Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Autor: Zuzanna

Olsztyn/ Naukowcy pomogą zrozumieć konsumentom oświadczenia zdrowotne na opakowaniach żywności

Konsumenci na opakowaniach żywności mogą przeczytać, że np. dany produkt zawiera „Omega-3 dla utrzymania serca w dobrej kondycji”, albo że jest „źródłem magnezu, który chroni komórki przed stresem oksydacyjnym”. Naukowcy…

Konsumenci na opakowaniach żywności mogą przeczytać, że np. dany produkt zawiera „Omega-3 dla utrzymania serca w dobrej kondycji”, albo że jest „źródłem magnezu, który chroni komórki przed stresem oksydacyjnym”. Naukowcy pomogą konsumentom w zrozumieniu tego rodzaju wskazówek.

Jak poinformowała PAP w poniedziałek Iwona Kieda z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN w Olsztynie, oświadczenia zdrowotne mają pomagać konsumentom zrozumieć, jaki wpływ na zdrowie ma kupowana przez nich żywność. Badania naukowców z międzynarodowego projektu „Health Claims Unpacked” pokazują jednak, że wielu konsumentów ma wciąż duże problemy z ich zrozumieniem.

Naukowcy z Instytutu Rozrodu Zwierząt PAN zachęcają więc kupujących do udziału w badaniu online, które ma prowadzić do poprawy w komunikacji oświadczeń zdrowotnych.

Jak wskazują eksperci, rośnie liczba świadomych konsumentów szukających zdrowych produktów dla siebie i swoich rodzin. „Jeśli chcemy dobrze się odżywiać i poprawić swoje zdrowie, zrozumienie oświadczeń zdrowotnych dotyczących żywności i napojów jest kluczowe. W świetle prawa UE oświadczenie zdrowotne jest dowolnym oświadczeniem sugerującym, że żywność lub jej określony składnik ma korzystny wpływ na zdrowie, jak np. +cynk pomaga w ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym+ albo +fosfor pomaga w utrzymaniu zdrowych zębów+”- dodała Kieda.

Wyjaśniła, że oficjalna lista dozwolonych oświadczeń zdrowotnych jest bardzo długa. Producentom żywności i napojów nie trzeba wyjaśniać, jakim wyzwaniem jest prawidłowe stosowanie oświadczeń na opakowaniach. Konsumenci mają jeszcze trudniej, ponieważ oświadczenia zdrowotne często pisane są niezrozumiałym, naukowym językiem. Badania naukowców z University of Reading przeprowadzone w 2019 roku m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji potwierdzają,

że mamy liczne problemy ze zrozumieniem treści oświadczeń zdrowotnych oraz nie ufamy tym komunikatom – wyjaśniła Kieda.

Odpowiedzią na to wyznanie jest inicjatywa „Health Claims Unpacked” finansowana ze środków Europejskiego Instytutu Innowacji i Technologii w obszarze żywności EIT Food. To platforma cyfrowa dostępna w internecie, która ma wspomóc konsumentów w lepszym rozumieniu oświadczeń zdrowotnych.

Strona dostępna jest w 4 językach, a konsumenci z Polski mogą mieć swój wkład w badanie. W ramach interaktywnej zabawy dostępne są zarówno treści edukacyjne jak i proste narzędzia do projektowania opakowań. Wsparcie konsumentów wyrażone poprzez udział w aktywnościach online może w przyszłości pomóc w tworzeniu jaśniejszych komunikatów zdrowotnych na opakowaniach żywności.

Naukowcy zachęcają do udziału w badaniu za pośrednictwem strony: https://www.unpackinghealthclaims.eu/#/pl

W finalnym etapie międzynarodowy zespół naukowy wykorzysta wiedzę zgromadzoną na platformie, aby uruchomić specjalny „Moduł Producenta”, dzięki któremu producenci oraz decydenci będą mogli uzyskać bezpośredni dostęp do informacji o preferencjach konsumentów w zakresie różnych sformułowań i ulepszyć komunikowanie oświadczeń zdrowotnych.

Projekt „Health Claims Unpacked” jest koordynowany przez Uniwersytet w Reading przy wsparciu British Nutrition Foundation, monachijskiej politechniki Technical University of Munich (TUM), platformy internetowej Foodmaestro oraz Instytutu Rozrodu Zwierząt PAN i koncernu spożywczego MASPEX. (PAP)

autor: Agnieszka Libudzka

Możliwość komentowania Olsztyn/ Naukowcy pomogą zrozumieć konsumentom oświadczenia zdrowotne na opakowaniach żywności została wyłączona

Algorytm rozpoznaje Alzheimera

Oparty o sztuczną inteligencję algorytm stworzony przez IBM po analizie pisma ręcznego jest w stanie określić kto w przyszłości zapadnie na chorobę Alzheimera. Skuteczność takiej “diagnozy” to 75 proc. A…

Oparty o sztuczną inteligencję algorytm stworzony przez IBM po analizie pisma ręcznego jest w stanie określić kto w przyszłości zapadnie na chorobę Alzheimera.

Skuteczność takiej “diagnozy” to 75 proc. A biorąc pod uwagę fakt, że pada ona na kilka lat przed wystąpieniem pierwszych symptomów choroby rozpoznawanych przez dzisiejsze metody, eksperci już mówią o powstaniu narzędzia, które będzie ogromnym wsparciem dla lekarzy.

Algorytm nie tyle analizował krój pisma ile badał błędy i złożoność opisu. Kilkaset osób zostało poproszonych o opisanie tego co dzieje się na zwykłym, przedstawiającym domową scenę, rysunku. Algorytm analizował nie tylko CO znalazło się w opisie ale także JAK opis sformułowano. Szukał drobnych błędów, złego użycie dużych liter i opisu składającego się z równoważników zdań (zamiast pełnych zdań), czyli w skrócie telegraficznego języka.

Elif Eyigoz et al., The Lancet 2020

Osoby opisujące w ten sposób scenę przedstawioną na rysunku, to osoby u których rozpoczęły się już zmiany chorobowe w mózgu. Na razie „na zewnątrz” trudno je jednak zauważyć. Dokładność tej metody diagnozy – jak napisano w publikacji z czasopisma The Lancet – wynosi 75 proc.

Naukowcy twierdzą, że choroby neurologiczne można znacząco spowolnić, pod warunkiem, że diagnoza zapadnie odpowiednio wcześnie. Wiele wskazuje na to, że to algorytmy będą tą pierwszą linią diagnostyczną w takich przypadkach, gdyż zauważają one zmiany, które są nieuchwytne przez inne metody wykorzystywane dzisiaj w medycynie. Ponadto ich ogromną zaletą jest to, że są nieinwazyjne, tanie, dostępne i nie wymagają zaawansowanej technologii w miejscu prowadzenia badania. Wiele z tych badań czy analiz można przeprowadzić dzięki narzędziom chmurowym.

Inne badania koncentrują się na analizie mowy. I znowu, nie wymagają specjalistycznego sprzętu. Wystarczy mikrofon w telefonie komórkowym i odpowiednia aplikacja. Niektóre choroby neurologiczne – zanim pojawią się ich pierwsze symptomy – mogą zostać zauważone po zmianie sposobu mówienia. Pojawiają się problemy z określeniem ilości przedmiotów, chorzy zaczynają nieco wolniej mówić i robią w środku zdań niespodziewane przerwy. Często też używają coraz mniej określeń abstrakcyjnych. Co ogromnie ważne, te zmiany nie są związane z językiem w jakim człowiek się posługuje, są uniwersalne. Jak takie badanie wygląda w praktyce? Badany dostaje SMSem (albo w specjalnej aplikacji) obrazek, nagrywa swoimi słowami jego opis, a nagranie jest analizowane przez algorytm AI. Takie badania prowadzi się na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco. Z wstępnych wyników można wyciągnąć wniosek, że niektóre choroby neurologiczne da się w ten sposób przewidzieć z nawet 10cio letnim wyprzedzeniem.

Zresztą, wykorzystywanie algorytmów AI w medycynie nie ogranicza się tylko do rozpoznawania chorób neurologicznych. W poniższym filmie pokazuję jak wykorzystuje się je do identyfikacji ognisk nowotworowych:

 

Możliwość komentowania Algorytm rozpoznaje Alzheimera została wyłączona

Rośliny i bakterie mogą oczyszczać glebę z zanieczyszczeń ropopochodnych

Gleby skażone substancjami ropopochodnymi to duży problem dla funkcjonowania ekosystemów. Naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach badają mechanizmy, dzięki którym bakterie mogą wspomagać rośliny w procesie jej oczyszczania. Ten proces…

Gleby skażone substancjami ropopochodnymi to duży problem dla funkcjonowania ekosystemów. Naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach badają mechanizmy, dzięki którym bakterie mogą wspomagać rośliny w procesie jej oczyszczania. Ten proces to wspomagana fitoremediacja. 

Pracuje nad tym duet mikrobiologów: dr Magdalena Pacwa-Płociniczak i dr Tomasz Płociniczak, w ramach projektów finansowanych z NCN. „Poszukiwałem szczepów, które będą wpływały na zwiększenie efektywności usuwania zanieczyszczeń ropopochodnych z gleby przy użyciu roślin. I znalazłem je. Przeprowadzone przeze mnie doświadczenia wykazały, że dzięki tym konkretnym bakteriom rośliny lepiej i szybciej usuwają zanieczyszczenia” – powiedział Tomasz Płociniczak w rozmowie z PAP.

Naukowcy pod lupę wzięli bakterie endofityczne, czyli te zasiedlające wnętrze rośliny. Wyselekcjonowali ok. 30 szczepów, które zbadali i opisali w laboratorium. Następnie do badań doniczkowych wykorzystali jeden szczep: Enterobacter ludwigii ZCR5. Kluczowe w badaniach mikrobiologów okazały się analizy molekularne określające mechanizmy, jakie zachodzą po wprowadzeniu tych bakterii do gleby.

„Potwierdziliśmy wysoką aktywność mechanizmów promowania wzrostu roślin i degradacji węglowodorów w warunkach laboratoryjnych. Prowadząc doświadczenia doniczkowe uzyskaliśmy informację, że te bakterie, które wprowadzaliśmy do gleby, miały zdolność do wchodzenia do wnętrza tkanek roślinnych zarówno do korzeni, jak i części nadziemnych. Ale niestety badane przez nas bakteryjne mechanizmy w przypadku szczepu ZCR5 nie były aktywne w glebie, ani w roślinie. Nad tym będziemy dalej pracowali” – tłumaczyła Magdalena Pacwa-Płociniczak.

W silnie skażonej glebie mało które rośliny chcą rosnąć. Tolerancją na zanieczyszczenia ropopochodne i możliwością bytowania w takiej glebie wykazuje się m.in. trawa życica trwała. „Ona sobie bardzo dobrze radzi w tych warunkach środowiskowych. A wspomagana odpowiednimi bakteriami radzi sobie jeszcze lepiej” – podkreślił Płociniczak.

Z kolei Pacwa-Płociniczak, której badania dotyczą terenów zanieczyszczonych zarówno organicznymi, jak i nieorganicznymi związkami, do analiz wybrała kukurydzę. „Dzięki naszym badaniom dowiadujemy się, jakie oddziaływania między bakterią a rośliną są najważniejsze dla efektywności fitoremediacji, wspomaganej bakteriami. Wiedzę tę możemy później wykorzystać np. do produkcji bioszczepionek wykazujących się dużą skutecznością” – podkreśliła mikrobiolog.

W ocenie badaczy fitoremediacja – w porównaniu z metodami fizykochemicznymi lub wywożeniem skażonej gleby i zastępowaniem jej glebą nieskażoną, stosowanymi obecnie do remediacji gleb – jest procesem tańszym, a także dostarczającym przy tym walorów estetycznych w postaci posadzonych roślin. „Przewagą fitoremediacji jest to, że ona w najmniejszym stopniu zaburza równowagę biologiczną oczyszczanego środowiska, a wręcz zwiększa bioróżnorodność mikrobiologiczną danego terenu. Jest to jednak metoda długoterminowa, tutaj efektu należy spodziewać się raczej po latach, niż miesiącach” – tłumaczyła badaczka.

Płociniczak powiedział, że w Polsce fitoremediacja, czyli obsiewanie czy obsadzanie zanieczyszczonych gleb, jest stosowane na małą skalę. Jego zdaniem problemem są niskie nakłady finansowe na działania proekologiczne oraz brak regulacji prawnych, które nakazywałyby konieczność oczyszczania obszarów zanieczyszczonych.

„Wierzymy w tę metodę, ale jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że nie wszędzie jest ona najlepszą opcją. Czasem może lepsza byłaby biostymulacja, czyli wspomożenie tych mikroorganizmów, które występują w miejscu skażenia, ale z jakiś powodów nie są aktywne – wtedy można wprowadzać do gleby pożywki, powietrze, brakujące minerały lub modyfikować wybrane parametry np. odczyn gleby” – dodał.

