, interesujące nas cechy. Jęczmień to roślina jednoroczna, więc po kolejnym roku mamy wyprodukowaną linię homozygotyczną. Wcześniej – z uwagi na ośmiopokoleniowy cykl krzyżowań – potrzebnych było osiem lat” – podkreśliła Gajecka.

Ponadto naukowcy rozwiązali problem związany z albinizmem wśród roślin, który powoduje, że te białe rośliny – pozbawione chlorofilu – nie są w stanie przeprowadzać fotosyntezy. Opracowany przez nich sposób izolacji i inicjacji kultury in vitro mikrospor umożliwia produkcję roślin zielonych z wszystkich odmian, nawet tych, które wcześniej regenerowały rośliny albinotyczne.

„Istotną rolę odgrywają w tym procesie plastydy. Inicjowaliśmy kulturę in vitro w określonych momentach rozwoju roślin. Gdy plastydy zdążyły już różnicować się w amyloplasty, regenerowały głównie albinotyczne rośliny. Jeśli jednak jeszcze do tego nie doszło, wtedy uzyskiwaliśmy rośliny zielone. Gdy odkryliśmy tę kluczową zależność, wystarczyło już tylko wskazać odpowiedni moment inicjacji kultury in vitro” – powiedziała Gajecka.

Biolog wyraziła przekonanie, że ich innowacyjne rozwiązanie jest ważne dla hodowli roślin, ponieważ skraca czas potrzebny na wprowadzenie nowych odmian zbóż, a także zapewnia, że możliwe jest wyprodukowanie zielonych roślin niezależnie od genotypu. „Dajemy szybki i pewny efekt” – podsumowała.

Autorami tych dwóch opisywanych patentów są członkowie Zespołu Genetyki i Genomiki Funkcjonalnej Roślin na Wydziale Nauk Przyrodniczych UŚ: dr Monika Gajecka, prof. dr hab. Iwona Szarejko, dr Beata Chmielewska, mgr Janusz Jelonek i Justyna Zbieszczyk.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Rozwiązania przyspieszające proces otrzymywana nowych odmian jęczmienia

Nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik topologiczny

Udało się wytworzyć nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik cechujący się nietrywialnymi właściwościami topologicznymi. W badaniach – opublikowanych w Nature – uczestniczyli fińscy naukowcy z uniwersytetów w Aalto i Helsinkach oraz dr Szczepan…

Udało się wytworzyć nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik cechujący się nietrywialnymi właściwościami topologicznymi. W badaniach – opublikowanych w Nature – uczestniczyli fińscy naukowcy z uniwersytetów w Aalto i Helsinkach oraz dr Szczepan Głodzik z UMCS.

Praca w „Nature” (https://www.nature.com/articles/s41586-020-2989-y) łączy ze sobą dwa przełomy: wytworzenie heterostruktury złożonej z dwuwymiarowego ferromagnetyka oraz efektywne stworzenie dwuwymiarowego nadprzewodnika topologicznego – informuje Uniwersytet Mari Curie-Skłodowskiej w Lublinie w przesłanym PAP komunikacie.

Badacze z Aalto University w Finlandii jako specjaliści w dziedzinie wytwarzania nanostruktur z dokładnością do pojedynczych atomów i charakteryzowania cienkich warstw materiałów, wytworzyli dwuwymiarowe, magnetyczne wyspy bromku chromu. Podłożem, na którym je umieszczono była powierzchnia nadprzewodnika – diselenku niobu. Oba materiały należą do grupy tzw. materiałów van der Waalsa, z których stosunkowo prosto można otrzymywać jednoatomowe warstwy (analogicznie do grafenu).

Nadprzewodnictwo i magnetyzm to zaprzysiężeni wrogowie, ale też niezbędne składniki nadprzewodnictwa topologicznego. Do stabilizacji tej ulotnej fazy materii konieczny jest jeszcze jeden komponent – sprzężenie spinowo-orbitalne, czyli oddziaływanie obecne między innymi na powierzchniach materiałów (także na powierzchni NbSe2), które „nachyla” spiny elektronów, w zależności od kierunku ich pędu. W obecności tych trzech składników i odpowiedniego oddziaływania między nimi, grupa z Finlandii, korzystając ze skaningowej mikroskopii tunelowej, zaobserwowała na krawędziach magnetycznych wysp tzw. chiralne mody Majorany. Są to kwazicząstki (czyli kolektywne wzbudzenia elektronowe, zachowujące się w pewien określony sposób) o zerowej energii.

„Materiały topologiczne są aktualnie przedmiotem olbrzymiego zainteresowania zarówno wiodących ośrodków naukowych na świecie jak też firm komercyjnych (np. Microsoft, Google). Ogromna popularność kwazicząstek Majorany i pościg za eksperymentalnym wykazaniem ich obecności, powodowana jest pomysłem na wytworzenie komputera kwantowego, którego podstawowymi elementami byłyby kubity ‚chronione’ przez topologię układu” – skomentowano w komunikacie.

Powyższa praca ma jednak większe znaczenie w kontekście badań podstawowych. Relatywnie prosty przepis na wytworzenie nowej fazy materii, jaką jest topologiczne nadprzewodnictwo, otwiera możliwość dalszego poznawania jej egzotycznych właściwości. Oprócz jednowymiarowych, chiralnych modów Majorany na brzegach materiałów realizujących tę fazę, badania teoretyczne wskazują na obecność stanów związanych Majorany, zlokalizowanych na defektach oraz w rdzeniach wirów pojawiających się w nadprzewodnikach topologicznych.

Zadaniem dr. Głodzika z UMCS, w tym projekcie, było opracowanie modelu teoretycznego, odzwierciedlającego układ badany w eksperymencie i wykonanie obliczeń numerycznych, zdolnych wykazać czy rzeczywiście mamy do czynienia z topologicznym nadprzewodnictwem.

Wyniki obliczeń dr. Głodzika okazały się być zgodne z wynikami pomiarów metodą skaningowej mikroskopii tunelowej i jakościowo reprodukowały wszystkie własności chiralnych modów Majorany.

Tego rodzaju heterostruktury mogą być w przyszłości wykorzystane do opracowania architektury układów scalonych nowej generacji komputerów.

PAP – Nauka w Polce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik topologiczny

Czy rok 2020 przełamał bariery wobec systemów informatycznych?

Sytuacja związana z pandemią zmniejszyła niechęć do informatycznych narzędzi, m.in. na uczelniach i w różnych instytucjach. Ryzyko cyberataku nie zmalało, ale jeśli komuś zależy na bezpieczeństwie – powinien dzielić się…

Sytuacja związana z pandemią zmniejszyła niechęć do informatycznych narzędzi, m.in. na uczelniach i w różnych instytucjach. Ryzyko cyberataku nie zmalało, ale jeśli komuś zależy na bezpieczeństwie – powinien dzielić się wiedzą na własnych zasadach – twierdzą eksperci z WAT.

Według ekspertów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa na stan pandemiczny można spojrzeć jak na szansę na bezpieczniejsze i sprawniejsze dzielenie się wiedzą poprzez systemy informatyczne.

STRATEGIE CYBERBEZPIECZEŃSTWA – SĄ, ALE NIEPEWNE

Za największą barierę we wdrażaniu takich systemów przedstawiciele kadry zarządzającej firm na całym świecie uznali ryzyko utraty albo wycieku wiedzy. Jak podkreślają eksperci, nie są to obawy bezpodstawne. Według danych europejskiego badania dotyczącego bezpieczeństwa informacji (GISS 0 Global Information Security Survey) w ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 59 proc. organizacji doświadczyło znaczącego lub istotnego naruszenia bezpieczeństwa informatycznego.

36 proc. organizacji dysponuje własnym zespołem ds. cyberbezpieczeństwa i angażuje go w nowe inicjatywy biznesowe. Choć 92 proc. zarządów organizacji tworzy strategie cyberbezpieczeństwa, to tylko 20 proc. z nich ma mocne przekonanie, że powzięte środki mogą ograniczyć cyberataki.

Stan pandemiczny – jako szansę na przełamanie barier we wdrażaniu i upowszechnianiu systemów informatycznych – postrzegają naukowcy Wojskowej Akademii Technicznej (WAT): dr. inż. Jarosław Wróbel, dr. inż. Paweł Moszczyński i Michał Kapałka – oraz Maciej Moszczyński, współzałożyciel grupy TakeControl.

Naukowcy WAT i ekspert TakeControl zaznaczają, że w środowisku naukowym najcenniejszym zasobem jest wartość intelektualna, np. nieopublikowane manuskrypty artykułów i wyniki badań. Co z ryzykiem wycieku lub utraty takiej wiedzy przechowywanej w systemach informatycznych?

