Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Autor: Zuzanna

Czy w kosmosie można znaleźć czterolistne koniczynki? Najnowsze odkrycia kosmiczne

Międzynarodowy zespół badaczy odkrył w kosmosie kwazary, które kształtem przypominają czterolistne koniczyny. Nowe odkrycia w kosmosie mają polski akcent dzięki udziałowi naukowca z UAM w Poznaniu. Na początek wyjaśnijmy, co…

Międzynarodowy zespół badaczy odkrył w kosmosie kwazary, które kształtem przypominają czterolistne koniczyny. Nowe odkrycia w kosmosie mają polski akcent dzięki udziałowi naukowca z UAM w Poznaniu.

Na początek wyjaśnijmy, co to są Kwazary? To jasne jądra odległych galaktyk, które napędzane są przez znajdujące się w nich supermasywne czarne dziury. Najnowsze odkrycia kosmiczne pokazują zjawisko w formie podobnej do czterolistnych koniczynek.

Od 40 lat astronomowie zaobserwowali około 50 takich kosmicznych „koniczynek”. Najnowsze badania, które trwały zaledwie półtora roku, zwiększyły tę liczbę o około 25 procent, pokazując, jak potężnym narzędziem jest uczenie maszynowe, które wspomaga astronomów w poszukiwaniach tych kosmicznych zjawisk.

Image credit: The GraL Collaboration

Cztery z nowo odkrytych poczwórnych kwazarów. Od lewego górnego narożnika zgodnie z ruchem wskazówek zegara: GraL J1537-3010 („Wolf’s Paw”); GraL J0659+1629 („Gemini’s Crossbow”); GraL J1651-0417 („Dragon’s Kite”); GraL J2038-4008 („Microscope Lens”). Rozmyta plamka w centrum obrazów to galaktyka soczewkująca, której grawitacja rozszczepia światło dochodzące ze znajdującego się za nią kwazara w taki sposób, że powstają cztery osobne obrazy kwazara. Modelowanie tych układów i monitoring zmian ich jasności w czasie pozwalają astronomom wyznaczyć prędkość ekspansji Wszechświata i rozwiązywać inne problemy kosmologiczne (Image credit: The GraL Collaboration)

 

Kosmiczne czterolistne koniczynki

Odkrył je międzynarodowy zespół naukowców, w tym Jean Surdej, profesor wizytujący w Instytucie Obserwatorium Astronomicznym UAM, który  jest współautorem wspomnianych badań.

Jakie możemy mieć z tego korzyści?

Quady, bo tak są nazywane kosmiczne czterolistne koniczynki, to kopalnie złota z punktu widzenia rozmaitych zagadnień. Mogą pomóc w wyznaczeniu prędkości rozszerzania się Wszechświata i rozwiązaniu innych tajemnic, związanych np. z ciemną materią czy „centralnym napędem” kwazarów – mówi Daniel Stern, kierownik zespołu badawczego z Jet Propulsion Laboratory, zarządzanego przez Caltech dla NASA.

 

Image credit: R. Hurt (IPAC/Caltech)/The GraL Collaboration

Powyższy wykres ilustruje, w jaki sposób powstają poczwórne obrazy kwazarów widoczne na niebie. Tor lotu światła z odległego kwazara, znajdującego się miliardy lat świetlnych od Ziemi, zostaje zniekształcony przez grawitację masywnej galaktyki, znajdującej się bliżej, pomiędzy kwazarem i Ziemią. Zakrzywienie toru lotu światła powoduje iluzję, że kwazar podzielił się na cztery podobne obiekty, otaczające znajdującą się przed nim galaktykę (Image credit: R. Hurt (IPAC/Caltech)/The GraL Collaboration)

Trwają badania, w które zaangażowany jest Jean Surdej, profesor wizytujący w Instytucie Obserwatorium Astronomicznym UAM w Poznaniu, który uczy zagadnień związanych z soczewkowaniem grawitacyjnym. Polega ono na zakrzywianiu biegu promieni świetlnych odległego obiektu, np. kwazara, przez masywną galaktykę znajdującą się bliżej, co powoduje powstawanie „kosmicznych miraży”. Jego zespół odkrył i badał wiele przypadków takich kosmicznych miraży, które mają postać podwójnych obrazów tego samego kwazara. Kwazary o poczwórnych soczewkowanych obrazach są o wiele rzadsze.

W 2002 r. Jean Surdej zaproponował, aby przegląd nieba wykonywany w ramach satelitarnej misji Gaia, realizowanej przez Europejską Agencję Kosmiczną, wykorzystać do wyszukiwania takich kosmicznych koniczynek.

Międzynarodowy zespół, do którego należy naukowiec z Poznania, ogłosił właśnie w czasopiśmie „The Astrophysical Journal” najnowsze odkrycie tuzina tego typu kosmicznych miraży, które udało się dokonać z pomocą algorytmów sztucznej inteligencji zastosowanych do przeglądu danych z misji Gaia.

Poznańska uczelnia zwraca uwagę, że dalsze badania astrofizyczne tych nowo odkrytych kosmicznych koniczynek powinny umożliwić niezależne wyznaczenie wieku Wszechświata, prędkości jego ekspansji  i jego przyszłości.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Czy w kosmosie można znaleźć czterolistne koniczynki? Najnowsze odkrycia kosmiczne została wyłączona

Polscy astronomowie w wielkiej europejskiej sieci obserwacyjnej OPTICON-RadioNet Pilot

Z polskim udziałem wystartowała największa europejska sieć koordynująca badania astronomiczne – OPTICON-RadioNet Pilot (ORP). Biorą w niej udział astronomowie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytetu Warszawskiego. Do tej…

Z polskim udziałem wystartowała największa europejska sieć koordynująca badania astronomiczne – OPTICON-RadioNet Pilot (ORP). Biorą w niej udział astronomowie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

Do tej pory w Europie działały dwie główne sieci koordynujące współpracę instrumentów naziemnych. Jedna miała związek z obserwacjami astronomicznymi w zakresie widzialnym (OPTICON), a druga w zakresie radiowym (RadioNet). Taka sytuacja trwała przez ponad 20 lat. Teraz zdecydowano o połączeniu sił obu tych grup.

Wraz z rozwojem wiedzy astronomicznej naukowcy potrzebują coraz bardziej zaawansowanych instrumentów, a także takich, które będą się wzajemne uzupełniać. Coraz częściej obserwacje astronomiczne wymagają połączenia analiz na różnych długościach fali elektromagnetycznej. Duży nacisk kładzie się na ujednolicenie metod i narzędzi obserwacyjnych oraz poszerzenie dostępu do wielu różnych instrumentów astronomicznych.

Nowa sieć ORP ma zapewnić europejskim naukowcom dostęp do teleskopów z szerokiego zakresu oraz wesprzeć rozwój młodych badaczy. Projekt dysponuje finansowaniem w wysokości 15 milionów euro w ramach programu Horyzont 2020 realizowanego przez Europejską.

Projekt jest kierowany przez francuski CNRS, brytyjski Uniwersytet Cambridge i niemiecki Instytut Radioastronomii im. Maxa Plancka. Łącznie współpraca obejmuje 37 instytucji naukowych z 15 krajów europejskich, Australii i RPA. Z Polski udział wezmą Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytet Warszawski.

Prace naukowe na UMK będą koordynowane przez dr hab. Agnieszkę Słowikowską, zastępcę dyrektora Instytutu Astronomii UMK ds. Infrastruktury Badawczej. Co więcej, Polka została wybrana na przewodniczącą zespołu koordynującego ORP (Chair of the ORP Board), w skład którego wchodzi 37 reprezentantów wszystkich instytucji zaangażowanych w działalność sieci. Ze strony UMK w ramach nowej sieci dostępny będzie największy polski 32-metrowy radioteleskop oraz największy na terenie naszego kraju teleskop optyczny ze zwierciadłem o średnicy 90 cm.

Z kolei udziałem naukowców z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego będzie koordynował prof. dr hab. Łukasz Wyrzykowski, którego zespół już od 2013 roku brał udział w pracach sieci OPTICON. Na bazie zdobytego doświadczenia zespół opracował system internetowy do obsługi wielu teleskopów i wysyłania zamówień na systematyczne obserwacje tych samych obiektów w celu badania ich zmienności. Astronomowie z Warszawy będą odpowiadać za koordynację działania małych i średnich teleskopów naziemnych. Ich celem naukowym będzie monitorowanie zmienności czasowej interesujących obiektów. Sieć składa się z około 100 teleskopów, w tym około 50 robotycznych, rozproszonych po całym świecie. W jej skład wchodzi m.in. Północna Stacja Obserwacyjna UW w Ostrowiku z 60 cm teleskopem optycznym. (PAP)

Możliwość komentowania Polscy astronomowie w wielkiej europejskiej sieci obserwacyjnej OPTICON-RadioNet Pilot została wyłączona

Etna a Fagradalsfjall: Dlaczego jedne wulkany wybuchają gwałtownie, a inne – nie?

To, czy erupcja wulkanu jest gwałtowna z dużą emisją pyłów czy spokojna, zależy m.in. od składu stopu (upłynnionych skał) tworzącego potem lawę. Zależy również od dodatkowych czynników np. od tego,…

To, czy erupcja wulkanu jest gwałtowna z dużą emisją pyłów czy spokojna, zależy m.in. od składu stopu (upłynnionych skał) tworzącego potem lawę. Zależy również od dodatkowych czynników np. od tego, czy ten stop na swojej drodze zetknie się z wodą – mówi geolog prof. Ewa Słaby.

Na Islandii rozpoczęła się 19 marca br. erupcja wulkanu w masywie Fagradalsfjall, w odległości ok. 40 km od Reykjaviku. Od tego czasu lawa wypływa tam spokojnie ze szczelin w ziemi. Z kolei na Sycylii w połowie grudnia 2020 r. przebudził się wulkan Etna; nastąpiło tam już kilkanaście erupcji, podczas których z krateru wydostaje się lawa i chmury pyłu. Po każdej takiej fazie przebudzenia w okolicznych miejscowościach konieczne jest wielkie zamiatanie ulic i dróg z wulkanicznego pyłu.

Dlaczego islandzki wulkan w masywie Fagradalsfjall jest teraz spokojniejszy niż sycylijska Etna? Tłumaczy to w rozmowie z PAP geolog prof. Ewa Słaby, dyrektor Instytutu Nauk Geologicznych PAN i prezydent Europejskiej Unii Mineralogicznej.

„Żeby mogło dojść do erupcji, wulkan musi mieć stop, który nie jest niczym innym jak upłynnionymi skałami. To m.in. od składu tego stopu zależy, jak będzie wyglądać erupcja” – mówi prof. Słaby.

Składową stopu, która odgrywa niebagatelną rolę w gwałtownych erupcjach, są substancje lotne – tłumaczy badaczka. W płaszczu Ziemi jak i skorupie mogą znajdować się bowiem minerały, które zawierają grupy lotne np. związki siarki, fluoru, chloru, CO2, grupy OH. Kiedy stop zawiera takie składniki i ma wysoką temperaturę, jest jednorodny, a te substancje są wbudowane w jego strukturę. Kiedy jednak jego temperatura się obniża, substancje te wydzielane są w postaci mniej lub bardziej toksycznych gazów. Ich wydzielaniu ze stopu towarzyszy gwałtowny wzrost ciśnienia podczas wznoszenia się tego stopu ku powierzchni i w kominie wulkanu następuje jego rozerwanie na niewielkie fragmenty, które wydostają się z wulkanu w postaci ogromnej chmury pyłu i większych fragmentów magmy (te produkty wulkanizmu nazywamy piroklastykami). Wysokość kolumny piroklastycznej może osiągnąć nawet kilkadziesiąt km.

Wulkany powstają w większości przypadków na styku płyt tektonicznych. A to, czy te płyty napierają na siebie, czy wręcz przeciwnie – rozchodzą się, ma właśnie związek z obecnością związków lotnych, a wiec i typem wulkanizmu i charakterem ich erupcji.

Więcej substancji lotnych zawierają zwykle stopy wulkanów w miejscach, gdzie płyty tektoniczne napierają na siebie. Ma to miejsce choćby w przypadku sycylijskiej Etny. To dlatego wulkan ten emituje duże ilości popiołu oraz grubszych frakcji.

„Tymczasem wulkany, z których lawa emitowana jest spokojnie, powstają zwykle w miejscach, gdzie płyty kontynentalne lub oceaniczne są rozciągane i w wyniku długotrwałego procesu dochodzi w tych miejscach do ich pęknięcia i rozejścia się. Należy tu zaznaczyć, że płyty oceaniczne – jako cieńsze – są bardziej podatne na ten proces. Nazywamy go procesem ryftowania” – mówi prof. Słaby. Tłumaczy, że pod strefą ryftu, szczególnie oceanicznego, topi się płaszcz Ziemi, który nie zawiera zbyt dużej ilości substancji lotnych. Strefa ryftu przebiega przez cały Ocean Atlantycki, w tym również przez Islandię. Innym miejscem spokojnych erupcji stopów o niskiej zawartości substancji lotnych są Hawaje. Geneza tych wulkanów jest jednak odmienna, niezwiązana z ryftem.

I tak np. ostatnia aktywność islandzkiego wulkanu w masywie Fagradalsfjall to wylewy szczelinowe, podczas których stop emitowany jest bardzo spokojnie. Prof. Słaby zaznacza, że w stopie wprawdzie znajdują się pewne ilości substancji lotnych (dlatego mieszkańcom okolicznych terenów zalecono, by zamykać okna). Jednak jest ich na tyle niewiele, że gwałtowna erupcja nie mogłaby zaistnieć w tym środowisku.

Wideo: Podgląd na żywo erupcji islandzkiego wulkanu w masywie Fagradalsfjall

„W miejscach, gdzie dochodzi do rozciągania płyt tektonicznych erupcje wulkaniczne są spokojne. Towarzyszyć im jednak mogą dodatkowe uwarunkowania, które sprawiają, że również i te wylewy mogą stać się niebezpieczne” – mówi prof. Słaby. „Taka sytuacja miała choćby miejsce na Islandii w 2010 r., kiedy nastąpiła erupcja wulkanu Eyjafjallajokull, która na jakiś czas sparaliżowała ruch lotniczy w Europie. W tym wypadku problemem było to, że wulkan ten pokryty był czapą lodowcową. Lód pod wpływem temperatury lawy (około 1000 stopni C) topił się, a połączenie wody z gorącą magmą daje nieprawdopodobnie silny efekt eksplozji. Taka reakcja stopu z wodą nazywana jest freatomagmową. Stop został wtedy gwałtownie rozerwany, zamieniony w chmurę pyłów. Kolumna pyłu wzniosła się na około 12 km i natrafiła na prądy poziome w atmosferze, które rozprzestrzeniły tę chmurę na duży obszar Europy, paraliżując ruch lotniczy. Paradoksem jest, że najbliższe lotnisko w Reykjaviku nie zostało objęte tym zjawiskiem” – opisuje prof. Słaby.

Dodaje, że niepokój też ogarnął też Islandczyków w 2014 r. Obudził się wtedy wulkan Bardarbunga, który częściowo znajduje się pod lodowcem, a na dużej głębokości ma bardzo dynamiczny system aż pięciu komór magmowych. „Erupcja byłaby o tyle niebezpieczna dla okolicznych mieszkańców, że nie tylko nastąpiłaby silna emisja lawy, pyłu i toksycznych gazów, ale pojawiłyby się też silne powodzie. Wulkan ten na szczęście znalazł dla swojego stopu boczne ujście i spokojnie wyemitował go bez gwałtownego wytopienia lodowca. Nie doszło więc do katastrofy” – opowiada prof. Słaby.

Geolog zapytana czy można przewidywać wybuchy wulkanów, tłumaczy: „nie; na tym etapie rozwoju nauki możemy rozpoznawać i modelować mechanizmy prowadzące do powstawania stopu, prognozować jego skład. Jesteśmy też w stanie przewidzieć, jaki to będzie typ erupcji biorąc pod uwagę miejsce aktywności tego wulkanu, możemy przewidzieć jak będzie wyglądać i jaki będzie mieć skład potok lawowy lub potok materiałów piroklastycznych (pyły, grubsze frakcje), jakie formy morfologiczne, jakie struktury. Możemy też monitorować aktywność komór magmowych – rejestrować w nich wzmożone ożywianie lub okresy wyciszenia. Nie jesteśmy w stanie zaś przewidywać bardzo dokładnego czasu samych erupcji. Natomiast używając wiedzy pochodzącej z badań współczesnych wulkanów możemy odtwarzać pochodzenie stopów i ich ścieżkę aktywności dla wulkanów sprzed milionów lat”.

Tak więc dokładne prognozowanie erupcji nie jest możliwe. Rozmówczyni PAP zwraca uwagę, że kompletnym zaskoczeniem był np. wybuch japońskiego wulkanu Ontake w 2014 r., który był popularnym celem weekendowych wycieczek. Zginęło wtedy ponad 60 osób. „Nikt nie mógł przewidzieć, że do tego dojdzie. Dzień był piękny i duża ilość ludzi wybrała się na spacer na jego stoki. Chmura pyłu, które pojawiła się zupełnie nagle, spowodowała, że osoby, które znajdowały się w jej obrębie, przestały oddychać” – komentuje. Podaje też przykład Białej Wyspy w pobliżu Nowej Zelandii. „Tamtejszy wulkan Whakaari był i nadal jest atrakcją turystyczną i wiele firm organizowało tam wycieczki, wędrówki wokół krateru, przeloty helikopterem nad wulkanem. W 2019 r. nastąpiła tam gwałtowna, niespodziewana erupcja i zginęło ponad 20 osób. Wulkanolodzy monitorując aktywność tego wulkanu zdawali sobie sprawę z jego podwyższonej aktywności, ale niemożliwością było przewidzenie dokładnego czasu jego erupcji” – opowiada rozmówczyni PAP.

„Nie ma możliwości kontrolowania aktywności wulkanów. To potężne siły, a człowiek jest jedynie w stanie rozpoznawać w coraz większym stopniu te zjawiska bez możliwości ich kontroli. W bardzo ograniczonym stopniu może je nieco ukierunkowywać” – mówi. Podaje jedynie przykład działań w skali mikro, które człowiek jest w stanie podejmować – zaznaczając przy tym, że nie ma to nic wspólnego z możliwością znaczącej kontroli potężnych sił natury, które prowadzą do powstawania zjawisk wulkanicznych.

„Wróćmy do Etny. Podczas jednej z erupcji mieszkańcy wsi niedaleko tego wulkanu, wykopali rowy, którymi miała zostać odprowadzona lawa, tak aby uchronić ich domostwa przed zniszczeniem. Działanie to dało pozytywny skutek. Jednakże, proszę zauważyć co znaczy jeden mały potok w skali dużych erupcji, które potrafią wyemitować miliony m3 lawy (np. Etna w 2018 roku 3-6 milionów m3). To najlepiej pokazuje skalę zjawiska i naszą pozycję: człowieka, obserwatora i badacza tego typu zjawisk” – mówi badaczka.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Etna a Fagradalsfjall: Dlaczego jedne wulkany wybuchają gwałtownie, a inne – nie? została wyłączona

Wiązania wodorowe pomagają w przenoszeniu elektronów

Międzynarodowy zespół kierowany przez Polaka zaobserwował po raz pierwszy, że przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu w obrębie cząsteczki chemicznej, może zachodzić poprzez wiązania wodorowe bez tzw. przeskakiwania (ang. hopping). Odkrycie to…

Międzynarodowy zespół kierowany przez Polaka zaobserwował po raz pierwszy, że przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu w obrębie cząsteczki chemicznej, może zachodzić poprzez wiązania wodorowe bez tzw. przeskakiwania (ang. hopping). Odkrycie to opublikowane w PNAS może nie tylko pomóc lepiej zrozumieć pracę białek, ale i projektować nowe materiały. 

Aby istniało życie, konieczne są procesy przekazywania energii i elektronów w ramach cząsteczek chemicznych i pomiędzy nimi. Podczas przeniesienia elektronów – a więc cząstek niosących ujemny ładunek elektryczny – przeskakują one z jednego miejsca w cząsteczce chemicznej w inne. Przeniesienie elektronów to choćby podstawa fotosyntezy, w której foton – cząstka światła – wzbudza cząsteczkę chlorofilu i wybija z niej elektron, który ucieka wtedy w inne miejsce. Zgromadzona w tym procesie energia w finale napędza pracę komórki. Proces przeniesienia elektronu jest też niezbędny do reperacji uszkodzonego DNA czy do pracy niektórych enzymów. Ma też jednak znaczenie w inżynierii – choćby w budowie ogniw fotowoltaicznych i technologiach fotonicznych.

Chemicy od dawna wiedzieli, że elektron może przeskakiwać na niewielkie odległości. Były też już jednak znane procesy przeskakiwania (ang. hopping) elektronów na większą odległość (to tzw. przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu – ang. long-range electron transfer). Dotąd obserwowano tylko takie sytuacje, w których elektron skakał na sporą odległość, ale pod warunkiem, że miał na swojej drodze „schodki”, miejsca w cząsteczce, po których mógł po drodze kolejno przeskakiwać, aby w rezultacie przebyć dłuższą trasę.