Mikrobiolodzy przypomnieli, że w Polsce niemal nie ma miejsca, gdzie gleba byłaby całkowicie wolna od zanieczyszczeń. „Zanieczyszczenie środowiska węglowodorami ropopochodnymi stanowi jedno z najpoważniejszych zagrożeń dla prawidłowego funkcjonowania ekosystemów zarówno glebowych, jak i wodnych. Występują one np. w miejscach po dawnych zakładach przemysłowych, stacjach paliw czy wzdłuż nieszczelnego rurociągu. Najgroźniejsze z nich, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, pochodzą też ze spalania paliw kopalnych. A wpływ tych związków, które są m.in. kancerogenne czy mutagenne, na człowieka i inne organizmy jest bardzo istotny” – podsumowali badacze.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Rośliny i bakterie mogą oczyszczać glebę z zanieczyszczeń ropopochodnych została wyłączona

Zespół ds. klimatu przy PAN o prognozach wzrostu poziomu wód na Bałtyku

W ciągu 30 lat wzrośnie liczba wezbrań na Bałtyku, a za 100 lat historyczne centrum Gdańska może znaleźć się pod wodą – prognozuje interdyscyplinarny Zespół doradczy ds. kryzysu klimatycznego przy…

W ciągu 30 lat wzrośnie liczba wezbrań na Bałtyku, a za 100 lat historyczne centrum Gdańska może znaleźć się pod wodą – prognozuje interdyscyplinarny Zespół doradczy ds. kryzysu klimatycznego przy prezesie PAN w komunikacie dot. skutków wzrostu poziomu morza m.in. dla Gdańska, Żuław i Półwyspu Helskiego. 

„Nieuchronny charakter i narastające tempo wzrostu poziomu morza pokazują niebezpieczeństwo, jakie niesie zmiana klimatu. W razie niepowodzenia w redukcjach emisji gazów cieplarnianych być może już niedługo będziemy musieli zmierzyć się z problemem podtopień w strefie przybrzeżnej i przygotować się na zalewanie coraz większej powierzchni lądu” – ostrzegają członkowie zespołu w opublikowanym w środę na stronie PAN komunikacie.

Zespół wskazuje, że w ramach szybkich działań konieczne jest opracowanie: strategii ochrony wybrzeża; wymagań dotyczących planowania i projektowania inwestycji infrastrukturalnych, a także opracowanie wytycznych związanych z gospodarką przestrzenną. Dotyczyć to powinno zarówno środków ochrony wybrzeża i rejonów przybrzeżnych, jak i określenia sposobów użytkowania terenów zagrożonych coraz częstszymi zalaniami, które uwzględniałyby możliwość bezpowrotnej utraty niektórych z nich.

„Globalny poziom morza podniósł się od XIX wieku o ponad 20 cm. Specjalny Raport IPCC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu – PAP) z 2019 r. na temat oceanu i kriosfery stwierdza, że tempo wzrostu średniego poziomu morza w latach 2006-2015 wyniosło 3,6 mm na rok, jest bezprecedensowe w ostatnich 100 latach i około 2,5 razy większe niż w latach 1901-1990” – piszą naukowcy.

Powołują się na badania, z których wynika, że wzrost poziomu morza przyspiesza od lat 60. XX wieku. „Przyczyną jest coraz szybsze topnienie lodowców i lądolodów, a także w mniejszym stopniu rozszerzalność cieplna wód oceanów i zmniejszenie masy wody na powierzchni i w glebie kontynentów oraz w jeziorach. Przyspieszenie to doprowadziło do zwiększenia tempa wzrostu poziomu morza w ciągu ostatniej dekady aż do 4,8 mm rocznie” – opisują członkowie zespołu.

Prognozy wzrostu poziomu morza zależne są od wielkości przyszłych emisji gazów cieplarnianych. Autorzy raportu IPCC przewidują, że tempo średniego światowego wzrostu poziomu morza w 2100 r. osiągnie 15 mm na rok, a w XXII wieku przekroczy kilka centymetrów rocznie.

Przewidywania naukowców dotyczą także polskiego wybrzeża.

Wstępne wyniki wskazują na brak pionowych ruchów dna dla zachodnich krańców polskiego wybrzeża oraz jego środkowej części, a także na obniżanie się o około 1 mm na rok wybrzeża w rejonie Zatoki Gdańskiej i nawet 2 mm na rok w rejonie Żuław. To może spowodować w tym rejonie przyspieszenie wzrostu względnego średniego poziomu morza o dodatkowe ok. 10-20 cm na stulecie, skutkując zwiększeniem zagrożeń związanych ze wzrostem poziomu morza i obejmowaniem przez te zagrożenia coraz większych obszarów, w tym historycznej części Gdańska, Żuław czy Półwyspu Helskiego.

„W ciągu 80 lat zdarzenia ekstremalne, które dotąd występowały raz na wiek, będą występować co najmniej raz w roku, w większości lokalizacji. W perspektywie 30 lat w rejonie Europy centralnej i Bałtyku prawdopodobne będą wezbrania sztormowe, które mogą być kilkakrotnie częstsze niż w przeszłości” – alarmują naukowcy.

W skład interdyscyplinarnego Zespołu doradczego do spraw kryzysu klimatycznego przy prezesie PAN wchodzą: prof. Szymon Malinowski (UW), prof. Jacek Piskozub (IO PAN), dr hab. Iwona Wagner (ERCE PAN, UŁ), prof. Irena Wrońska (UM Lublin), prof. Krzysztof Kwiatek (Państwowy Instytut Weterynaryjny), dr hab. Adam Habuda (INP PNA), dr Krzysztof Niedziałkowski (IFiS PAN), dr Agata Goździk (IGF PAN), prof. Tomasz Okruszko (SGGW), prof. Zbigniew Kundzewicz (IŚRiL PAN), dr hab. inż. Andrzej Jagodziński (ID PAN), dr hab. inż. Anna Januchta-Szostak (PP), prof. Jan Kozłowski (UJ), prof. Jan Kiciński (IMP PAN), dr Aleksandra Kardaś (UW), dr Justyna Orłowska (ekspertka Ministerstwa Klimatu), dr hab. Mateusz Strzelecki (członek Akademii Młodych Uczonych PAN)

Pełna treść komunikatu tutaj.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Zespół ds. klimatu przy PAN o prognozach wzrostu poziomu wód na Bałtyku została wyłączona

NCBR podpisało porozumienie z Narodowym Funduszem Badań Ukrainy

Organizacja wspólnych konkursów bilateralnych, wymiana wiedzy i najlepszych praktyk – to założenia podpisanego porozumienia o współpracy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) z Narodowym Funduszem Badań Ukrainy. NCBR poinformowało o…

Organizacja wspólnych konkursów bilateralnych, wymiana wiedzy i najlepszych praktyk – to założenia podpisanego porozumienia o współpracy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) z Narodowym Funduszem Badań Ukrainy. NCBR poinformowało o sygnowaniu dokumentu w piątek. 

Porozumienie będzie obowiązywać przez 5 lat. Współpraca może być podjęta m.in. w zakresie badań jądrowych, nowych materiałów, technologii IT, fizyki i astronomii, inżynierii, biotechnologii czy badań środowiskowych.

„Polskie innowacje już od lat wychodzą za granicę dzięki wsparciu NCBR. W naszym portfolio mamy obecnie ponad 100 inicjatyw międzynarodowych. Cieszę się, że od dziś w gronie naszych najważniejszych zagranicznych partnerów jest także Narodowy Fundusz Badań Ukrainy” – mówi cytowany w komunikacie dyrektor polskiej agencji dr inż. Wojciech Kamieniecki. W jego ocenie jest to szansa dla polskich jednostek na nawiązanie nowych badawczych kontaktów.

„Dla obu instytucji to także możliwość wspólnego udziału chociażby w takich projektach jak Twinning i TAIEX, czyli programach pomocowych adresowanych do państw sąsiadujących z UE” – podkreślił.

W ramach porozumienia możliwa będzie organizacja wspólnych konkursów bilateralnych, wymiana wiedzy i najlepszych praktyk oraz promocja udziału polskich i ukraińskich ekspertów w procesie oceny wniosków w konkursach obu instytucji.

Narodowy Fundusz Badań Ukrainy (NRFU) to państwowa agencja rządowa, której głównym celem jest wsparcie realizacji badań podstawowych i prac rozwojowych w priorytetowych dziedzinach nauki i technologii. NRFU jest odpowiednikiem NCBR na Ukrainie.

„Nie mamy wątpliwości, że nasza współpraca będzie sprzyjać owocnej wymianie wiedzy i dobrych praktyk między czołowymi organizacjami i instytucjami naukowymi Ukrainy i Polski, zacieśnianiu relacji między naszymi krajami, a także wzajemnej integracji krajowych przestrzeni badawczych” – mówi cytowany w komunikacie dyrektor NRFU prof. Leonid Jatsenko.

NCBR poinformowało również, że 2021 rok przynosi nowe wyzwania dla NCBR w zakresie współpracy międzynarodowej. Agencja podkreśliła, że aby skuteczniej wspierać naukowców i innowatorów na arenie międzynarodowej, a zwłaszcza realizować projekty w ramach programu Horyzont Europa, NCBR podjęło już szereg działań m.in. powołało Biuro Współpracy Międzynarodowej, połączyło siły z Krajowym Punktem Kontaktowym i uruchomiło biuro w Brukseli.(PAP)

Autor: Szymon Zdziebłowski

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania NCBR podpisało porozumienie z Narodowym Funduszem Badań Ukrainy została wyłączona

Zmiany klimatu przesuwają granice zimowania morskiej kaczki

Jak ptaki wodne reagują na zmiany klimatu? Jeden z gatunków – kaczka morska ogorzałka – zmienia zimowy zasięg w Europie: przesuwa go na północ i na wschód. W ostatnich 30…

Jak ptaki wodne reagują na zmiany klimatu? Jeden z gatunków – kaczka morska ogorzałka – zmienia zimowy zasięg w Europie: przesuwa go na północ i na wschód. W ostatnich 30 latach ptaków tych ubyło w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii; przybyło m.in. w Szwecji, Niemczech i Polsce.

Wyniki analiz opublikowano w „Scientific Reports” (https://doi.org/10.1038/s41598-020-77153-4). Badania te, zainicjowane przez dra Dominika Marchowskiego z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN oraz Łukasza Ławickiego z Zachodniopomorskiego Towarzystwa Przyrodniczego, ruszyły w 2014 r. Chcieli oni zaktualizować status i zasięg zimowisk ogorzałki – jednego z gatunków ptaków wodnych zimujących w Europie zachodniej i środkowej. Chcieli też ocenić, na ile skuteczna jest ochrona tych ptaków w ramach sieci Natura 2000.

W ramach badań naukowcy analizowali m.in. dane, zbierane przez trzy dekady przez tysiące europejskich obserwatorów ptaków.

Okazało się, że w efekcie ocieplenia coraz ważniejsze (jako miejsce zimowania ptaków wodnych) stały się obszary położone dalej na wschód i północ. W ciągu 30 lat liczba ogorzałek zimujących w Europie północno-zachodniej zmalała aż o 38 procent. Coraz mniej ogorzałek zimuje na akwenach Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii. Wyraźnie przybyło ich za to w Niemczech, Polsce, Szwecji i Estonii.

„Najważniejsze zimowisko przesunęło się na wschód i północ i obecnie znajduje na wodach przybrzeżnych Bałtyku na granicy polsko-niemieckiej, a dotychczasowe najważniejsze zimowisko położone w Holandii odgrywa teraz mniejszą rolę” – komentuje dr Marchowski.

Takie przesunięcie zimowego zasięgu ogorzałki naukowcy wyjaśniają wzrostem średnich temperatur, jakie panują zimą we wschodniej i północnej części terenów zimowiskowych tego gatunku. Przez wiele lat ogorzałki z Europy zimowały w jej centralnej i zachodniej części, lęgi zaś wyprowadzały na terenach położonych bardziej na wschód i północ. Obecnie – w miarę, jak się ociepla – na czas zimy mogą one pozostać bliżej terenów lęgowych – tłumaczą autorzy badania w swojej publikacji.

fot. Miłosz Kowalewski
ogorzałka Aythya marila, fot. Miłosz Kowalewski 

 

Bezpośrednią przyczyną zimowania ogorzałek w rejonie Bałtyku jest fakt, że z powodu ocieplenia wody tych mórz – dawniej pokrywające się lodem – teraz aż tak bardzo nie zamarzają. Dla populacji ptaków może to oznaczać dobre wieści: im bardziej rozproszona jest zimą populacja, tym łatwiej poszczególnym osobnikom znaleźć pokarm i przetrwać.

Dane obejmujące najdłuższy okres dotyczący ogorzałki pochodzą z Wielkiej Brytanii i Szwecji – dwóch skrajów zasięgu zimowania tego ptaka. Sięgają one w przeszłość aż do 1967 roku! „Na wykresach widać 90-procentowy spadek liczebności w Wielkiej Brytanii na przestrzeni 52 lat oraz wzrost w Szwecji, będący niemal lustrzanym odbiciem tej sytuacji w Wielkiej Brytanii. Świadczy to o zwiększeniu znaczenia zimowisk położonych we wschodnich i północnych obszarach” – komentuje zoolog z MIiZ PAN.

W ramach analiz autorzy badania zaktualizowali mapę rozmieszczenia zimowisk ogorzałki z populacji zimującej w zachodniej i centralnej Europie. „Zaktualizowaliśmy też ocenę liczebności populacji, która zmniejszyła się z 310 tys. osobników szacowanych na początku lat 1990-tych do 190 tys. obecnie. Tym samym jednoprocentowy próg powoływania obszarów chronionych dla tego gatunku zmniejszył się 3100 osobników do 1900” – mówi.