„Nie możemy uznać, ze wskutek doświadczeń pandemicznych ryzyko to zmalało. Ale nawet jeśli kierownictwo nie wdroży żadnego systemu dzielenia się wiedzą, pracownicy i tak będą przesyłali sobie informacje, ponieważ mają ograniczone możliwości spotkania się i korzystania z sieci firmowej, a obieg dokumentów i wiedzy musi zostać utrzymany. Co więcej, prawdopodobnie będą korzystać z darmowych rozwiązań, gdzie ochrona prawa własności pozostawia wiele do życzenia” – stwierdza Moszczyński. Mówił o tym podczas X Międzynarodowej Konferencji „Nowoczesne Koncepcje i Metody Zarządzania. Zarządzanie organizacjami w sytuacjach kryzysowych” (NKiMZ 2020).

Jak dodał, szpiegostwo naukowe, podobnie jak przemysłowe jest realnym zagrożeniem. Niektóre uczelnie, np. w Australii, mają absolutny zakaz przechowywania danych na zewnętrznych serwerach. W ten sposób badacze chronią się przed nieautoryzowanym dostępem.

MODEL HOMEOFFICE POZOSTANIE NA DŁUGO

„Cyberzagrożenia to niejedyna bariera we wdrażaniu systemów. Pozostałe to środki finansowe, czas na szkolenia i niechęć pracowników – m.in. obiekcje, że korzystanie z systemu oznacza dodatkowe obowiązki i może służyć do kontrolowania uczciwych pracowników, więc jest wyrazem braku zaufania” – wylicza Moszczyński.

Tłumaczy, jednak że pandemia COVID-19 dramatycznie zmieniła formę działania organizacji. W ciągu kilku tygodni pracownicy musieli nauczyć się pracy zdalnej i spotkań w sieci, a przedsiębiorcy – przenieść działalność lub jej część do Internetu.

Z danych przytoczonych podczas konferencji wynika, że w Polsce w szczycie pandemii na kwarantannie przebywało ponad 500 tys. osób, a w szczytowym okresie pierwszego lockdownu nawet połowa firm pracowała zdalnie.

Zmieniało się podejście do systemów informatycznych. Ruch sieciowy odnotował wzrost na poziomie 30-50 proc., a firmy i instytucje musiały pozwolić pracownikom na łączenie się z zewnątrz. Kurs akcji spółki dostarczającej usług komunikacyjnych na platformie ZOOM wzrósł o 500 proc. Pandemia wymusiła również optymalizację kosztów w firmach, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej.

Naukowcy powołują się na badanie ManpowerGroup i Hrlink, według którego aż 55 proc. pracodawców planuje pozostać przy pracy zdalnej w różnym zakresie, z czego 2 proc. chce kontynuować home office w pełnym wymiarze czasu pracy, a 53 proc. – stosować model rotacyjny.

O potrzebie pracy zdalnej mówi 9 na 10 pracowników. W modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym chciałoby pracować 75 proc. ankietowanych zatrudnionych i tylko 2 proc. chciałoby powrócić do biura w pełnym wymiarze czasu pracy.

Zdaniem badaczy współczesne organizacje nie mają wyjścia i powinny dzielić się wiedzą ze współpracownikami. Z punktu widzenia społeczeństwa informacyjnego wiedza jest kluczowym składnikiem do budowania przewagi konkurencyjnej w firmach takich jak Microsoft czy Google. Jednocześnie w zarządzaniu od wielu lat odchodzi się od struktury hierarchicznej na rzecz decentralizacji.

„Skoro w nowoczesnym paradygmacie pracownicy podejmują najwięcej decyzji samodzielnie, to należy im wiedzę udostępniać. Od sprawności przekazywania wiedzy zależy obecnie sukces ekonomiczny. Systemy informatyczne pozwalają przechowywać i odtwarzać wiedzę. Tworzą pamięć organizacyjną. Dzięki niej można wykorzystywać doświadczenia z wielu lat do podejmowania skutecznych działań w teraźniejszości i przewidywania przyszłych trendów i wydarzeń” – oceniają autorzy.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Czy rok 2020 przełamał bariery wobec systemów informatycznych?

Torfowiska – tykająca bomba węglowa nieuwzględniona w modelach klimatu

Torfowiska zmieniają się z obiektów pochłaniających CO2 w jego emitenta. Uwalniają teraz do atmosfery od 5 do 10 proc. rocznego antropogenicznego ładunku tego gazu cieplarnianego. A jednak wciąż nie uwzględniono…

Torfowiska zmieniają się z obiektów pochłaniających CO2 w jego emitenta. Uwalniają teraz do atmosfery od 5 do 10 proc. rocznego antropogenicznego ładunku tego gazu cieplarnianego. A jednak wciąż nie uwzględniono ich w modelach zmian klimatu – zwracają uwagę naukowcy – również z Polski.

Torfowiska, tereny podmokłe, mogą mieć różne oblicza. Występują i nad polskim wybrzeżem Bałtyku, i nad Biebrzą, i na skutej lodem Syberii, i w amazońskich lasach deszczowych, i w górzystych rejonach Papui-Nowej Gwinei. Choć zajmują 3 proc. globalnej powierzchni lądowej, to zawierają około 25 proc. światowych zasobów węgla w glebie. Ten ogromny zasób węgla nie jest tak bezpieczny, jak sądzili naukowcy.

Torfowiska magazynują duże ilości węgla w wyniku trwającego od tysiącleci procesu gromadzenia się torfu pod ziemią, w warunkach nasycenia wodą. „W związku z działalnością człowieka torfowiska zmieniają się jednak z pochłaniacza węgla – na jego emitenta. Już teraz ze zdegradowanych torfowisk wydostaje się rocznie między 0,5 a 1 gigatoną CO2. To ogromna liczba – stanowi ok. 5-10 proc. globalnego rocznego antropogenicznego ładunku CO2, który dostaje się do atmosfery” – mówi w rozmowie z PAP badacz torfowisk prof. Mariusz Lamentowicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Torfowiska zachodniej Syberii _ fot M Lamentowicz.JPG

Torfowiska zachodniej Syberii. Fot. M. Lamentowicz.

Dla porównania emisja dwutlenku węgla przez Polskę w 2019 r wyniosła oficjalnie ok. 0,3 gigatony.

Problemem jest jednak fakt, że torfowiska nie są ciągle uwzględniane w modelach systemowych Ziemi (Earth System Models – ESMS), a więc w modelach używanych do prognozowania przyszłych zmian klimatu. Na problem ten zwrócił uwagę w grudniu w „Nature Climate Change” interdyscyplinarny, międzynarodowy zespół 69 naukowców, w tym prof. Lamentowicz.

Co sprawia, że torfowiska uwalniają do atmosfery coraz więcej dwutlenku węgla? Według autorów artykułu są to choćby katastrofalne w ostatnich latach pożary torfu, podczas których węgiel, gromadzony przez setki czy tysiące lat w tkankach roślin, gwałtownie idzie z dymem.

Kolejnym czynnikiem są zmiany w użytkowaniu ziemi. Systemy rowów melioracyjnych sprawiają, że torfowiska są osuszane i nie są w stanie utrzymać zmagazynowanego węgla. Kolejnym problemem są wylesienia, które dotyczą choćby torfowisk w Puszczy Amazońskiej czy Indonezji, odwadnianych i przekształcanych w plantacje palmy olejowej. Takie nowe sposoby użytkowania ziemi sprawiają zaś, że cennych terenów torfowisk ubywa.

Z zalewanych obszarów wieloletniej zmarzliny na Syberii wydostaje się coraz więcej metanu _ fot M Lamentowicz.JPG

Z zalewanych obszarów wieloletniej zmarzliny na Syberii wydostaje się coraz więcej metanu. Fot. M. Lamentowicz

Jeszcze innym problemem jest topnienie – wraz z globalnym ociepleniem – pokrywającej torfowiska wieloletniej zmarzliny (np. na Syberii czy w płn. Kanadzie). W efekcie torf, który był dotąd przez dziesiątki tysięcy lat uwięziony w lodzie – jest zalewany wodą. Jeśli jest jej za dużo – torfowisko zaczyna uwalniać dużo metanu, który jest gazem cieplarnianym agresywniejszym, niż dwutlenek węgla.

Jednocześnie niektóre torfowiska zalewane są przez morza i oceany w związku z podnoszeniem się poziomem wody. W ten sposób tereny torfowisk są rozmywane i tracą swoją funkcję aktywnego magazynu węgla.

Torfowiskom nie sprzyja również podnoszenie się temperatury powietrza i malejący poziom wód gruntowych (warunki do rozwoju torfowisk są coraz gorsze), a także większa ilość zanieczyszczeń związkami azotu czy pyłami.