Teraz zespół naukowców pod kierunkiem prof. Daniela Gryko z Instytutu Chemii Organicznej PAN pokazał nowy sposób takiego przenoszenia elektronów poprzez tunelowanie (ang. tunneling) – tzn. bez tradycyjnych „schodków”.

„W naszych badaniach po raz pierwszy udało się udowodnić, że proces przeniesienia elektronów może zachodzić pomiędzy przeciwległymi i położonymi daleko od siebie fragmentami, pod warunkiem, że w cząsteczce istnieje sieć wewnętrznych wiązań wodorowych” – streszcza w rozmowie z PAP prof. Daniel Gryko. To kierownik zespołu, którego badania ukazały się w prestiżowym czasopiśmie PNAS.

W badaniach brali udział badacze z IChO PAN: Rafał Orłowski (pierwszy autor pracy), prof. Agnieszka Szumna i dr Olga Staszewska-Krajewska, ale również badacze z Kalifornii (zespoły kierowane przez prof. Harrego Graya oraz przez prof. Valentine Vulleva) .

Pokazanie tego procesu było bardzo trudne – naukowcy musieli zaprojektować i wytworzyć cząsteczkę, w której dojdzie do takiego przeniesienia elektronów. Badania zajęły im trzy lata, ale trud ten się opłacił. W cząsteczce tej elektron przenosił się z jednego końca cząsteczki na drugi, chociaż byłoby to niemożliwe gdyby kształt cząsteczki był liniowy.

Kluczowe jest to, że cząsteczka zaprojektowana przez naukowców nie była liniowa ale raczej zawinięta w kształt skorpiona. Molekuła ta składająca się z kilku aminokwasów posiada w swojej budowie część bogatą w elektrony (donor), oraz ubogą w elektrony (akceptor). Elektrony z jednego końca cząsteczki miały więc „ochotę” dostać się na drugi jej koniec, ale podróż ładunku wzdłuż całej cząsteczki nie była możliwa. Jedyne, co się mogło tam zadziać, to skok elektronu z „głowy” skorpiona na jego „ogon”. Badacze pokazali, że jest to możliwe – dzięki temu, że podczas skoku elektron mógł skorzystać z obecności wewnątrzcząsteczkowych wiązań wodorowych, które się znalazły na jego trasie – a więc sił, które spinały ogon i głowę skorpiona. Nowatorskim pomysłem było takie dobranie donora i akceptora aby tworzyły wiązania wodorowe.

„Spodziewamy się, że inne zespoły wykorzystają ten model i naszą wiedzę, by zaprojektować swoje cząsteczki do innych celów – nie tylko chodzi o biologię molekularną, ale i o chemię materiałową” – mówi prof. Gryko. Ma nadzieję, że nowa wiedza o przenoszeniu elektronów w cząsteczkach pomoże nie tylko lepiej zrozumieć działanie białek, ale również pomoże w opracowaniu nowych rozwiązań szczególnie powiązanych z ogniwami słonecznymi.

„W naszych badaniach pokazujemy, że krótkie peptydy, zawierające zaledwie cztery reszty aminokwasowe, zapewniają sieć wiązań wodorowych, która może pośredniczyć w przenoszeniu elektronów z niezwykle wysoką wydajnością. Praca ta nie tylko zmienia spojrzenie na projektowanie cząsteczek, w których zachodzi przeniesienie elektronu, ale także sugeruje motywy strukturalne pośredniczące w transmisji elektronów w białkach” – podsumowuje prof. Gryko.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Wiązania wodorowe pomagają w przenoszeniu elektronów została wyłączona

Naukowcy zbadali pole magnetyczne na obrzeżach supermasywnej czarnej dziury

W ramach projektu o nazwie Teleskop Horyzontu Zdarzeń (EHT) badacze coraz dokładniej analizują supermasywną czarną dziurę w galaktyce M87. Teraz udało się pomierzyć polaryzację i dzięki temu zbadać pole magnetyczne…

W ramach projektu o nazwie Teleskop Horyzontu Zdarzeń (EHT) badacze coraz dokładniej analizują supermasywną czarną dziurę w galaktyce M87. Teraz udało się pomierzyć polaryzację i dzięki temu zbadać pole magnetyczne tuż obok czarnej dziury. Jednym z zespołów w ramach tych badań kieruje Polka. O wynikach poinformowało Europejskie Obserwatorium Południowe (ESO). 

10 kwietnia 2019 r. świat obiegła informacja o uzyskaniu pierwszego w historii obrazu czarnej dziury (a w zasadzie jej cienia). Była to wielka sensacja naukowa opisywana przez media na całym świecie. Od tamtej pory zespół badawczy Teleskopu Horyzontu Zdarzeń (ang. Event Horizon Telescope, w skrócie EHT) coraz dokładniej analizuje własności tej czarnej dziury i jej najbliższego otoczenia. W szczególności odkryto teraz, iż część światła wokół czarnej dziury jest spolaryzowana (oscylacje fali świetlnej są w pewien sposób uporządkowane).

Polaryzacja światła niesie ze sobą informacje, które pozwalają naukowcom lepiej zrozumieć fizykę stojącą za słynnym zdjęciem cienia czarnej dziury, a w szczególności poznać własności pola magnetycznego w pobliżu obiektu. W ramach projektu działa Polarymetryczna Grupa Robocza EHT, której pracami koordynuje prof. Monika Mościbrodzka z Radboud University w Holandii.

„Widzimy teraz następny kluczowy dowód pozwalający zrozumieć, jak pola magnetyczne zachowują się wokół czarnych dziur i jak aktywność w tym bardzo zwartym obszarze może napędzać dżety, które rozciągają się daleko poza galaktykę” – wskazuje Polka.

Z jądra galaktyki M87 wychodzą jasne dżety energii i materii, rozciągając się na co najmniej 5000 lat świetlnych od centrum. To jedna z najbardziej energetycznych i najbardziej tajemniczych cech tej galaktyki. W centrum tej odległej o 55 milionów lat świetlnych galaktyki znajduje się supermasywna czarna dziura. Większość materii znajdującej się blisko czarnej dziury opada na nią. Jednak część otaczających ją cząstek ucieka na chwilę przed pochwyceniem i są wyrzucane w przestrzeń kosmiczną w formie dżetów.

Aby wytłumaczyć ten proces, astronomowie tworzą różne modele zachowania materii w pobliżu czarnej dziury. Nadal jednak nie wiadomo dokładnie, jak z centralnego rejonu (który ma rozmiar porównywalny z wielkością Układu Słonecznego) wystrzeliwane są tak gigantyczne dżety, ani jak dokładnie materia opada na czarną dziurę. Dzięki nowym badaniom naukowcy mogli zajrzeć w obszar tuż obok czarnej dziury (blisko tzw. horyzontu zdarzeń), gdzie występuje wzajemna zależność pomiędzy materią dopływającą, a wyrzucaną.

Okazuje się, iż tylko modele teoretyczne uwzględniające gaz pod wpływem silnych pól magnetycznych są w stanie wyjaśnić to, co widać przy horyzoncie zdarzeń. Wyniki sugerują, że pola magnetyczne na obrzeżach czarnej dziury są wystarczająco silne do odepchnięcia gorącego gazu i wsparciu go w opieraniu się gigantycznemu przyciąganiu grawitacyjnemu czarnej dziury.

W badaniach udział brało osiem radioteleskopów na świecie, wspólnie tworząc wirtualny teleskop o rozmiarach całej Ziemi. Uzyskana rozdzielczość pozwoliłaby na zmierzenie długości karty kredytowej leżącej na powierzchni Księżyca.

Wyniki opublikowano w dwóch artykułach w czasopiśmie naukowym „The Astrophysical Journal Letters”. Towarzyszy im dodatkowa praca oparta wyłącznie na danych z sieci radioteleskopów ALMA. W badaniach projektu EHT udział bierze ponad 300 naukowców z pięciu kontynentów.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Naukowcy zbadali pole magnetyczne na obrzeżach supermasywnej czarnej dziury została wyłączona

Archeolog: odkryliśmy największe w Polsce centrum produkcji garncarskiej z okresu rzymskiego

Olbrzymie centrum produkcji garncarskiej z okresu wpływów rzymskich, czyli mające ponad 1,5 tys. lat, odkryli archeolodzy we Wrzępi (Małopolska). Zdaniem odkrywców jest to największe w Polsce i jedno z największych…

Olbrzymie centrum produkcji garncarskiej z okresu wpływów rzymskich, czyli mające ponad 1,5 tys. lat, odkryli archeolodzy we Wrzępi (Małopolska). Zdaniem odkrywców jest to największe w Polsce i jedno z największych w Europie stanowisk archeologicznych tego typu. Składa się na nie ok. 130 pieców.

Do tej pory w sposób wykopaliskowy archeolodzy przebadali tylko pozostałości po dwóch piecach – pozostałe udało się namierzyć dzięki zastosowaniu magnetometru na obszarze około 5 hektarów.

„Z naszych badań wynika, że wytwarzano tam wyłącznie naczynia zasobowe o charakterystycznych pogrubionych wylewach. Były to duże naczynia do 50 cm średnicy wylewu i około 70 cm wysokości. Naczynia były najpewniej stosowane do przechowywania – np. pożywienia. Znane są odkrycia wkopanych w ziemie tego typu naczyń gdzie pełniły najpewniej rolę swoistych spiżarni” – tłumaczy PAP archeolog Jan Bulas. Wykopaliska we Wrzępi prowadzili też Magdalena Okońska-Bulas i Marcin M. Przybyła.

Naczynia wypalane w odkrytych piecach, wykonywano przy użyciu koła garncarskiego, które w tym okresie upowszechniło się w tym rejonie.

Z dotychczasowych badań wynika, że piece działały pełną parą między przełomem II/III a V w. W tym czasie na tych obszarach mieszkały plemiona germańskie, zapewne Wandalowie.

„Stanowisko we Wrzępi unikatowe jest z wielu względów. Podkreślić należy, iż w świetle obecnej wiedzy jest to nie tylko największe tego typu stanowisko produkcyjne na ziemiach polskich, ale także jedno z największych w całej barbarzyńskiej Europie okresu rzymskiego. Jedynym porównywalnym pod względem liczby pieców miejscem jest wielkie centrum produkcji z Medieșu Aurit w Rumuni, gdzie badacze także na podstawie badań magnetycznych szacują liczbę ponad 200 pieców” – mówi Bulas.

Archeolog przypomina w rozmowie z PAP, że z regionu znane były inne stanowiska z piecami garncarskimi z tego okresu. „Największe do tej pory stanowisko z piecami garncarskimi kultury przeworskiej (identyfikowanej przez archeologów z Wandalami – PAP) znajduje się w Zofipolu pod Krakowem, gdzie dzięki badaniom wykopaliskowym i badaniom geofizycznym namierzono około 57 pieców” – wskazuje Bulas.

Na terenach dzisiejszej Polski w tym samym czasie działały także duże ośrodki produkcji żelaza. Największe znajdowało się w Górach Świętokrzyskich, a kolejne duże ośrodki znane są z Mazowsza i Śląska. Były to jedne z największych starożytnych ośrodków hutniczych na terenie tzw. barbarzyńskiej Europy – przypomina Bulas.

Jego zdaniem zarówno ośrodki produkcji żelaza, jak odkrywane centra produkcji naczyń ceramicznych pokazują, jak silnie rozwinięta w tym czasie była gospodarka barbarzyńców.

Naukowiec podkreśla, że odkrycie we Wrzępi jest ciągle nowe – badania terenowe zakończyły się zaledwie kilka dni temu. Teraz przez badaczami pora na wykonanie specjalistycznych analiz odkrytych zabytków. Jednak planują oni powrócić w teren w przyszłym roku. Bulas mówi, że stanowisko archeologiczne jest niszczone. Wymaga pilnej interwencji i zabezpieczenia możliwie licznych pozostałości pieców.

Archeolodzy chcą się dowiedzieć, czy odkryte przez nich centrum produkcyjne było wykorzystywane przez kilka wieków, czy niezwykle intensywnie przez krótki okres. Nie wiadomo też, jak szerokie zapotrzebowanie zaspakajały wytwarzane tam produkty.

„Wydaje się jednak że lokalne, ponieważ brak jest odkryć naczyń o charakterystycznej technologii znanej z tego regionu na północ od niedaleko położonej Wisły” – zaznacza Bulas. Archeolodzy planują też badania na innych stanowiskach z piecami garncarskimi w regionie, które mogły się specjalizować w produkcji innego typu naczyń.(PAP)

autor: Szymon Zdziebłowski

więcej zdjęć na:

https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C87075%2Carcheolog-odkrylismy-najwieksze-w-polsce-centrum-produkcji-garncarskiej-z

Możliwość komentowania Archeolog: odkryliśmy największe w Polsce centrum produkcji garncarskiej z okresu rzymskiego została wyłączona

Lekcja z historii: ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań

Ludzie potrafili być odporni na niedogodności związane z historycznymi wahaniami klimatu – pokazują badania w „Nature” z udziałem Polaków. Badania te dają nam też lekcję na przyszłość – ze zmianami…

Ludzie potrafili być odporni na niedogodności związane z historycznymi wahaniami klimatu – pokazują badania w „Nature” z udziałem Polaków. Badania te dają nam też lekcję na przyszłość – ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań – komentują autorzy.

W artykule opublikowanym w czasopiśmie „Nature” (https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2), międzynarodowy zespół naukowców – archeologów, geografów, historyków i paleoklimatologów – zestawił przykłady, jak społeczeństwa przystosowały się do wahań klimatu: ochłodzenia w czasie późnoantycznej małej epoki lodowcowej z VI wieku oraz Małej Epoki Lodowcowej, która trwała od XIII do XIX wieku.

DOSTOSOWAĆ SIĘ

„Przez dekady dominowało podejście deterministyczne, w którym klimat i jego zmiany prezentowano często jako decydujący, destrukcyjny czynnik niszczący społeczeństwa, państwa czy gospodarki. W uproszczonych modelach wskazywano na bezbronność dawnych społeczeństw” – komentuje dla PAP jeden z autorów pracy historyk dr hab. Piotr Guzowski z Uniwersytetu w Białymstoku. I dodaje, że publikacja w „Nature” zwracając uwagę na dwa okresy uznawane za kryzysowe pokazuje jednak, że ludzie potrafili być odporni na niedogodności i mogli się do zmienionych warunków dostosować. „Wytworzyli oni mechanizmy gospodarcze, społeczne, instytucjonalne, które nawet w teoretycznie niesprzyjających warunkach pozwalały na rozwój np. rolnictwa czy handlu” – podsumowuje dr Guzowski.

WNIOSKI NA PRZYSZŁOŚĆ

Historyk dr hab. Adam Izdebski z Uniwersytetu Jagiellońskiego zaznacza, że zmiany klimatyczne, które nas czekają w XXI w., są znacznie większe i gwałtowniejsze niż wahania klimatu w czasach historycznych. A poza tym dzisiejsze społeczeństwa, skala zglobalizowania świata i możliwości technologiczne, zrozumienie tego, co się dzieje, jest inne niż w czasach poprzednich zmian w klimacie.

„Na podstawie badań historycznych raczej nie jesteśmy więc w stanie zaproponować rozwiązań na przyszłość, ale jesteśmy w stanie na poziomie strategicznym zauważyć, które społeczeństwa sobie radziły, a które nie” – dodaje dr Izdebski. I tłumaczy, że bardziej odporne były te społeczeństwa, które potrafiły sprawnie się zreorganizować. A to zwykle wiązało się z kosztami.

„Ze zmianami klimatu możemy sobie poradzić, ale wymagają one działań. Jest dużo historycznych przykładów sukcesu, ale one nigdy nie zakładają, że społeczeństwa trwały niezmienione” – ocenia Izdebski.

Jego zdaniem w budowaniu odporności społeczeństw na niekorzystne zmiany ważna jest identyfikacja zasobów, które pomogą przystosować się do zmian i budowanie na tych zasobach.

Naukowcy wymieniają w publikacji pięć sfer, w których społeczeństwa dostosowywały się do nowych warunków klimatycznych.

Naukowcy zidentyfikowali pięć obszarów, w których społeczeństwa dostosowywały się do wahań klimatu. Są to: 1. wykorzystywanie nowych możliwości; 2. Poleganie na odpornych zasobach energetycznych; 3. wykorzystanie handlu; 4. zmiany polityczne i instytucjonalne; 5 migracje i transformacje. Źródło: Dagomar Degroot et al. Nature 2021 https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2

Rys: Naukowcy zidentyfikowali pięć obszarów, w których społeczeństwa dostosowywały się do wahań klimatu. Są to: 1. wykorzystywanie nowych możliwości; 2. Poleganie na odpornych zasobach energetycznych; 3. wykorzystanie handlu; 4. zmiany polityczne i instytucjonalne; 5 migracje i transformacje. Źródło: Dagomar Degroot et al. Nature 2021 https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2

KORZYSTANIE Z NOWYCH MOŻLIWOŚCI

Pierwszą ze sfer jest wykorzystywanie nowych możliwości, które pojawiły się w związku z wahaniami klimatu. I tak np. kiedy stało się bardziej wilgotno – w niektórych miejscach tak dostosowano infrastrukturę, aby umożliwić rozprzestrzenienie się rolnictwa i osadnictwa na terenach, które były dotąd zbyt suche.

ENERGIA

Druga rzecz to poleganie na odpornych zasobach energetycznych. To akurat było o tyle istotne w badanych okresach, że klimat stał się chłodniejszy, więc choćby ogrzewanie domostw stało się istotniejsze. Dr Izdebski podaje przykład Krakowa na przełomie XVIII i XIX w. Kiedy w czasie wojen napoleońskich drogi dostaw węgla drzewnego do miasta zostały odcięte, przerzucono się na węgiel kamienny, który zaczęto przywozić – tymi samymi wozami – z drugiej strony miasta.

Innym sposobem zapewnienia sobie stałego dostępu do energii w czasie Małej Epoki Lodowcowej było zrównoważone wykorzystanie lasów. „Lasów nie wycinano w całości, ale pozwalano im odrastać i w stabilny sposób dostarczać energii” – opisuje dr Izdebski.

HANDEL

Kolejnym elementem zmian w społeczeństwach w związku z wahaniami klimatu było czerpanie z możliwości zapewnianych przez handel. Jeśli jakaś społeczność utraciła możliwość wytwarzania jakiegoś produktu, to za pomocą istniejącej infrastruktury handlowej mogła zacząć go sprowadzać z innych terenów. I tak np. w starożytnej Grecji skupiono się na hodowli oliwek, ale już zboże sprowadzano z Sycylii czy z rejonów Morza Czarnego. Dr Izdebski komentuje, że w sytuacjach ekstremalnych poleganie jedynie na własnych zasobach może nie wystarczyć. A niezależność można uzyskać – paradoksalnie – poprzez korzystanie z zasobów innych regionów.

ELASTYCZNE INSTYTUCJE

Następnym opisanym w publikacji elementem, który pomagał przystosować się do zmian, była adaptacja instytucjonalna. I tak np. kiedy Cesarstwo Wschodniorzymskie doświadczyło wahań klimatu i inwazji pod koniec starożytności, zaczęło się pojawiać wiele zmian prawnych wprowadzanych ad hoc. Historyk z UJ tłumaczy, że zamiast wprowadzać nowe obszerne kodeksy, przygotowywano bryki, kompendia przepisów dotyczących nowej sfery życia, żeby ją szybko zreorganizować. I tak powstawały wyciągi przepisów dotyczące wsi, spraw wojskowych, handlu na morzu.

„Teraz – jeśli chodzi o działania związane z COVID-19 – takie działania ad hoc widać w Polsce i wielu krajach europejskich. A z historii widać, że takie podejście ma sens. Systemy, które są elastyczne i które są w stanie wprowadzać zmiany szybko, są w stanie przetrwać” – podsumowuje dr Izdebski.

MIGRACJE

Kolejną sferą dostosowań są migracje i transformacje. „W Europie i Azji przykładów, kiedy pogarszający się klimat wypychał ludność z danego terenu nie ma dużo” – mówi dr Izdebski. Zaznacza jednak, że na innych kontynentach jak Afryka czy Ameryka takich migracji opisywano więcej. I komentuje, że możliwości adaptacji w złożonych społeczeństwach są dość duże.

„W kontekście obecnych zmian klimatu widzimy więc, że jest pewna zdolność społeczeństw do przyjmowania szoków i znajdowania rozwiązań. Ale do pewnego stopnia. Jeśli zmiany klimatyczne będą znacznie większe – w niektórych obszarach może już nie być przestrzeni do dostosowywana się. I będzie dochodziło do migracji” – ocenia historyk.

JEST NADZIEJA

źródło UwB
dr hab Piotr Guzowski, źródło UwB

Dr Piotr Guzowski podsumowuje: „W sumie to bardzo optymistyczny artykuł, bo zwraca uwagę w jakimś sensie na geniusz ludzki dawnych pokoleń adaptujących się do zmian, daje lepsze podstawy do badania wpływu klimatu na dawne społeczeństwa i pozwala nieco optymistyczniej popatrzeć na zmiany klimatu, które zachodzą obecnie (nawet jeśli mają one inny charakter i intensywność niż kiedyś)”.