Autorzy publikacji zwracają uwagę na problemy dotyczące ochrony najważniejszych obszarów koncentracji ogorzałki (jak i innych, gatunków ptaków wodnych, posiadających podobne wymagania ekologiczne) na najważniejszym obecnie zimowisku. „Zarówno w Polsce, jak i w Niemczech najważniejsze obszary Natura 2000, skupiające 60 proc. zimującej populacji ogorzałki, pozbawione są planów zarządzania (wymaganych prawem planów ochrony). Powoduje to brak uregulowań prawnych chroniących ptaki wodne na tym coraz ważniejszym dla nich obszarze. Najważniejsze zagrożenie w tym rejonie to przyłów w sieci rybackie, co rocznie może tu ginąć 1000 – 3000 osobników ogorzałki i drugie tyle pozostałych gatunków nurkujących” – podkreśla dr Marchowski.

W badaniach uczestniczyło 19 osób z 10 krajów, związanych z 16 podmiotami, w tym – ośrodkami naukowymi, takimi jak Aarhus University, Lund University, Uniwersytet Gdański, Estonian University of Life Sciences oraz Włoski ISPRA czy Stacja Ornitologiczna MiIZ PAN. Do powstania artykułu przyczyniły się również osoby z europejskich organizacji pozarządowych, takich jak Wetlands International, Zachodniopomorskie Towarzystwo Przyrodnicze, Sovon, DDA, BTO, WWT, I-WeBS, BirdWatchIreland i LPO.

Nauka w Polsce – PAP

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Zmiany klimatu przesuwają granice zimowania morskiej kaczki została wyłączona

Powstanie klaster kosmiczny m.in. do budowy Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi

W województwie podkarpackim powstanie klaster kosmiczny, którego celem jest m.in. budowa Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi. W środę przedstawiciele samorządu tego województwa, Exatela, Politechniki Rzeszowskiej oraz PWST-E w Jarosławiu podpisali list…

W województwie podkarpackim powstanie klaster kosmiczny, którego celem jest m.in. budowa Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi. W środę przedstawiciele samorządu tego województwa, Exatela, Politechniki Rzeszowskiej oraz PWST-E w Jarosławiu podpisali list intencyjny w tej sprawie.

Przedstawiciele Samorządu Województwa Podkarpackiego, polskiego operatora telekomunikacyjnego Exatel, Politechniki Rzeszowskiej oraz Państwowej Wyższej Szkoły Techniczno-Ekonomicznej w Jarosławiu podpisali w środę list intencyjny w sprawie powołania klastra kosmicznego. Dokument ten określa ramy współpracy w zakresie budowy i utrzymania klastra kosmicznego na terenie Województwa Podkarpackiego oraz wsparcia budowy Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi.

Głównym celem powołania klastra kosmicznego jest rozbudowa krajowych kompetencji w obszarze technologii kosmicznych i technik satelitarnych przy udziale sektora komercyjnego i naukowego. Według Exatela pierwszym zadaniem interesariuszy listu jest współpraca w przygotowaniu, w ramach Krajowego Planu Odbudowy, wniosku aplikacyjnego dotyczącego stworzenia Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi. Będzie on tworzony przy współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej, które będzie jednym z beneficjentów wypracowanych technologii. Efektem projektu będzie stworzenie pierwszej polskiej konstelacji satelitów obserwacyjnych.

Obecny podczas ceremonii wiceminister Aktywów Państwowych Maciej Małecki podkreślał, że pandemia Covid pokazała, jak ważne jest zapewnienie bezpiecznej transmisji wysokiej jakości danych i stabilna, bezpieczna łączność, a „działania zmierzające do powołania klastra kosmicznego, stworzenia Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi wpisują się w polską rację stanu”.

„Bezpiecznej łączności, wysokiej jakości danych potrzebuje sektor publiczny, polska gospodarka, sektor bankowy, energetyczny, ale też my wszyscy, zwykli użytkownicy w naszym codziennym życiu. I potrzebuje tego bezpieczeństwo kraju, polska armia” – powiedział Małecki. Dlatego – wyjaśniał – Ministerstwo Aktywów Państwowych, które nadzoruje należącą w 100 proc. do skarbu państwa spółkę Exatel, będzie wspierać budowę klastra.

Także wiceminister obrony Marcin Ociepa zapowiedział wspieranie tej inicjatywy. „Kwestia kosmosu jest kwestią o krytycznym znaczeniu dla bezpieczeństwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, badań naukowych czy rozwoju wielu gałęzi przemysłu. To jest przyszłość, pytanie jak się w niej odnajdziemy” – powiedział. Podkreślał, że kluczowe dla rozwoju polskiej polityki kosmicznej są trzy obszary: pogłębianie potencjału naukowego, wzmocnienie przemysłu i polskich przedsiębiorców, jeśli chodzi o aktywność kosmiczną, by stał się autonomiczny i odporny na przejęcia, a także wymiar wojskowy. „Do tego potrzebujemy takich inicjatyw jak ta, której dzisiaj patronujemy, by osiągnąć w tym wymiarze samowystarczalność” – ocenił.

Chodzi o to, że pomimo iż ostatniej dekadzie XXI wieku światowy rynek kosmiczny rozwija się bardzo dynamicznie, to Polska – w przeciwieństwie do większości porównywalnych krajów – nadal nie ma własnej rozbudowanej i zaawansowanej konstelacji satelitów. Planowany klaster kosmiczny ma stworzyć warunki dla integracji zdolności kosmicznych polskich przedsiębiorstw, by wspólnie działać na rzecz polskich potrzeb satelitarnych.

Podpisanie listu intencyjnego to także kolejny krok w strategii ogłoszonej w 2020 roku przez Exatel. Zakłada ona silny rozwój kompetencji polskiego operatora telekomunikacyjnego w zakresie łączności satelitarnej.

Jak przypomniał wiceprezes zarządu Exatela Rafał Magryś, firma od kilku lat świadczy usługi łączności satelitarnej dla instytucji publicznych. „Widzimy duży i rosnący potencjał tego rynku. Dlatego pod koniec ubiegłego roku informowaliśmy o budowie huba satelitarnego z funkcją kontroli misji. Dzięki niemu będziemy w stanie realnie wykorzystywać potencjał tworzonych w ramach klastra kosmicznego rozwiązań. W efekcie nasze usługi będą dostępne nie tylko dla sektora komercyjnego, ale również dla administracji publicznej czy też wojska – powiedział Magryś.

Siłą polskiego klastra kosmicznego ma być wykorzystanie potencjału naukowo-badawczego polskiej nauki. Dlatego wśród podmiotów podpisujących list intencyjny znalazły się dwie jednostki naukowe – Politechnika Rzeszowska oraz Państwowa Wyższa Szkoła Techniczno-Ekonomiczna w Jarosławiu.

Jak wskazywał marszałek województwa podkarpackiego Władysław Ortyl, budowa klastra powinna też wzmocnić potencjał wzrostu gospodarki w obszarze technologii kosmicznych i technik satelitarnych oraz rozpowszechnić korzystanie z technologii satelitarnych do wspierania systemów przyjaznych dla środowiska i klimatu. „Przypomnę, że Województwo Podkarpackie stanowi jedyny region w Polsce, który w swojej Regionalnej Strategii Innowacji wybrał jako wiodącą specjalizację Lotnictwo i Kosmonautykę. W tym obszarze region poszukuje swoich szans na rozwój i wzmocnienie naturalnych przewag konkurencyjnych” – wskazał marszałek.

Według zapowiedzi inicjatorów, klaster będzie aktywnie korzystał z wiedzy europejskich organizacji takich jak: Sieci Regionów Europejskich Wykorzystujących Technologie Kosmiczne NEREUS, ESA Business Incubation Centres, EURISY, EARSC, SME4Space czy EUROSPACE. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Powstanie klaster kosmiczny m.in. do budowy Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi została wyłączona

Układ Słoneczny mógł powstawać w dwóch etapach

Międzynarodowy zespół badawczy z polskim udziałem zaproponował nową teorię powstawania Układu Słonecznego. Okazuje się, że nasz układ planetarny mógł we wczesnej fazie swojego tworzenia powstawać w dwóch etapach. Hipotezę przedstawiono…

Międzynarodowy zespół badawczy z polskim udziałem zaproponował nową teorię powstawania Układu Słonecznego. Okazuje się, że nasz układ planetarny mógł we wczesnej fazie swojego tworzenia powstawać w dwóch etapach. Hipotezę przedstawiono na łamach najnowszego wydania czasopisma „Science”. 

Wśród autorów pracy jest dr Joanna Drążkowska, polska astrofizyczka pracująca na Uniwersytecie Ludwika i Maximilliana w Monachium w Niemczech (Uniwersytet Monachijski). Związki z Polską ma także druga osoba spośród grona autorów – prof. Gregor Golabek z Uniwersytetu w Bayreuth w Niemczech.

Powszechnie obecnie przyjmowany obraz powstawania Układu Słonecznego przewiduje, iż Słońce wraz z układem planetarnym uformowało się z zagęszczenia obłoku gazowego, który zapadł się grawitacyjnie. Kurczenie się obłoku powodowało wzrost gęstości oraz wytworzenie się wirującego dysku protoplanetarnego. W centrum powstała protogwiazda, która potem przekształciła się w Słońce, a w dysku uformowały planety. Planety powstały w wyniku kolizji pomiędzy ziarnami pyłu, które zaczęły tworzyć coraz większe obiekty, aż powstały kilkukilometrowe ciała nazywane planetozymalami, które dalej się zderzały. Istotną rolę w tych procesach może odgrywać tzw. linia śniegu, oddzielająca obszary, w których w dysku występowały substancje gazowe (bliżej gwiazdy) oraz obszar, gdzie woda przechodziła do stanu lodu (dalej od gwiazdy).

Dowody geochemiczne i astronomiczne wskazują, że formowanie się planet zachodziło w dwóch odseparowanych strefach. Nie jest znana dokładna przyczyna tego zróżnicowania – dlaczego planety znajdujące się blisko Słońca są małe i suche (z małą zawartością wody w stosunku do swojej masy), a planety w zewnętrznych częściach Układu Słonecznego są większe i bardziej mokre pod tym względem.

Nowa praca opisuje formowanie się Układu Słonecznego, próbując wyjaśnić kilka kluczowych kwestii dotyczących powstawania planet skalistych (jak Ziemia, czy Mars), gazowych (jak Jowisz) oraz skład różnych rodzin planetoid i meteorytów. Zaproponowano wytłumaczenie astrofizycznych i geologicznych procesów w trakcie najwcześniejszej fazy tworzenia się Słońca i systemu planetarnego.

Według autorów publikacji, planetozymale mogły powstawać w dwóch osobnych etapach. Obliczenia numeryczne i obserwacje wskazują, że miejsca, w których formują się planety, mogą mieć względnie niski poziom turbulencji. W takich warunkach oddziaływania pomiędzy ziarnami pyłu w dysku oraz wodą przechodzącą z fazy gazowej do lodu (linia śniegu) mogły wzbudzić wczesny okres formowania się planetozymali, a potem w późniejszym okresie mogła nastąpić druga fala powstawania planetozymali, ale w dalszej odległości.

Planetozymale w wewnętrznej części Układu Słonecznego stały się bardzo gorące, wytworzyły wewnętrzne oceany magmy, szybko uformowały żelazne jądra i utraciły gaz, co skutkuje obecnym suchym składem planet. Z kolei planetozymale w zewnętrznej części Układu Słonecznego uformowały się później i w mniejszym stopniu doświadczyły tych procesów.

„Nasze badania rzucają kompletnie nowe światło na proces powstawania planet. Stara teoria nie potrafiła wyjaśnić kluczowego pierwszego kroku, w którym pył formuje pierwsze związane grawitacyjnie ciała, czyli planetozymale, więc po prostu zakładała, że powstają one szybko i wszędzie w dysku wokół gwiazdowym” – tłumaczy dr Joanna Drążkowska.

„My używamy najnowszych osiągnięć z badań teoretycznych sugerujących, że formowanie się planetozymali jest możliwe (poprzez proces, który nazywa się niestabilnością strumieniową) tylko w niektórych miejscach, takich jak linia śniegu” – dodaje badaczka.

Jak wskazuje dr Drążkowska, w tym scenariuszu, wszystkie plantozymale powstają bogate w wodę, ale mała ich część powstaje na tyle szybko, że jest bogata w promieniotwórczy izotop glinu Al-26 o czasie połowicznego rozpadu 700 000 lat, więc krótszym niż czas życia dysku wokółgwiazdowego. Dzięki rozpadowi glinu, część planetozymali traci wodę i staje się zalążkami planet skalistych.

„Jedną z najciekawszych implikacji tej pracy jest to, że inne układy planetarne mogą wyglądać kompletnie inaczej niż Układ Słoneczny (wiemy z badań egzoplanet, że tak jest) tylko dlatego, że miały początkowo inny budżet Al-26, co jest moim zdaniem bardzo naturalnym i eleganckim wytłumaczeniem” – podsumowuje dr Drążkowska. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Układ Słoneczny mógł powstawać w dwóch etapach została wyłączona

80 tys. naukowców apeluje o ochronę wód powierzchniowych

Ponad 80 tys. naukowców ze 111 towarzystw naukowych badających ekosystemy wodne apeluje o natychmiastowe podjęcie działań na rzecz ochrony wód powierzchniowych, aby „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”. W apelu chodzi o…

Ponad 80 tys. naukowców ze 111 towarzystw naukowych badających ekosystemy wodne apeluje o natychmiastowe podjęcie działań na rzecz ochrony wód powierzchniowych, aby „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”. W apelu chodzi o działania przeciwko antropogenicznym zmianom klimatu. 