Prof. Lamentowicz zaznacza jednak, że podejmowanie działań na rzecz ochrony torfowisk pozwala – przynajmniej częściowo – znów uczynić z nich sprzymierzeńców w walce z globalnym ociepleniem. Takimi rozwiązaniami są choćby działania na rzecz restytucji terenów podmokłych czy projekty na rzecz tamowania niepotrzebnych rowów melioracyjnych.

„Torfowiska już teraz wynoszą do atmosfery duży ładunek węgla, którego jeszcze nikt dobrze nie oszacował. To zaś powinno być brane pod uwagę w kontekście działań na rzecz zmniejszania emisji dwutlenku węgla” – mówi prof. Lamentowicz.

Torf gromadzi ogromne zasoby dwutlenku węgla _ fot M Lamentowicz.jpg

Torf gromadzi ogromne zasoby dwutlenku węgla. Fot. M. Lamentowicz

Wyjaśnia jednak, że na razie ogólnopolski kompleksowy monitoring torfowisk nie istnieje. „Prowadzone są jedynie badania oparte na krótkotrwałych projektach naukowych. Jednocześnie istnieje pilna potrzeba wykonania nowoczesnych badań, które pokażą, ile węgla spoczywa w polskich torfowiskach, a ile wydostaje się do atmosfery” – mówi prof. Mariusz Lamentowicz.

„Nauka o torfowiskach jest krytycznym obszarem badawczym, który wymaga dalszego wsparcia politycznego, finansowego, abyśmy mogli zrozumieć związki między torfowiskami, węglem a klimatem, także w kontekście społeczno-gospodarczym” – podsumowuje naukowiec.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Torfowiska – tykająca bomba węglowa nieuwzględniona w modelach klimatu

Polscy fizycy eksperymentują w międzynarodowym laboratorium pod Moskwą

Badania superciężkich pierwiastków, prace nad nanomateriałami do magazynowania energii, badania rozwoju Wszechświata tuż po Wielkim Wybuchu – takie możliwości daje Zjednoczony Instytut Badań Jądrowych w Dubnej, którego członkiem jest Polska….

Badania superciężkich pierwiastków, prace nad nanomateriałami do magazynowania energii, badania rozwoju Wszechświata tuż po Wielkim Wybuchu – takie możliwości daje Zjednoczony Instytut Badań Jądrowych w Dubnej, którego członkiem jest Polska. O polskim wkładzie w prowadzone tam badania opowiada prof. Michał Waligórski.

To, że polscy fizycy jądrowi zaangażowani są w międzynarodowe badania prowadzone przy Wielkim Zderzaczu Hadronów w szwajcarskim CERN pod Genewą nie budzi zdziwienia. Mniej osób wie jednak, że Polska ma też spory udział w innym wielkim międzynarodowym projekcie – Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych (ZIBJ), zlokalizowanym w Dubnej, w Rosji.

Dubna mieści się nad brzegami Wołgi, 120 km na północ od Moskwy. Instytut zatrudnia łącznie ponad 4,5 tys. osób, w tym ok. 1,2 tys. pracowników naukowych. Pracuje tam stale ponad 30 polskich fizyków i inżynierów. Co roku przyjeżdża z Polski do ZIBJ na krótkie pobyty 80-100 fizyków i specjalistów, a także ok. 70 studentów, uczniów i nauczycieli.

„W Dubnej, obok badań podstawowych, pracujemy nad wykorzystaniem fizyki jądrowej w nauce, ale także i w technologii. Kształcimy naukowców, studentów i kadry techniczne, ucząc ich najnowszej fizyki oraz najwyższych technologii” – mówi w rozmowie z PAP przedstawiciel Rządu RP w międzynarodowym Komitecie Pełnomocnych Przedstawicieli w Zjednoczonym Instytucie, prof. Michał Waligórski z IFJ PAN w Krakowie.

O ile w szwajcarskim CERN do dyspozycji naukowców oddano najpotężniejszy w świecie zderzacz protonów LHC (Large Hadron Collider), o tyle badania w Dubnej są bardziej rozproszone. Budowany jest tam wprawdzie porównywalny z LHC zderzacz ciężkich jonów NICA, ale działa tam również wiele mniejszych, choć unikalnych w skali świata urządzeń (m.in. cyklotrony o różnych mocach i możliwościach, impulsowy reaktor jądrowy, spektrometry i detektory). Udział w indywidualnych badaniach z założenia brać mogą mniejsze zespoły nastawione na realizację badań bardziej autorskich. Dzięki temu eksperymenty prowadzić mogą zespoły z mniejszych ośrodków badawczych, które nie dysponują tak wysokimi budżetami i tak licznymi zespołami fizyków jakich wymagają eksperymenty w fizyce cząstek elementarnych wykorzystujące LHC w Genewie. Zresztą fizycy z ZIBJ i CERN ściśle ze sobą współpracują przy tych wielkich eksperymentach.

Jeśli chodzi o ogólne kierunki badań, z których słynie Dubna, są to np. badania nad superciężkimi pierwiastkami. Pracujące w Dubnej akceleratory umożliwiają tworzenie jąder atomów, które nie występują na Ziemi. W tarcze z ciężkich pierwiastków „strzela się” pociskami lżejszych jonów (np. wapnia). Przy takim zderzeniu tworzy się na krótką chwilę superciężkie jądro nowego pierwiastka. Po sposobie, w jaki się rozpada, można poznać jego właściwości. To właśnie dzięki badaniom prowadzonym w Dubnej zarejestrowano po raz pierwszy pierwiastki o masach atomowych: 105, 114, 115 i 118. Dzięki tym badaniom naukowcy mogą sprawdzić, jak działają siły jądrowe na granicy swoich możliwości – w najbardziej masywnych jądrach atomów.

Prof. Waligórski opowiada też, że dzięki NICA – zderzaczowi przeciwbieżnych wiązek ciężkich jonów o wysokich energiach – będzie można badać nowy stan materii, tzw. plazmę kwarkowo-gluonową. Stan ten pojawił się na wczesnym etapie rozwoju Wszechświata, tuż po Wielkim Wybuchu. Budowę zderzacza NICA rozpoczętą dekadę temu planuje się zakończyć już za parę lat. Koszt tego urządzenia, wraz ze stanowiskami pomiarowymi przekroczy 500 mln dol. Pokryje go głównie Federacja Rosyjska jako członek założyciel ZIBJ.

Sztandarowym projektem ZIBJ jest też BAIKAL GVD (Gigaton Volume Detector). Zatopiony w krystalicznie czystych wodach jeziora Bajkał (a więc daleko od Dubnej) na głębokości pomiędzy jednym a dwoma kilometrami poniżej poziomu wody tego jeziora zestaw ponad 10 tys. fotopowielaczy będzie obserwował, w objętości ponad 1 kilometra sześciennego wody oddziaływania cząstek promieniowania kosmicznego o skrajnie wysokich energiach oraz towarzyszące im neutrina. Wspólnie z podobnymi „teleskopami neutrinowymi”, np. międzynarodowym IceCube na Antarktydzie, bada się skąd z Kosmosu cząstki te przychodzą i jaka jest fizyka gwiazd i galaktyk Kosmosu. W projekcie BAIKAL GVD zaangażowani są już naukowcy z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie.

Unikalnym urządzeniem badawczym w ZIBJ, które wykorzystuje w swoich pracach liczna grupa z Polski, jest też impulsowe źródło neutronów IBR-2. „Można to nazwać bombą atomową na sznurku” – żartuje prof. Waligórski. Wyjaśnia, że podobnie jak obracające się wiaderko z wodą na sznurku, obracający się element masy podkrytycznej uranu-235 zbliżając się na ułamek sekundy do drugiego takiego elementu inicjuje chwilowo „atomową” reakcję rozszczepienia, co generuje silne impulsy neutronów. „Impulsowe wiązki neutronów dają nam unikalne w świecie narzędzie do badania dynamiki układów ciała stałego” – komentuje naukowiec.

Dubna jednak to nie tylko badania podstawowe, ale również i badania nad praktycznym wykorzystaniem energii jądrowej. W instytucie opracowuje się m.in. membranowe filtry, które przepuszczają tylko molekuły o precyzyjnie wyznaczonych rozmiarach – np. wielkości bakterii czy wirusów. „Otwory w tych filtrach powstają, kiedy dziurawi się je rozpędzonymi cząstkami” – tłumaczy rozmówca PAP.

W ZIBJ trwają też prace nad nowoczesnymi nanomateriałami, które mogłyby magazynować energię elektryczną lub wodór. Takie rozwiązania są naszą nadzieją, jeśli chcemy jako ludzkość efektywniej przechowywać i przenosić energię pochodzą z odnawialnych źródeł – np. Słońca czy wiatru.