A dr Izdebski dodaje: „Te badania są dla nas źródłem nadziei – zdolność dostosowywania się do sytuacji jest wpisana w ludzką kulturę, działanie cywilizacji. Jesteśmy w tym nieźli. Ale to wymaga dostosowywania się. Jeśli nic się nie zrobi, napór ze strony warunków przyrodniczych może być tak duży, że system się załamuje” – podsumowuje dr Izdebski. I dodaje: „chcemy nadać pozytywny sygnał. Może nie taki, że cokolwiek się stanie, to sobie poradzimy, ale raczej taki, że jest dużo możliwości poradzenia sobie. To jednak wymaga wysiłku, zmian, działania”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Lekcja z historii: ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań została wyłączona

Prognozy: śnieżna i mroźna zima? W przyszłości w Polsce będzie raczej wyjątkiem

Śnieżna i mroźna zima, jak w tym roku? W przyszłości będzie ona raczej wyjątkiem. Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy przygotował raport, który odpowiada na pytania, jak będą wyglądać…

Śnieżna i mroźna zima, jak w tym roku? W przyszłości będzie ona raczej wyjątkiem. Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy przygotował raport, który odpowiada na pytania, jak będą wyglądać polskie zimy do 2100 roku.

W lutym br. przez kilkanaście dni utrzymywały się w Polsce śnieg i mróz. A czy w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych śnieżnych i mroźnych zim? Niestety – niekoniecznie. Jak pokazują prognozy klimatyczne przygotowane przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, tegoroczna zima jest bardziej wyjątkiem niż pogodowym standardem, którego możemy spodziewać się przez kolejne dziesięciolecia. Prognozy streścili przedstawiciele Instytutu w przesłanym PAP komunikacie.

Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy w ramach projektu Klimada 2.0 opracował projekcje klimatyczne dla Polski sięgające 2100 roku (https://klimada2.ios.gov.pl/klimat-scenariusze-portal/). Prognozy obejmują między innymi temperaturę powietrza atmosferycznego oraz sumę opadów atmosferycznych.

Opracowując prognozy, przyjęto dwa scenariusze rozwoju. Pierwszy, bardziej optymistyczny z wariantów – RCP4.5 – zakłada, że dzięki wprowadzeniu nowych technologii uda nam się zmniejszyć poziom emisji gazów cieplarnianych do tego stopnia, aby w 2100 roku poziom koncentracji CO2 nie przekraczał 540 ppm. Dla porównania – w 2020 roku wskaźnik ten wynosił 410 ppm. Założenia scenariusza RCP4.5 są szansą na spowolnienie postępujących zmian klimatu i zatrzymanie trwającej degradacji środowiska naturalnego.

Scenariusz ten zakłada, że między dekadami 2021- 2030 a 2081-2090 średnie temperatury w styczniu wzrosną z minus 1 stopnia C do plus 1,2 stopnia C, a więc o 2,2 stopnia C.

Mniej optymistycznym scenariuszem jest wariant RCP8.5, który zakłada utrzymanie aktualnego tempa wzrostu emisji gazów cieplarnianych i osiągnięcie w 2100 roku koncentracji CO2 na poziomie 940 ppm w związku z zachowaniem obecnie wykorzystywanych technologii (tzw. business as usual). Podążanie w kierunku RCP8.5 to droga do postępujących, negatywnych zmian, które w długoletniej perspektywie mogą okazać się zgubne dla całego środowiska.

Według tego scenariusza między dekadą 20210- 2030 a 2081-2090 średnie temperatury w styczniu wzrosną z minus 1,2 stopnia C do 2,7 stopnia C, a więc o 3,9 stopnia C.

„Istotną wspólną cechą dla obydwu wariantów jest większy wzrost wartości średnich temperatur w miesiącach zimowych (grudzień, styczeń, luty) niż miesiącach pozostałych” – skomentowano w komunikacie. I dodano, że w przypadku obydwu scenariuszy intensywność wzrostu temperatury rośnie z zachodu na wschód Polski (taki kierunek zmian jest charakterystyczny dla większości krajów Europy).

„Polska nie jest wyjątkiem – z perspektywy globalnych zmian klimatu, niepokojącym zjawiskiem jest szybsze ocieplanie się klimatu Europy w stosunku to pozostałych części świata. Prognozy EURO-CORDEX wskazują, iż temperatura na Starym Kontynencie w bieżącym wieku będzie nadal rosła w tempie większym od średniej światowej – w porównaniu do okresu 1971-2000 w różnych regionach wzrośnie o 1,4-4,2 st. C w scenariuszu RCP4.5 oraz 2,7 do 6,2 st. C w scenariuszu RCP8.5” – czytamy w informacji prasowej.

IOŚ-PIB przypomina też o dotychczas obserwowanych trendach, jeśli chodzi o średnie temperatury. „Temperatury notowane w ostatnich 40 latach należały do najwyższych w historii instrumentalnych pomiarów w Polsce, a tendencja wzrostowa średniej temperatury powietrza była wyraźna zwłaszcza w miesiącach zimowych. Zmiany widoczne są również w charakterystykach pokrywy śnieżnej, której grubość w okresie 1952-1990 wynosiła średnio w Polsce od 2,5 do 12,9 cm, natomiast w latach 1991-2013 już tylko od 1,7 do 9,7 cm. Wyjątek stanowiły obszary górskie, gdzie notowano pokrywę śnieżną o większej grubości. Skrócił się również czas zalegania śniegu: w latach 1952 – 1990 wynosił on średnio 49 dni, a w 1991 – 2012 – 44 dni. Zmiana jest pozornie niewielka, ale są to średnie wartości w skali całego kraju” – czytamy w informacji prasowej.

Okresem znacznie odbiegającym od wieloletnich pomiarów i obserwacji była zima w 2019 roku, kiedy zaobserwowano temperatury przekraczające średnie wieloletnie dla okresu styczeń – marzec. Podobną tendencję zaobserwowano również rok później – w 2020 roku. Wtedy też temperatura w lutym była znacząco wyższa niż norma w okresie 1971-2000 – w Sandomierzu o 5,4 stopnia C, a w Suwałkach, Wrocławiu, Raciborzu i Kłodzku o 5,1 stopnia C.

Uwagę zwraca fakt, iż na wielu stacjach IMGW (Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej) nie zanotowano wystąpienia pokrywy śnieżnej lub też wystąpiła ona jedynie w pojedynczych dniach. „Wskazuje to na postępującą, obserwowaną w długoletniej perspektywie, tendencję do wzrostu średnich miesięcznych temperatur w miesiącach zimowych oraz do stopniowego zmniejszania się dni z obecnością pokrywy śnieżnej” – skomentowano w komunikacie.

W komunikacie przypomniano, że zima w naszej strefie klimatycznej ma istotne znaczenie nie tylko dla funkcjonowania przyrody oraz rolnictwa. Jeśli bowiem brak pokrywy śnieżnej zimą, to zasilanie wód podziemnych w okresie wiosennym jest skąpe. A w związku z tym występują w późniejszym czasie niskie stany wód w rzekach, a także częściej pojawia się susza (i dłużej się ona utrzymuje).

„Łagodniejsze zimy sprzyjają rozwojowi i ekspansji wielu gatunków roślin – nierzadko inwazyjnych i obcego pochodzenia, zagrażających różnorodności biologicznej naszego krajowego ekosystemu. Niestety wśród gatunków zwierząt, dla których zima okaże się łaskawa, będą również szkodniki, insekty i gatunki przenoszące choroby wektorowo, m.in. kleszcze i komary. Wraz z ociepleniem klimatu, prognozowanym rozwojem i zwiększeniem zasięgu występowania wektorów, możemy spodziewać się istotnego wzrostu ryzyka dla zdrowia oraz zmian w ekosystemach” – komentuje cytowany w komunikacie Krzysztof Skotak z Instytutu Ochrony Środowiska – PIB.

Obecność pokrywy śnieżnej i ujemne temperatury wpływają pośrednio również na funkcjonowanie sektora turystycznego, szczególnie na zimową turystykę górską. (PAP)

Możliwość komentowania Prognozy: śnieżna i mroźna zima? W przyszłości w Polsce będzie raczej wyjątkiem została wyłączona

Polacy opracowali sieć neuronową wykorzystując „masywne” fotony

Zespół kierowany przez Polaków jako pierwszy na świecie zbudował sieć neuronową (sztuczny neuron) opartą o „masywne” fotony – cząstki światła zachowujące się tak, jakby miały masę (tzw. polarytony). Badacze mają…

Zespół kierowany przez Polaków jako pierwszy na świecie zbudował sieć neuronową (sztuczny neuron) opartą o „masywne” fotony – cząstki światła zachowujące się tak, jakby miały masę (tzw. polarytony). Badacze mają nadzieję, że wykorzystanie światła w obliczeniach sztucznej inteligencji jest szansą na duże oszczędności energii. 

Sztuczne sieci neuronowe używane są dziś w coraz większej liczbie zastosowań: w rozpoznawaniu mowy i głosu, obrazów, w tłumaczeniu tekstów, w sterowaniu pojazdami autonomicznymi. „Ilość danych, które chcemy przetwarzać, rośnie, a moc obliczeniowa potrzebna sieciom neuronowym jest bardzo duża i osiąga już limity. Poza tym do przetwarzania tych danych potrzebna jest ogromna ilość energii. Warto zastanowić się więc nad nowymi technologiami” – mówi w rozmowie z PAP prof. Michał Matuszewski z Instytutu Fizyki PAN.

Jego zdaniem nadzieją jest tu przechodzenie z urządzeń elektronicznych – działających za sprawą elektronów – do urządzeń, które wykorzystywać będą fotony, a więc cząstki światła. „Fotony są o tyle dobre, że – w przeciwieństwie do elektronów – ich propagacja odbywa się właściwe bez strat energii” – mówi prof. Matuszewski. Zwraca uwagę, że od dawna stosuje się już tę ideę w telekomunikacji – do przesyłania informacji na duże odległości wykorzystywane są przecież światłowody, a nie elektroniczne kable. Światło jednak cały czas nie jest jeszcze stosowane w wykonywaniu obliczeń komputerowych.

 

Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Fotony są o tyle trudne do wykorzystania w obliczeniach, że – w przeciwieństwie do elektronów – nie oddziałują ze sobą. A takie oddziaływania przydają się choćby do wykonywania operacji w tradycyjnych bramkach logicznych. Naukowcy z FUW – jako pierwsi na świecie – zbudowali sieć neuronową, której działanie jest oparte o fotony zachowujące się tak, jakby miały masę (kwazicząstki – tzw. polarytony). Badania ukazały się w czasopiśmie naukowym „Nano Letters” (https://dx.doi.org/10.1021/acs.nanolett.0c04696 ).

„My w swoich badaniach proponujemy rozwiązanie, które jest hybrydą elektroniki i fotoniki. Sieci neuronowe, które zaprojektowaliśmy, mają niskie zużycie energii, ale pozwalają wykonywać operacje z dużą skutecznością” – mówi prof. Michał Matuszewski.

W badaniach Polaków fotony więzione są w tzw. mikrownękach optycznych – wpuszcza się je pomiędzy dwa supergładkie lustra. „W takich warunkach można sprawić, że zachowują się jak cząstki z bardzo małą masą. Dołożenie do tego elektronów powoduje, że one mogą ze sobą oddziaływać. Fotony takie nazywamy polarytonami. Mamy więc tam silne oddziaływanie światła z materią” – mówi współautorka pracy dr hab. Barbara Piętka.

„Światło to wykorzystaliśmy do nauki rozpoznawania wzorców” – mówi PAP Michał Matuszewski. I opisuje, że sieć optyczną nauczono rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr (tzw. baza MNIST) ze skutecznością 96 proc. A to znaczy, że sztuczny neuron myli odręcznie napisane cyfry tylko raz na 25 prób. A podczas wykonywania jednej operacji zużywa bardzo mało energii – zaledwie 16 pikodżuli.

„To na razie prototyp. Zrealizowaliśmy sztuczny neuron, a konkretnie 1 bramkę logiczną XOR, która wykonuje operacje w sposób sekwencyjny – jedna po drugiej” – mówi prof. Matuszewski.

Schemat ideowy zastosowania kondensatów polarytonów ekscytonowych jako elementu nieliniowej bramki optycznej XOR. Binarna sieć neuromorficzna została zrealizowana z bramek XOR i zastosowana do rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr ze zbioru danych MNIST. Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Rys: Schemat ideowy zastosowania kondensatów polarytonów ekscytonowych jako elementu nieliniowej bramki optycznej XOR. Binarna sieć neuromorficzna została zrealizowana z bramek XOR i zastosowana do rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr ze zbioru danych MNIST. Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021 

Pierwszy autor publikacji Rafał Mirek dodaje, że bramka XOR jest bramką wykonującą operacje logiczne. Jest ona jednak o tyle szczególna, że to bramka nieliniowa. „Na układzie, w którym wykonaliśmy naszą bramkę, możemy zrealizować dowolną inną bramkę logiczną i wykonywać przeróżne operacje logiczne” – zwraca uwagę.

A kolejny autor pracy, Andrzej Opala dodaje: „Światło i materię mieszamy po to, żeby oddziaływania, które powstają w układzie, miały charakter nieliniowy. Nieliniowość ta jest niezbędna do efektywnej realizacji sztucznego neuronu”.

Prof. Barbara Piętka uszczegóławia, że polarytony mają – w odróżnieniu od zwykłych fotonów – bardzo małą (ale niezerową) masę. Przez to następuje tam przejście do tzw. kondensatu Bosego-Einsteina. „Mówi się, że kondensat Bosego-Einsteina to piąty stan materii: po ciele stałym, cieczy, gazie czy plazmie. To układ, w którym cząstki – a dokładniej bozony, wykazują nowe własności kwantowe. Przejście do tego stanu jest silnie nieliniowe” – opowiada.

Na razie eksperymenty zespołu wykonywane są w temperaturach ciekłego helu. „Pracujemy już nad układami działającymi w temperaturze pokojowej. Jesteśmy przekonani, że to da się zrobić. A jest to ważny warunek, żeby rozwiązanie mogło znaleźć praktyczne zastosowanie w technologii” – mówi jeden z autorów badania, dr inż. Krzysztof Tyszka.

Naukowiec zapytany jak sobie wyobraża – w odległej przyszłości – praktyczne zastosowania fotonicznych sieci neuronowych, odpowiada: „na końcu drogi chcielibyśmy, stworzyć scalony układ fotoniczno-elektroniczny, który można byłoby np. wykorzystać jako układ sterowania samochodu autonomicznego. Takie układy mogłyby przetwarzać informacje o warunkach na drodze znacznie efektywniej niż dotychczas – przy niskim zużyciu energii, bez potrzeby łączenia się z Internetem”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Polacy opracowali sieć neuronową wykorzystując „masywne” fotony została wyłączona

Odnaleziono najstarszą szczegółową mapę Mazur z XVI wieku

Szczegółową mapę z XVI wieku, przedstawiającą drogę wodną z Rynu przez Wielkie Jeziora Mazurskie i rzekę Pisę do granicy zakonu krzyżackiego (Księstwa Prus) z Mazowszem, w archiwum w Berlinie-Dahlem odnalazł…

Szczegółową mapę z XVI wieku, przedstawiającą drogę wodną z Rynu przez Wielkie Jeziora Mazurskie i rzekę Pisę do granicy zakonu krzyżackiego (Księstwa Prus) z Mazowszem, w archiwum w Berlinie-Dahlem odnalazł historyk z Olsztyna.

O swoich ustaleniach historyk dr Robert Klimek poinformował na łamach najnowszego numeru pisma regionalno-historycznego „Masovia”. Mapę odnalazł w zasobach Geheimes Staatsarchiv Preussischer Kulturbesitz.

„Ta mapa nie była do tej pory znana w świecie naukowym. Wygląda na to, że jest to najstarsza mapa szczegółowa z obszaru dzisiejszych Mazur. Od kilku lat zajmuję się naukowo i kolekcjonersko starymi mapami Prus. Prześledziłem wszystkie archiwalia w Berlinie, w Polsce, i nie znalazłem starszej” – powiedział PAP dr Klimek.

Okres jej powstania dr Klimek ocenia na I połowę XVI w., na pewno po 1521 r. Swoje wnioski argumentuje nazwami miejscowości, które się na niej pojawiają.

„Najmłodszą wsią wśród zaznaczonych na mapie są Szczechy założone w 1519 r. Brakuje na niej miejscowości powstałych nieco później, takich jak Łupki (1555) i Imionek (1557). W tej sytuacji można wstępnie wnioskować, że powstała ona po roku 1519. Nie jest wykluczone, że wykonano ją jeszcze za czasów zakonu krzyżackiego, chociaż bardziej prawdopodobne jest, że powstała już po jego sekularyzacji, czyli po 1525 r,” – napisał w „Masovii” dr Klimek.

Patrząc od lewej strony mapy, pierwszą zaznaczoną miejscowością jest Ryn – Reynn, gdzie znajdował się zamek krzyżacki zbudowany w latach 1377–1395.

Na opisywanej mapie zaznaczone są Mikołajki, a w nich most między jeziorami Tałty i Mikołajskie. „Po raz pierwszy wymieniono go w źródłach w 1516 r., kiedy odnowiono przywileje dla dwóch sąsiadujących z nim karczm. Tenże most w Mikołajkach został także zaznaczony na mapie pochodzącej z 1576 r. Kaspra Hennenbergera” – pisze dr Klimek.

Same jezioro Śniardwy na opisywanej przez dr Klimka mapie zupełnie odbiega od swego rzeczywistego kształtu. „Jest ono nieproporcjonalnie wydłużone i wąskie” – stwierdza historyk. Nad Śniardwami autor mapy naniósł tylko jedną wieś – Nowe Guty (Gutten), które założono w 1450 r.

„Głównym zadaniem omawianej mapy było przedstawienie drogi wodnej z Rynu przez Pisz i dalej rzeką Pisą – do granicy z Mazowszem. Widać, że miała ona znaczenie komunikacyjne, ponieważ zaznaczone zostały na niej mosty (..), a także odległości w milach” – czytamy w tekście dr Klimka. Opisywana droga wodna wspominana jest w XIV-wiecznej kronice krzyżackiej Wiganda z Marburga.

„Opisywana mapa nie posiada skali czy róży wiatrów i należy do kategorii prymitywnych szkiców kartograficznych, na których występują tylko schematyczne zarysy jezior, rzek oraz napisy objaśniające” – napisał dr Klimek.

Mapa ma kształt litery L; w katalogu opracowanym przez Winfrieda Blissa jest ona zatytułowana jako Spirding-See (jezioro Śniardwy) i datowana na XVI wiek.

Klimkowi nie udało się ustalić autora ani zleceniodawcy mapy. „Aby dokładniej ocenić jej chronologię, należałoby dokonać badania metodą radiowęglową papieru, na którym została stworzona” – zauważył historyk. Jego zdaniem ten wcześniej nieznany zabytek „powinien wnieść nowe spojrzenie badawcze na wykorzystanie gospodarcze jezior mazurskich, rzeki Pisy oraz prekursorskie realizowanie pierwszych prymitywnych map na ziemiach pruskich”.

PAP – Nauka w Polsce, Joanna Kiewisz-Wojciechowska

Możliwość komentowania Odnaleziono najstarszą szczegółową mapę Mazur z XVI wieku została wyłączona

Przestrzeń dla debaty nad etyką w technologii

Wspieranie odpowiedzialnych, czyli przyjaznych człowiekowi i środowisku, innowacji zapowiada Centrum Etyki Technologii (CET) utworzone przy Instytucie Humanites. Chodzi o przeciwdziałanie takim zjawiskom, jak wykluczenie, dyskryminacja, inwigilacja czy dezinformacja oraz zwrócenie…

Wspieranie odpowiedzialnych, czyli przyjaznych człowiekowi i środowisku, innowacji zapowiada Centrum Etyki Technologii (CET) utworzone przy Instytucie Humanites. Chodzi o przeciwdziałanie takim zjawiskom, jak wykluczenie, dyskryminacja, inwigilacja czy dezinformacja oraz zwrócenie uwagi na szans i zagrożenia związane z rozwojem technologii cyfrowych, sztuczną inteligencją, robotyzacją czy internetem rzeczy. 

Zgodnie z raportem z badania Instytutu Humanites „Bariery i Trendy”, 63 proc. Polaków powyżej 15. roku życia twierdzi, że technologie wpływają negatywnie na zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi. Twórcy ośrodka planują debaty na temat pożądanego kierunku rozwoju innowacji. Zależy im również na wpływaniu na kształt legislacji dotyczącej technologii.