Ponad 80 tys. naukowców z całego świata, zrzeszonych w 111 towarzystwach naukowych podpisało Stanowisko Światowych Towarzystw Naukowych Badających Ekosystemy Wodne w Sprawie Potrzeby Podjęcia Pilnych Działań Przeciwko Antropogenicznym Zmianom Klimatu. Jego polskimi sygnatariuszami są Polskie Towarzystwo Limnologiczne (PTLim) i Polskie Towarzystwo Hydrobiologiczne.

Polskie tłumaczenie oświadczenia opublikowano na stronie PTLim. O oświadczeniu naukowcy piszą też w liście opublikowanym na łamach Nature.

Wspólne oświadczenie przedstawia dramatyczną skalę postępującej degradacji wód powierzchniowych, przestrzega przed jej konsekwencjami dla ludzkości i wzywa do podjęcia natychmiastowych działań powstrzymujących dalsze niszczenie środowisk wodnych wywołanych przez zmiany klimatyczne. W opinii autorów działania te pomogą „uniknąć tragicznych globalnych konsekwencji”.

„Światowe zasoby wodne są obecnie najbardziej zagrożone w historii ludzkości. Antropopresja przyspiesza zmiany klimatu i tym samym degradację ekosystemów wodnych, a także pogarsza jakość świadczonych przez nie usług. Zmiany dotykające nasz glob manifestują się najszybciej i najsilniej właśnie w wodach powierzchniowych. Przykładowo spadek liczebności populacji organizmów słodkowodnych, który jest jedną z miar bioróżnorodności, w okresie od 1970 r. do 2014 r. spadł o 83 proc. Szacunki wskazują, że jeżeli kierunek i tempo degradacji środowiska nie ulegnie ograniczeniu, to do połowy XXI w. zniknie do 90 proc. raf koralowych, które są ekosystemami kluczowymi w kontekście zachowania bioróżnorodności Ziemi” – alarmują naukowcy.

Sekretarz Polskiego Towarzystwa Limnologicznego dr hab. Piotr Rzymski komentuje w przesłanym PAP komunikacie: „Zasoby wodne są krytyczne dla przetrwania ludzkości. Jeżeli nie podejmiemy zdecydowanych działań na rzecz ich ochrony, zmiany klimatu doprowadzą do destabilizacji, której nikt z nas nie chciałby być świadkiem. Masowe migracje, ograniczone możliwości produkcji żywności, fale gorąca, pożary, konflikty o wodę, ogromne straty gospodarcze. Zresztą część z tych efektów jest już obserwowana”.

„Wzywamy decydentów i społeczeństwo do podjęcia konkretnych postanowień i ich realizacji. Musimy ograniczyć emisję gazów cieplarnianych, ale w sposób realny, a nie tylko na papierze. Czas na rozważania już się skończył. Kiedy wybuchła pandemia, mogliśmy zareagować i z nią walczyć. Jeżeli przekroczymy punkty krytyczne zmian klimatu to na reakcje będzie za późno – staniemy się biernymi obserwatorami wydarzeń, które wcześniej sami sprowokowaliśmy” – dodaje.

Naukowcy w liście w Nature zwracają uwagę, że 2021 rok będzie pod wieloma względami kluczowy: listopadowy szczyt klimatyczny uważa się za ostatnią szansę na podjęcie zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu, nowa administracja USA ma najbardziej ambitny plan prośrodowiskowy w historii kraju, a Chiny, Japonia, Korea Południowa i Unia Europejska deklarują dążenie do neutralności klimatycznej.

Dr hab. Piotr Klimaszyk, prezes PTLim, zwraca uwagę na ignorowanie problemu degradacji wód powierzchniowych i zmian klimatu. „Wysocy rangą politycy i dziennikarze opiniotwórczych mediów potrafią twierdzić, że naukowe poglądy na temat zmian klimatu są niejednoznaczne i myląc pogodę z klimatem kpią z globalnego ocieplenia po kilkudniowych przymrozkach i opadach śniegu. Jednak w sprawie zmian klimatycznych i ich antropogenicznych przyczyn panuje naukowy konsensus – potwierdza to zdecydowana większość badań prowadzonych w ostatnich dekadach. Nasz wspólny apel, światowych towarzystw skupiających ekspertów badających ekosystemy wodne, również podkreśla, że nie ma rozbieżności w ocenie konsekwencji działalności człowieka i potrzeby globalnych działań naprawczych. Kurczą się zasoby dostępnej wody słodkiej, jeziora rzeki i oceany są coraz bardziej zanieczyszczone, zanikają organizmy wodne, też te, które są podstawą wyżywienia części ludzkiej populacji” – ostrzega.

Jak podkreśla prezes PTLim, również w Polsce borykamy się z efektami degradacji środowisk wodnych. „Zbiorniki wodne ulegają użyźnieniu, zanikają gatunki i całe siedliska związane z wodami czystymi lub chłodnymi. Ich miejsce zajmują ciepłolubne gatunki ekspansywne, w tym i takie – jak w przypadku sinic – które produkują groźne dla człowieka toksyny. W wyniku nadmiernej eksploatacji, wiele gatunków ryb znacząco zmniejszyło swoje pogłowie” – mówi Piotr Klimaszyk.

Z kolei prof. Włodzimierz Marszelewski, kierownik Katedry Hydrologii i Gospodarki Wodnej UMK, uważa, że zwiększenie retencji wodnej w krajobrazie jest jednym z kluczowych zadań w kontekście walki z postępującymi zmianami klimatycznymi. Spowalnianie odpływu ze zlewni i zatrzymywanie wody w glebie i zbiornikach wodnych pozwoli ograniczyć skutki ocieplenia. „Musimy pamiętać, że hydrosfera jest jedna, a ścisłe powiązania między jej poszczególnymi elementami występują zarówno w skali globalnej, jak i regionalnej. Stąd też poprawa warunków wodnych w każdym miejscu Ziemi stanowi niezbędny element likwidacji niekorzystnych zmian w skali światowej” – zaznacza cytowany w komunikacie naukowiec.

„To ludzkość jest odpowiedzialna za zaistniały problem i tylko ona może go rozwiązać. Przekonanie, że on nie istnieje, bądź rozwiąże się sam to zmierzanie w kierunku katastrofy. Czy ktokolwiek rozsądny chciałby na nią skazywać swoje dzieci i wnuki?” – podsumowuje Piotr Rzymski. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania 80 tys. naukowców apeluje o ochronę wód powierzchniowych została wyłączona

Rysie Horaj i Skalny, po powrocie do natury, świetnie sobie radzą

Horaj i Skalny, osierocone młode rysie, które nabrały sił w bielskim ośrodku rehabilitacji dziki zwierząt Mysikrólik i zostały wypuszczone na wolność, dobrze sobie radzą. Po kilku miesiącach opuściły swoje rejony…

Horaj i Skalny, osierocone młode rysie, które nabrały sił w bielskim ośrodku rehabilitacji dziki zwierząt Mysikrólik i zostały wypuszczone na wolność, dobrze sobie radzą. Po kilku miesiącach opuściły swoje rejony i ruszyły na wędrówkę – podało Stowarzyszenie dla Natury Wilk. 

„W maju 2020 r. uwolniliśmy Horaja i Skalnego z obrożami GPS/GSM jako roczne podrostki w ich macierzystych regionach: Horaja na Roztoczu, a Skalnego w Beskidzie Niskim. Oba rysie po kilku miesiącach opuściły te obszary i wyruszyły na wielką wędrówkę. Skalny zwiedza wschodnią część Karpat i Pogórza Podkarpackiego, a Horaj idzie na zachód, pokonał Lasy Janowskie, przepłynął Wisłę, a teraz penetruje Puszczę Świętokrzyską” – podało stowarzyszenie Wilk z podbielskiej Twardorzeczki.

Przyrodnicy poinformowali, że dzięki swoim współpracownikom, którzy sprawdzają miejsca postojów drapieżników, wiadomo, że skutecznie polują na sarny.

„Co ciekawe, oba rysie niemal w tym samym czasie zdecydowały się na pierwsze polowania na większe ofiary – cielęta jeleni. Ich sukcesy łowieckie są dowodem na wyśmienitą kondycję obu kotów. Trzymamy kciuki, żeby przetrwały w tym zdominowanym przez ludzi świecie i odnalazły lasy, w których będą mogły się osiedlić. Mamy nadzieję, że stanie się to zanim zamki w ich obrożach się rozepną i nasz wgląd w ich losy się zakończy” – zaznaczyli członkowie stowarzyszenia Wilk.

Członkowie Wilka uratowali rysie pod koniec 2019 r. wspólnie z pracownikami parków narodowych – Roztoczańskiego i Magurskiego. Zwierzęta nabierały sił bielskim ośrodku rehabilitacji Mysikrólik.

Horaj został przywieziony z Roztocza. Tam na drodze do przejścia granicznego w Hrebennem pod kołami samochodu zginęła dorosła rysica. Kotka osierociła 7-miesięcze kocię, które błąkało się głodne i wystraszone w sąsiadującym z drogą lesie. Na pomoc ruszyli mu przyrodnicy z Wilka i Roztoczańskiego Parku Narodowego, a także lokalnych stowarzyszeń. Rysia odłowiono i przewieziono do Mysikrólika.

Skalny nie bał się ludzi i zbliżył się do zabudowań w Desznicy w Beskidzie Niskim. Był mocno wychudzony i osłabiony, a przez to niezdolny do samodzielnego polowania. Udało się go wówczas odłowić dzięki współpracy przyrodników z mieszkańcami i pracownikami Magurskiego Parku Narodowego. Również trafił do Mysikrólika.

Rysie są ssakami drapieżnymi z rodziny kotowatych. Dorosły ryś może mierzyć od 100 do 150 cm. Wysokość w kłębie sięga 75 cm. Osobniki, z wyjątkiem samic z młodymi, prowadzą samotne życie. Rysie użytkują duże areały, które w górach sięgają 100-140 km kw. W Polsce są pod ścisłą ochroną.

Stowarzyszenie dla Natury Wilk zajmuje się ochroną przyrody, a szczególnie działaniami na rzecz ssaków drapieżnych – wilków, rysi, niedźwiedzi, wydr, borsuków i innych gatunków. Jego członkowie prowadzą działalność edukacyjną i badawczą.

Ośrodek Mysikrólik jest jednym z nielicznych w Polsce, który pomaga chorym lub kontuzjowanym dzikim zwierzętom. Jego twórcy, Agnieszka i Sławomir Łyczkowie, chcą stworzyć lecznicę z prawdziwego zdarzenia. Brakuje im jednak pieniędzy na sprzęt oraz remont pomieszczeń. Można ich wesprzeć na stronie https://www.mysikrolik.org/.

PAP – Nauka w Polsce, Marek Szafrański

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Rysie Horaj i Skalny, po powrocie do natury, świetnie sobie radzą została wyłączona

Lawina fotonów na okładce Nature – zbadana m.in. przez Polaków

Czasem jeden foton może uruchomić całą lawinę kolejnych. I wtedy ledwo oświetlony materiał zaczyna bardzo jasno świecić. Po raz pierwszy udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach. Badania z…

Czasem jeden foton może uruchomić całą lawinę kolejnych. I wtedy ledwo oświetlony materiał zaczyna bardzo jasno świecić. Po raz pierwszy udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach. Badania z udziałem Polaków, które mogą znaleźć zastosowanie w mikroskopii superrozdzielczej, znalazły się na okładce prestiżowego tygodnika „Nature”.

Chociaż zjawisko lawinowej emisji fotonów znane jest od kilku dekad, to dotąd uzyskiwano je tylko w dużych, makroskopowych obiektach – np. monokryształach; często tylko w bardzo niskich temperaturach. Teraz naukowcy zaprezentowali to zjawisko w temperaturze pokojowej w nanomateriałach – strukturach o średnicy 25-30 nm (czyli w obiektach tylko kilka razy większych niż białka w komórkach).

Te opracowane przez badaczy maleńkie latarenki są nanokoloidami – ich powierzchnię można tak zmodyfikować, by w sposób trwały były zawieszone w wodzie i nie opadały na dno. A to pierwszy krok do tego, by te struktury otoczyć na przykład białkami i wprowadzić do komórek, gdzie za ich pomocą można będzie obserwować miejsca lub śledzić procesy odpowiadające za funkcjonowanie żywych komórek.

Aby zapalić taką nanolatarenkę, należy ją oświetlić światłem podczerwonym (o długości fali 1064 nm). A to kolejny plus rozwiązania. Takie światło jest bowiem szczególnie przyjazne w badaniu żywych komórek – łatwo przechodzi przez tkanki, eliminuje spontaniczne świecenie komórek (to problem przy wzbudzaniu za pomocą światła UV), a w dodatku nie uszkadza struktur biologicznych w komórce.