Koszty funkcjonowania Dubnej to ok. 200 mln dol. rocznie. 80 proc. tej kwoty opłaca Federacja Rosyjska, a 20 proc. – pozostałe państwa członkowskie. Z racji swojego dochodu narodowego, Polska jest wśród nich najwyższym płatnikiem – obecnie wkład Polski wynosi ok. 10 mln dol. rocznie (5 proc. budżetu ZIBJ). Prof. Waligórski tłumaczy jednak, że pieniądze te częściowo wracają do Polski. Dzięki nim finansowane są bowiem wynagrodzenia i badania polskich naukowców biorących udział w pracach ZIBJ. Z części polskiej składki ZIBJ buduje się też w krakowskim synchrotronie UJ Solaris wspólną linię badawczą, z której będą mogli korzystać zarówno badacze z krajów członkowskich ZIBJ, jak i gospodarze – UJ. Uzupełni to badania ciała stałego prowadzone w Dubnej, która nie dysponuje synchrotronem. W ten sposób 3 mln dol. rocznie z polskiej składki wraca do kraju. Kolejne miliony dolarów wracają do Polski w postaci zwrotu przemysłowego – kontraktów dla polskich firm, które dostarczają elementy wysokiej technologii do ZIBJ – dodaje prof. Waligórski.

„ZIBJ w Dubnej powstał w 1956 r. jako odpowiedź państw bloku radzieckiego na powołanie CERN” – opowiada prof. Waligórski. I dodaje, że Polska była jednym z członków założycieli tego Instytutu. Przypomina, że CERN powstał dla pokojowego wykorzystania badań fizyki jądrowej. Na podobnych zasadach powołano ZIBJ. „W ZIBJ w Dubnej nigdy nie wykorzystywano fizyki jądrowej dla celów wojskowych, zaś wszystkie prowadzone tam badania zawsze były i są jawne” – wyjaśnia profesor.

„Przez niemal 65 lat działania Dubnej nigdy nie mieliśmy problemów ze współpracą naukową. Szła ona zawsze płynnie, niezależnie od tego, jak układała się w tym czasie polityka między Polską a Rosją. Jestem przekonany, że współpraca naukowa to kanał porozumienia, który powinien między naszymi państwami istnieć zawsze” – mówi prof. Waligórski.

Członkami ZIBJ w Dubnej są: Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Bułgaria, Czechy, Gruzja, Kazachstan, Korea Płn., Kuba, Mołdawia, Mongolia, Polska, Federacja Rosyjska, Rumunia, Słowacja, Ukraina, Uzbekistan i Wietnam. Natomiast pięć państw uczestniczy w ZIBJ na mocy umów dwustronnych. Tymi państwami są: Egipt, Niemcy, RPA, Serbia oraz Węgry.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Polscy fizycy eksperymentują w międzynarodowym laboratorium pod Moskwą

Koralowce, budowniczowie raf, są sprytniejsze niż sądzono

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym…

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). (Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski)Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). (Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski)

Koralowce to organizmy bardziej złożone, niż sądzili niektórzy badacze. Zwierzęta te potrafią regulować tworzenie minerałów, z których powstaje ich szkielet – wynika z badań kierowanych przez Polaków, którzy odkryli koralowce o nietypowej strukturze szkieletu. A to szansa, że część koralowców poradzi sobie np. z rosnącym zakwaszeniem oceanów.

Koralowce budują masywne szkielety z węglanu wapnia. Zdolność ta powoduje, że zwierzęta te tworzą największe struktury biologiczne na Ziemi – rafy. Zespół naukowców kierowany przez prof. Jarosława Stolarskiego z Instytutu Paleobiologii PAN odkrył, że pewien gatunek współczesnego koralowca z Oceanu Południowego ma bardzo nietypową budowę szkieletu. Szkielet ten bowiem zbudowany jest z dwóch różnych odmian węglanu wapnia: nie tylko typowego dla koralowców aragonitu, ale i nieznanego u współczesnych koralowców kalcytu. Wyniki badań ukazały się w PNAS https://www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.2013316117.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu). Wszystkie inne dzisiejsze koralowce mają szkielety aragonitowe, i aby zrozumieć tę odmienność należy sięgnąć do głębokich korzeni ewolucyjnych tego koralowca.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu). Wszystkie inne dzisiejsze koralowce mają szkielety aragonitowe, i aby zrozumieć tę odmienność należy sięgnąć do głębokich korzeni ewolucyjnych tego koralowca.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Prof. Stolarski w rozmowie z PAP tłumaczy, że węglan wapnia to jednej z najbardziej rozpowszechnionych związków chemicznych na Ziemi: to główny składnik skały wapiennych, nacieków jaskiniowych, oraz szkieletów większości zwierząt bezkręgowych – muszli ślimaków czy małży, itp. Występuje w postaci wielu form mineralnych z których najbardziej rozpowszechnione to aragonit i kalcyt. Przy obecnym składzie mórz i oceanów aragonit, a nie kalcyt jest tą odmianą węglanu wapnia, która wytrąca się naturalnie. Z tego też względu część naukowców sądziła, że koralowce, które tworzą szkielet z aragonitu, tylko w minimalnym stopniu regulują proces jego tworzenia. Po prostu tworzą szkielet z tej odmiany węglanu wapnia, którą najprościej wytrącić jest w środowisku.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu).  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu).  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Warunki w oceanach jednak się zmieniają – rośnie ich zakwaszenie związane z rozpuszczaniem się dwutlenku węgla w wodzie (i tworzeniem kwasu węglowego). A w związku z tym coraz bardziej realna stawała się groźba, że szkielety koralowców na masową skalę zaczną się rozpuszczać.

Inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku bardziej złożonych organizmów takich jak mięczaki. Co prawda one również tworzą szkielet z węglanu wapnia, to jednak bardzo precyzyjnie regulują jego powstawanie. I tak na przykład ostrygi tworzą muszle z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu (zewnętrzna warstwa muszli) i aragonitu (wewnętrzna warstwa muszli, składnik masy perłowej). Oznacza to, że głównie od fizjologii, a nie warunków środowiska zależy, z jakiego minerału organizmy te tworzą szkielet. Można zatem wysnuć wniosek, że w pogarszających się warunkach środowiska organizmy potrafiące aktywnie regulować mineralizację szkieletu, będą potrafiły skuteczniej oprzeć się zakwaszaniu oceanów, np. zmieniając skład szkieletu na bardziej odporny na rozpuszczanie. Wydawało się, że mięczaki będą większymi „twardzielami” niż koralowce.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). [Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski]  

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). [Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski]

Paleontolodzy od kilkunastu lat wiedzieli o przypadku, który stanowił lukę w tym rozumowaniu. Znany był koralowiec sprzed ok. 100 milionów lat, który inaczej niż wszystkie inne koralowce budował szkielet nie z aragonitu, ale z drugiej odmiany krystalicznej węglanu wapnia – kalcytu. Ten gatunek kopalny opisali w „Science” w 2007 r. Polacy pod kierunkiem prof. Jarosława Stolarskiego. Teraz zaś ten sam zespół naukowców dokonał kolejnego odkrycia.

Osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus, który tworzy wyjątkowy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu - powszechnie występuje w głębokich wodach Oceanu Południowego.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

Osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus, który tworzy wyjątkowy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu – powszechnie występuje w głębokich wodach Oceanu Południowego.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

„Zastanowiło mnie podobieństwo jednego z gatunków koralowca z Oceanu Południowego do tego nietypowego gatunku kopalnego, który opisaliśmy kilkanaście lat temu” – mówi naukowiec. Intuicja go nie zawiodła. Choć okazało się, że zewnętrzna część szkieletu tego współczesnego koralowca była zbudowana z typowego aragonitu, to już wnętrze szkieletu tworzył kalcyt. Koralowiec ten jest zatem w stanie wytwarzać różne minerały w tym samym czasie. A to już przecież zaawansowana umiejętność. Co więcej okazało, że koralowiec reprezentuje pod względem genetycznym bardzo stary ród koralowców który wyodrębnił się co najmniej 100 milionów lat temu, prawdopodobnie ten sam, z którego wywodzi się opisany wcześniej koralowiec kalcytowy.