„Technologia nie jest ani dobra, ani zła. To my nadajemy jej znacznik etyczny w zależności od celów, do których ją wykorzystujemy. Dlatego trzeba nie tylko konkurować, ale też współpracować na rzecz wyższych wartości. Temat etyki, człowieczeństwa i technologii jest obecny w Instytucie Humanites od początku jego istnienia. Najlepszym tego dowodem jest konferencja „Człowiek i Technologia”, którą w tym roku organizowaliśmy już po raz ósmy” – mówi Zofia Dzik, fundator i prezes Instytutu Humanites.

Instytut jako jeden z pierwszych sygnalizował wpływ metazjawisk, takich jak: kryzys więzi rodzinnych, samotność, infodemia czy algorytmizacja życia człowieka, na rozwój gospodarczy, motywację oraz zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi.

CET stworzy przestrzeń dla debaty międzysektorowej i będzie promować międzynarodowe rekomendacje dotyczące etyki technologii. Oprócz tego zamierza także popularyzować metodyki pozwalające na projektowanie technologii zgodnie z wartościami. W skład Rady Programowej wchodzą m.in. pracownicy naukowi trzech uczelni, etycy, ekonomiści, informatycy i prawnicy, przedstawiciele osób niepełnosprawnych i NGO.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Przestrzeń dla debaty nad etyką w technologii została wyłączona

Pionierki nauki w Polsce

Józefa Joteyko, Helena Willman-Grabowska czy Zofia Daszyńska-Golińska – to obok Marii Skłodowskiej-Curie jedne z pierwszych polskich badaczek. Historyczka nauki dr Iwona Dadej wspomina je w swoim tekście na stronie Polskiej…

Józefa Joteyko, Helena Willman-Grabowska czy Zofia Daszyńska-Golińska – to obok Marii Skłodowskiej-Curie jedne z pierwszych polskich badaczek. Historyczka nauki dr Iwona Dadej wspomina je w swoim tekście na stronie Polskiej Akademii Nauk.

„W polskim kontekście postać Marii Skłodowskiej-Curie jest doskonale znana, jej dokonania naukowe opracowane, ona sama jest nierzadko listkiem figowym przykrywającym mizerię dotychczasowych badań nad historią nauki w perspektywie płci oraz historią kobiet w nauce, a także brak naukowych biografii badaczek i pionierek nauki” – zwraca uwagę dr Iwona Dadej z Instytutu Historii PAN w Warszawie oraz Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie w tekście opublikowanym na stronie Polskiej Akademii Nauk.

Badaczka ubolewa, że zapomina się o niemałej grupie kobiet, które odważyły się iść wyboistą drogą pracy naukowej. „Ja je nawet nazwałabym ‚pokoleniem MSC’, bo były rówieśniczkami Skłodowskiej-Curie, dzieliły generacyjne doświadczenie wykluczania ich z nauki oraz trudnej walki o uznanie, a samą Marię Skłodowską-Curie podziwiały za dokonania i za autorytet, jaki miała w środowisku naukowym, za postawę obywatelską oraz służbę ludzkości i światowemu pokojowi” – pisze dr Dadej.

Wśród pionierek nauki jest choćby Józefa Joteyko (1866-1928), która w Brukseli kierowała instytutem badawczym zajmującym się fizjologią pracy, zjawiskiem zmęczenia, psychologią eksperymentalną. Po zakończeniu I wojny światowej zrezygnowała z prestiżowych stanowisk w Brukseli i przeniosła się do Warszawy, gdzie zajęła się również współtworzeniem psychologii pedagogicznej, pedagogiki pracy. „Wkład Joteyko pozostaje znany nielicznej garstce badaczy, a przecież była ona dla swoich współczesnych przykładem Polki, która odniosła wielki sukces zagranicą oraz była stawiana za wzór do naśladowania dla młodszych adeptek nauki” – komentuje dr Dajej.

Kolejną postacią jest Helena Willman-Grabowska (1870-1957), która była językoznawczynią, badającą kilkanaście języków tak europejskich, jak i orientalnych, jak np. sanskryt. Była także badaczką z Polski, której dzięki swojej pracy i zacięciu naukowemu udało się uzyskać profesurę z sanskrytu – najpierw w Paryżu, a po powrocie do Polski i długich staraniach także profesurę na Uniwersytecie Jagiellońskim. „Ona również, jak i Curie czy Joteyko, została najpierw doceniona zagranicą” – komentuje badaczka z CBH PAN.

Warto również zainteresować się pracami Zofii Daszyńskiej-Golińskiej (1866-1934). Była ona historyczką, zajmowała się statystyką, demografią i historią gospodarczą, w II RP wykładała w Wolnej Wszechnicy Polskiej i była parlamentarzystką. Jej szerokie zainteresowania badawcze determinowane były niewątpliwie zaangażowaniem obywatelskim i politycznym na rzecz sprawiedliwego społeczeństwa. „Śmiało można ją uznać za ‚public intellectual’, która z racji swojego doświadczenia naukowego zabierała głos w sprawach ważnych tematów społecznych i politycznych przed 1914 rokiem oraz w okresie międzywojennym” – ocenia dr Dadej.

Historyczka ocenia, że pierwsze badaczki miały zdecydowanie trudniejszy start niż ich koledzy. „Były pod ciągłym obstrzałem opinii publicznej i były ciągle konfrontowane z wyobrażeniami na temat roli kobiet w społeczeństwie. A w tych wyobrażeniach zupełnie nie było miejsca na intelektualną pracę, badania naukowe, eksperymenty w laboratoriach czy występy w salach wykładowych. Nie miały też większych szans na prestiżowe stanowiska w strukturach naukowych. Mimo tego jest cały szereg badaczek, które z fascynacji nauką podjęły się tego trudnego zadania bycia pionierkami. Wbrew otaczającej je rzeczywistości robiły swoje, pracowały w nauce, dla nauki, dla postępu, dla ludzkości. Szansą dla niektórych z nich okazały się „nowe” dziedziny badawcze” – czytamy w tekście na stronie PAN.

Do tych nowych dziedzin należy bakteriologia, do rozwoju której walnie przyczyniły się choćby Helena Sparrow-Germa (1891-1970) i Stanisława Adamowiczowa (1888-1965), które były zaangażowane w zwalczanie epidemii, szczepienia ochronne, ale i politykę zdrowia publicznego. Obydwie również zdobyły międzynarodowy rozgłos: jako ekspertki od epidemii oraz za zaangażowanie na rzecz kobiet w nauce.

Jeśli chodzi o antropologię, należy pamiętać o Marii Czaplickiej (1886-1921) oraz Cezarii Baudouin de Courtenay Ehrenkreutz Jędrzejewiczowej (1885-1967) z ich pionierskimi badaniami i formatem intelektualnym oraz międzynarodowymi umiejscowieniami (Czaplicka była pracownicą naukową, docentką w Oxfordzie).

Dr Dadej przypomina też, że pierwszą kobietą z profesurą w naukach ścisłych była Alicja Dorabialska (1897-1975), która działała w laboratorium Marii Skłodowskiej-Curie w Paryżu w latach 20. i zajmowała się chemią fizyczną, a w latach 30. została pierwszą kobietą na stanowisku profesorskim na Politechnice Lwowskiej.

Dr Dadej wspomina, że udział kobiet w strukturach naukowych długo nie był możliwy, a widoczność kobiet przez dugi czas była tam niewielka. „Dlatego też akademiczki z różnych krajów, żeby walczyć o uznanie w strukturach i murach ‚scientific community’, stworzyły własną sieć organizacji zawodowych na zasadach federacyjnych, których emanacją była International Federation of University Women (IFUW). Należało do niej Polskie Stowarzyszenie Kobiet z Wyższym Wyksztalceniem (PSKzWW)” – czytamy na stronie PAN. Dodaje jednak, że II wojna światowa unicestwiła tę ideę dyplomacji naukowej i wymiany naukowej kobiet ze wszystkich krajów i kontynentów.

Dr Dadej porusza też temat obecności kobiet w strukturach Polskiej Akademii Nauk. „W pierwotnym składzie PAN, w chwili jej powołania znalazły się trzy profesorki przy 145 profesorach. I taki procentowy udział kobiet w strukturach PAN nie podlegał rewolucyjnym zmianom” – komentuje historyczka nauki.

Wspomina Wilhelminę Iwanowską (1905-1999), która zakładała Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu i była uznaną w świecie astrofizyczką. A także Natalię Gąsiorowską-Grabowską (1881-1964), która w swoich badaniach zajmowała się historią gospodarczą, historią prawa, historią ruchu robotniczego.

„Gąsiorowską i Iwanowską bezsprzecznie można nazwać pionierkami w wielu wymiarach: były jeśli nie pierwszymi, to przynajmniej jednymi z niewielu, które zdobyły habilitacje w swoim cechu zawodowym: Gąsiorowska była jedną z kilku habilitantek z zakresu historii, a Iwanowska była jedyną astrofizyczką z habilitacją. Po wojnie weszły w skład gremiów i struktur władzy w organizacji i zarządzaniu nauką, po raz kolejny przecierając koleżankom badaczkom szlaki” – podsumowuje dr Dadej.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Pionierki nauki w Polsce została wyłączona

Zoologowie: tradycyjnie wiosennego pojawu bocianów oczekiwano 19 marca

Pierwsze bociany obserwowane są – przede wszystkim w zachodniej Polsce – już od początku marca. Tradycyjnie jednak ich wiosennego pojawu oczekiwano 19 marca – przypominają zoologowie. Ptaki przylatujące najwcześniej to…

Pierwsze bociany obserwowane są – przede wszystkim w zachodniej Polsce – już od początku marca. Tradycyjnie jednak ich wiosennego pojawu oczekiwano 19 marca – przypominają zoologowie. Ptaki przylatujące najwcześniej to zwykle osobniki bardziej doświadczone i w lepszej kondycji. 

Prof. Piotr Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu zaleca powściągliwość, jeśli chodzi o doniesienia w stylu: „nasze bociany już zajmują gniazda”. Zoolog wyjaśnia, że część bocianów próbuje zimować w Polsce, w czym pomagają im ludzie i sprzyja coraz łagodniejsza zimowa aura. Dodaje, że część ptaków zatrzymuje się na Bliskim Wchodzie.

Stado bocianów tuż po przekroczeniu Morza Czerwonego (południowy Izrael, marzec 2019 r.). Fot. P.Tryjanowski
Stado bocianów tuż po przekroczeniu Morza Czerwonego (południowy Izrael, marzec 2019 r.). Fot. Piotr Tryjanowski

 

Członkowie Grupy Badawczej Bociana Białego (GBBB), zrzeszającej miłośników tego gatunku – profesjonalnych naukowców, amatorów i praktyków ochroniarzy – zwracają uwagę, że bocian bywa często mylony z żurawiem. „Świadczy o tym fakt, iż osoby relacjonujące przyloty bocianów do południowej Polski, powołują się na … klangor, a więc typowy, donośny głos żurawia. Jest to niestety kolejny dowód, że, jako społeczeństwo, tracimy wiedzę przyrodniczą, nawet na temat sporych i charyzmatycznych gatunków” – konstatuje prof. Tryjanowski, cytowany w materiale prasowym przesłanym przez swoją uczelnię.

Osoby wyczekujące ptasich przylotów nie muszą się ograniczać do wpatrywania w niebo czy monitorowania bocianich gniazd. Z pomocą przychodzi im bowiem technika, np. kamery internetowe, zainstalowane w pobliżu ptasich gniazd (m.in. bardzo popularna bociania transmisja z Przygodzic w Wielkopolsce). Mogą się też przypatrywać wędrówce konkretnych osobników. Na Opolszczyźnie dziesiątki bocianów zaopatrzył w specjalne nadajniki satelitarne zespół Silesiana pod kierunkiem Joachima Siekiery. „Współczesne nadajniki są nie tylko lekkie i ergonomiczne, ale zbierają – nawet w odstępach 20-sekundowych – takie dane, jak tętno pracy serca, temperatura ciała ptaka, wysokość lotu i oczywiście bardzo dokładną pozycję geograficzną. W nieprawdopodobny sposób zmieniło to nasze możliwości analiz – zwłaszcza, jeśli można współpracować w szerszym zespole” – wyjaśnia Joachim Siekiera. – „Na przykład wiemy, że w tym roku w połowie marca nasze ptaki są w Egipcie”.

Monitoring bocianów, 14 marca 2021, źródło: UPP
Monitoring bocianów, 14 marca 2021 g. 20:00

 

Specjaliści z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu zwracają uwagę, że wpatrywanie się w niebo, jak i spoglądanie na łąkę czy na gniazdo, to wątek od dawna obecny w kulturze. Jeśli pierwszy raz widziano bociana lecącego – to przynosił szczęście, jeśli chodził wówczas po łące – to wróżyło ciężką pracę, jeśli zaś odpoczywał na gnieździe – był to raczej zły omen.

W materiale prasowym UPP przypomniano treść ankiety, przygotowanej w 1958 roku z okazji Międzynarodowego Spisu Bociana Białego, a opracowanej przez prof. Andrzeja Wuczyńskiego z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. O „bocianich” wierzeniach tak pisał wówczas nauczyciel z Boguszyna w pow. jarocińskim: „Zobaczenie pierwszego bociana na wiosnę w locie przynosi człowiekowi szczęśliwy rok lub wędrówkę (zmianę mieszkania), bocian na ziemi chodzi – nie ma wędrówki, życie bez zmian, bocian na ziemi na jednej nodze – zapowiada śmierć kogoś w rodzinie”.

„Po prostu cieszmy się, że te ptaki są wciąż z nami” – mówi prof. Tryjanowski. Dodaje, że „wyniki badań nad liczebnością tego gatunku, zwłaszcza w zachodniej i południowej Polsce, nie dostarczają powodów do optymizmu. Populacja zmniejsza się, a Polska najprawdopodobniej przestała być bocianim krajem numer jeden. Stąd też dziwi, a nawet zaskakuje badaczy fakt, że bocian biały nie znalazł się w nowej Czerwonej Liście ptaków Polski. Wiele sugestii wskazuje, iż pod względem liczebności wyprzedza już nas Hiszpania. Jako pocieszenie, zawsze możemy sobie zanucić pod nosem, że mamy jeszcze drugie miejsce na podium”.

Zoologowie wyjaśniają, że zbyt wczesny przylot bywa dla ptaków kosztowny – zwłaszcza, gdy powraca zimowa aura z mrozami i śniegiem, co w marcu, kwietniu, a nawet w maju, nie jest rzadkością. „Jednak ryzyko generalnie się opłaca” – podkreśla prof. Tryjanowski. – „A wcześniej przylatujące ptaki to pewnie osobniki bardziej doświadczone i w lepszej kondycji”.

„Proces zajmowania gniazd ma określony charakter. Gniazda, zwłaszcza największe, znajdujące się w granicach najlepszych terytoriów, to obiekt pożądania wszystkich bocianów. Nic dziwnego, że toczą się o nie zacięte walki” – zauważa Adam Zbyryt z Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (PTOP) i Uniwersytetu w Białymstoku.

„Jednak – zupełnie jak w sprzedażach miejskich nieruchomości – dom to jedno, ale liczy się też okolica” – dopowiada prof. Tryjanowski. Potwierdzają to badania zespołu prof. Leszka Jerzaka z Uniwersytetu Zielonogórskiego. „Zaskoczyło nas, że nie tylko poziom wody w Odrze ma wpływ na sekwencję zajmowania gniazd, ale ważne jest też występowanie … wypasanego bydła. To zapewne ma związek z dostępnością do pokarmu” – wyjaśnia prof. Jerzak. – „A to wpływa na kondycję samicy stojącej przed koniecznością rozpoczęcia energochłonnego procesu reprodukcji, składania jaj”.

Czy łatwo odróżnić samca od samicy w czasie bocianich przylotów? Zdecydowanie nie – zgodnie twierdzą badacze, profesjonaliści i amatorzy zrzeszeni w GBBB. Wszystko staje się łatwiejsze, gdy bociany są wyposażone w specjalne obrączki ornitologiczne, z dobrze widocznymi numerami, które można odczytać przez lunetę. „To wielka pomoc dla badaczy” – przyznaje prof. Tryjanowski.

Samica bociana, rozpoznana po kolorowej obrączce, już na gnieździe w Grecji (marzec, 2021 r.). Fot. Lila Karta
Samica bociana – rozpoznana po kolorowej obrączce – już na gnieździe w Grecji (marzec, 2021 r.). Fot. Lila Karta

 

Dla naukowców kluczowe pozostaje pytanie, dlaczego samce i samice bociana mają nieco odmienne strategie migracji. Nowe światło rzucają na to wspólne badania zespołów z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i Uniwersytetu Szczecińskiego, a rąbka tajemnicy uchyla ich koordynator dr Zbigniew Kwieciński. – Popatrzmy na bociany jak na samoloty, choć gwoli precyzji raczej to motoszybowce, bo wznosząc się muszą zainwestować sporo energii, a dalej już lecą z ciepłymi prądami powietrza. Choć niezwykle trudno dostrzec u bocianów różnice płciowe, to jednak, gdy popatrzymy na budowę jelit, samice istotnie różnią się od samców. Bocianie panie mają jelita dłuższe niż panowie, co wiąże się z ich trybem życia. – Kolejny dowód na to, ważny do zapamiętania nie tylko na wiosnę, że liczy się wnętrze – razem zgodnie żartują prof. Tryjanowski i dr Kwieciński.

Nauka w Polsce – PAP

Możliwość komentowania Zoologowie: tradycyjnie wiosennego pojawu bocianów oczekiwano 19 marca została wyłączona

Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji….

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji.

Chodzi o projekt nowelizacji ustaw Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce i ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty.

Przygotowane w Ministerstwie Zdrowia rozwiązanie to – jak wskazują jego autorzy – szansa na uzyskanie zawodu lekarza przez osoby uzdolnione, które mimo uzyskania wysokich wyników na egzaminie dojrzałości, nie dostały się na studia na kierunku lekarskim w trybie stacjonarnym, a które z braku wystarczających środków finansowych nie mogły podjąć takich studiów odpłatnie.

Założono, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci odbywający studia na kierunku lekarskim, prowadzone w języku polskim, na warunkach odpłatności w polskich uczelniach wyższych (studia niestacjonarne w uczelniach publicznych i studia stacjonarne w uczelniach niepublicznych).

Studenci, którzy zdecydują się na skorzystanie z kredytu na studia medyczne, uzyskają możliwość pokrycia częściowego albo całkowitego kosztu kształcenia na tych studiach ze środków pochodzących z budżetu państwa, a następnie, po spełnieniu określonych warunków, jego częściowego lub całkowitego umorzenia.

MZ podaje, że koszt kształcenia obejmujący okres 6-letnich studiów na kierunku lekarskim w kraju wynosi, zależnie od uczelni, od 200 tys. zł do 250 tys. zł.

Kredytowanie studiów odbywało się będzie w transzach wypłacanych przez podmiot udzielający kredytu na studia medyczne (bank) na wyodrębniony rachunek uczelni przez okres trwania studiów, nie dłużej jednak niż przez 6 lat. Kredyt będzie miał preferencyjny charakter, przejawiający się m.in.: niskim oprocentowaniem, możliwością wystąpienia przez kredytobiorcę o wcześniejsze rozpoczęcie spłaty kredytu, możliwością wydłużenia lub skrócenia okresu spłaty kredytu, możliwością obniżenia wysokości miesięcznej raty kredytu, a w przypadku trudnej sytuacji życiowej kredytobiorcy możliwością zawieszenia spłaty kredytu wraz z odsetkami na okres nie dłuższy niż 12 miesięcy.

Przewiduje się, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci, którzy rozpoczęli studia przed rokiem akademickim 2021/2022, jak również podejmujący studia, począwszy od roku akademickiego 2021/2022. Skorzystanie z tej formy wsparcia studentów nie będzie mieć charakteru obligatoryjnego – studenci, którzy nie będą chcieli skorzystać z tej formy pomocy udzielonej z budżetu państwa, będą mogli podejmować i odbywać kształcenie na zasadach dotychczasowych.

Umorzenie kredytu w całości, na kierunku lekarskim, będzie możliwe pod warunkiem spełnienia łącznie dwóch warunków: obowiązku odpracowania studiów po ich ukończeniu przez okres nie krótszy niż 10 lat w okresie 12 kolejnych lat liczonych od dnia ukończenia studiów, w podmiotach wykonujących działalność leczniczą w Polsce i udzielających świadczeń finansowanych ze środków publicznych oraz obowiązku uzyskania w tym okresie tytułu specjalisty w dziedzinie medycyny uznanej za priorytetową w dniu rozpoczęcia przez lekarza szkolenia specjalizacyjnego.