Kolejną zaletą jest również to, że obrazy o wysokiej rozdzielczości można wykonać z pomocą nieco zmodyfikowanego mikroskopu konfokalnego, który jest dostępny prawie w każdym laboratorium biologicznym. Badania pokazały, że takie nanolatarenki można wykorzystać do obrazowania struktur z rozdzielczością 70 nm (jak dotąd, taka rozdzielczość optyczna możliwa jest do uzyskania tylko w znacznie droższych i dużo bardziej złożonych mikroskopach superrozdzielczych).

Badania naukowców z USA (Columbia University i Lawrence Berkeley National Laboratory.), Polski (Instytut Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN we Wrocławiu) i Korei Płd. ukazały się w Nature. A ilustrację obrazującą ich lawinę fotonów oglądać można na okładce tego tygodnika.

Nature

Fot: Okładka „Nature” z lawiną fotonów. Źródło: Nature

W materiałach zdolnych do lawinowej emisji fotonów intensywność emisji wzrasta nieproporcjonalnie mocno (tj. lawinowo) w stosunku do intensywności pobudzenia. I tak np. jeśli dwukrotnie zwiększy się intensywność światła, którym oświetla się materiał, intensywność luminescencji wzrastać może aż 10 tys. razy. Przypomina to wzmocnienie obserwowane w tranzystorze lub laserze (co schematycznie zobrazowano na okładce „Nature”). „Laik może to sobie wyobrazić jako taki efekt, jaki mamy, kiedy zbliżymy się z mikrofonem do głośnika – wzmocnienie, czyli dodatnie sprzężenie zwrotne powoduje, że mimo że szepczemy do mikrofonu, głośnik po chwili ‘wyje na pełny regulator’” – porównuje w rozmowie z PAP współautor badań prof. Artur Bednarkiewicz.

Jak tłumaczy, badania te otwierają zupełnie nowe możliwości zastosowania nanotechnologii: w konstrukcji czujników biologicznych (np. do wykrywania wirusów, bakterii czy grzybów, lub procesów biologicznych w komórkach i tkankach), czujników wielkości fizycznych (np. temperatury, ciśnienia), w obliczeniach neuromorficznych, konstrukcji detektorów promieniowania z zakresu średniej podczerwieni, nowych nanolaserów czy też, jak w oryginalnej pracy, obrazowania fluorescencyjnego poniżej limitu dyfrakcji światła. Limit dyfrakcji światła powoduje, że w mikroskopii optycznej bez uciekania się do sprytnych sztuczek – nie można rozróżnić obiektów znajdujących się zbyt blisko siebie – tzn. bliżej niż około połowa długość fali światła, którym obiekt oświetlamy (typowo 300-400 nm). To powoduje, że obraz mikroskopowy jest rozmyty i nieostry, a tym samym często niewystarczający dla biologów by zrozumieć zachowanie żywych komórek na poziomie molekularnym.

Pomysł na to, jaki nanomateriał dawałby lawinową emisję fotonów, zrodził się w połączonych zespołach badaczy, ale ponieważ rozwiązanie wcale nie było oczywiste minęło kilka lat, zanim udało się odpowiednie materiały wykonać . Naukowcy przyglądali się właściwościom materiałów luminescencyjnych domieszkowanych jonami lantanowców. Zwykle zbyt duża domieszka takich jonów (powyżej 1 proc.) sprawia, że luminescencja materiału słabła. Tymczasem badacze wyliczyli, a potem sprawdzili, że do nieliniowej lawinowej emisji fotonów dojdzie w materiale z niespodziewanie dużą (8 proc.) domieszką jonów tulu. Amerykański zespół wytworzył taki materiał i potwierdził w eksperymencie, że materiał rzeczywiście ma bardzo ciekawe silnie nieliniowe właściwości. Dodatkowo, wyniki eksperymentalne doskonale zgadzały się z symulacjami, obliczeniami i przewidywaniami wykonanymi w grupie prof. Bednarkiewicza dwa lata wcześniej.

„Aktualnie, kontynuujemy współpracę, ale realizujemy też w INTiBS PAN własny projekt finansowany przez Narodowe Centrum Nauki dotyczący tych materiałów i metod. Potrafimy syntezować materiały lawinowe samodzielnie, zbudowaliśmy również unikalny i bardzo czuły układ pomiarowy, który pozwala uzyskiwane materiały badać w poszukiwaniu kolejnych nowych i ulepszonych materiałów. Myślimy też o ich zastosowaniach praktycznych” – mówi prof. Bednarkiewicz.

„Są dwie przełomowe informacje, które wynikają z naszych badań. Po pierwsze, udało się uzyskać lawinową emisję fotonów w nanomateriałach, a to otwiera zupełnie nowe możliwości ich zastosowania. Po drugie udało się za pomocą tych materiałów zademonstrować obrazowanie optyczne w skali nanometrycznej poniżej fundamentalnego limitu dyfrakcji światła, który dla biologów był poważnym ograniczeniem, ale dla fizyków i chemików był przez wiele lat olbrzymim wyzwaniem. Uzyskane wyniki otwierają szereg nowych kierunków badań i zastosowań, ale dopiero najbliższe lata zdecydują czy lawinowe nanokryształy znajdą jeszcze szersze zainteresowanie” – podsumowuje prof. Bednarkiewicz.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Lawina fotonów na okładce Nature – zbadana m.in. przez Polaków została wyłączona

Ostatni taki las. Zielona Wstęga Gór Skandynawskich

Szwecja to jeden z najbardziej lesistych krajów Europy. Ale dopiero niedawno potwierdzono tam istnienie rozległych połaci lasu, od dekad nietkniętych piłą czy toporem. „Uświadomiliśmy Szwedom, co tak naprawdę mają” –…

Szwecja to jeden z najbardziej lesistych krajów Europy. Ale dopiero niedawno potwierdzono tam istnienie rozległych połaci lasu, od dekad nietkniętych piłą czy toporem. „Uświadomiliśmy Szwedom, co tak naprawdę mają” – mówi prof. Grzegorz Mikusiński, który brał udział w określeniu granic tego bezcennego przyrodniczo obszaru.

Zielona Wstęga Gór Skandynawskich to znakomicie zachowane lasy, porastające wschodnie zbocza szwedzkiej części Gór Skandynawskich. Jak na warunki europejskie są one ogromne: ciągną się na długości ponad 800 km i zajmują powierzchnię ponad 2 mln hektarów! (czyli ponad 20 tys. km2). To jeden z nielicznych obszarów leśnych na terenie Unii Europejskiej, które zachowały się praktycznie w stanie naturalnym.

NAMIERZYĆ ZIELONĄ WSTĘGĘ

Jak to się stało, że lasy – o których skali i przyrodniczym bogactwie stosunkowo niewiele było wiadomo – udało się wreszcie zidentyfikować? Dokonano tego dzięki wykorzystaniu satelitarnych zdjęć z wielu lat i obrazów uzyskanych metodą teledetekcji.

Analizy borealnej części Szwecji (począwszy od północnej części prowincji Värmland – po tereny położone dużo dalej na północ) przeprowadziła państwowa firma kartograficzna METRIA. Dane te były potrzebne do opracowania standardowych map i planów wykorzystania zasobów przyrodniczych. Zestawienie zdjęć satelitarnych i lotniczych z wielu lat stworzyło bezcenną bazę danych, pozwalającą porównać i ocenić zachodzące na ziemi zmiany. Dlatego z danych skorzystali też naukowcy.

Przeprowadzone przez nich analizy dotyczyły ostatnich 60-70 lat i obejmowały lasy borealne, porastające mniej więcej dwie trzecie powierzchni Szwecji. Naukowcy ocenili stan tych lasów: mogli określić, gdzie przez niemal 70 lat lasy wycinano, a gdzie pozostały praktycznie nietknięte i mają jako całość ogromną wartość przyrodniczą. Określili dokładną lokalizację tych skupisk leśnych, ich wielkość i łączność w przestrzeni.

Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński
Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński

 

„Okazało się, że ogromna powierzchnia lasów leżących na wschód od Gór Skandynawskich, mająca długość co najmniej 800 km, to tereny o dużej wartości przyrodniczej. To ewenement w skali europejskiej! Podobnie wielkiego obszaru lasu naturalnego w Unii Europejskiej nie znajdziemy. Istnieją tam płaty lasu, mające nawet ponad 100 tys. ha, które łączą się ze sobą w przestrzeni” – podkreśla w rozmowie z PAP jeden z naukowców współodpowiedzialnych za identyfikację tego cennego leśnego obszaru, prof. Grzegorz Mikusiński z Instytutu Ekologii Szwedzkiego Uniwersytetu Rolniczego (SLU) w Uppsali.

POLITYKA WYCINKI, POLITYKA OCHRONY

Szwedzi do niedawna nie zdawali sobie do końca sprawy, jaki przyrodniczy unikat zachował się w ich kraju. Zresztą Zielona Wstęga Gór Skandynawskich nie musiała wcale przetrwać.

„Szwecja często kojarzy się jako kraj przyjazny przyrodzie. A jednak z surowców naturalnych, w tym – z drewna, korzysta się tam bardzo intensywnie. Przemysł drzewny to ważny sektor gospodarki tego kraju” – zauważa prof. Mikusiński. Jest on współautorem pięciu artykułów na temat szwedzkich lasów, opublikowanych w prestiżowych czasopismach naukowych (ich wykaz – pod tekstem). W badania szwedzkich lasów zaangażowali się też Jakub Bubnicki z Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk i Ewa Orlikowska z SLU.

Na łamach „Conservation Biology” naukowcy przypomnieli, że od początku lat 60. w Szwecji wprowadzono (niemal bez ograniczeń) nowy system użytkowania lasów: zrąb zupełny. Tereny użytkowane dawniej podobnie jak w Polsce czy Niemczech szybko przekształciły się w industrialny krajobraz, gdzie naraz wycinano nawet kilkaset hektarów. Drewno zużywano, po czym sadzono nowy las, tylko w ograniczonym stopniu stosując odnowienie naturalne. Taki jednowiekowy, młody las z punktu widzenia różnorodności biologicznej jest jednak bardzo ubogi – zwłaszcza, że przeprowadza się w nim regularne czyszczenia, polegające na usuwaniu drzew mniej wartościowych z punktu widzenia produkcji drewna. Nie ma w nim leśnych ostoi, starych drzewostanów ani wyspecjalizowanych gatunków, potrzebujących do życia starych drzew i martwego drewna.

„Polityka systematycznego wyrębu lasu była z pewnością ważna dla szwedzkiej gospodarki, ale doprowadziła do zagrożenia tysięcy leśnych gatunków” – podkreśla prof. Mikusiński, który specjalizuje się w zakresie bioróżnorodności leśnej i ochrony krajobrazu, a badania w Szwecji prowadzi od 30 lat. Wobec potężnej skali wycinki i nasadzeń w sumie niewiele pomogła zmiana prawa, które nakazywało zostawianie części starych drzew i martwego drewna – dodaje.

KONFLIKTY O LASY

Przetrwanie Zielonej Wstęgi Gór Skandynawskich nie jest pewne. Naukowcy sugerowali, że przyszłość tego lasu może się rozwijać według dwóch scenariuszy, będących konsekwencją różnych sposobów zarządzania lasem. Pierwszy z nich oznacza kontynuację intensywnej gospodarki leśnej i uzyskanie związanych z tym korzyści gospodarczych. W praktyce oznaczałby intensywną wycinkę i nasadzenia.

Drugi scenariusz zakłada zwiększenie ochrony „zielonego pasa” górskich lasów, co pozwoli zachować leśne ostoje, chronić bioróżnorodność, sprzyjać hodowli reniferów i zwiększyć użyteczność publiczną tych lasów – piszą naukowcy badający te tereny. Takie podejście pozwoli też wykorzystać lasy jako narzędzie długoterminowej sekwestracji węgla (wiązania węgla z atmosfery).

Szanse, by zrealizował się ten drugi scenariusz, znacznie wzrosły. Ustalenia naukowców zostały bowiem niedawno uwzględnione w nowym oficjalnym raporcie rządu szwedzkiego. Prof. Mikusiński wyjaśnia, że celem tego rozległego raportu jest analiza polityki dotyczącej lasów w Szwecji – a więc ponad połowy obszaru tego kraju i jednego z najistotniejszych jego dóbr. Kwestia lasów górskich, a wiec również Zielonej Wstęgi Gór Skandynawskich, jest obszernie omawiana w osobnym rozdziale (XVI, strony 857-1002), który zawiera obietnice jej kompleksowej ochrony (proponuje się objęcie ochroną dodatkowych ponad 5 mln ha lasu, a przewidziany koszt tej operacji to 14,4 mld koron, odpowiadających ponad 5,5 mld zł).

Prof. Mikusiński dodaje, że część Szwedów postrzega ochronę swoich lasów nie tylko jako opcję, ale wręcz konieczność, w perspektywie realizacji ONZ-owskiego Planu Strategicznego dla Różnorodności Biologicznej i tzw. Celów Aichi.