„Teraz już wiemy, że nie jest tak, że koralowce tylko biernie wytrącają węglan wapnia z wody morskiej. One ten proces niezwykle precyzyjnie kontrolują” – zaznacza badacz. A stąd wniosek, że koralowce są organizmami bardziej złożonymi, niż się dotąd wydawało.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). Cienka płytka szkieletu w mikroskopie polaryzacyjnym mieni się wszystkimi barwami tęczy, ale widoczna jest też granica między środkową częścią kalcytową i zewnętrzną aragonitową.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). Cienka płytka szkieletu w mikroskopie polaryzacyjnym mieni się wszystkimi barwami tęczy, ale widoczna jest też granica między środkową częścią kalcytową i zewnętrzną aragonitową.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

„Dzięki tym badaniom możemy częściowo przewidywać przyszłość. Jeśli środowisko na tyle się zmieni, że aragonit nie będzie już tak łatwy do wytworzenia – np. w wyniku zakwaszenia, które teraz obserwujemy – to choć wiele koralowców z pewnością wymrze, niektóre dalej będą w nowych warunkach zdolne, aby go aktywnie wytwarzać. Jest więc szansa, że wraz z globalnym ociepleniem nie wszystkie koralowce bezpowrotnie znikną – część z nich zapewne dostosuje się do „nowych” warunków środowiska, które z perspektywy geologicznej sięgającej milionów lat nie są taką nowością” – tłumaczy naukowiec.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Koralowce, budowniczowie raf, są sprytniejsze niż sądzono

Gdańsk/”Człowiek i mikroorganizmy” hasłem przewodnim 10. Nocy Biologów

Wykłady, warsztaty, filmy i konkursy tworzą program 10. Nocy Biologów, organizowanej online przez Wydział Biologii Uniwersytetu Gdańskiego oraz Międzyuczelniany Wydział Biotechnologii UG i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Hasło przewodnie imprezy to…

Wykłady, warsztaty, filmy i konkursy tworzą program 10. Nocy Biologów, organizowanej online przez Wydział Biologii Uniwersytetu Gdańskiego oraz Międzyuczelniany Wydział Biotechnologii UG i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Hasło przewodnie imprezy to „Człowiek i mikroorganizmy”.

Tegoroczna edycja Nocy Biologów odbędzie się 8 stycznia.

„Nie zabraknie także spotkań i wykładów nt. wirusa SARS-CoV-2 oraz o nowych szczepionkach i diagnostyce COVID-19” – poinformowało biuro prasowe Uniwersytetu Gdańskiego.

Koordynatorka Nocy Biologów na Międzyuczelnianym Wydziale Biotechnologii UG i GUMed dr Alicja Chmielewska podkreśliła, że wychodzenie z rzetelną wiedzą naukową poza uczelnię jest szczególnie ważne w dzisiejszym świecie, w którym jesteśmy świadkami zalewu pseudonaukowych informacji i fake newsów.

„W tym roku chcemy wykorzystać fakt, że na wydziale pracują wirusolodzy prowadzący badania nad wirusem SARS-CoV-2, którzy podzielą się swoją wiedzą o nowych szczepionkach i diagnostyce COVID-19, rozwieją wątpliwości i odpowiedzą na pytania nurtujące słuchaczy. Poza tym zaprezentujemy wiele ciekawych wykładów i warsztatów związanych z szeroko pojętą tematyką +Człowiek i mikroorganizmy+” – dodała Chmielewska.

Koordynatorka imprezy na Wydziale Biologii UG dr Elżbieta Sontag zaznaczyła, że wydarzenie co roku cieszy się coraz większą popularnością.

„Podczas ubiegłorocznej imprezy zamontowany został licznik wejść i okazało się, że Wydział Biologii odwiedziło prawie dwa tysiące osób. Ta frekwencja pokazała, jak bardzo potrzebna jest popularyzacja nauki i prezentowanie badań naukowców. Zwłaszcza że odwiedzają nas przedszkolaki, młodzież szkolna w różnym wieku, a także dorośli” – nadmieniła naukowiec.

Forma, w jakiej w tym roku zaprezentowana zostanie wiedza z dziedziny biologii, będzie bardzo różnorodna.

„Podczas wykładów, warsztatów, quizów, pokazów czy konkursów uczestnicy Nocy Biologów dowiedzą się m.in. dlaczego strach ma wielkie oczy, jak powstaje i czym różni się od lęku; czy lepiej być półtora kilograma cięższym czy lżejszym? Co +kryją+ szczepionki na COVID-19? Jak drobnoustroje jelitowe mogą wpływać na nasze zachowanie i procesy poznawcze, takie jak emocje czy pamięć? Poza tym, żądni wrażeń i przygód będą mogli spróbować swoich sił w escape roomie z nieznanym drobnoustrojem w roli głównej, którego trzeba będzie zniszczyć za pomocą ukrytego w laboratorium leku” – podało biuro prasowe UG.

Będą też dostępne filmy m.in. utrzymany w żartobliwej konwencji omawiający udział bakterii i innych mikroorganizmów w obiegu pierwiastków w środowisku morskim, a także opowiadający o grzybach zlichenizowanych tj. porostach.

Dodatkowo, będzie można wziąć udział w quizie dotyczącym antybiotyków oraz grze dydaktycznej „Milionerzy w świecie mikroorganizmów”.

Prawie wszystkie zajęcia online podczas 10. Nocy Biologów dostępne będą bez ograniczeń i nie będą wymagać wcześniejszej rejestracji.(PAP)autor: Robert Pietrzak

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Gdańsk/”Człowiek i mikroorganizmy” hasłem przewodnim 10. Nocy Biologów

Elektryzujące zestalanie się cieczy lepiej zrozumiane

Ciecz elektroreologiczna pod wpływem pola elektrycznego w krótkim czasie zwiększa swoją lepkość i tworzy ciało stałe. Grupa z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej wyjaśnia, na czym to zjawisko polega. Wyniki w…

Ciecz elektroreologiczna pod wpływem pola elektrycznego w krótkim czasie zwiększa swoją lepkość i tworzy ciało stałe. Grupa z Wydziału Fizyki Politechniki Warszawskiej wyjaśnia, na czym to zjawisko polega.

Wyniki w czasopiśmie „Physica D: Nonlinear Phenomena” opublikowali: doktorant mgr inż. Michał Łepek oraz profesorowie PW dr hab. inż. Agata Fronczak i dr hab. inż. Piotr Fronczak. O badaniach informuje w komunikacie na swojej stronie Politechnika Warszawska.

Ciecz elektroreologiczna wydaje się zwyczajną cieczą do momentu, kiedy pojawia się odpowiednie pole elektryczne. Wtedy zaś ciecz zaczyna koagulować i zachowuje się jak ciało stałe. I tak np. jeśli włączy się napięcie między elektrodami zanurzonymi w cieczy, powstaje między nimi „mostek”. „Mostek” ten się rozpływa, kiedy napięcie znika.

PW podsumowuje, że ciecz elektroreologiczna została opatentowana w 1947 roku przez amerykańskiego naukowca Willisa Winslowa. „Przez lata znalazła różnorodne zastosowania inżynierskie, m.in. w hamulcach, sprzęgłach, amortyzatorach, zaworach hydraulicznych, polerowaniu ściernym i wyświetlaczach dotykowych” – wylicza Michał Łepek z PW.

Filmik pokazujący, jak zmienia się działanie cieczy elektroreologicznej, kiedy w elektrodach włącza się napięcie elektryczne i kiedy się je wyłącza można obejrzeć tutaj.

Do tej pory brakowało jednak ścisłego i efektywnego opisu teoretycznego, co tam się dzieje. Aż zagadkę tę rozgryźli badacze z PW. Zaproponowali teoretyczne wyjaśnienie procesu koagulacji („zlepiania się” cząstek), w którym następuje tworzenie tzw. łańcuchów liniowych, czyli grup cząstek ułożonych w łańcuchy. Najbardziej znanym przykładem takiego procesu jest koagulacja cieczy elektroreologicznej. Ze względu na swoje wyjątkowe właściwości zalicza się ją do tzw. materiałów inteligentnych (smart materials).

„W naszej pracy wyprowadziliśmy równania, pozwalające wyznaczyć średni rozkład wielkości tworzących się łańcuchów na dowolnym etapie procesu scalania cząstek – mówi Michał Łepek. – Rozwiązania te dostarczają także informacji na temat odchylenia standardowego od średniego rozkładu (jakże przydatne w pracy z rzeczywistymi danymi!). Rozwiązania teoretyczne porównaliśmy z wynikami symulacji numerycznych oraz z danymi eksperymentalnymi. Skorzystaliśmy z wyników eksperymentu, którym była agregacja cząstek polistyrenu w mieszaninie H2O i D2O, czyli wody i ciężkiej wody”.

Jak podsumowuje uczelnia, naukowcy z Wydziału Fizyki PW otrzymali bardzo dobrą, niespotykaną do tej pory zgodność. W ten sposób, co podkreślili także recenzenci, po ponad 70 latach od wynalezienia cieczy elektroreologicznej w końcu uzyskano satysfakcjonujące rozwiązanie teoretyczne tego procesu.

Filmik pokazujący w dużym zbliżeniu, co się dzieje w cieczy elektroreologicznej pod wpływem napięcia.