Dodatkowo w ustawie przewidziano możliwość umorzenia kredytu na wniosek kredytobiorcy, w zależności od okresu wykonywania przez niego zawodu lekarza po ukończeniu studiów oraz liczby semestrów sfinansowanych z kredytu na studia medyczne. Możliwość ta zostanie szczegółowo przedstawiona w projekcie rozporządzenia do ustawy. (PAP)

Autor: Katarzyna Lechowicz-Dyl

Możliwość komentowania Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia została wyłączona

Badanie: bezpieczeństwo i dostępność najważniejsze dla użytkowników chmur

Dostępność oraz bezpieczeństwo – to najważniejsze cechy chmur obliczeniowych, jakie wskazali użytkownicy tej technologii – wynika z badań ankietowych przeprowadzonych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach Badacze z dr. Arturem Strzeleckim…

Dostępność oraz bezpieczeństwo – to najważniejsze cechy chmur obliczeniowych, jakie wskazali użytkownicy tej technologii – wynika z badań ankietowych przeprowadzonych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach

Badacze z dr. Arturem Strzeleckim z UE w Katowicach na czele przeanalizowali ankiety od ponad 250 osób na co dzień pracujących z technologią chmurową. „Zapytaliśmy, jak oceniają oni aktualnie dostępne chmury, z których korzystają najczęściej, czy uważają je za użyteczne, dostępne, jak postrzegają bezpieczeństwo i jak oceniają usługi i jakość tego systemu. Wyniki pokazały, że użytkownicy postrzegają chmury jako bardzo bezpieczne. Wskazują oni również na dostępność, rozumianą jako możliwość skorzystania z tych narzędzi niemal od ręki” – tłumaczył Strzelecki.

Na podstawie wyników badacze następnie stworzyli model równań strukturalnych. „Z naszych wyników z jednej strony mogą skorzystać operatorzy chmur, żeby na tej podstawie ulepszyć pewne rozwiązania, a z drugiej ci profesjonalni użytkownicy, którzy widzą, jakie rozwiązania zostały lepiej ocenione, a jakie mniej” – powiedział.

Artykuł na ten temat pt. „Akceptacja rozwiązań technologii chmurowej wśród użytkowników” został opublikowany w „Sustainability”.

Dr Strzelecki przypomniał, że chmura to określenie dotyczące sprzętu komputerowego, który znajduje się poza miejscem działalności, np. przedsiębiorstwa. „To sprzęt, oprogramowanie, bazy danych, moc obliczeniowa, dostęp przez internet do pewnych rozwiązań. Korzystając z chmury obliczeniowej firmy dzierżawią ten sprzęt, opłacają dostęp i mogą korzystać z tej infrastruktury informatycznej” – mówił.

Jak wyjaśnił, chmury obliczeniowe (ang. cloud computing) podzielić można na trzy typy: sprzęt i infrastruktura (użytkownicy nie muszą posiadać sprzętu np. serwerów, procesorów, dysków twardych itd., mogą wykupić dostęp do nich), narzędzia informatyczne (platforma z gotowymi do użycia narzędziami np. do tworzenia stron czy aplikacji) oraz gotowe usługi informatyczne (nie trzeba ich instalować na komputerze, wystarczy przeglądarka internetowa; to np. popularne wśród użytkowników Google Docs albo Office 365, a także Google Drive, Dropbox czy iCloud).

„Z dwóch pierwszych typów chmur korzystają głównie przedsiębiorstwa albo profesjonaliści, z trzeciego – konsumenci indywidualni” – dodał Strzelecki.

Jego zdaniem technologia chmurowa będzie się dalej rozwijać. „Możliwe, że niebawem nie będziemy mieli zainstalowanego systemu na naszym komputerze, nasz komputer nie będzie miał twardego dysku, bo wystarczy szybkie łącze internetowe i dostęp do chmury właśnie. Z takiego rozwiązania już od kilku lat korzystamy w naszym Centrum Nowych Technologii Informatycznych. Zwykły użytkownik nie zauważy różnicy” – powiedział.

W jego ocenie rozwiązania chmurowe, choć i tak są płatne, to są tańszą opcją dla użytkowników korzystających z tej technologii na co dzień; są też bezpieczne. „W tych centrach danych informacje bezpieczne są na 99,99 proc., nic im się nie stanie, nikt ich nie wykradnie, nie zostaną zniszczone np. przez pożar czy zalanie, bo jest ich kilka kopii. Owszem, zdarzają się ataki hakerskie czy awarie, ale zwykły Kowalski nie ma się czym przejmować. Bo on najprawdopodobniej nigdy nie stracił maili na Gmailu, nie zgubiły mu się pliki na Google Drive’ie – chyba że je sobie sam skasował. Dla zwykłego Kowalskiego jest to bezpieczne rozwiązanie do przechowywania danych” – podsumował dr Strzelecki.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

Możliwość komentowania Badanie: bezpieczeństwo i dostępność najważniejsze dla użytkowników chmur została wyłączona

Popioły powstające w wyniku spalania węgla mogą absorbować CO2

Popioły, powstające w procesach spalania węgla w energetyce, mogą być przetwarzane w zeolity – tzw. sita molekularne – o wysokiej skuteczności wychwytywania CO2 – wskazują naukowcy, którzy przez ponad trzy…

Popioły, powstające w procesach spalania węgla w energetyce, mogą być przetwarzane w zeolity – tzw. sita molekularne – o wysokiej skuteczności wychwytywania CO2 – wskazują naukowcy, którzy przez ponad trzy lata sprawdzali taką możliwość w ramach międzynarodowego projektu badawczego. 

Współfinansowane z europejskiego Funduszu Badawczego Węgla i Stali przedsięwzięcie pod nazwą Coalbypro skupiło instytucje badawcze i przedsiębiorstwa z Polski, Czech, Grecji i Niemiec. Ze strony polskiej w trwającym od 2017 r. projekcie uczestniczył Główny Instytut Górnictwa (GIG) w Katowicach.

Badacze sprawdzali możliwości ograniczenia emisji CO2 przy wykorzystaniu produktów odpadowych z procesu energetycznego spalania węgla, czyli popiołów lotnych – to uboczne produkty spalania, które obecnie najczęściej są składowane lub wykorzystywane, np. w budownictwie, drogownictwie czy górnictwie, jako materiał podsadzkowy. Alternatywnym sposobem zagospodarowania popiołów jest uczynienie z nich materiałów sorpcyjnych w postaci zeolitów.

Zeolity, nazywane również sitami molekularnymi, dzięki swoim właściwościom mogą być wykorzystywane do usuwania różnego typu zanieczyszczeń. To naturalne lub syntetyczne glinokrzemiany, charakteryzujące się wysoką zdolnością adsorpcji jonów i gazów – także dwutlenku węgla.

„Opracowaliśmy kilka metod syntezy zeolitów na bazie popiołów otrzymanych ze spalania węgla kamiennego i brunatnego, a wyniki badań pozwoliły nam określić, jaki jest potencjał ich gospodarczego wykorzystania. Zsyntetyzowane zeolity wykazywały stosunkowo dobrą wydajność wychwytu CO2 w porównaniu z innymi sorbentami – antracytem, węglem aktywnym oraz naturalnym zeolitem” – wyjaśniła w poniedziałek prof. Barbara Białecka, kierująca projektem w GIG.

„Otrzymany sorbent to stosunkowo tani materiał, którego proces syntezy prowadzony jest w stosunkowo niskiej temperaturze – maksymalnie 80 stopni Celsjusza – i cechuje się niskim śladem węglowym” – dodała profesor. Naukowcy oceniają, że mineralna sekwestracja może być jednym ze sposobów wychwytywania i wykorzystania CO2.

W ramach projektu potwierdzono też, że zeolity po procesie sorpcji dwutlenku węgla mogą być wykorzystane jako substytut kruszywa naturalnego np. w zaprawach cementowych stosowanych do wypełniania wyrobisk górniczych, jako materiały do usuwania metali ze ścieków czy jako dodatki do podłoży rekultywacyjnych terenów poprzemysłowych i zdegradowanych.

Badania wykazały, że dodatek zeolitu po sorpcji CO2 do zaprawy cementowej w ilości nie większej niż 10 proc. w stosunku do wagi kruszywa naturalnego (piasku) nie powoduje istotnego obniżenia wytrzymałości takiej zaprawy. Jednocześnie stosując zeolit po sorpcji CO2 uzyskano znaczną skuteczność usuwania metali ciężkich – głównie baru i strontu, żelaza, niklu i cynku oraz związków organicznych. Naukowcy udowodnili także, że dodanie takiego zeolitu do podłoża pozytywnie wpływa na rozwój i kondycję zasianych tam gatunków traw.

Innowacyjność międzynarodowego projektu, w którym uczestniczył GIG, polegała przede wszystkim na udowodnieniu, że jedną z dróg do redukcji emisji szkodzącego klimatowi dwutlenku węgla jest wykorzystanie ubocznych produktów spalania węgla, które mogą być sorbentami tego gazu.(PAP)

autor: Marek Błoński

Możliwość komentowania Popioły powstające w wyniku spalania węgla mogą absorbować CO2 została wyłączona

Symulatory lotnicze na uczelniach technicznych

Wirtualne loty pozwalają na kształcenie studentów w zakresie podstaw mechaniki lotniczej. Dzięki symulatorom lotniczym absolwenci uczelni technicznych dokładnie wiedzą, jakie przyrządy znajdują się w kabinach rzeczywistych statków powietrznych, jak działają,…

Wirtualne loty pozwalają na kształcenie studentów w zakresie podstaw mechaniki lotniczej. Dzięki symulatorom lotniczym absolwenci uczelni technicznych dokładnie wiedzą, jakie przyrządy znajdują się w kabinach rzeczywistych statków powietrznych, jak działają, jak mogą działać nieprawidłowo i z jakimi innymi systemami współpracują.

Zajęcia to często gry symulacyjne na niezwykłym sprzęcie, który można rozwijać o własną elektronikę i oprogramowanie.

„Działanie większości symulatorów jest oparte o grę komputerową. Na naszych stanowiskach zainstalowane są gry Microsoft Flight Simulator, Falcon BMS czy też Prepar3D – takie, które każdy może pobrać z internetu. Podstawowy sprzęt gracza można rozwinąć o joystick, klawiaturę, albo o autorską elektronikę, która pozwala podłączyć własne urządzenia. Zaawansowani użytkownicy mogą dodać oprogramowanie, które sprawia, że gra staje się bardziej realna i symuluje działanie prawdziwego samolotu” – tłumaczy dr inż. Krzysztof Kaźmierczak, jeden z inicjatorów powstania takiej pracowni w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie.

Na symulatorze bezzałogowego statku powietrznego można się nauczyć, jak wygląda współpraca pilota z operatorem systemów obserwacyjnych zainstalowanych na dronie. A jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak ląduje się śmigłowcem na pokładzie okrętu – pozwala na to symulator z wirtualną rzeczywistością.

PRACOWNIE ROZWIJANE PRZEZ PASJONATÓW

Jak wylicza naukowiec, na różnych uczelniach rozwijane są pracownie symulatorów, które umożliwiają studentom praktyczne zapoznanie się ze sprzętem lotniczym.

Politechnika Krakowska od kilku lat posiada symulator kokpitu myśliwca F-16 wykonany dzięki zaangażowaniu dra Dariusza Karpisza wraz z zespołem studentów. Politechnika Lubelska rozwija własne rozwiązanie oparte o okulary wirtualnej rzeczywistości.

Laboratorium Symulatorów znajduje się również w Zakładzie Automatyki i Osprzętu Lotniczego przy Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, gdzie jednym z najbardziej znanych studentom stanowisk jest symulator polskiego śmigłowca SW4. Na PW również kilkanaście lat temu został zbudowany przez studentów Koła Naukowego symulator lotu szybowca.

Najświeższą informacją w temacie studenckich symulatorów jest „Aviator AGH” – symulator lotniczy samolotu Cessna 172SP budowany przez studentów Akademii Górniczo-Hutniczej.

Część uczelni kupuje urządzenia treningowe bezpośrednio od producentów profesjonalnych symulatorów. Na przykład, komercyjne stanowiska zostały zakupione do Laboratorium Badań Symulatorowych przez Politechnikę Poznańską.

Na koniec rozmówca PAP wspomina o Akademickim Centrum Szkolenia Lotniczego w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie wyposażonym w certyfikowane urządzenia treningowe przeznaczone do szkolenia pilotów.

SZKOŁA MECHANIKÓW LOTNICZYCH

Pracownia Systemów Zobrazowania i Symulatorów WAT znajduje na Wydziale Mechatroniki, Uzbrojenia i Lotnictwa WAT. Studenci uczą się tu na przyrządach identycznych jak te, które są zainstalowane w rzeczywistych statkach powietrznych. Po co, skoro nie jest to „szkoła pilotów”?

„Mogą dzięki temu podjąć pracę mechaników w służbach lotniczych. We współczesnych statkach powietrznych usterki diagnozowane są w trakcie lotu, a komunikaty o nich wyświetlają się na urządzeniach w kabinie. Potem pilot zapisuje w dzienniku pokładowym wszelkie zaobserwowane usterki. Mechanik dokonuje tzw. odbioru oraz samodzielnej diagnozy i naprawy usterek. Wykorzystuje przy tym informacje generowane na przyrządach i wyświetlaczach w kabinie samolotu. Pomaga mu wiedza, którą zaczął zdobywać na symulatorach” – tłumaczy dr inż. Kaźmierczak w filmie nagranym z udziałem studentów. Film „Gdzie nie kończy się pasja, a zaczyna nauka” jest dostępny na kanale YT akademii.

Wyjaśnia, że symulatory to stanowiska, które zastępują fizyczny kontakt ze statkiem powietrznym. Obejrzenie kabiny pilotów nie jest łatwe w warunkach rzeczywistych. Zwiedzić można jedynie samolot stojący na płycie lotniska. Nie widać wówczas, jak działają przyrządy i jakie informacje się na nich wyświetlają.

„Airbus 320 i Boeing 737 to najpopularniejsze statki powietrzne, które nieco różnią się filozofią działania. Boeing 737 NG prezentuje tzw. starą szkołę, gdzie pilot do sterowania używa wolantu, przekazującego sygnały do hydraulicznych urządzeń wykonawczych. W Airbusie 320 mamy elektroniczny system sterowania lotem „Fly by wire”, wykorzystujący szereg czujników i układów elektronicznych oraz w roli sterownika – joystick. Pojawia się tu już zaawansowany system zobrazowania informacji pilotażowych, nawigacyjnych oraz usterek, który jest obsługiwany z komputera w kabinie” – opisuje naukowiec przykładowe symulatory, którymi dysponuje WAT.

Obok symulatorów statków typu General Aviation w pracowni jest także symulator użytkowanego przez Siły Powietrzne „Jastrzębia” F16, stanowiącego efekt prac 7-osobowej grupy w ramach projektu dla młodych naukowców. Ponadto do dyspozycji studentów jest Cessna i inne powszechnie znane samoloty. Niektóre stanowiska można certyfikować na 5 godzin rzeczywistej nauki dla pilotów. Podobne, niekomercyjne stanowiska do nauki, trudno jest znaleźć poza uczelniami.

„Producenci samolotów z reguły od symulatorów badawczych zaczynają prace nad kolejnymi modelami. Nie zajmują się jednak sprzedażą symulatorów lotu. Profesjonalne symulatory do szkolenia pilotów wykonują specjalne firmy. Pełne certyfikowane symulatory lotu mogą kosztować do 10 mln dolarów, przy cenie nowego samolotu 97 mln dolarów” – szacuje naukowiec.

Dlatego pasjonaci muszą raczej liczyć na inicjatywy innych pasjonatów, których niemało wśród naukowców. I tak, w niektórych pracowniach na wydziałach lotniczych najpierw pojawiły się gry, potem dobudowywano do nich sprzęt, następnie płytki elektroniczne, do których można było podłączać przełączniki. A dalej wprowadzano takie aktualizacje tych gier, dzięki którym najwierniej oddają one specyfikę lotu danym typem samolotu. Dzięki temu obecnie sterować samolotem można w domu… lub na zajęciach na uczelni.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

Możliwość komentowania Symulatory lotnicze na uczelniach technicznych została wyłączona

Przełomowe badania polskich matematyków o symetriach wszystkich symetrii

Polskim matematykom udało się rozwiązać ważny problem dotyczący symetrii wszystkich symetrii. Był to nierozwiązany od kilku dekad problem – jedno z największych wyzwań geometrycznej teorii grup.  Wyniki pracy dr. Marka…

Polskim matematykom udało się rozwiązać ważny problem dotyczący symetrii wszystkich symetrii. Był to nierozwiązany od kilku dekad problem – jedno z największych wyzwań geometrycznej teorii grup. 

Wyniki pracy dr. Marka Kaluby (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza i Karlsruher Institut fur Technologie), prof. Dawida Kielaka (Uniwersytet Oksfordzki) i prof. Piotra Nowaka (Instytut Matematyczny PAN) ukazały się w jednym z najbardziej prestiżowych pism matematycznych Annals of Mathematics (https://annals.math.princeton.edu/2021/193-2/p03). A w historii tego czasopisma jest tylko kilka prac polskich matematyków.

Prof. Piotr Nowak to jeden z nielicznych w Polsce laureatów ważnego europejskiego grantu ERC (https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,407601,laureat-grantu-erc-sprawdza-mosty-miedzy-odleglymi-obszarami-matematyki.html). „Kiedy składałem wniosek o grant nie odważyłbym się zaproponować rozwiązania problemu, który właśnie rozwiązaliśmy. Wydawało mi się, że na horyzoncie nikt nie widział wtedy takiej możliwości” – mówi.

Z podobną skromnością do tematu podchodzili dr Kaluba i prof. Kielak, którzy w swoich grantach też zakładali zdobycie innych, nieco mniejszych szczytów. Skoro jednak na swojej drodze naukowcy dostrzegli trasę na szczyt o wiele bardziej interesujący – Mount Everest geometrycznej teorii grup – nie zamierzali go ominąć.

O CO CHODZI W BADANIACH

„Rozwiązaliśmy pewien od dawna otwarty problem, pokazując, że pewna nieskończona rodzina obiektów algebraicznych – grup – ma własność T, a więc, że jest bardzo niekompatybilna z geometrią Euklidesa” – podsumowuje Nowak.

A dr Marek Kaluba dodaje: „Dzięki naszym badaniom zrozumieliśmy pewne geometryczne aspekty grup kodujących symetrie wszystkich symetrii”.

Obiekty z własnością T, których dotyczyły badania, mają bardzo egzotyczne właściwości geometryczne (nie daje się ich zrealizować jako symetrii w geometrii euklidesowej). Wydaje się to oderwane od rzeczywistości? Na pozór tak. Ale wiedza o tej skomplikowanej własności T znalazła już zastosowanie. Pozwala choćby konstruować ekspandery – grafy z dużą ilością połączeń wykorzystywane m.in. w algorytmach streamingujących. A takie algorytmy odpowiadają m.in. za wskazywanie trendów na Twitterze.

„Pytanie czy grupy, które badaliśmy, mają taką własność T, pojawiło się w druku w latach 90. Kiedy byłem doktorantem, to był to problem, o którym słyszałem na co drugim wykładzie i konferencji z teorii grup” – streszcza Piotr Nowak.

A Dawid Kielak dodaje: „Nasz wynik wyjaśnia działanie pewnego algorytmu. To algorytm Product Replacement używany, kiedy chce się losować elementy spośród ogromnych zbiorów np. liczących więcej elementów niż liczba cząsteczek we Wszechświecie. Ten algorytm istnieje od lat 90. i działa dużo lepiej, niż można się było spodziewać. Nasz artykuł tłumaczy, dlaczego on tak dobrze działa” – mówi prof. Kielak.

I dodaje: „informatyka to nowa fizyka. To, co nas otacza, to nie tylko cząsteczki, ale coraz częściej – również algorytmy. Naszym zadaniem jako matematyków będzie więc i to, by zrozumieć algorytmy, pokazywać, dlaczego one działają albo nie; dlaczego są szybkie lub wolne”.

KOMPUTER POMAGA SZUKAĆ DOWODU

Naukowcy w swoim matematycznym dowodzie wspomogli się obliczeniami komputerowymi. Używanie komputerów do dowodzenia twierdzeń w matematyce nie uchodziło dotąd raczej za eleganckie. Społeczność matematyków teoretycznych zwykle kręciła nosem na komputery. Tu jednak tu takie nowoczesne podejście spisało się wyjątkowo dobrze.

„Komputer wykonał tylko żmudną robotę. Ale nie zastąpił logiki. Naszym pomysłem było bowiem to, żeby zastosować redukcję nieskończonego problemu do problemu skończonego” – mówi prof. Kielak.

A dr Marek Kaluba dodaje: „zredukowaliśmy nasz problem do problemu optymalizacyjnego, a następnie użyliśmy do tej optymalizacji standardowych narzędzi – algorytmów, których inżynierowie używają do projektowania elementów konstrukcyjnych”.

Komputer dostał więc zadanie, by znaleźć tzw. macierz spełniającą określone kryteria. Maszyna tworzyła więc rozwiązanie, sprawdzała, jak dobrze ona spełnia ono zadane warunki i stopniowo poprawiała tę macierz, żeby dojść do jak najmniejszego poziomu błędu. Pytanie brzmiało tylko, jak niewielką skalę błędu jest w stanie uzyskać.

Komputer więc optymalizował, a matematycy, nieprzyzwyczajeni do tego, że maszyna wykonuje za nich pracę, co kilka minut chcieli wiedzieć, jaki jest poziom błędu. W pewnym momencie dr Kaluba, żeby koledzy nie zwracali mu ciągle głowy pytaniami, założył nawet konto na Twitterze (https://twitter.com/GimmeDaNumba), które na bieżąco pokazywało im, co wyliczył komputer. „Szkoda, że nasze tweety nie znalazły się w trendach na Twitterze” – mruga okiem prof. Nowak.