Konwencja ta zakłada wprowadzenie w skali globalnej licznych rozwiązań i mechanizmów chroniących bioróżnorodność. Środkami do celu jest m.in. osiągniecie zrównoważonej produkcji i konsumpcji, zahamowanie utraty siedlisk naturalnych, ograniczenie zanieczyszczeń czy zapobieganie inwazjom gatunków. Jeden z Celów Aichi nakłada na kraje-sygnatariuszy konieczność ochrony co najmniej 17 proc. obszarów lądowych „o szczególnym znaczeniu dla różnorodności biologicznej i usług ekosystemowych”. Ostatnio także Europejski Zielony Ład i będąca jego częścią Strategia Różnorodności Biologicznej w UE do 2030 zakładają jeszcze wyższą, 30-procentową ochronę środowisk lądowych.

Część szwedzkich naukowców proponuje, by w zakres tej ochrony weszła niezwykle cenna przyrodniczo Zielona Wstęga Gór Skandynawskich – relacjonuje prof. Mikusiński.

Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński
Zielona Wstęga Lasów Skandynawskich, fot. G. Mikusiński

 

„Zielona Wstęga Gór Skandynawskich uświadamia nam również – poprzez kontrast z resztą borealnej Szwecji – jak daleko lasy gospodarcze odeszły od ich naturalnego stanu. Ochrona lasów w pozostałych częściach Szwecji już nie wystarczy. Konieczna jest szeroko zakrojona odbudowa naturalnej struktury drzewostanów, jak i ich łączności w przestrzeni, pozwalającej na swobodne przemieszczanie się organizmów leśnych – i na odbudowę procesów ekologicznych. Odtworzenie lasów z dużym udziałem gatunków liściastych – takich jak brzozy, osiki, wierzby i jarzębiny, które obecnie są bardzo rzadkie – wymaga szczególnego wysiłku, aby zapewnić dogodne siedliska gatunkom od nich zależnym” – komentuje Ewa Orlikowska.

JAK SIĘ LAS UCHOWAŁ

Już dziś duża część Zielonej Wstęgi (aż 60 proc.) ma formalną, wysoką ochronę – mówi prof. Mikusiński. „Jednak duża powierzchnia lasów czeka na decyzję, wycinać czy nie. Wciąż toczy się o nie walka: trzeba by było w zasadzie zablokować zupełnie wyrąb powyżej granicy lasów górskich” – alarmuje naukowiec.

Granica lasów górskich (czyli kolejne szwedzkie rozwiązanie z lat 90., służące ochronie lasów) oznacza fizyczną granicę lasu górskiego tj. „od spodu”, wyznaczającą odrębne zasady jego gospodarczego wykorzystania – tłumaczy prof. Mikusiński. Wprowadzenie pojęcia granicy lasów górskich znacznie utrudniło wycinkę części wysoko położonych lasów, co pozwoliło dużą ich część ocalić przed zrębem.

Ciągnący się z południa na północ całej strefy borealnej las ma też więcej szans w perspektywie zmian klimatu. Wraz z ocieplaniem się klimatu gatunki leśne, przystosowane do warunków chłodnych, mają więc w Szwecji więcej możliwości przemieszczania się i „ucieczki” coraz dalej na północ oraz ku wyżej leżącym terenom. Tymczasem inne górskie lasy na terenie UE z reguły ciągną się równoleżnikowo i są pocięte przez infrastrukturę.

„Wartość przyrodnicza scalonego (pod względem ochrony) Zielonego Pasa Gór Skandynawskich jest nie do przecenienia. Żeby znaleźć coś podobnego, trzeba jechać w głąb Rosji albo na północ Ameryki Północnej. Ten obszar powinien być w pełni chroniony” – mówi prof. Mikusiński.

Więcej na ten temat – na stronach: Lanscape and Urban PlanningForestsLandscape EcologyConservation Biology oraz Frontiers in Ecology and Evolution.

Nauka w Polsce – PAP, Anna Ślązak

Możliwość komentowania Ostatni taki las. Zielona Wstęga Gór Skandynawskich została wyłączona

Mechanizm biologiczny pozwoli chronić materiały przed bakteriami wodnymi

Jedna z substancji wydzielanych przez glony „odstrasza” patogenne bakterie, które osadzają się na powierzchniach w środowiskach wodnych, np. piankach nurków. Mechanizm biologiczny odkryty na UW może przyczynić się do powstania…

Jedna z substancji wydzielanych przez glony „odstrasza” patogenne bakterie, które osadzają się na powierzchniach w środowiskach wodnych, np. piankach nurków. Mechanizm biologiczny odkryty na UW może przyczynić się do powstania preparatu zabezpieczającego takie materiały.

Problemy związane z suszeniem oraz konserwacją odzieży i akcesoriów wykorzystywanych w sportach wodnych są znikome w krajach południowych, gdzie przez większą część roku występują słoneczne i upalne dni. Inaczej jest na naszych szerokościach geograficznych, gdzie nawet latem dni bywają pochmurne, chłodne i deszczowe. Powszechnym wyzwaniem związanym z mokrymi materiałami jest ich higiena oraz impregnacja – bakterie wodne, często posiadające potencjał patogenny, przyczepiają się do materiału tworząc grube, trudne do usunięcia biofilmy (warstwy, błony biologiczne).

Dr Bartosz Kiersztyn z Instytutu Biologii Funkcjonalnej i Ekologii na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego od lat zajmuje się badaniem biofilmów bakteryjnych powstających na różnego rodzaju powierzchniach w środowiskach wodnych – informuje Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Praca tego badacza może przyczynić się do powstania preparatu zabezpieczającego takie powierzchnie (np. materiały, z których produkowane są m.in. pianki nurkowe i obuwie do uprawiania sportów wodnych) przed osadzaniem się na nich bakterii.

W biofilmach często identyfikowane są bakterie o charakterze patogennym. Ich obecność uznaje się za czynnik negatywny, po części dlatego, że wiele z gatunków tych bakterii wytwarza i uwalnia toksyny. Dr Kiersztyn zwrócił uwagę na fakt, że choć biofilmy bakteryjne w naturalnym środowisku wodnym tworzą się bardzo szybko, to nie powstają wydajnie na powierzchni żywych glonów jednokomórkowych.

„To bardzo ciekawe zjawisko. O ile w wodzie bakterie są w stanie szybko zasiedlić praktycznie każdą powierzchnię, na glonach jednokomórkowych kolonizacja prawie nie występuje. Bakterie niejako powstrzymują się przed kolonizacją żywych mikroskopijnych glonów – nie osadzają się na nich intensywnie i nie namnażają na ich powierzchniach. Obserwacje mikroskopowe oraz biochemiczne i molekularne jednoznacznie na to wskazują” – mówi Kiersztyn, cytowany w prasowym komunikacie.

W wyniku prowadzonych eksperymentów naukowiec wykazał, że jedną z przyczyn powstawania tego zjawiska jest substancja wydzielana przez glony w procesie fotooddychania. Jak się okazało, gradient mikrostężeń tej substancji wystarczy, by w środowisku wodnym bakterie nie osadzały się intensywnie na danej powierzchni. Tak zrodził się pomysł, by stworzyć preparat, który pozwoliłby zabezpieczać różnego rodzaju powierzchnie, w tym m.in. odzież i inne akcesoria wchodzące w kontakt z wodą przed tworzeniem się na nich biofilmów bakteryjnych.

Na korzyść ekonomiczną takiego rozwiązania przemawia kilka czynników. Pierwszym jest niska cena, bo naturalna substancja wytwarzana przez glony jest wyjątkowo niedroga w produkcji przemysłowej. Możliwość zastosowania jej w mikrostężeniach dodatkowo sprawia, że sam preparat byłby tani w produkcji, co dawałoby szansę jego producentowi na wygenerowanie sporej marży. W dodatku preparat bazowałby na substancji występującej w naturalnym środowisku, a jego działanie nie polegałoby na eliminowaniu bakterii (co groziłoby uwalnianiem z nich toksyn), ale na ich „odstraszaniu”.

Prowadzone dotychczas eksperymenty na materiałach, z których produkowane są m.in. pianki nurkowe i obuwie do uprawiania sportów wodnych, jednoznacznie potwierdzają, że na odzieży sportowej spryskanej roztworem z odkrytą substancją bakterie wodne osadzają się w minimalnym stopniu. Eksperymenty prowadzono m.in. w naturalnym środowisku w jeziorze Śniardwy, w specjalnie wyselekcjonowanym miejscu obfitującym w wiele szczepów bakteryjnych.

Proces komercjalizacji wynalazku prowadzony jest przez Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii działający przy Uniwersytecie Warszawskim (UOTT UW).

„Odkrycie zostało już objęte ochroną patentową na terenie Polski. Obecnie poszukujemy inwestora lub partnera branżowego, który wprowadziłby na rynek ten skuteczny preparat ochronny pod własną marką. Ponieważ produkcja nawet na wielką skalę przemysłową jest wyjątkowo niedroga, a przy tym proces technologiczny wydaje się być bardzo prosty, wynalazek ten ma szansę na szybką absorpcję przez producenta i wdrożenie bez ponoszenia znacznych nakładów” – mówi Marta Majewska, broker technologii UOTT UW, prowadząca ten projekt, cytowana w komunikacie. (PAP)

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Mechanizm biologiczny pozwoli chronić materiały przed bakteriami wodnymi została wyłączona

Naukowcy zbadają wpływ izolacji na człowieka podczas symulowanej misji kosmicznej

Różne aspekty wpływu izolacji na zdrowie człowieka, m.in. na sprawność fizyczną i układ nerwowy, zbadają naukowcy uczestniczący w symulowanej załogowej misji kosmicznej, odbywającej się w bazie LunAres w Pile. Odbywa…

Różne aspekty wpływu izolacji na zdrowie człowieka, m.in. na sprawność fizyczną i układ nerwowy, zbadają naukowcy uczestniczący w symulowanej załogowej misji kosmicznej, odbywającej się w bazie LunAres w Pile. Odbywa się ona pod patronatem rektora Politechniki Śląskiej i Ministerstwa Zdrowia. 

Jak przekonują naukowcy, ich badania – skupiające się na analizie dostosowania się psychiki do przymusowego zamknięcia – mają szczególne znaczenie w kontekście pandemii COVID-19. W symulowanej misji bierze udział międzynarodowy zespół pięciorga tzw. analogowych (stacjonarnych) astronautów, którzy będą zamknięci przez dwa tygodnie na małej przestrzeni i badani pod kątem zmian układzie nerwowym i narządzie ruchu.

Podczas wtorkowej konferencji prasowej rektor Politechniki Śląskiej prof. Arkadiusz Mężyk zwrócił uwagę, że badania dotyczące misji kosmicznych są prowadzone bardzo szeroko i wykraczają daleko poza samą technologię budowy rakiet – dotyczą też zdrowia fizycznego psychicznego, przystosowania się do wyjątkowych warunków, a także socjologii.

„Wszyscy odczuwamy skutki pandemii, od marca 2020 r. żyjemy w izolacji i odczuwamy na własnej skórze jak brak kontaktów społecznych, życie w ograniczonej przestrzeni wpływa na naszą psychikę, na nasze funkcjonowanie” – zaznaczył. W obecnej misji naukowców z PŚ interesują problemy z dziedziny inżynierii biomedycznej oraz rozwiązań infrastrukturalnych – dostosowania małych przestrzeni do funkcjonowania ludzi, naukowcy przeprowadza także np. testy technologii odzyskiwania zużytej wody.

„Badania izolacyjne mające na celu symulację warunków lotów na inne ciała niebieskie, w tym Marsa i Księżyc, wydawały się niezwykle oderwane od rzeczywistości jeszcze rok temu. Obecnie, wskutek pandemii, niemal każdy rozumie, jak istotne jest dogłębne zbadanie psychologii izolacji, zarówno wybranej z wolnej woli, jak i przymusowej” – ocenił naczelny lekarz załogi dr n. med. Aleksander Waśniowski.

Habitat LunAres to znajdująca się w Pile placówka badawcza służąca do symulacji załogowych misji kosmicznych, zwanych misjami analogowymi. Jest to jedyny tego typu obiekt w Europie. Całkowicie odizolowana od środowiska zewnętrznego składa się z siedmiu modułów przeznaczonych do różnych czynności i codziennego życia, a także z 250 km kw. do „spacerów kosmicznych”.

W przedsięwzięciu biorą udział przedstawiciele PŚ. Naukowcy z Wydziału Inżynierii Biomedycznej tej uczelni przeprowadzą badania w zakresie biomechaniki narządu ruchu, sprawdzając m.in. wpływ izolacji na sprawność fizyczną. Studentka Wydziału Architektury przeprowadzi prace poświęcone sprawdzeniu rozwiązań zastosowanych w stacji kosmicznej pod kątem ich użyteczności oraz możliwości zaspokojenia potrzeb jej mieszkańców – członków misji.

Szef ekspedycji – dyrektor LunAres Space mgr inż. Leszek Orzechowski wyjaśnił, że obecna misja, która nosi nazwę „Panda” (Pandemic Analog Mission) jest pierwszą z serii, które potrwają przez kilka miesięcy. Wyraził przekonanie, że badania – zwłaszcza neurologiczne – mogą przydać się zwłaszcza w obecnej sytuacji pandemii. Osoby w izolacji będą badane np. pod kątem zmian w hipokampie, który odpowiada m.in. za orientację w przestrzeni i pamięć.

„Te małe zmiany mogą odpowiadać temu, co niektórzy z nas doświadczają podczas przymusowej kwarantanny związanej z obecną lub jakąkolwiek pandemią w przyszłości” – powiedział Orzechowski. Podczas misji zostanie przeprowadzonych także wiele eksperymentów fizjologicznych czy psychologicznych.