„Nasza praca daje konkretny opis statystyczny cząstek w dowolnym momencie koagulacji – mówi Michał Łepek. – Można ten opis wykorzystać do lepszego zrozumienia dynamiki procesu i być może do polepszenia sprawności urządzeń, które korzystają z koagulacji elektroreologicznej (…). Niewykluczone, że opis ten może się przydać szerzej w wyjaśnianiu zjawisk, zachodzących w zawiesinach nanocząsteczkowych, które mogą być elektrycznie lub magnetycznie aktywne. Nie można wykluczyć (ale to już czyste fantazjowanie), że za rok, dwa lub pięćdziesiąt ktoś odkryje proces w socjofizyce lub biologii, który zachodzi dokładnie według rozpracowanego przez nas schematu agregacji – takie rzeczy w nauce się zdarzają” – mówi.

„Wzory, które uzyskaliśmy, są – z naszego punktu widzenia – bardzo proste” – zaznacza Michał Łepek. I dodaje, że to nowość. „Do tej pory teoretyczne studia nad koagulacją były tematem podejmowanym głównie przez wąską grupę naukowców. Liczę, że dzięki uproszczeniu wyników opisu teoretycznego, ktoś z politechniki naszej lub innej będzie w stanie ten opis wykorzystać do swojej pracy”.

Teraz zespół z PW chce zbadać, czy opracowany opis koagulacji elektroreologicznej można zastosować też do koagulacji magnetoreologicznej (czyli tej pod wpływem pola magnetycznego).

„To byłoby szczególnie ciekawe, bo warunki dla koagulacji magnetoreologicznej dużo łatwiej otrzymać w rzeczywistym zastosowaniu – zwraca uwagę Michał Łepek. – Ciecz magnetoreologiczna jest używana chociażby w amortyzatorach pojazdów armii amerykańskiej” – kończy.

Pełen materiał dostępny na stronie PW.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Elektryzujące zestalanie się cieczy lepiej zrozumiane

Wyzwanie ornitologiczne na cały rok

„Wypatrzenia” jak największej liczby ptaków w nadchodzącym roku podejmują się doświadczeni obserwatorzy, ale i amatorzy. W wyzwaniu pt. „Wielki Rok” każdy bije własne rekordy. Jak obserwować ptaki, by ta pasja…

„Wypatrzenia” jak największej liczby ptaków w nadchodzącym roku podejmują się doświadczeni obserwatorzy, ale i amatorzy. W wyzwaniu pt. „Wielki Rok” każdy bije własne rekordy. Jak obserwować ptaki, by ta pasja przynosiła korzyści nauce i… własnemu zdrowiu?

Prof. Piotr Tryjanowski z Katedry Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu opracował „pakiety” dla czterech stopni zaawansowania w tym „szaleństwie”.

Zaznacza on jednocześnie, że nie chodzi tylko o podglądanie i cieszenie się ptasią obecnością, ale o naukę rozpoznawania gatunków. Lornetka, atlas ptaków i notes przydadzą się, choć na początku nie są konieczne. „Na pierwszym etapie to zabawa praktycznie bezkosztowa” – mówi profesor.

W krajach anglojęzycznych od kilkudziesięciu lat rozwija się tradycja „robienia Wielkiego Roku”, czyli zobaczenia jak największej liczby gatunków pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia. Od paru lat upowszechnia się ona również w Polsce.

„Parę lat temu skosztowałem tego szaleństwa” – tak Wielki Rok określa prof. Tryjanowski. Zastrzega jednak, że prześciganie się w rekordach nie jest najlepszym sposobem na relaks i radość wynikającą z obecności ptaków. Zwłaszcza, że „sky is the limit”.

„W ciągu 2015 roku amerykański ptasiarz, podróżnik i pisarz Noah Strycker łącznie wypatrzył 6042 gatunki, a szczegółowe wyniki zaprezentował w książce ‚Ptaki nie znają granic‚. Dla tych, którzy nieco znają ptaki, zasięgi ich występowania i biologię, to niemal niewyobrażalna granica. To jak zdobycie ponad połowy ośmiotysięczników w ciągu roku” – przyrodnik używa alpinistycznego porównania, żeby podkreślić wagę tego dokonania. „Zwykły śmiertelnik” nie ma na to szans.

Prof. Tryjanowski preferuje zdrowy realizm. Dla każdego, kto chciałby obserwować ptaki, opracował on do wyboru cztery „pakiety”.

1. Dla zupełnie początkujących – 12 gatunków rocznie, co oznacza jeden nowy gatunek na miesiąc.

Profesor proponuje poznać podstawowe gatunki, takie jak kawka, gawron, wróbel domowy, mazurek, bogatka, szpak, kapturka, kos czy sroka. Należy zwrócić uwagę na cechy ich upierzenia i charakterystyczne głosy. Porównania z nimi pomogą w stawianiu kolejnych „ptasiarskich kroków. Pomocy w przedstawieniu najpospolitszych gatunków udzielają przyrodnicy podczas spacerów ornitologicznych, popularyzujących wiedzę o ptakach.

2. Dla średniozaawansowanych – 52 gatunki rocznie, czyli 1 gatunek na tydzień.

Zdaniem naukowca, jest to pakiet realistyczny do wykonania nawet bez wychodzenia z domu. Ptaki można obserwować z okna lub z ogrodu, choć wymaga to już dobrej znajomości gatunków.

3. Dla zaawansowanych – 100 gatunków.

4. Dla twardzieli – 365 gatunków rocznie, codziennie nowy.

W opinii prof. Tryjanowskiego to ostatnie postanowienie będzie trudne w realizacji, a praktycznie niemożliwe do wykonania w ciągu roku wyłącznie na obszarze Polski. Trzeba do tego czasu, pieniędzy i otwartych granic, ponieważ najlepiej byłoby uzupełnić krajowe obserwacje tymi z innych stref klimatycznych.

„Ptaki można obserwować praktycznie zawsze i wszędzie. We dnie i w nocy, w trakcie słonecznej aury, mżawki, a nawet śnieżycy. Na wsi, w mieście, na pustyni i w naturalnym lesie tropikalnym” – wylicza.

Ekspert ostrzega jednak: to bardzo wciąga.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Wyzwanie ornitologiczne na cały rok

Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie…

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie są czymś unikalnym – uważa zespół psychologów. I proponuje nowe spojrzenie na to, czym są ekstremizmy.

„Do tej pory zachowania ekstremalne łączono z ekstremizmem politycznym, terroryzmem, stosowaniem przemocy. My pokazujemy zupełnie nowe spojrzenie: jest wiele innych zachowań – w tym również pożądanych społecznie, które mają podobną psychologiczną dynamikę” – mówi w rozmowie z PAP psycholog dr Ewa Szumowska z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Badaczka weszła w skład zespołu Arie’ego Kuglanskiego, który opracował nowy model zachowań ekstremalnych. Badania ukazały się w czasopiśmie Psychological Review https://doi.apa.org/doiLanding?doi=10.1037%2Frev0000260. W świetle tego nowego podejścia, do zachowań ekstremalnych zaliczyć można tak różne zachowania jak np. obsesyjne pasje, uprawianie sportów ekstremalnych, wycieńczające diety, poświęcanie swojego życia dla niesienia pomocy innym, trenowanie jakichś umiejętności do upadłego, fanatyczne promowanie jakichś idei, stalking, bycie niezwykle wiernym kibicem albo fanem jakiegoś zespołu, czy nawet ślepe zauroczenie się jakąś osobą…

A przy takiej definicji możemy uznać, że ekstremizm cechował nie tylko Herostratesa czy Unabombera, ale i Marię-Skłodowską Curie, Venus i Serenę Williams, Matkę Teresę, Pabla Picassa, Joannę d’Arc, a w literaturze Romea i Julię czy Wertera. Te postaci nie byłyby przecież znane, gdyby nie poświęciły bardzo wiele w swoim życiu dla jednej idei.

„W naszym modelu zakładamy, że działania ekstremalne wynikają z zaburzenia równowagi między naszymi celami i potrzebami” – streszcza dr Szumowska. I dodaje, że do takiej nierównowagi może dojść u dowolnej osoby. „To, że dana osoba wykazuje zachowania ekstremalne, nie oznacza więc, że ma ona jakieś zaburzenia. Albo że ma jakieś niewiarygodne predyspozycje. To mechanizm wspólny dla nas wszystkich” – podsumowuje dr Szumowska.

Wyjaśnia, że ludzie mają wiele potrzeb, to m.in potrzeby fizjologiczne, związku z innymi ludźmi, kompetencji, autonomii. „Na ogół dąży się do tego, by wszystkie potrzeby były zaspokojone, a żadna nie była zsunięta na dalszy plan. To tzw. funkcjonowanie zrównoważone, umiarkowane. Zdarza się jednak, że jedna z potrzeb staje się u kogoś tak ważna, że przez dłuższy czas przyćmiewa inne. A to właśnie prowadzić może do zachowań ekstremalnych” – tłumaczy psycholog.