Nerwy się opłaciły. Okazało się, że błąd komputera w ostatnim przybliżeniu był bardzo, bardzo niewielki. Obliczenie komputera pozwalało więc – przy użyciu odpowiednich matematycznych argumentów – uzyskać ścisły dowód.

Macierz, którą „wypluł” komputer, miała 4,5 tysiąca kolumn i 4,5 tysięcy wierszy. – „Równie dobrze mogliśmy tej macierzy szukać ręcznie albo mogłaby się nam ona przyśnić, ale to musiałby być długi sen, co najmniej zimowy” – żartuje Dawid Kielak. I dodaje, że skoro komputerów używa się do robienia zakupów, to dlaczego miałyby nie pomagać i matematykom.

Marek Kaluba tłumaczy zaś, że problem, nad którym pracowali, był początkowo zbyt duży, żeby go rozwiązać dysponując nawet superkomputerem. „Wobec tego użyliśmy wewnętrznych symetrii tego problemu, aby ułatwić poszukiwania rozwiązania” – mówi. I tłumaczy, że analogiczne podejście będzie można stosować i w rozwiązywaniu innych problemów z zakresu optymalizacji obiektów, które cechują się geometrycznymi symetriami. „Te symetrie (w algebraicznej formie) będzie można zaobserwować również w problemie optymalizacyjnym i użyć ich do redukcji złożoności” – mówi dr Kaluba. I dodaje: „Chociaż więc zajmujemy się abstrakcyjną matematyką, to chcemy, by nasze oprogramowanie było przydatne również w inżynierskich zastosowaniach”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Przełomowe badania polskich matematyków o symetriach wszystkich symetrii została wyłączona

W Kokonie Łabędzia potężny akcelerator cząstek

W samym sercu Łabędzia, jednego z najpiękniejszych gwiazdozbiorów letniego nieba, bije źródło cząstek promieniowania kosmicznego o dużych energiach: Kokon Łabędzia. Naukowcy z obserwatorium HAWC zdobyli dowody wskazujące, że ta rozległa…

W samym sercu Łabędzia, jednego z najpiękniejszych gwiazdozbiorów letniego nieba, bije źródło cząstek promieniowania kosmicznego o dużych energiach: Kokon Łabędzia. Naukowcy z obserwatorium HAWC zdobyli dowody wskazujące, że ta rozległa struktura astronomiczna jest najpotężniejszym z dotychczas poznanych naturalnych akceleratorów cząstek naszej galaktyki.

Ulokowane na zboczach meksykańskiego wulkanu Sierra Negra, obserwatorium rejestruje cząstki i fotony o wielkich energiach, napływające z otchłani kosmosu. Na niebie półkuli północnej ich najjaśniejszym źródłem jest region Kokonu Łabędzia. W HAWC ustalono, że z Kokonu nadlatują fotony o energiach nawet kilkadziesiąt razy większych od rejestrowanych przez wcześniejsze detektory Fermi-LAT i ARGO. Fakt ten sugeruje, że Kokon Łabędzia jest najpotężniejszym z dotychczas zidentyfikowanych akceleratorów cząstek w Drodze Mlecznej – informuje w prasowym komunikacie Instytut Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk (IFJ PAN).

Spektakularnym odkryciem mogą się pochwalić naukowcy z międzynarodowego obserwatorium promieniowania kosmicznego HAWC (High-Altitude Water Cherenkov Gamma-Ray Observatory). Wyniki badań, w których ważną rolę odegrali naukowcy z IFJ PAN w Krakowie, zaprezentowano na łamach prestiżowego czasopisma „Nature Astronomy”.

„Odkrycie dokonane dzięki obserwatorium HAWC to istotny element trwającej od ponad stu lat naukowej układanki, której celem jest rozszyfrowanie natury promieniowania kosmicznego, zwłaszcza w zakresie cząstek o największych energiach występujących w naszej galaktyce” – mówi dr hab. Sabrina Casanova (IFJ PAN), inicjatorka najnowszej analizy danych z regionu Kokonu Łabędzia i jej istotna współautorka.

Kokon Łabędzia, rozległa struktura astronomiczna o rozmiarach około 180 lat świetlnych, leży w odległości 4,6 tysiąca lat świetlnych od Słońca. Na niebie znajdziemy go niemal dokładnie w centrum gwiazdozbioru Łabędzia, gdzie zajmuje obszar o szerokości kątowej zbliżonej do czterech tarcz Księżyca. To region intensywnego formowania się masywnych (i w konsekwencji krótko żyjących) gwiazd, z dwiema młodymi gromadami gwiezdnymi Cygnus OB2 i NGC 6910.

„Detektor HAWC ma większą czułość i rozdzielczość kątową od wcześniejszych urządzeń tego typu. W ciągu 1343 dni obserwacji zarejestrowaliśmy za jego pomocą fotony promieniowania gamma o energiach dochodzących nawet do stu teraelektronowoltów, nadlatujące z kierunku gromady Cygnus OB2. Co mogło być źródłem tak wysokoenergetycznego promieniowania?” – zastanawia się dr Casanova, cytowana w komunikacie.

Z najnowszej analizy promieniowania gamma docierającego do Ziemi z Kokonu Łabędzia wyłania się ciekawy obraz zjawisk o złożonej, wieloetapowej naturze. Źródłem wysokoenergetycznego promieniowania kosmicznego zwykle są pozostałości supernowych, w tym pulsary. Protony bądź elektrony nie mają tu jednak wystarczająco dużo czasu, by rozpędzić się do energii kinetycznej sięgającej aż kilkuset teraelektronowoltów. Mogą jednak trafić do wnętrza młodej gromady masywnych gwiazd. Tutaj turbulencje oddziałujących ze sobą potężnych wiatrów gwiazdowych mogą przyspieszać cząstki przez miliony lat. Niektóre z tych cząstek mają wówczas szanse zyskać energie sięgające petaelektronowoltów.

„Sytuacja jest jednak bardzo skomplikowana” – zauważa dr Casanova i precyzuje: „Wewnątrz gromad masywnych gwiazd niektóre cząstki mogą być przyspieszane przez miliony lat, czas porównywalny z wiekiem samej gromady. Jednak im większa energia cząstek, tym krótszy staje się czas ich przyspieszania. Cząstki z największymi energiami opuszczą gromadę zanim wyemitują fotony gamma, które obserwujemy. Pojawia się więc pytanie, jakie jest maksimum energii, do której mogą się rozpędzić cząstki w gromadzie gwiazd?”.

Kluczowe pytanie dotyczy natury cząstek odpowiedzialnych za emisję wysokoenergetycznych fotonów, które zarejestrowano w obserwatorium HAWC. Gdyby źródłem fotonów były elektrony, ich energie musiałyby być kilkukrotnie większe od energii fotonów. Jeśli jednak źródłem były protony, ich energie musiałyby sięgać nawet petaelektronowolta. To wartość stukrotnie większa od energii zderzeń protonów w akceleratorze LHC.

„Nasza analiza nie przynosi jednoznacznego rozstrzygnięcia odnośnie do pochodzenia fotonów o energiach sięgających 100 TeV. Wskazuje jednak na wyraźnego faworyta: protony o ekstremalnych energiach, przyspieszane w zderzeniach wiatrów gwiazdowych, a następnie emitujące fotony gamma w trakcie zderzeń z materią międzygwiazdową” – mówi dr Casanova.

Jeśli przyszłe obserwacje potwierdzą obecną interpretację, gromada gwiazd Cygnus OB2 we wnętrzu Kokonu Łabędzia byłaby najpotężniejszym ze wszystkich dotychczas zidentyfikowanych akceleratorów naszej galaktyki.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania W Kokonie Łabędzia potężny akcelerator cząstek została wyłączona

Dr Mysłajek: podchodźmy ostrożnie do rewelacji o atakach wilków na ludzi

Do doniesień o obserwacjach wilków i ich atakach należy podchodzić ostrożnie. Zachowania wilków mogą być przez laików mylnie interpretowane. A w dodatku w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do…

Do doniesień o obserwacjach wilków i ich atakach należy podchodzić ostrożnie. Zachowania wilków mogą być przez laików mylnie interpretowane. A w dodatku w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do wilków podobne – zwraca uwagę badacz wilków dr hab. Robert Mysłajek.

Dr. hab. Robert Mysłajek z Zakładu Ekologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego i Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” jest specjalistą w dziedzinie ekologii i ochrony ssaków. Badaniami wilków zajmuje się od lat.

PAP: Czy rzeczywiście wilków jest w Polsce coraz więcej, czy po prostu więcej jest doniesień w mediach o spotkaniach z wilkami?

Dr hab. Robert Mysłajek: Wilki występują obecnie w całym kraju. Zamieszkują nie tylko zwarte kompleksy leśne, ale także mniejsze lasy poprzeplatane terenami rolniczymi, np. uprawami kukurydzy, dającymi zwierzętom sezonowo dobrą osłonę. Na dużą liczbę doniesień medialnych o wilkach wpływa jednak głównie dostępność urządzeń rejestrujących, np. monitoring kamerami i fotopułapkami, a także możliwość wykonania zdjęć i filmów przez każdą osobę posiadającą telefon. Materiały te są błyskawicznie publikowane w mediach społecznościowych, skąd dostają się do lokalnych mediów i dalej do mediów krajowych. Mamy też do czynienia ze zjawiskiem „dziennikarstwa stadnego”, gdzie każdy temat jest raportowany przez wszystkie media, bez jakiejkolwiek weryfikacji informacji źródłowej. W konsekwencji na skutek medialnego szumu nawet pojedyncze doniesienie o obserwacji wilka podnosi do problemu wielkoskalowego.

PAP: Jak pana zdaniem powinniśmy się odnosić do takich doniesień medialnych?

R.M.: Najważniejsza jest weryfikacja faktów u źródła. Świetnym przykładem są pojawiające się ostatnio masowo w Internecie filmiki z kamer monitoringu, rejestrujące ataki wilków na psy. Filmy te są rozsyłane jako pochodzące z Polski. W tym roku weryfikowaliśmy pięć takich filmów i wszystkie okazały się być kopiami materiałów publikowanych przez kanały rosyjskich telewizji – tyle że skadrowanymi w taki sposób, by nie było widać rosyjskich napisów i słychać rosyjskiego komentarza. Wystarczyło jednak, by w internetowych wyszukiwarkach wpisać cyrylicą odpowiednie słowa kluczowe i oryginalny materiał można było znaleźć w ciągu kilku minut.

Podobnie winniśmy podchodzić do rewelacji mówiących o atakach wilków na ludzi. Interpretacja zachowań wilków podana przez laików musi być weryfikowana przez eksperta, a medialne relacje nie mogą się opierać tylko na czyichś odczuciach. To są zawsze subiektywne opinie. Dla jednych osób obserwacja wilka ze 100 m będzie już sytuacją niebezpieczną, a dla innych nie. Pomocne kryteria w ocenie potencjalnego zagrożenia opracowała grupa ekspertów Large Carnivore Initiative for Europe działająca w ramach IUCN (Światowej Unii Ochrony Przyrody) – (więcej tutaj).

PAP: Jak pan skomentuje sprawę z okolic Brzozowa, gdzie do pilarzy – według ich relacji – w miejscu, w którym pracowali, podeszły na niedużą odległość dwa wilki?

R.M.: To dobry przykład pochopnych interpretacji zachowania wilków. W opinii pilarzy zachowanie wilków było agresywne, ale z ich relacji wynikało też, że nie doszło do bezpośredniego ataku. Ich wypowiedzi podchwyciły lokalne media, które relację pilarzy przedstawiły jako twardy dowód na agresję i atak na ludzi. Sprawę błyskawicznie, w podobnym tonie, zaczęły prezentować media krajowe, co zapewne wpłynęło na szybkie podjęcie decyzji o odstrzale. Zabite wilki okazały się być dziesięciomiesięcznymi samicami, o stosunkowo niskiej jak na ten wiek masie ciała. Trudno oczekiwać od pilarzy wiedzy, jak odróżnić podrośnięte szczenię od dorosłego wilka, a zachowania agresywne – od strachu, u wilków wygląda to podobnie. Sekcja wykazała, że jedna z młodocianych samic w przewodzie pokarmowym miała obierki i marchew, co wskazuje na poszukiwanie przez nie pokarmu na nęciskach lub wysypiskach odpadków gospodarskich. Takie młode wilki powinny być w tym czasie pod opieką dorosłych osobników rodzicielskich; to para rodzicielska dostarcza im w tym wieku pokarm, bo same jeszcze nie polują. Należy zatem wyjaśnić, dlaczego te młode wilki od dłuższego czasu były bez opieki, co spowodowało żerowanie na padlinie i poszukiwanie pokarmu w obrębie zabudowań. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że para rodzicielska została nielegalnie zabita.

PAP: Czy wilki stanowią zagrożenie dla człowieka? W jakich warunkach mogą być niebezpieczne?

R.M.: Wilki w środowisku naturalnym traktują ludzi z dużą ostrożnością i unikają bezpośrednich kontaktów. Kłopoty sprawiają najczęściej osobniki młodociane, chore, zranione lub zhabituowane (przyzwyczajone do ludzkiej obecności – przyp. PAP). Co roku zdarzają się przypadki zabierania szczeniąt wilków z lasu i prób ich nielegalnego utrzymywania. Podrośnięte szczenięta sprawiają jednak dużo problemów i nierzadko są przez nielegalnie trzymających ich ludzi uwalniane z powrotem do środowiska naturalnego. Takie wilki są jednak socjalnymi kalekami, niepotrafiącymi nawiązać naturalnych relacji z przedstawicielami własnego gatunku. Trzymają się blisko ludzi i mogą generować sytuacje konfliktowe. Bardzo ważne jest więc uświadamianie ludziom, jak należy się zachowywać w stosunku do dużych drapieżników – dbać o utylizację odpadków mięsnych i padłych zwierząt z gospodarstw hodowlanych, unikać pozostawiania odpadków spożywczych w lasach. I zdecydowanie ścigać oraz karać ludzi, zabierających szczenięta z lasów.

PAP: Przewodniczący PZŁ – Łowczy Krajowy Paweł Lisiak wyraża potrzebę rozpatrzenia koncepcji kontrolowanego zabijania wilków. Ocenia on, że kontrolę liczebności wilków mogą sprawować wyłącznie myśliwi i tylko przez ściśle kontrolowany odstrzał. Wychodzi z założenia, że konieczne jest odtworzenie u wilków „pożytecznego dla obu stron lęku przed człowiekiem”. Czy to możliwe?

R.M.: To stwierdzenie wiele mówi o tym, jak myśliwi chcieliby kształtować relacje ludzi z dzikimi zwierzętami. W ich mniemaniu mają się one opierać na „lęku przed człowiekiem”. W mojej opinii relacje z dzikimi zwierzętami winniśmy opierać na wiedzy i wdrażaniu pragmatycznych i skutecznych rozwiązań, a nie na oczekiwaniu, czy też wymuszaniu u zwierząt „lęku”. Wilki to zwierzęta socjalne, o złożonych relacjach pomiędzy osobnikami w obrębie grup rodzinnych. Ich ostrożność w kontaktach z ludźmi nie bierze się z jakiegoś wrodzonego lęku przed człowiekiem, lecz z osobniczego doświadczenia. Z natury rzeczy szczenięta i osobniki młodociane są mniej doświadczone, a co za tym idzie – ostrożne, a osobniki dorosłe są bardziej doświadczone i mniej ufne w stosunku do ludzi. Zastrzelony wilk żadnego doświadczenia już nie uzyska, ani tym bardziej dalej go nie przekaże. Najlepszym przykładem braku przełożenia intensywnych odstrzałów na wytworzenie strachu przed człowiekiem jest lis, który jest gatunkiem łownym, a jednocześnie pojawia się wszędzie, jest aktywny także za dnia i nie wykazuje szczególnego strachu przed ludźmi. To samo dotyczy saren, dzików i innych zwierząt łownych, które możemy codziennie obserwować, także na terenach zurbanizowanych.

PAP: Czy liczba konfliktów na linii wilk-człowiek wzrasta?

R.M.: Należy pamiętać, że w tego typu „konfliktach” stroną poszkodowaną mogą być zarówno ludzie, jak i wilki. Ludzie mogą ponosić np. straty w zwierzętach hodowlanych, natomiast wilki giną z rąk kłusowników, czy też stają się ofiarami kolizji z pojazdami. O ile jednak nie obserwujemy gwałtownego wzrostu szkód wśród zwierząt hodowlanych wyrządzanych przez wilki, to same wilki coraz częściej padają ofiarami wypadków samochodowych i giną nielegalnie zastrzelone lub złapane we wnyki.

PAP: A ile z doniesień o dostrzeżeniu wilka w mieście jest prawdziwych? Czy ludzie mogą pomylić wilka z innym zwierzęciem?

R.M.: Zdarzają się przypadki zabłąkania się dzikich zwierząt, w tym i wilków, na tereny zabudowane. Niemniej jednak do doniesień o obserwacjach wilków należy podchodzić ostrożnie, dlatego, że w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do wilków podobne, np. wilczaki czechosłowackie. Każde tego typu doniesienie powinien więc weryfikować ekspert, najlepiej na podstawie zdjęć i filmów.

PAP: Ile jest faktycznie wilków w Polsce?

R.M.: W Polsce za monitoring gatunków chronionych zgodnie z Ustawą o ochronie przyrody odpowiada Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Na ustalenie liczebności i rozmieszczenia wilka wydano ok. 3 mln zł. Wyniki raportu dostępne są tu. Dane podawane przez GIOŚ wykazują liczebność ok. 2 tys. osobników.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Dr Mysłajek: podchodźmy ostrożnie do rewelacji o atakach wilków na ludzi została wyłączona

Ekohydrolog: prawdopodobieństwo suszy wiosną – mniejsze niż przed rokiem

Po dość wilgotnym lecie i opadach śniegu zimą rezerwy wody są znacznie większe niż przed rokiem, a prawdopodobieństwo suszy wiosną jest dużo niższe – ocenił ekohydrolog prof. Maciej Zalewski z…

Po dość wilgotnym lecie i opadach śniegu zimą rezerwy wody są znacznie większe niż przed rokiem, a prawdopodobieństwo suszy wiosną jest dużo niższe – ocenił ekohydrolog prof. Maciej Zalewski z Uniwersytetu Łódzkiego.

„W tym roku prawdopodobieństwo wystąpienia suszy jest zdecydowanie niższe niż przed rokiem. Już ubiegłoroczne lato było bardziej wilgotne niż poprzednie, tej zimy spadł śnieg, dzięki któremu rezerwa wody w glebie się znacznie odbudowała, ale poziom wód gruntowych jest stosunkowo niski, niższy niż jeszcze kilkanaście lat temu” – powiedział ekspert.

„Jednak jeżeli przez trzy następne miesiące nie będzie opadów, to problem powróci. Ale i tak sytuacja nie powinna być tak krytyczna jak przed rokiem” – dodał dyrektor Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk.

Pokrywa śnieżna – bardzo mała w poprzednich latach – odgrywa kluczową rolę przy odbudowie zasobów wód podziemnych. „W zatrzymywaniu tej wody w glebie pomocne są m.in. drzewa. Zimą topniejąca woda ze śniegu wykorzystuje korzenie drzew jako przewody, dzięki którym dostaje się w głąb ziemi. Wody podziemne w coraz większym stopniu będą wykorzystywane do m.in. nawadniania pól, dlatego ich odbudowa jest tak ważna” – podkreślił.

Prof. Zalewski przypomniał, że skutki globalnych zmian klimatu odczuwalne są na poziomie regionalnym czy nawet lokalnym – powodując anomalnie temperaturowe czy opadowe.

Jak wskazał, klimat i opady w Europie zależą w dużym stopniu od tego, jak woda krąży w Atlantyku. Jako przykład podał ciepły prąd z Zatoki Meksykańskiej, który podnosi temperaturę w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech. „Teraz ten prąd słabnie m.in. w wyniku bardzo intensywnego topnienia lodów na północy i zasilania wodami o niskim zasoleniu; wpływ ten ocenia się na kilkanaście procent. To z kolei może powodować, że susze i opady nawalne będą występowały coraz częściej, a zimą – napływ zimnego powietrza arktycznego” – tłumaczył ekspert.

„Dla kreowania bezpiecznej przyszłości, procesy zmian klimatycznych nie powinny być nasilane, o co musimy wszyscy zadbać np. poprzez korzystanie ze źródeł energii odnawialnej, docieplanie domów, zmianę samochodu na zasilany elektrycznie, a także redukcję ilości spożywanego mięsa, gdyż jego produkcja wiąże się z wycinaniem lasów, emisją metanu i dwutlenku węgla. Każde z tych działań przyczynia się do osiągnięcia pożądanej wizji przyszłości” – podsumował prof. Zalewski.