Dr hab. inż. Robert Michnik z Wydziału Inżynierii Biomedycznej PŚ powiedział, że naukowcy chcą zbadać zmiany w funkcjonowaniu narządu ruchu. Jak przypomniał, w realnej misji kosmicznej największy wpływ na to ma brak lub zmniejszona grawitacja, która prowadzi m.in. do ubytku tkanki mięśniowej. W przypadku misji analogowej takim czynnikiem jest ograniczenie aktywności, związane z małą przestrzenią – wyjaśnił.

Przedmiotem badań będzie też oddziaływanie czynników psychologicznych i socjologicznych, wynikających z izolacji, a także to, jak na ciało działają obciążania związane z używaniem skafandrów kosmicznych – chodzi ocenę zdolności utrzymywania równowagi i postawy ciała. Zakładając, że izolacja – także w okresie pandemii – skutkuje obniżeniem sprawności fizycznej, naukowcy chcą w przyszłości opracować program ćwiczeń, który będzie ograniczał te negatywne zmiany.(PAP)

autor: Krzysztof Konopka

Możliwość komentowania Naukowcy zbadają wpływ izolacji na człowieka podczas symulowanej misji kosmicznej została wyłączona

Babcie i dziadkowie w świecie zwierząt

„Babcine” zachowania u zwierząt nie są regułą, zdarzają się sporadycznie. Potomstwo swojego potomstwa karmią orki, a niektóre małpy i słonice chronią wnuki przed atakami drapieżników i… ludzi. Wśród ptaków zaobserwowano…

„Babcine” zachowania u zwierząt nie są regułą, zdarzają się sporadycznie. Potomstwo swojego potomstwa karmią orki, a niektóre małpy i słonice chronią wnuki przed atakami drapieżników i… ludzi. Wśród ptaków zaobserwowano tylko samice namorzynka seszelskiego, karmiące pisklęta swoich córek.

Jak podkreśla prof. Piotra Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, w warunkach naturalnych wśród zwierząt trudno nawet określić, kto jest babcią, a kto dziadkiem. Gatunek Homo sapiens jest wyjątkowy pod względem relacji społecznych dzieci z babciami i dziadkami. Wyjątkowość polega na tym, że matki i ojcowie rodziców danego potomstwa pozostają z nim w kontakcie na innym poziomie niż tylko genetyczny.

Innym gatunkom w środowisku naturalnym trudno jednak dożyć sędziwego wieku. Jak tłumaczy przyrodnik, gdy rodzą się młode osobniki, ich babcie i dziadkowie już nie żyją. A nawet jeśli żyją, to stare osobniki są wykluczane ze społeczności, żeby nie konkurowały o ograniczone zasoby. Chociaż i ten wzorzec nie jest prosty.

„W populacjach dzierzb i bocianów zdarzają się bardzo stare i doświadczone osobniki. Jednak wszystko wskazuje na to, że nie mają one kontaktu ani z własnymi dziećmi z wcześniejszych lęgów, ani tym bardziej z wnuczętami i prawnuczętami” – zauważa prof. Tryjanowski.

Zaznacza jednak, że ptaki nie są najlepszym modelem w badaniach relacji układu – dziadkowie – rodzice – wnuki. Dobrze poznany jest tylko jeden przykład, namorzynek seszelski, mały gatunek spokrewniony z naszym trzciniakiem.

„Stare samice namorzynka seszelskiego pomagają czasem w wychowaniu, głównie poprzez dodatkowe karmienie piskląt swoich córek” – mówi poznański badacz. Jego zdaniem, zachowań pokoleniowych łatwiej doszukać się u ssaków.

W grupach kaszalotów, potężnych waleni, starsze samice pomagają w opiece nad młodszymi osobnikami, w czasie, gdy ich matki zajęte są poszukiwaniem pokarmu. U orek babcie często doglądają potomstwa własnego potomstwa i bez rozmnażania potrafią dożyć naprawdę sędziwego wieku.

„Najstarsza orka została nazwana „Babunią” (w oryginale „Granny”) i zdechła w 2016 roku w wieku ponad 100 lat. Najprawdopodobniej najstarsze i doświadczone osobniki pamiętają szczególnie atrakcyjne tereny łowieckie, a ta znajomość szczególnie dobrze sprawdza się wczasach kryzysu” – przypuszcza badacz zachowań zwierząt.

„Babcine” zachowania zaskakują naukowców i zdziwieni są nimi nawet prymatolodzy, czyli badacze małp.

„U jednego z gatunków małp azjatyckich, hulmana, zaobserwowano, że babcie przebywające razem ze swoimi córkami i wnukami spełniają funkcje obronne przed atakami ludzi, psów i innych małp” – wymienia prof. Tryjanowski.

Przyrodnik przypomina, że aby poznać babcię czy dziadka trzeba odpowiednio długo żyć. Dlatego nie zaskakuje, że instytucje babci spotykamy u słoni, zwierząt mogących dożyć nawet 80 lat.

„Młode osobniki słoni mają nawet ośmiokrotnie większe szanse na przeżycie, gdy w pobliżu znajdują się ich babcie. Pomogą, gdy młode utkną w błocie, wejdą w nie taki grunt czy po prostu na niebezpieczną, pełną drapieżników ścieżkę” – tłumaczy profesor.

Prof. Tryjanowski dodaje, że relacje międzypokoleniowe u ludzi są do tego stopnia ewenementem w naturze, że powstała nawet tzw. hipoteza babci (więcej na ten temat tutaj). Pomoc oferowana przez babcie i dziadków w opiece nad potomstwem własnych dzieci prawdopodobnie wpłynęła na długowieczność naszego gatunku, powstanie silnych relacji społecznych i zwiększony sukces poznawczy. Jednocześnie umożliwiła przekazanie genów długowieczności większej liczbie potomków.

Naukowiec ocenia, że babcie i dziadkowie bywają pierwszymi osobami, które pokazują wnukom piękno przyrody. Tak było w przypadku dziadków obecnego eksperta w zakresie wiedzy o ptakach, którzy zwrócili mu uwagę na to, że ptaki można obserwować praktycznie wszędzie.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

Możliwość komentowania Babcie i dziadkowie w świecie zwierząt została wyłączona

Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak…

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak wyglądało w dziejach podejście do niepełnosprawności mówi archeolog dr Magdalena Matczak. 

„Teraz aż jedna ósma populacji ludzkiej to osoby uznawane za niepełnosprawne. W samej Unii Europejskiej stanowią one ok. 14 proc. społeczeństwa w wieku 15-64 lat. To spory odsetek. Również i w czasach prehistorycznych i historycznych w skład społeczeństwa wchodziły osoby niepełnosprawne i – choćby ze względu na słabszy rozwój medycyny – mogły też stanowić znaczącą grupę” – mówi w rozmowie z PAP dr Magdalena Matczak z University of Liverpool i Arizona State University.

Archeolożka kieruje interdyscyplinarnym projektem DIS-ABLED (wspólnie z dr Jessiką Pearson z Uniwersytetu w Liverpoolu, prof. Jane Buikstrą z Arizona State University i prof. Andrzejem Markiem Wyrwą z UAM w Poznaniu). Celem tych badań jest rekonstrukcja życia osób z niepełnosprawnościami w XIV-XVIII-wiecznej Europie Środkowej.

„Temat niepełnosprawności jest rzadko poruszany w archeologii. Jeśli zaś myślimy o historii jako o naszym dziedzictwie, nie możemy zrozumieć tego dziedzictwa w pełni, jeśli pomijać w niej będziemy historię tak dużej grupy osób – w tym przypadku osób niepełnosprawnych” – tłumaczy dr Matczak.

Badaczka pytana o to, jak zmieniało się podejście do osób niepełnosprawnych mówi: „W różnych miejscach i okresie dziejów podejście do osób niepełnosprawnych oscylowało od pełnej akceptacji, poprzez troskę i opiekę, aż do marginalizacji” – podsumowuje.

Podaje przykład amerykańskich badań dot. neandertalczyków ze starszej epoki kamienia zamieszkujących jaskinię Shanidar w dzisiejszym Iraku. „Znaleziono tam szczątki neandertalczyka z urazem czaszki. Był prawdopodobnie głuchy na prawe ucho, miał problemy ze wzrokiem, upośledzenie jednej z kończyn górnych i urazy powodujące nieprawidłowy chód. Jego schorzenia mogły bardzo utrudniać mu zdobywanie pokarmu – choćby udział w polowaniach. Mimo to żył ze swoimi schorzeniami długo – zmarł w wieku ok. 40-50 lat, skąd wniosek, że musiał przez dłuższy czas doświadczać pomocy i opieki osób ze swojej społeczności” – opowiada rozmówczyni PAP.

Jeśli z kolei chodzi o starożytny Egipt, to ok. 2 500 lat p.n.e. powstała rzeźba Seneba, który był dostojnikiem na dworze faraona i został pochowany wraz z żoną w Gizie. Dostojnik ten miał achondroplazję – był osobą niskiego wzrostu. „Część badaczy przychyla się do opinii, że w starożytnym Egipcie istniała wtedy tolerancja zarówno do osób z achondroplazją, jak i wobec osób niewidomych. Są jednak badacze, którzy uważają, że akurat osoby z upośledzeniem widzenia w starożytnym Egipcie mogły podlegać ostracyzmowi” – podsumowuje dr Matczak.

Przywołuje też badania z Bahrajnu dotyczące szczątków kobiety z przełomu III i II tysiąclecia p.n.e., która cierpiała na deformację prawej kości ramiennej, a także miała upośledzenie kończyn dolnych, przez co potrzebowała opieki i wsparcia. Niewielkie starcie zębów wskazuje, że kobieta jadła stosunkowo miękkie pokarmy. Została ona pochowana z cennymi przedmiotami. „To pokazuje, że przynajmniej wąska grupa społeczna, można przypuszczać, że jej rodzina, dobrze ją traktowała za życia, jak i zadbała o jej odpowiedni pochówek” – komentuje dr Matczak.

Dodaje jednak, że są i w historii przykłady na to, jak trudny bywał los osób niepełnosprawnych. Opowiada, że w XIX w. w USA w hrabstwie Oneida w stanie Nowy Jork osoby z ułomnościami fizycznymi lub psychicznymi trafiały do przytułku. „Terapia” polegała na wykonywaniu przez nie tak ciężkiej pracy fizycznej, że w niektórych wypadkach prowadziła do śmierci z wycieńczenia. A przytułek czerpał dochody z tej pracy. Niechlubnymi zgłoskami zapisały się też w XIX wieku kompletnie nieakceptowalne dziś objazdowe cyrki, w których osoby z niektórymi ułomnościami były prezentowane publiczności.

Z kolei jeśli chodzi o Polskę, to ciekawy jest przykład kobiety chorej na trąd z XIII w. pochowanej na cmentarzu w Kałdusie na Ziemi Chełmińskiej. Trąd nie tylko był chorobą zakaźną, ale mógł prowadzić do zaniku czucia, problemów ze wzrokiem i urazów, co mogło prowadzić do niepełnosprawności. „A kobieta ta żyła stosunkowo długo ze zmianami chorobowymi. Bez pomocy ze strony społeczności nie dałaby sama rady. Została też pochowana zgodnie z zasadami pochówku chrześcijańskiego, oraz z przedmiotami takimi jak pierścionek czy nóż. A stąd można pośrednio wnioskować, że cieszyła się stosunkowo dobrym statusem społecznym i mimo choroby nie była zepchnięta na margines społeczeństwa” – opisuje badaczka.

Dr Matczak w poprzednich badaniach, we współpracy z prof. Tomaszem Kozłowskim i prof. Wojciechem Chudziakiem na UMK, badała pochówki w X-XIII wieku z Kałdusa na polskim Pomorzu. Na 661 szkieletów, które badali naukowcy, 33 miały zmiany związane z niepełnosprawnościami. I były to częściej szkielety niepełnosprawnych dojrzałych mężczyzn niż kobiet. „To się wiąże z tym, że kobiety statystycznie częściej umierały we wczesnej dorosłości, w związku z między innymi infekcjami okołoporodowymi. A mężczyźni żyli dłużej i ciężko pracowali fizycznie, na ich szkieletach częściej więc udawało się ustalić niepełnosprawności związane ze zmianami zwyrodnieniowymi” – komentuje dr Matczak.

Polscy naukowcy badali też, czy szkielety świadczące o niepełnosprawności można znaleźć w przypadku pochówków atypowych (to groby zorientowane np. na osi północ-południe, zamiast typowej osi wschód-zachód, przypadki osób pochowanych na boku, w pozycji skurczonej) czy antywampirycznych (w przypadku osób pochowanych na brzuchu lub przygwożdżonych kamieniami).

Archelożka przywołuje przykład z USA, gdzie odnaleziono antywamipryczny pochówek z XIX wieku osoby ze śladami gruźlicy. „A związane z gruźlicą plucie krwią mogło dawniej być kojarzone właśnie z wampirami” – zwraca uwagę. „Dlatego chciałam sprawdzić, czy i w Polsce na Pomorzu niektóre choroby lub niepełnosprawność mogły sprawić, że za życia osób tych się bano, a przez to ich pochówek mógł wyglądać nietypowo” – mówi. I dodaje, że hipoteza ta się jednak nie potwierdziła. „To dobrze świadczy o wczesnośredniowiecznej społeczności. Jeśli oceniać po pochówkach – osoby chore nie były inaczej traktowane w społeczeństwie” – komentuje.