Jeśli jakaś potrzeba jest przez dłuższy czas niezaspokojona, to normalnym mechanizmem jest to, że czasowo przejmuje ona wpływ na zachowanie człowieka. „Im bardziej jesteśmy głodni, tym mniej zwracamy uwagę na wszystkie inne nasze potrzeby. A wtedy, żeby się najeść, jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, których nie zrobilibyśmy wcześniej: zjeść coś, co uważamy za niesmaczne, a nawet wstrętne, ukraść jedzenie, zrobić komuś krzywdę, jeść rzeczy, które nie nadają się do jedzenia, a w skrajnych przypadkach nawet posunąć się do kanibalizmu” – mówi. Jedna potrzeba sprawić więc może, że staniemy się ślepi na inne swoje potrzeby i wywodzące się z nich cele i zaczniemy zachowywać się w sposób nieoczekiwany również dla siebie.

To samo dotyczy też jednak bardziej złożonych potrzeb. Dr Szumowska zaznacza, że w biografiach ludzi sukcesu, władców czy geniuszy częstym powodem zachowań ekstremalnych jest chęć zaspokojenia potrzeby bycia kimś znaczącym. „Wszyscy mają taką potrzebę, ale mają i potrzebę postępowania moralnie, potrzebę bezpieczeństwa czy przynależności. Jeśli jednak ktoś skupi się na tej jednej potrzebie, może u niego dochodzić do zaniedbywania lub aktywnego podkopywania innych potrzeb. Np. jeśli ekstremalnie ważne jest dla mnie to, żeby zrobić w życiu coś ważnego, to jestem to w stanie zrobić nawet kosztem innych osób, kosztem swoich zasad etycznych, swojego zdrowia, przyjaciół, rodziny” – opowiada.

To, czy do zachowania ekstremalnego dojdzie, zależy od różnych czynników. Po pierwsze – wymienia psycholog – musi zaistnieć bardzo silna potrzeba, która zdominuje pozostałe. Po drugie musi pojawić się narracja, która pokaże danej osobie drogę do zaspokojenia tej potrzeby. Narracje te często zapożyczane są z kultury, w której żyjemy. I tak np. jeśli chodzi o potrzebę bycia kimś znaczącym, w niektórych przekazach drogą jest ciężka praca i samodoskonalenie, w innych – pomoc innym osobom, w innych – dążenie do sławy, a w innych – walka z osobami o odmiennych niż my poglądach.

Trzecim czynnikiem mającym wpływ na powstanie zachowań ekstremalnych jest grupa, do której się należy i z którą się identyfikuje. Ona może bowiem wzmacniać ekstremalne zachowania lub je hamować. Dr Szumowska zwraca uwagę, że grupy terrorystyczne, sekty, ale również i formacje przygotowujące zawodników do zawodów sportowych nie bez powodu odcinają się od świata, często mają swoje siedziby w miejscach oddalonych od cywilizacji. Przez to ich członkowie tracą z oczu wszystko, czego mogą pragnąć, a co jest poza tą grupą. I mogą sią skupić na jednym – dążeniu do pożądanego przez grupę celu. Jeśli zaś ktoś traci motywację, zadaniem innych członków grupy jest ją przywrócić. „Samemu również można podjąć zachowania ekstremalne, ale zdecydowanie łatwiejsze jest to, kiedy są ludzie w otoczeniu, którzy do tych zachowań zachęcają, pochwalają je i również się im poświęcają” – mówi dr Szumowska.

W zachowaniach ekstremalnych kluczowa jest przedłużająca się dominacja jednej potrzeby. Może ona wynikać z długotrwałej deprywacji (a więc niemożności zaspokojenia potrzeby). Osoba podejmuje różne, również szkodliwe działania, aby tę potrzebę zaspokoić. Może również próbować zaspokoić inne potrzeby – na zasadzie kompensacji. Dr Szumowska opowiada, że dana osoba może mieć bardzo wiele niezaspokojonych potrzeb w różnych sferach życia i nie widzi możliwości ich zaspokojenia. Np. nie ma bezpieczeństwa finansowego, jest samotna, niedoceniana, ma niski status społeczny i małe szanse na znalezienie prestiżowej pracy. I wtedy niezaspokojone potrzeby kanalizowane są w jeden obszar – potrzebę, którą daje się zaspokoić. „Tak często budzą się obsesyjne pasje” – komentuje dr Szumowska.

A jeśli taka „obsesja” jest dla kogoś szkodliwa, to jak się od niej uwolnić? Dr Szumowska podaje przykład programów z zakresu deradykalizacji członków grup terrorystycznych. Pokazuje się w nich uczestnikom, jak dostrzegać różne swoje potrzeby i jak je zaspokajać w nieszkodliwy, konstruktywny sposób. Uczy się tam np. podopiecznych nowego zawodu, pomaga znaleźć lepszą pracę, nowe hobby czy grupę odniesienia, w której dana osoba będzie mogła zaspokoić swoje zaniedbywane potrzeby. Sposobu na uwolnienie się od szkodliwych ekstremalnych zachowań szukać można też w terapiach dla osób z uzależnieniami behawioralnymi (jak pracoholizm, zakupoholizm, seksoholizm). Tam również pomaga się osobom odzyskać równowagę pomiędzy różnymi potrzebami i aspektami życia.

„Poświęcanie się dla jednej idei kosztuje wiele energii. To przecież – zgodnie z naszym spojrzeniem – funkcjonowanie w nierównowadze. Wymaga dużego zaangażowania i jest zachowaniem trudnym do utrzymania przez dłuższy czas” – mówi badaczka.

Bardzo szerokie spojrzenie na ekstremizmy, zaproponowane przez badaczy być może pozwoli lepiej zrozumieć, skąd się one biorą i szerzej spojrzeć na to, jak można regulować procesy przechodzenia od zachowań ekstremalnych do zrównoważonych. A w dodatku wypracować skuteczniejsze formy wsparcia dla osób i grup, które mają problem ze swoimi zachowaniami ekstremalnymi.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię…

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię – podkreślił dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

„Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. Gdyby na całym świecie postępować tak jak na Wyspach, gdzie regularnie przeprowadza się sekwencjonowanie genomu wirusa w 5-10 proc. przypadków COVID-19, to prawdopodobnie wykrywalibyśmy jeszcze więcej jego wariantów, z różnymi układami mutacji. Ale to jednak nie powód, by wpadać w histerię” – zaznaczył ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski.

Ekspert tłumaczył, że na pojawiające się obawy przed nowymi wariantami koronawirusa wpływ ma bardzo często mylenie pojęć. Jak wskazał: szczep, wariant, czy mutacja wirusa – to zupełnie inne pojęcia.

„Czytając informacje prasowe napotykamy kompletne pomieszanie pojęć. Czytamy bowiem o +nowym koronawirusie+, +nowym szczepie+, wariantach i mutacjach. Warto to wyjaśnić. Nie ma żadnego nowego koronawirusa – jest wciąż SARS-CoV-2” – podkreślił.

Dodał, że nie ma również żadnych dowodów, by mówić o tym, że istnieją szczepy tego wirusa.

„SARS-CoV-2 należy do tego samego gatunku betakoronawirusa, co SARS-CoV, który powodował chorobę SARS w latach 2002-2004. Gatunek ten nazywa się Severe acute respiratory syndrome–related coronavirus, a SARS-CoV i SARS-CoV-2 są jego szczepami. Z kolei warianty SARS-CoV-2 to po prostu te formy wirusa, które kumulują poszczególne mutacje. I wreszcie mutacje, czyli nagłe skokowe zmiany w materiale genetycznym. Niektóre nie mają żadnego wpływu na wirusa, niektóre bywają dla niego niekorzystne, a te, które przynoszą mu korzyść oczywiście się upowszechniają” – mówił.

Rzymski zaznaczył, że na tę chwilę powinno nas interesować w zasadzie tylko jedno, czy mutacje mogą wpływać na skuteczność szczepionki na COVID-19.

„Jeżeli proponowane preparaty oparte byłyby o inaktywowanego wirusa, czyli o jedno z klasycznych rozwiązań szczepionkowych, to możliwe, że niekoniecznie zabezpieczałyby przed wszystkimi izolatami SARS-CoV-2. Ale szczepionki Pfizera, Moderny czy AstraZeneca mają na celu wymuszenie produkcji tylko i wyłącznie białka S wirusa, czyli tzw. kolca, dzięki któremu wirus ten może wnikać do komórek” – mówił.

„Takie szczepionki powinny więc być skuteczne wobec wielu wariantów. Produkowane w odpowiedzi przeciwciała mogą wiązać wiele regionów tego białka, a nie tylko jeden – drobne zmiany w tym białku, którego łańcuch liczy ponad 1270 aminokwasów, nie powinny mieć żadnego znaczenia dla unieszkodliwiania wirusa” – dodał.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformowano 14 grudnia. Według władz brytyjskich, nowy wariant wirusa rozprzestrzenia się o ok. 70 proc. szybciej, ale nie wydaje się, by powodował on poważniejszy przebieg choroby. Eksperci wskazują także, że nie ma przesłanek, by brytyjski wariant wirusa wpływał na skuteczność szczepionek. Zakażenia tym wariantem zdiagnozowano również m.in. w Danii, Holandii, Australii, czy we Włoszech.