(PAP) – https://naukawpolsce.pap.pl/

Agnieszka Kliks-Pudlik

Możliwość komentowania Ekohydrolog: prawdopodobieństwo suszy wiosną – mniejsze niż przed rokiem została wyłączona

Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i…

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i morfologią.

Na 11 marca przypada Światowy Dzień Nerek, obchodzony w tym roku pod hasłem „Jak żyć dobrze z przewlekłą chorobą nerek?”. Według Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego na przewlekłą chorobę nerek cierpi od 11 do 13 proc. osób dorosłych. W Polsce choruje około 4 mln osób, często dlatego, że choroba została wykryta zbyt późno.

„Jeśli spojrzeć na wskaźniki Narodowego Funduszu Zdrowia czy Ministerstwa Zdrowia, można by pomyśleć, że osób z przewlekłą chorobą nerek jest w Polsce tylko 210 tys., a nie prawie 4 mln, jak wynikałoby z badań przesiewowych. To bardzo istotna rozbieżność. Wynika z tego, że bardzo często chorób nerek po prostu nie rozpoznajemy” – zwraca uwagę w informacji przekazanej PAP prof. Michał Nowicki, kierownik Kliniki Nefrologii, Hipertensjologii i Transplantologii Nerek w Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Jego zdaniem przyczyną tego jest fakt, że choroby nerek są w znacznym stopniu skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe. I tak jest do momentu, aż nastąpi ciężka niewydolność. „Wtedy zaczyna się pojawiać łatwe męczenie się i nietolerancja wysiłku. To jednak wciąż objawy ogólne, niecharakterystyczne. Trudno na ich podstawie sądzić, że szwankują akurat nerki, a nie na przykład serce czy jakiś inny narząd” – dodaje.

Na chorobę nerek może wskazywać nadciśnienie tętnicze, szczególnie u osób młodych i w średnim wieku, bo u nich najczęściej ma ono podłoże nefrologiczne. Niepokojące są też obrzęki, spowodowane wydalaniem dużej ilości białka w moczu, a także białkomocz lub krwiomocz i znaczne pienienie się moczu.

Niewydolność nerek rozwija się stopniowo i jest to proces nieodwracalny, dlatego tak istotne jest wczesne rozpoznanie schorzenia. Należy zatem – podkreśla specjalista – regularnie kontrolować ciśnienie tętnicze krwi oraz poddawać się rutynowym badaniom diagnostycznym, takim jak badanie ogólne moczu oraz morfologia.

„Często powtarzam, że pomiary ciśnienia i badanie moczu to takie +okno na nerki+, poprzez które możemy zobaczyć nasze superfiltry. W zakresie badania moczu szczególnie istotne są: białkomocz i krwinkomocz. Jeśli podejrzewamy niewydolność nerek, powinniśmy wykonać badanie krwi z oznaczeniem stężenia kreatyniny w surowicy. To najważniejszy i najprostszy do oznaczenia wskaźnik czynności wydalniczej nerek. Na podstawie stężenia kreatyniny, wieku i płci, wyliczane jest automatycznie w laboratorium tak zwane przesączanie kłębuszkowe, pokazujące czy i jak nerki pracują i filtrują” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Badania podstawowe można wykonać bezpłatnie na podstawie skierowania od lekarza rodzinnego. Regularnie powinni je wykonywać osoby najbardziej narażone na choroby nerek, czyli te z nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą, otyłością oraz miażdżycą. Szczególnie niebezpieczna jest choroba kłębuszków nerkowych, jedno z najcięższych schorzeń, często prowadząca do niewydolności nerek.

„Innymi jeszcze schorzeniami nefrologicznymi są choroby śródmiąższu nerki, rozwijające się najczęściej wskutek powtarzających się zakażeń dróg moczowych. Wyróżniamy także choroby naczyń nerkowych, powstających głównie z powodu zaawansowanej miażdżycy, a czasem także innych chorób ogólnoustrojowych. W odróżnieniu od chorób przewlekłych wyróżniamy schorzenia ostre. Mowa tu między innymi o ostrym uszkodzeniu nerek. Jeśli dojdzie do niedokrwienia nerek, na przykład wskutek spadku ciśnienia tętniczego, może dojść do ostrej niedomogi nerek, która jest na ogół odwracalna, jeśli ciśnienie uda się ustabilizować, a przez to zapewnić nerkom odpowiednią pracę” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Specjalista ostrzega, że gdy pojawia się przewlekła choroba nerek, bardzo pogarsza się ogólne rokowanie pacjenta. Jeśli ktoś ma chorobę układu krążenia, jest po zawale serca a ma niewydolność nerek – to ryzyko, że umrze z powodu różnego rodzaju powikłań, jest od kilku do kilkudziesięciu razy większe, niż gdyby nie miał niewydolności nerek. Jedynie wczesne wykrycie daje zaś szansę na dłuższe i lepszej jakości życie – podkreśla.

Nerki są najważniejszym narządem wydalniczym organizmu. Wytwarzają mocz, z którym wydalane są zbędne produkty przemiany materii, toksyny i metabolity leków. Ale pełnią one też wiele ważnych funkcji wydzielniczych.

„Nerki pełnią nie tylko rolę prostego filtra ale +naczelnego chemika+ ustroju. Zachodzi w nich bardzo wiele procesów chemicznych zmierzających do tego, żeby odkwaszać organizm, wydalać z niego elektrolity czy nadmiar wody. W nerkach dokonuje się wiele procesów metabolicznych i dzięki temu narządy te stoją na straży stałości środowiska wewnątrzustrojowego” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Nerki wytwarzają ważne hormony, takie jak renina regulująca ciśnienie tętnicze krwi. Z reniny wskutek kolejnych przemian powstaje aldosteron, hormon reguluje ciśnienie tętnicze, gospodarkę sodowo-potasową i kwasowo-zasadową ustroju. Nerki wytwarzają też erytropoetynę, która kontroluje szpik kostny w zakresie wytwarzania krwinek czerwonych. Dzięki nerkom powstaje także aktywna witamina D.

„To, co otrzymujemy w postaci tabletki musi być aktywowane przez nerki. Kiedy nie ma prawidłowej czynności nerek, nie ma też aktywnej witaminy D, a to właśnie ona reguluje gospodarkę, przede wszystkim stan kości, w organizmie” – dodaje profesor.

Dodaje, że w prewencji i terapii przewlekłej choroby nerek najważniejszym czynnikiem jest zdrowy styl życia. Regularne i dobrze zbilansowane posiłki, odpowiednie nawodnienie organizmu, codzienna aktywność fizyczna oraz ochrona przed zanieczyszczonym powietrzem. (PAP)

autor: Zbigniew Wojtasiński

Możliwość komentowania Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności została wyłączona

Gdańsk/ Współpraca uczelni i farmaceutów na rzecz e-zdrowia i opieki nad pacjentami

Eksperci z Politechniki Gdańskiej, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Gemini Polska połączą siły, by wspólnie pracować nad rozwiązaniami w zakresie e-zdrowia i kompleksowej opieki nad pacjentami. Strony podpisały list intencyjny o…

Eksperci z Politechniki Gdańskiej, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Gemini Polska połączą siły, by wspólnie pracować nad rozwiązaniami w zakresie e-zdrowia i kompleksowej opieki nad pacjentami. Strony podpisały list intencyjny o nawiązaniu współpracy.

Jak poinformowała w poniedziałek kierownik ds. public relations Gemini Polska Katarzyna Goch, uroczyste podpisanie dokumentu odbyło się 4 marca.

Wyjaśniła, wspólne działania zakładają przede wszystkim tworzenie zespołów badawczo-rozwojowych na rzecz profilaktyki i promocji zdrowia z wykorzystaniem nowoczesnych technologii w e-zdrowiu, a także udostępnianie pracownikom, studentom i doktorantom narzędzi oraz wiedzy przydatnych przy tworzeniu i wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych w zakresie opieki farmaceutycznej.

Dodała, że pierwszy pilotażowy projekt dotyczyć będzie wsparcia pacjentów rozpoczynających przyjmowanie nowego leku w nadciśnieniu tętniczym.

Farmaceuci z Gemini Polska wspólnie z ekspertami z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wypracują standard postępowania możliwy do wdrożenia w ramach opieki farmaceutycznej.

„W dobie utrudnionego dostępu do przychodni i lekarzy, farmaceuci mogą pomóc w zapewnianiu pacjentom fachowej opieki i niezbędnego wsparcia merytorycznego. Nasza współpraca ma na celu wypracowanie efektywnych rozwiązań, które będą optymalne z perspektywy wyzwań, jakie stoją przed polską ochroną zdrowia. Jako uczelnia badawcza posiadamy potencjał i doświadczenie w tym zakresie. Jestem przekonany, że zaangażowanie środowiska naukowego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w projekty pilotażowe i badawczo-rozwojowe może przynieść dużą wartość”- powiedział cytowany w komunikacie prasowym prorektor ds. nauki GUMed prof. Michał Markuszewski.

Z kolei naukowcy z Politechniki Gdańskiej zaangażowani będą w przygotowanie propozycji rozwiązań informatycznych wspierających ten proces.

Jak zauważa prorektor ds. umiędzynarodowienia i innowacji PG prof. Janusz Nieznański, opieka zdrowotna potrzebuje dzisiaj narzędzi, które z jednej strony zapewniają bezpieczeństwo przetwarzanych danych, a z drugiej strony zwiększają stopień integracji poszczególnych aspektów opieki.

„Nowe technologie mogą i powinny wspierać opiekę zdrowotną w zakresie pozyskiwania, gromadzenia i analizy danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, technologii chmurowych, aplikacji mobilnych, systemów wbudowanych itp. W ramach partnerstwa z GUMed i Gemini Polska będziemy poszukiwać najlepszych rozwiązań technologicznych spełniających oczekiwania podmiotów świadczących opiekę medyczną oraz pacjentów. Zakładamy szerokie uczestnictwo pracowników naukowych i studentów w tym procesie” – wskazał prof. Nieznański.

Jak podkreślono w komunikacie, kolejne wspólne przedsięwzięcia będą związane z rozwojem technologii wspierających opiekę nad pacjentami, podnoszeniem bezpieczeństwa przetwarzania danych oraz ograniczaniem negatywnych skutków nadużywania leków czy konfliktów lekowych. Inicjatorzy przedsięwzięcia chcą też skoncentrować się na odbudowywaniu zdrowia Polaków po pandemii, w szczególności w grupie osób po czterdziestce i pacjentów cierpiących z powodu chorób przewlekłych.

Według Artura Szneka z Gemini Polska, farmaceuci stanowią grupę zawodową, która na zasadach komplementarności z lekarzami i innymi pracownikami medycznymi, powinna uczestniczyć w sprawowaniu opieki nad pacjentami. Zwrócił uwagę, że mogą oni pomóc lekarzowi w monitorowaniu terapii lekowych oraz edukowaniu w zakresie profilaktyki zdrowotnej.

„W tym celu niezbędne jest wypracowanie mądrych, funkcjonalnych i bezpiecznych narzędzi cyfrowych. Wierzę, że nasza współpraca ze znakomitymi specjalistami i ekspertami z Politechniki Gdańskiej oraz Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego to właśnie krok w tym kierunku” – dodał Sznek. (PAP)

Autor: Anna Machińska

Możliwość komentowania Gdańsk/ Współpraca uczelni i farmaceutów na rzecz e-zdrowia i opieki nad pacjentami została wyłączona

Badacze z UMK kopiują rozwiązania natury, pracując nad membranami do transportu wody

Chemicy z UMK w Toruniu pracują nad membranami, które będą lepiej transportować wodę i zatrzymywać sole i oraz zanieczyszczenia. Punktem wyjścia były badania chrząszcza pustynnego, który potrafi jednocześnie zbierać i…

Chemicy z UMK w Toruniu pracują nad membranami, które będą lepiej transportować wodę i zatrzymywać sole i oraz zanieczyszczenia. Punktem wyjścia były badania chrząszcza pustynnego, który potrafi jednocześnie zbierać i odpychać wodę. Docelowo takie rozwiązanie można wykorzystać do pozyskiwania wody pitnej.

Istniejące w przyrodzie rozwiązania techniczne od dawna inspirują inżynierów. Jednym z najwcześniej zauważonych i najczęściej opisywanych jest kwiat lotosu, który pozostaje czysty, choć wyrasta z bagna (dlatego zarówno Egipcjanie, jak Hindusi czy buddyści znaleźli dla niego w swoich religiach miejsce).

Badając lotos pod mikroskopem naukowcy wyjaśnili, że jego zdolność samooczyszczania wynika ze struktury powierzchni, która jest silnie hydrofobowa, czyli zatrzymuje krople wody na powierzchni. Woda zbiera cząsteczki kurzu i spływając, usuwa je. Oznacza to, że siły adhezji odpowiedzialne za gromadzenie się wody na kwiecie są słabe, ale jednocześnie brud łatwo przyczepia się do kropelek, co skutkuje samooczyszczeniem. Dzięki naśladowaniu lotosu udało się stworzyć samoczyszczące powierzchnie – tynki, dachówki, tekstylia, powłoki malarskie. Inną strukturę mają płatki róży – ich powierzchnia jest hydrofobowa, ale o dużej adhezji (przyczepności) – dlatego kropla wody, która spadnie na płatek, przykleja się i nie spada (efekt płatka róży, petal effect). Żaba, która potrafi chodzić po suficie o chropowatej powierzchni, zainspirowała z kolei pomysłodawców kopert z paskiem samoprzylepnym.

Bardziej złożonym przypadkiem tego typu wydaje się struktura pancerza chrząszcza Stenocara gracilipes, żyjącego na afrykańskiej pustyni Namib. Jest ona jednocześnie hydrofobowa i hydrofilowa. Drobne guzki na pokrywach skrzydeł chrząszcza zbierają mikroskopijne kropelki, podczas gdy odpychające wilgoć obszary poniżej działają jak kanaliki, którymi woda dopływa do otworu gębowego. Dzięki temu chrząszcze mogą przeżyć w tak trudnym środowisku, jakim jest pustynia Namib, należąca do najgorętszych i najbardziej suchych miejsc na świecie. Potrafią wychwytywać wilgoć z niesionych wiatrem kropelek mgły.

„Oglądałam film, jak chrząszcz staje rano na łapkach, gdy jest rosa, i wychwytuje z tej mgiełki wodę” – mówi dr hab. Joanna Kujawa, prof. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (UMK) z Wydziału Chemii, cytowana na internetowej stronie swojej uczelni. – „Dzięki temu, że reszta powierzchni pancerza jest pokryta woskiem, woda spływa, a chrząszcz jest w stanie ją pić i przetrwać w tak trudnych warunkach”.

Naukowcy zaczęli się zastanawiać, jak to rozwiązanie przenieść z natury do laboratorium, bo takie zjawisko jest wykorzystywane w destylacji membranowej. „Tam enzymy nanosi się przez absorpcję, czyli przyleganie powierzchniowe, a nie wiązania chemiczne” – tłumaczy prof. dr hab. Wojciech Kujawski z Wydziału Chemii UMK. – „Jeśli jest to absorpcja fizyczna, to łatwo może nastąpić desorpcja, bo tam oddziałują słabe siły”.

Chodziło o to, żeby wzmocnić membrany, które dzięki połączeniom chemicznym stają się trwalsze. Dobrym pomysłem okazało się wykorzystanie dostępnego w dużych ilościach chitozanu. Chityna, którą łatwo można przekształcić w chitozan, występuje naturalnie m.in. w pancerzach krewetek. Pancerzyków tych „owoców morza” są hałdy i traktowane są jako odpad. Toruńscy naukowcy stwierdzili, że można nie tylko skopiować strukturę pancerza chrząszcza, ale też – zgodnie z zasadami filozofii „zero waste” – wykorzystać zalegający chitozan. Dzięki niemu woda będzie jeszcze łatwiej spływać, spełni on więc tę rolę, którą spełnia wosk u chrząszcza. Chemicy zdecydowali, by chitozan przyłączyć w miejscu hydrofilowych wysepek.

„To wymóg destylacji membranowej, że powierzchnia membrany musi być porowata i hydrofobowa” – wyjaśnia prof. Kujawa. – „Można znaleźć wiele przykładów wykorzystania chitozanu w membranach, ale nikt wcześniej nie przyłączał go chemicznie. Dało nam to duże pole do popisu – jeśli przyłączymy chitozan chemicznie, to pozostanie na swoim miejscu”.

Naukowcy najpierw modyfikowali chitozan, potem przyczepiali go chemicznie do membrany. Teraz natomiast zdecydowali się najpierw zmodyfikować membranę, a dopiero później dołączyć do niej chitozan. Dzięki temu membrana jest bardziej hydrofilowa, można przepuścić przez nią większy strumień wody. „W literaturze nie ma podobnych prac, więc trudno nam porównywać efekty z innymi” – mówi prof. Kujawa. – „Tam, gdzie fizycznie aplikowano chitozan do zmodyfikowanej membrany, też obserwowano poprawę, ale nie w takim stopniu jak u nas. Dzięki temu możemy dostosowywać materiał do procesu, w którym chcemy go wykorzystywać”.

Membrana powstająca w trakcie modyfikacji fizycznej jest tak naprawdę „na raz”. Później chitozan przeważnie jest wymywany. – “Z ciekawości zrobiliśmy próbę stabilności modyfikowanych chemicznie membran do odsalania wody, w dziesięciu długich, kilkudniowych cyklach” – zdradza prof. Kujawa. – „Zaobserwowaliśmy delikatne zmiany, ale nie na tyle znaczące, by nagle wszystko nam się rozpadło”.

Toruńscy chemicy testowali też odporność membran na zarastanie. Badania prowadzili na sokach owocowych. Przez oddziaływania pulpy owocowej z membraną resztki owoców zostawały na jej powierzchni, zatykały pory i nie można było jej dłużej używać. Natomiast na powierzchni, mającej w składzie chitozan o dodatkowych właściwościach bakteriobójczych, występują zupełnie inne oddziaływania, pulpa owocowa nie przywiera, a jeśli już się to zdarzy, można bardzo łatwo ją zmyć strumieniem wody, bez dodatków środków chemicznych.

Swoje koncepcje i prace chemicy z UMK opisali w dwóch publikacjach. Pierwszy – o przyłączaniu zmodyfikowanego chitozanu do membrany – ukazał się w „Desalination”; drugi – o odłączaniu chitozanu do zmodyfikowanej membrany – w „ACS Applied Materials and Interfaces”. Badania są realizowane wespół z partnerem zagranicznym, prof. Samerem Al-Gharabli z Wydziału Farmacji i Inżynierii Chemicznej Niemiecko-Jordańskiego Uniwersytetu w Ammanie (Jordania).

Docelowo naukowcy chcą zrobić takie membrany, które coraz lepiej będą transportować wodę, a jednocześnie zatrzymywać sole i inne zanieczyszczenia. „Oczywiście to wszystko jest związane z brakiem wody pitnej na Ziemi” – tłumaczy prof. Kujawski, cytowany na stronie uczelni. – „W Polsce też będziemy musieli zmierzyć się z tym problemem i to znacznie szybciej, niż sądzą najwięksi pesymiści. Kilka lat temu byłem na seminarium w Jordanii, gdzie usłyszałem, że na problem braku wody należy patrzeć nie przez pryzmat całego kraju, ale poprzez pryzmat bardzo małej jednostki administracyjnej. Jeżeli się zaczyna dzielić kraj na coraz mniejsze kwadraty, to nagle się okazuje, że procent populacji o ograniczonym dostępie do wody gwałtownie rośnie. W Polsce mamy dostęp do wody wzdłuż rzek, ale gdy 20 lat temu byłem w Zakopanem, słyszałem +oszczędzajcie wodę, bo nasze strumienie wysychają+. Tam studnie się zanieczyszczają, źródeł świeżej wody nie ma, więc problem wysychania i obniżania się wód gruntowych zdecydowanie postępuje”.

PAP – Nauka w Polsce, Paweł Wernicki

Możliwość komentowania Badacze z UMK kopiują rozwiązania natury, pracując nad membranami do transportu wody została wyłączona

Przełączniki przyszłości będą reagować na światło

Fotoprzewodnictwo można obserwować na przykładzie węglika krzemu, który wskutek oświetlania laserem zaczyna przewodzić prąd, zaś nieoświetlony jest izolatorem. Zachowuje się więc jak łącznik. W przyszłości takie łączniki mogą znaleźć zastosowanie…

Fotoprzewodnictwo można obserwować na przykładzie węglika krzemu, który wskutek oświetlania laserem zaczyna przewodzić prąd, zaś nieoświetlony jest izolatorem. Zachowuje się więc jak łącznik. W przyszłości takie łączniki mogą znaleźć zastosowanie w rozdzielniach elektrycznych. 

Do zastosowań jednak jeszcze daleko. Naukowcy dopiero symulują komputerowo właściwości półprzewodników, które w przyszłości będzie można wykorzystać do projektowania łączników fotoprzewodzących. Jednak już teraz można spodziewać się, że łączniki te znajdą zastosowanie w różnych układach energoelektronicznych. Pozwolą one odizolować układy sterujące od wykonawczych. Z punktu widzenia użytkowników może to skutkować większym uniezależnieniem od rozmaitych awarii.

Za pomocą symulatora wykonanego w oprogramowaniu MatLab naukowcy z Wydziału Elektroniki Wojskowej Akademii Technicznej (dr inż. Marek Suproniuk, dr inż. Mariusz Wierzbowski i doktorant Piotr Paziewski) modelowali nowy materiał półprzewodnikowy jakim jest węglik krzemu.

Zbadali, jak zmienia się przewodność (konduktywność) węglika krzemu w wyniku oświetlania go światłem laserowym o różnych mocach (o odpowiedniej długości fali). Przedstawiony przez nich model obejmował sześć defektów punktowych, które najczęściej pojawiają się w węgliku krzemu. Defekty są to wtrącenia innych pierwiastków lub niejednorodności w sieci krystalicznej półprzewodnika. Mogą one wpływać na działanie łącznika fotoprzewodzącego.

Wyniki tych symulacji opisało czasopismo „Scientific Reports” https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acsami.9b20309

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

Możliwość komentowania Przełączniki przyszłości będą reagować na światło została wyłączona

Warmińsko-mazurskie/ W przyrodzie „pełzająca wiosna”

W woj. warmińsko-mazurskim ornitolodzy obserwują obecnie gatunki ptaków typowe dla zimy oraz pierwsze gatunki ptaków, które do regionu przylatują wiosną. Bociany gniazdujące w regionie są jeszcze w Afryce, na Warmii…

W woj. warmińsko-mazurskim ornitolodzy obserwują obecnie gatunki ptaków typowe dla zimy oraz pierwsze gatunki ptaków, które do regionu przylatują wiosną. Bociany gniazdujące w regionie są jeszcze w Afryce, na Warmii i Mazurach spodziewane są w połowie marca.

Sebastian Menderski z Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (PTOP) powiedział PAP, że w warmińsko-mazurskiej przyrodzie obserwuje się teraz „pełzającą wiosnę”.

„Są już pierwsze, nieśmiałe oznaki wiosny, ale nie jest ona jakaś mocna, rozbuchana, gwałtowna. Jest to taka pełzająca wiosna” – powiedział Menderski.

Z gatunków typowych dla zimy ornitolodzy obserwują w regionie jemiołuszki, stada czyży, czy gile. „Ptaki zimujące w naszym regionie jeszcze nie podjęły wędrówki na północ, zapewne z tego powodu, że w Rosji środkowej panują 30-50 stopniowe mrozy” – podał Menderski.

Ornitolodzy obserwują za to już pierwsze gatunki ptaków, które odpoczywają w regionie podczas przelotów z zachodnich krajów Europy na Syberię. „Takim gatunkiem są gęsi, które robią sobie u nas popasy ” – podał Menderski.

W woj. warmińsko-mazurskim są już skowronki, czajki i szpaki. Najbardziej zdołały się już „urządzić” żurawie, które już dobierają się w pary, tokują. „Żurawie już wkroczyły w okres lęgowy, zaraz możemy spodziewać się składania jaj” – przyznał w rozmowie z PAP ornitolog. Żurawie są coraz liczniejsze w regionie, media społecznościowe pełne są zdjęć tych dostojnych ptaków przyłapanych na łąkach, bagnach, rozlewiskach. Lokalni miłośnicy przyrody prześcigają się w podawaniu, gdzie słychać klangor.

W najbliższym czasie w woj. warmińsko-mazurskim nie można się spodziewać przylotów bocianów. Te, które gniazdują na Warmii i Mazurach – jak wskazują ich nadajniki – są jeszcze w Afryce, w Egipcie. „Bociany przylecą zapewne w połowie marca. Jeśli jakiś osobnik pojawi się wcześniej, będzie to +oszukaniec+, który zimę przeczekał w Grecji, czy Rumunii, nie zaś w Afryce. Może się też zdarzyć, że pojawią się bociany, które przeczekały zimę u rolników” – podał Menderski.

Pierwsze oznaki wiosny widać też w świecie roślin – w nasłonecznionych ogródkach są już przebiśniegi, krokusy, wykiełkowały pierwsze tulipany. Na wierzbach są bazie. (PAP)

Autorka: Joanna Kiewisz-Wojciechowska

Możliwość komentowania Warmińsko-mazurskie/ W przyrodzie „pełzająca wiosna” została wyłączona

Specjalistka ds. przygotowań astronautów do misji: szukamy też 50-latków; zarobki ponad 8 tys. euro

50 lat – to górna granica dla kandydatów do udziału w misjach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) rozpocznie 31 marca rekrutację chętnych. Jak powiedziała w rozmowie z PAP dr Anna…

50 lat – to górna granica dla kandydatów do udziału w misjach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) rozpocznie 31 marca rekrutację chętnych. Jak powiedziała w rozmowie z PAP dr Anna Fogtman, specjalistka od medycznego przygotowywania astronautów do misji kosmicznych w ESA „wiek może być zaletą, a nie wadą”. 

„Osoby starsze mają niższe prawdopodobieństwo wystąpienia problemów zdrowotnych po przyjęciu zwiększonych dawek promieniowania jonizującego, na które narażone będą osoby w przestrzeni kosmicznej” – wyjaśniła dr Fogtman. ESA planuje przyjąć od 4 do 6 osób.

„To, że astronauta musi być osobą wyjątkowo silną fizycznie jest mitem pochodzącym z pionierskich misji kosmicznych. Zachęcamy do wzięcia udziału w rekrutacji na kosmonautów kobiety, a także osoby z niepełnosprawnościami”– mówiła specjalistka – „Pierwsze misje kosmiczne to były loty w nieznane; brali w nich udział przede wszystkim mężczyźni, najczęściej z zapleczem wojskowym. Dzisiaj mamy dużą wiedzę na temat wyzwań, jakie niosą ze sobą loty w kosmos. I takie myślenie nie ma uzasadnienia. Astronautki i astronauci to muszą być ludzie o dobrym stanie zdrowia, ale nie muszą biegać maratonów, posiadać ponadprzeciętnej siły czy wytrzymałości fizycznej” – podkreśliła dr Fogtman.

Aby zostać kosmonautą trzeba jednak mieć ukończone studia z obszaru nauk ścisłych. Preferowane, choć niekonieczne, jest posiadanie certyfikatu pilota testowego.

„W tej kampanii rekrutacyjnej nie faworyzujemy żadnej z grup, lecz kładziemy nacisk na komunikację o rekrutacji z dotychczas niedoreprezentowanymi grupami w gronie astronautek i astronautów, w tym szczególności z kobietami. W poprzedniej kampanii w 2008 r. jedynie 16 proc. zgłoszeń wysyłały kobiety, co skutkowało, tym, że na 6 przyjętych kandydatów wybrano zaledwie jedną kobietę. Kładziemy nacisk na różnorodność i kierujemy nasz przekaz do osób różnego pochodzenia, tożsamości seksualnej, orientacji seksualnej i o różnych przekonaniach. Po raz pierwszy w historii lotów załogowych ESA rekrutuje także osoby z fizyczną niepełnosprawnością” – powiedziała dr Fogtman.

Czy zatem na misję zostanie przyjęta osoba na wózku inwalidzkim? „Każda aplikacja zostanie oceniona indywidualnie. Na tym etapie studium wykonalności lotów w kosmos osób z niepełnosprawnościami dopuszczamy: osoby bez jednej lub dwóch stóp, jednej lub dwóch nóg poniżej kolana, osoby o nierównych kończynach oraz kandydatki i kandydatów o niskim wzroście poniżej 130 cm.”- sprecyzowała specjalistka i zacytowała słowa jednej z astronautek ESA, Samanthy Cristoforetti – „w kosmosie wszyscy jesteśmy niepełnosprawni”.

Astronauci i astronautki zostaną zatrudnieni na standardowych umowach ESA, a ich wynagrodzenie będzie uzależnione od wielu czynników, takich jak wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Będzie mieściło się w zakresie oficjalnej skali wynagrodzeń ESA na poziomie A2-A4, co oznacza nawet ponad 8 tys. EUR na miesiąc. ESA jest organizacją międzynarodową, a astronauci mają status urzędników międzynarodowych i dlatego są zwolnieni z odprowadzania podatku dochodowego.

Aplikować na stanowisko astronauty można będzie od 31 marca. Oferta ukaże się pod linkiem https://www.esa.int/About_Us/Careers_at_ESA, gdzie zostaną podane wszystkie informacje w zakresie wymaganych dokumentów.

„Osoby, które ukończyły 50 rok życia, zapraszamy do wysyłania aplikacji na inne stanowiska w ESA” – zachęciła dr. Fogtman.

Z Paryża Katarzyna Stańko(PAP)

Możliwość komentowania Specjalistka ds. przygotowań astronautów do misji: szukamy też 50-latków; zarobki ponad 8 tys. euro została wyłączona

Ponad 11 mln zł na projekt badań aerozoli, chmur oraz gazów śladowych

Prowadzony przez kilka uczelni i instytutów projekt ACTRIS, którego celem jest rozbudowa infrastruktury badawczej do badania aerozoli, chmur i gazów śladowych, otrzymał dofinansowanie przekraczające 11 mln zł. Pieniądze pochodzą z…

Prowadzony przez kilka uczelni i instytutów projekt ACTRIS, którego celem jest rozbudowa infrastruktury badawczej do badania aerozoli, chmur i gazów śladowych, otrzymał dofinansowanie przekraczające 11 mln zł. Pieniądze pochodzą z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014–2020.

Liderem projekt „ACTRIS – Infrastruktura do badania aerozoli, chmur oraz gazów śladowych” jest Uniwersytet Wrocławski, a w skład konsorcjum realizującego to przedsięwzięcie wchodzą Instytut Geofizyki PAN (lider konsorcjum ACTRIS-PL), Instytut Podstaw Inżynierii Środowiska PAN, Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej PIB, Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Śląski oraz Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu. Przedsięwzięcie wpisane jest na Polską Mapę Drogową Infrastruktury Badawczej – podał Uniwersytet Wrocławski.

Jak wskazała wrocławska uczelnia, celem projektu jest rozbudowa infrastruktury badawczej do badania aerozoli, chmur i gazów śladowych oraz zacieśnienie współpracy z ogólnoeuropejską siecią infrastruktury badawczej Actris.

W ramach projektu kupiona zostanie aparatura pozwalająca na badanie aerozolu atmosferycznego i jego wpływu na zmiany klimatu, m.in. lidar, fotometr, nefelometr czy spektrometry cząstek działające w czasie rzeczywistym. Doposażone i rozbudowane zostaną centra badawcze we Wrocławiu, Rzecinie, Raciborzu, Sosnowcu, Zabrzu i Strzyżowie.

Uniwersytet Wrocławski ma być przy tym ośrodkiem, w którym będą przechowywane dane sieci Actris-Polska.

Actris to ogólnoeuropejska infrastruktura służąca badaniom aerozoli, chmur i gazów śladowych. Actris Polska skupia się na pomiarach aerozoli, które są słabo poznanym czynnikiem klimatotwórczym i jednym ze składników smogu, a także na badaniu chmur i interakcji aerozoli z chmurami – podał z kolei w komunikacie Uniwersytet Śląski. Uczelnia ta w ramach przedsięwzięcia kupi lidar (skaner laserowy wykorzystywany m.in. do pomiarów określających pionowe profile atmosfery). W aparaturę tę wyposażone zostanie laboratorium mobilne (samochód).

Projekt uzyskał dofinansowanie przekraczające 11 mln zł z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014–2020. Całkowity budżet przedsięwzięcia to ponad 14 mln zł.

PAP – Nauka w Polsce, Piotr Doczekalski

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ponad 11 mln zł na projekt badań aerozoli, chmur oraz gazów śladowych została wyłączona

25 tys. supermasywnych czarnych dziur na ogromnej mapie nieba

Mapę nieba wskazującą ponad 25 tys. aktywnych supermasywnych czarnych dziur przygotował międzynarodowy zespół naukowców – z udziałem Polaków. To największa i najdokładniejsza mapa nieba obserwowanego na ultraniskich częstotliwościach radiowych.  Mapę…

Mapę nieba wskazującą ponad 25 tys. aktywnych supermasywnych czarnych dziur przygotował międzynarodowy zespół naukowców – z udziałem Polaków. To największa i najdokładniejsza mapa nieba obserwowanego na ultraniskich częstotliwościach radiowych. 

Mapę opublikowaną w czasopiśmie „Astronomy and Astrophysics” przygotował międzynarodowy zespół astronomów kierowany przez Francesco de Gasperina z Uniwersytetu w Hamburgu. W skład zespołu weszło dwoje polskich naukowców: Krzysztof Chyży z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Katarzyna Małek z Narodowego Centrum Badań Jądrowych – poinformowało NCBJ w przesłanym PAP komunikacie.

Na pierwszy rzut oka mapa wygląda jak obraz rozgwieżdżonego nocnego nieba. Mapa ta jednak nie została wykonana w świetle widzialnym, ale pokazuje niebo w zakresie fal radiowych, w których gwiazdy są dla oczu człowieka prawie niewidoczne. Wykonano ją za pomocą interferometru LOFAR (jest to angielski skrót od LOw Frequency ARray, co tłumaczy się jako sieć radiowa na niskie częstotliwości).

Za pomocą tej mapy astronomowie starają się odkryć różne obiekty, które głównie emitują fale o ultraniskich częstotliwościach radiowych. Do takich właśnie obiektów należy między innymi rozproszona materia w wielkoskalowej strukturze Wszechświata, egzoplanety oraz gasnące strumienie plazmy wyrzucane przez supermasywne czarne dziury, które najbardziej interesują naukowców z projektu LOFAR.

Chociaż jest to jedna z największych map w zakresie fal radiowych, to ukazuje jedynie dwa procent nieba. Na dokończenie obserwacji całego nieba północnego trzeba będzie poczekać jeszcze kilka lat.

Najbardziej szczegółowa jak do tej pory mapa nieba w zakresie ultradługich fal radiowych wykonana instrumentem LOFAR. Każda z 25 000 kropek ujawnia supermasywną czarną dziurę pochłaniającą materię z galaktyki, w której się znajduje. Mapa pochodzi z LOFAR LBA Sky Survey (LoLSS) – prowadzonego obecnie przeglądu całego nieba północnego za pomocą niskoczęstotliwościowej części interferometru LOFAR. Żródło: DOI: https://doi.org/10.1051/0004-6361/202140316

Najbardziej szczegółowa jak do tej pory mapa nieba w zakresie ultradługich fal radiowych wykonana instrumentem LOFAR. Każda z 25 000 kropek ujawnia supermasywną czarną dziurę pochłaniającą materię z galaktyki, w której się znajduje. Mapa pochodzi z LOFAR LBA Sky Survey (LoLSS) – prowadzonego obecnie przeglądu całego nieba północnego za pomocą niskoczęstotliwościowej części interferometru LOFAR. Żródło: DOI: https://doi.org/10.1051/0004-6361/202140316

 

Fale radiowe odbierane przez LOFAR i wykorzystane w tej pracy mają długość aż do sześciu metrów, co odpowiada częstotliwości około 50 MHz. Są to najdłuższe fale radiowe kiedykolwiek użyte do obserwacji tak dużego obszaru nieba. „Mapa jest wynikiem wielu lat pracy nad niewiarygodnie trudnymi danymi. Naukowcy należący do projektu musieli opracować i wdrożyć nowe strategie przekształcania sygnałów radiowych w obrazy nieba, ale dzięki temu udało się otworzyć nowe okno na Wszechświat” – czytamy w komunikacie NCBJ.

Wszechświat na tak długich falach radiowych stanowił dla naukowców wielką niewiadomą, bo zarówno obserwacje, jak i dalsza analiza danych są tam niezwykle wymagające. Jonosfera, warstwa wolnych elektronów otaczająca Ziemię, działa jak soczewka nieustannie przesuwająca się nad radioteleskopem. Efekt działania takiej soczewki można porównać do próby oglądania świata, gdy się jest zanurzonym w basenie. Patrząc w górę, widzimy, jak fale na wodzie uginają promienie świetlne i zniekształcają widok. Aby zniwelować w zebranych danych zakłócenia jonosfery, naukowcy wykorzystali superkomputery i opracowali nowe algorytmy do rekonstrukcji zarejestrowanych sygnałów.

LOFAR – jak podaje NCBJ – jest obecnie największym radioteleskopem pracującym na najniższych częstotliwościach, jakie można obserwować z Ziemi. Składa się on z 52 stacji rozmieszczonych w dziewięciu różnych krajach: Holandii, Niemczech, Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Irlandii, Łotwie i Włoszech. LOFAR jest wspólnym projektem ASTRON, Holenderskiego Instytutu Radioastronomii oraz m.in. uniwersytetów w Amsterdamie, Groningen, Lejdzie, Nijmegen, Niemieckiego Konsorcjum Długich Fal (GLOW), do którego należy Uniwersytet w Hamburgu, polskiej grupy POLFARO zarządzającej 3 stacjami LOFARA w Polsce sfinansowanymi przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania 25 tys. supermasywnych czarnych dziur na ogromnej mapie nieba została wyłączona

Kraków/ Studenci chcą pomóc rozwiązać problem kosmicznych śmieci

Studenci AGH w Krakowie przeprowadzą eksperymenty związane z wyłapywaniem kosmicznych śmieci z orbity okołoziemskiej. Doświadczenie będzie polegać na opracowaniu algorytmu analizującego ruch i sposób przemieszczania się tego typu obiektów. Projekt…

Studenci AGH w Krakowie przeprowadzą eksperymenty związane z wyłapywaniem kosmicznych śmieci z orbity okołoziemskiej. Doświadczenie będzie polegać na opracowaniu algorytmu analizującego ruch i sposób przemieszczania się tego typu obiektów.

Projekt Black Spheres studenci zrealizują w ramach wygranego przez nich konkursu „Drop Your Thesis!”, organizowanego przez Europejską Agencję Kosmiczną – podała w poniedziałek AGH.

Studenci Michał Błażejczyk, Kamil Switek, Kacper Synowiec oraz Kamil Maraj przeprowadzą eksperyment w marcu na wieży zrzutowej Uniwersytetu w Bremie.

Problem śmieci kosmicznych staje się coraz poważniejszy ze względu na wzrastającą liczbę wysyłanych na orbitę okołoziemską obiektów, które mogą zderzyć się z działającymi satelitami. W wyniku takiej kolizji powstaje chmura tysięcy nowych śmieci kosmicznych i szansa na kolejne zderzenia staje się o wiele większa.

Wyłapywanie śmieci kosmicznych jest wyzwaniem ze względu na niewielkie rozmiary obiektów, wysokie prędkości i duże rozproszenie. Potencjalnie najskuteczniejszym sposobem jest złapanie obiektu za pomocą ramienia robotycznego. Pozwala ono na przechwycenie uszkodzonego satelity bez wyrządzenia szkód i przeprowadzanie operacji naprawczych, a co za tym idzie – odzyskanie kosztownych elementów.

W eksperymencie, który przeprowadzą studenci, rolę uszkodzonego satelity spełni wydrukowana na drukarce 3D kula o średnicy 88 milimetrów i wadze 250 gram, wykonana ze specjalnej żywicy oraz zawierająca w sobie mechanizm z odważnikiem, lub w innej konfiguracji masę na sprężynie. W każdej z pięciu serii doświadczenia zostaną wypuszczone dwie kule, a ich ruch będzie obserwowany za pomocą sześciu kamer rozmieszczonych wewnątrz kapsuły. Wieża zrzutowa w Bremie pozwala na osiągnięcie warunków mikrograwitacji na ok. 9 sekund. Kapsuła, w której będą znajdować się kule, zostaje wystrzelona na 130 metrów i od momentu wystrzału przyspieszenie wewnątrz kapsuły będzie zerowe, ponieważ jej ruch kompensuje grawitację.

Projekt studentów AGH skupia się na obserwacji uszkodzonego satelity i automatycznym przewidywaniu jego pozycji i orientacji. Celem jest m.in. przetestowanie metody przewidywania ruchu w mikrograwitacji. Eksperymenty pozwolą na zebranie danych dotyczących ruchu obiektów ze zmiennym rozkładem masy.

„Mamy nadzieję, że uzyskane podczas eksperymentów wyniki pomogą w rozwiązaniu pilnego i narastającego problemu, jakim są kosmiczne śmieci. To kolejna ciekawa inicjatywa z obszaru przemysłu kosmicznego, w który chcielibyśmy się zaangażować, szczególnie jako Europejski Uniwersytety Kosmiczny, którym AGH jest od zeszłego roku” – powiedział opiekun projektu Black Spheres dr inż. Paweł Zagórski, cytowany w informacji uczelni.

Konkurs dla studentów „Drop Your Thesis” jest organizowany corocznie przez Europejską Agencję Kosmiczną. W ramach konkursu zwycięskie zespoły realizują swoje projekty w profesjonalnych obiektach, których na co dzień używają naukowcy ESA.(PAP)

Możliwość komentowania Kraków/ Studenci chcą pomóc rozwiązać problem kosmicznych śmieci została wyłączona

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content