O odkryciu nowego wariantu SARS-CoV-2 poinformowały w ostatnich dniach także władze RPA. Według południowoafrykańskich ekspertów nowy wariant jest pod niektórymi względami podobny do wariantu brytyjskiego; dzieli z nim kilka mutacji. (PAP)

Autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię

Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie….

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

„Dążymy do tego, aby lekarz miał jak najwięcej informacji bez konieczności wykonywania operacji. Teraz, aby dowiedzieć się czy w danym miejscu są tkanki nowotworowe, trzeba wykonać biopsję, potem badania histopatologiczne” – powiedział prof. Paweł Moskal, który wraz z dr hab. Ewą Stępień pracuje nad nowym rozwiązaniem.

W nagraniu internetowym, opublikowanym przez UJ, profesor poinformował, że przygotowanie nowej metody, nowego urządzenia, jest celem na najbliższych kilka lat.

Zgodnie z zapowiedziami, dzięki nowemu rozwiązaniu lekarz będzie mógł na filmie zobaczyć, jak substancja podana pacjentowi jest przyjmowana przez ciało, jak jest metabolizowana. Teraz lekarze oglądają na zdjęciach pojedyncze części ciała, ze zmianami nowotworowymi.

Naukowcy, którzy dążą do stworzenia innowacyjnej technologii, pracują na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. (PAP)

autor: Beata Kołodziej

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia…

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia prof. Janusz Braziewicz z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Wkraczająca do nowoczesnej medycyny sztuczna inteligencja budzi skrajne emocje: w środowisku medycznym jak i w społeczeństwie jedni wiążą z nią duże nadzieje, inni mają obawy i wątpliwości. Tak jest np. z medycyną nuklearną, w której wykorzystywane są nowoczesne technologie.

Prof. Janusz Braziewicz – kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej z Ośrodkiem PET w Świętokrzyskim Centrum Onkologii twierdzi, że zaawansowanie automatyzacji i sztucznej inteligencji w medycynie nuklearnej jest już na tyle duże, ze wkroczyło na III i IV poziom w pięciostopniowej skali.

Pierwszy poziom oznacza jedynie działania manualne, drugi – maszynowo-manualne, a trzeci – zautomatyzowane działania maszynowo-manualne. Na czwartym poziomie pojawia się automatyzacja, ale „z ludzką ręką”, piąty oznacza pełną automatyzację.

W diagnostyce obrazowej wygląda to w ten sposób, że na poziomie III (warunkowej automatyzacji) skaner czy system opisowy pod wpływem operatora dostosowuje się do narzucanych mu warunków i wykonuje zlecone zadanie.

„Obecnie obserwujemy duże przyspieszenie technologiczne i wejście na poziom IV (wysokiej automatyzacji), kiedy to system automatycznie przetwarza samodzielnie pozyskane dane i dostarcza specjaliście wstępnie przeanalizowane informacje. Ma to miejsce na przykład wówczas, kiedy system zeskanuje ułożonego na stole skanera PET/TK pacjenta i na podstawie swego rodzaju skanu topogramowego, w oparciu o analizę danych anatomicznych chorego zaproponuje wykonanie skanu PET i tomografu komputerowego z uwzględnieniem wskazania klinicznego i sylwetki pacjenta” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Braziewicz, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Odbywa się to z użyciem automatycznie dostosowanych parametrów akwizycji, z minimum wymaganej dawki promieniowania ze strony tomografu komputerowego. Algorytm po stronie PET ustala: szybkość przesuwu łóżka podczas płynnego skanowania różnych części ciała pacjenta, zastosowanie różnych matryc rekonstrukcyjnych, zastosowanie bramkowania oddechowego dla odpowiedniego obszaru klatki piersiowej i tułowia.

Według prof. Braziewicza bezzasadne są zatem obawy, że komputery zastąpią lekarzy. W przypadku diagnostyki obrazowej stają się one wręcz niezbędne. Powodem jest choćby lawinowy wzrost diagnostycznych badań obrazowych, w tym również z zakresu medycyny nuklearnej. Jedynie w latach 2000-2010 liczba badań tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego wzrosła dziesięciokrotnie. Z kolei w medycynie nuklearnej taki gwałtowny wzrost liczby badań SPECT i PET przypada na okres po 2010 r.

„W ślad za tym nie następuje niestety proporcjonalny wzrost liczby dostępnych lekarzy specjalistów, którzy mogliby je szybko i rzetelnie przeprowadzić. Brakuje także wyszkolonych techników, korzystających z zaawansowanych metod akwizycji z zastosowaniem narzędzi, jakie oferuje dany skaner. Efektem jest przeciążenie ilością pracy poszczególnych grup specjalistów i często coraz dłuższy czas oczekiwania na opisanie badań. Co istotne, presja obniża jakość pracy. Jak pokazują badania, jeśli skróci się o 50 proc. czas na interpretację badania radiologicznego, to stosunek błędów interpretacyjnych wzrośnie o niemal 17 proc.” – zaznacza prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja w coraz bardziej skomplikowanej i wymagającej diagnostyce obrazowej może zatem usprawnić i wspomóc pracę lekarza. „Wdrożenia algorytmów opartych na Artificial Intelligence (AI) przynoszą oszczędność czasu i szansę na pełną standaryzację procedur, ale także na uniknięcie błędów ludzkich i skuteczniejsze, spersonalizowane terapie dla pacjentów” – twierdzi specdjalista.

Obecnie medycy nuklearni rozwijają nowy trend teranostyki, który wydaje się być przyszłością personalizowanej medycyny poprzez ścisłe połączenie diagnostyki i terapii w celu dobrania do potrzeb konkretnego pacjenta celowanego leczenia. „W obszarze sztucznej inteligencji medycy nuklearni coraz częściej wspierają proces terapii, pomagając w ocenie trafności i zasadności zaleconego leczenia już w początkowej jego fazie. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście wykorzystywanie hybrydowych badań PET/CT na przykład w planowaniu radioterapii” – tłumaczy prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja określa proces, w którym maszyna, czyli komputer, uczy się i naśladuje funkcje poznawcze specyficzne dla człowieka, aby wykonywać zadania, jakie zwyczajowo wykonywane są przez ludzki umysł: rozpoznawanie obrazów, identyfikacja różnic czy stawianie logicznych wniosków i prognozowanie. W procesie deep learning komputer już nie organizuje danych i nie wykonuje wcześniej zdefiniowanych ciągów równań, ale zbiera podstawowe parametry dotyczące tych danych i jest tak zaprogramowany, że przygotowuje się do samodzielnego uczenia się przez rozpoznawanie wzorców przy użyciu wielu kolejnych warstw przetwarzania.

„Trzeba mieć zatem świadomość, że algorytmy AI będą tak dobre, jak dane, na których były trenowane. Wyzwaniem będzie zatem zgromadzenie odpowiednio opracowanych dużych zestawów danych oraz odpowiednio wydajnych centrów obliczeniowych” – uważa przedstawiciel Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Jego zdaniem szanse zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie to przede wszystkim digitalizacja wszystkich danych dotyczących konkretnego pacjenta, z uwzględnieniem takich aspektów, jak miejsce zamieszkania, historia chorób w rodzinie, dotychczasowe hospitalizacje, podejmowane wcześniej terapie lekowe i obecnie przyjmowane leki, styl życia, rodzaj wykonywanej pracy, kondycja psychofizyczna.

Ta ilość danych może być przetworzona przez wydajne komputery. Jeśli maszyny będą miały zaimplementowane algorytmy deep learning, jest szansa, że wesprą specjalistów w szybszej i trafniejszej diagnostyce oraz lepszej opiece farmakologicznej. Korzyści z wdrożeń sztucznej inteligencji może odnieść zatem cały system opieki zdrowotnej, w tym: świadczeniodawca, lekarz, ale przede wszystkim – sam pacjent” – uważa specjalista.

Podkreśla, że lekarze, którzy będą używać z dużą rozwagą i odpowiedzialnością systemów opartych na sztucznej inteligencji zastąpią tych, którzy ich nie będą używać. Tym bardziej, że w nowoczesnych rozwiązaniach nie mówimy już o wielkości danych generowanych przy badaniach i dalej poddawanych processingowi w gigabajtach, terabajtach czy nawet petabajtach. Bardzo szybko nadchodzi era exabajtów danych – dodaje prof. Janusz Braziewicz. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Brak komentarzy do Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali

Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Najnowsza mapa nieba z misji kosmicznej Gaia

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content