Badaczka zwraca jednak uwagę, że badania szkieletów nie pozwalają ostateczne rozstrzygnąć, czy dana osoba borykała się z niepełnosprawnością czy nie. Można dzięki nim wprawdzie poznać, że ktoś cierpiał na zmiany zwyrodnieniowe, trąd, zaawansowane stadia niektórych nowotworów, polio, przechodził amputację, miał źle złożone złamanie czy np. gruźlicę kręgosłupa. Wiele jednak niepełnosprawności i chorób nie pozostawia po sobie w szkielecie żadnego śladu. To choćby choroby psychiczne, przypadłości związane z utratą wzroku czy słuchu, czy choroby o ostrym przebiegu.

Dlatego w swoich najnowszych badaniach dotyczących postrzegania niepełnosprawności w XIV-XVIII wieku badaczka stawia na połączenie kilku dziedzin nauki: archeologii, historii, antropologii fizycznej oraz etnografii. „Badamy kroniki, żywoty świętych, pisma medyczne, teksty etnograficzne z czasów późniejszych, a także szkielety odnalezione na terenach Polski, aby zobaczyć, na co chorowano w XIV-XVIII w.” – wymienia.

Badaczka jednak zaznacza, że badanie niepełnosprawności w historii jest o tyle trudne, że słowo „niepełnosprawny” weszło do obiegu dopiero w XX wieku. „A niepełnosprawność według najnowszych definicji jest stanem, w którym osoba z jakąś ułomnością napotyka na bariery społeczne wynikające z tego, że kultura, przestrzeń, w której funkcjonujemy, jest dostosowana do osób w pełni sprawnych. Niepełnosprawność pojmowana jest więc jako stosunek pełnosprawnej części ludności do osób z okaleczeniami. Pytanie więc, w jaki sposób dawne społeczeństwa określały osoby z upośledzeniami i na ile dostosowywały się do ich potrzeb” – podsumowuje.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

1 komentarz do Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

Dolny Śląsk / Stężenie arsenu w dopływie Nysy Kłodzkiej 100-krotnie przewyższa normy WHO

Stężenie arsenu w Trującej (woj. dolnośląskie), jednym z dopływów Nysy Kłodzkiej, aż 100-krotnie przewyższa obecnie normy wody pitnej ustanowione przez WHO – ustalił zespół badaczy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Ma to…

Stężenie arsenu w Trującej (woj. dolnośląskie), jednym z dopływów Nysy Kłodzkiej, aż 100-krotnie przewyższa obecnie normy wody pitnej ustanowione przez WHO – ustalił zespół badaczy z Uniwersytetu Wrocławskiego. Ma to związek z obecnością na tych terenach dawnej kopalni złota.

O ustaleniach naukowców z Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr, dotyczących wysokiego stężenia rakotwórczego pierwiastka w rzece na Dolnym Śląsku, poinformowała rzeczniczka prasowa UWr.

W Złotym Stoku (woj. dolnośląskie) mieszkańcy wydobywali złoto od XIII w. Jego zasoby były w pewnym momencie tak duże, że miasteczko odpowiadało za niemal jedną dziesiątą europejskiej produkcji złota. Po trzech wiekach eksploatacji zasoby zaczęły się wyczerpywać. Wtedy aptekarz Hans Scharffenberg, na początku XVIII wieku postanowił na tych terenach pozyskiwać arsen, służący do produkcji arszeniku. Arsen miał bardzo szerokie zastosowanie: w lekach, jako dodatek do stopów i farb, preparat do barwienia szkła, niezawodny środek na szczury, a współcześnie w produkcji półprzewodników.

Kopalnie tego metaloidu działały tam do 1961 roku. Niestety siedemsetletnia działalność wydobywcza pozostawiła po sobie duże spustoszenie w krajobrazie – podkreślono w informacji przesłanej PAP.

Prawdziwe zagrożenie czaiło się w Złotym Potoku, który spod skał wypłukiwał trujący arsen. Mieszkańcy miasteczka mieli przeczucie, że woda, której używają, nie jest najlepszej jakości. Świadczy o tym nazwa rzeki, która poniżej miasteczka nazywana jest Trującą. Wśród ludności krążyły też plotki, jakoby wygnani za Odrę Niemcy wracali do miasta po beczki zatrutej wody, od której mieli być fizycznie uzależnieni – informuje rzeczniczka.

Tematem zainteresowali się naukowcy z Instytutu Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr. „Postanowiliśmy przyjrzeć się tematowi bliżej – szczególnie, że rzeka Trująca kończy swój bieg w Nysie Kłodzkiej, będącej jednym z głównych dopływów Odry – mówi dr Bartosz Korabiewski, adiunkt w Zakładzie Geografii Fizycznej UW. – Już na samym początku zaskoczeniem dla nas była stosunkowo niewielka ilość badań dotyczących zanieczyszczenia w dolnej części rzeki Trującej, zwłaszcza w miejscu jej ujścia. Postanowiliśmy sprawdzić, jaka ilość arsenu jest transportowana do Nysy Kłodzkiej, oraz jakie procesy kontrolują niepokojące stężenie arsenu w strumieniach”.

Naukowiec zaznacza, że na całym świecie zanieczyszczenie środowiska arsenem dotyka aż 70 krajów i 140 milionów ludzi. Są to silnie kancerogenne związki powodujące m.in. choroby skóry i układu pokarmowego.

W badaniach wzięły udział dwie grupy studentów specjalności geoekologia na kierunku geografia. Łukasz Stachnik, adiunkt z Zakładu Geografii Fizycznej UWr opowiada, że badania terenowe prowadzono na całej długości Złotego Potoku i rzeki Trującej. Trwały dwa lata i uwzględniały pobór kilkudziesięciu próbek gleby i wody. Naukowcy rozmawiali też z mieszkańcami Złotego Stoku, by uzyskać informacje na temat miasta, jego górniczej przeszłości oraz obecnej sytuacji.

Wykonano też szczegółowe pomiary laboratoryjne, zmierzające do oznaczenia zawartości arsenu w próbkach wody i gleb.

„W okolicy dawnej kopalni złota i arsenu, nasze wyniki wskazują na kilkudziesięciokrotny spadek stężeń arsenu i metali w wodach kopalnianych i ze Złotego Potoku – w porównaniu do lat 90-tych XX wieku. Na poprawę jakości wody wpłynęły najprawdopodobniej prace renowacyjne polegające na oczyszczaniu starych chodników górniczych i udrożnieniu sztolni w złotostockiej kopalni” – mówi dr Stachnik.

„Zła wiadomość, która dotyczyła rzeki Trującej, przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. W miejscu jej ujścia do Zbiornika Paczkowskiego, znajdującego się na Nysie Kłodzkiej, stężenia arsenu przekroczyły 100-krotnie normy rekomendowane przez Światową Organizację Zdrowia dla wody pitnej!” – dodaje.

Według naukowców całkowita masa arsenu, która w ciągu 24 godzin może dopływać do tego zbiornika (tzw. ładunek dobowy) przekracza 8 kg. Tak duże stężenie arsenu jest prawdopodobnie związane głównie z przemywaniem starych hałd i osadników położonych poniżej Złotego Stoku.

Za podwyższone stężenie arsenu w pobliżu ujścia rzeki Trującej do Nysy Kłodzkiej odpowiedzialny jest proces uwalniania pierwiastka z powierzchni cząsteczek osadu do roztworu wodnego. Naukowcy zamierzają kontynuować badania. „Rosnąca frekwencja zdarzeń ekstremalnych, związana ze zmianami klimatu, prowadzić może do dalszego zanieczyszczania wielu składowych środowiska, tak chętnie wykorzystywanych przez człowieka. Na szczęście zdrowie mieszkańców gminy Złoty Stok nie pogarsza się, ale zagrożenia nie można lekceważyć” – zauważa dr Stachnik w rozmowie z PAP.

Dr Stachnik podkreślił w rozmowie z PAP, że na razie w badaniach naukowcy skupili się na wodach powierzchniowych. Jest jednak wiele badań prowadzonych w Indiach czy na terenie Włoch, które wskazują na to, że zmiany klimatyczne – podnoszenie się temperatur powietrza i wzrost częstotliwości susz – będą zwiększały koncentrację arsenu w wodzie oraz ryzyko zanieczyszczania wód podziemnych. Podkreślił, że jeśli chodzi o zdrowie – trzeba być czujnym.

Naukowcy są przekonani, że woda w Trującej, a być może również szerzej rozumiane środowisko w całej okolicy, wymaga monitoringu. „Chcielibyśmy sprawdzić, jaki jest zasięg zanieczyszczenia arsenem w tej części zlewni. Te pierwsze wyniki to ważna przesłanka, aby rozwinąć nasze badania na granicy medycyny, bioakumulacji zanieczyszczeń i ich wpływu na zdrowie człowieka. Dobrze byłoby również zaangażować medyków i sprawdzić, jak arsen oddziałuje na lokalną ludność; dowiedzieć się, czy woda, którą ludzie pozyskują z okolic dolnego biegu rzeki Trującej, jest bezpieczna. W jej dolnej części jest też duża ilość pól uprawnych. Należałoby przyjrzeć się krążeniu wody i procesom, które mogą powodować ew. akumulację arsenu w produktach rolnych” – dodał dr Stachnik.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Dolny Śląsk / Stężenie arsenu w dopływie Nysy Kłodzkiej 100-krotnie przewyższa normy WHO została wyłączona

Lednicki Park Krajobrazowy/ Stanowiska archeologiczne niewidoczne w terenie są najbardziej zagrożone

Powstawanie nowej zwartej zabudowy na terenie Lednickiego Parku Krajobrazowego (woj. wielkopolskie) i intensywna działalność rolnicza wpływają niekorzystnie na stanowiska archeologiczne, która nie są widoczne w terenie – wynika z badań…

Powstawanie nowej zwartej zabudowy na terenie Lednickiego Parku Krajobrazowego (woj. wielkopolskie) i intensywna działalność rolnicza wpływają niekorzystnie na stanowiska archeologiczne, która nie są widoczne w terenie – wynika z badań interdyscyplinarnego zespołu naukowców.

Lednicki Park Krajobrazowy w woj. wielkopolskim utworzono w celu ochrony cennych historycznie i krajobrazowo terenów wokół jeziora Lednica, będących kolebką państwa piastowskiego. Ma on ponad 76 km kwadratowych.

Naukowcy zebrali informacje o dziedzictwie archeologicznym północnej i zachodniej części Parku i ocenili wpływ człowieka na stanowiska archeologiczne.

„Negatywne skutki działalności ludzi na badanym obszarze dotykają głównie stanowisk archeologicznych, które nie są czytelne w krajobrazie. Miejsca takie znikają z przestrzeni, m.in. w wyniku przekształcenia terenów pod zwartą zabudowę” – poinformował PAP lider projektu dr Andrzej Kowalczyk z Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Te stanowiska to np. pozostałości po dawnych osadach i cmentarzyska.

Dr Kowalczyk wskazał, że to niekorzystne zjawisko jest szczególnie widoczne po zachodniej stronie jeziora Lednica, gdzie w ostatnich 30 latach powstały nowe osiedla z całą infrastrukturą.

„Kolejnym czynnikiem wpływającym niekorzystnie na stanowiska archeologiczne jest intensyfikacja i modernizacja rolnictwa. Stosowany jest nowoczesny sprzęt rolniczy, który umożliwia głęboką orkę oraz różne formy rolnictwa przemysłowego” – powiedział dr Kowalczyk.

Podjęte działania pozwoliły nie tylko oszacować wpływ procesów działalności człowieka na dziedzictwo archeologiczne, ale także ocenić skuteczność przyjętych form ochrony zabytków archeologicznych.

„Najskuteczniejsze działania zastosowano głównie w odniesieniu do zespołów zabytków o uznanej wartości historycznej, jak np. grodziska i gródki stożkowate” – powiedziała zaangażowana w badania dr Lidia Żuk z Wydziału Archeologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Podkreśliła, że takie formy ochrony prawnej, jak na przykład wpis do rejestru zabytków, działają, ale są często niezrozumiałe i uciążliwe dla mieszkańców okolicy Ostrowa Lednickiego, bo utrudniają swobodny rozwój gospodarczy zgodnie z ich oczekiwaniami.

Dlatego – w ocenie naukowców – niezbędne jest przygotowanie odpowiedniej strategii zarządzania dziedzictwem archeologicznym, uwzględniające potrzebę zrównoważonego rozwoju i interesy różnych grup społecznych.

Najważniejszą część parku krajobrazowego stanowi wyspa Ostrów Lednicki, która pełniła od połowy X wieku funkcję jednej z głównych siedzib władzy państwa pierwszych Piastów. Było to centrum historycznego terytorium Polan.

Dr Kowalczyk przypomniał, że do dziś na Ostrowie Lednickim – wyspie na Jeziorze Lednickim – zachowały się relikty rezydencjonalno-stołecznego grodu z ruinami kamiennego pałacu z unikatową kaplicą.

„Mimo intensywnego ruchu turystycznego w tym miejscu średniowieczne relikty zachowały się w dobrym stanie” – stwierdził archeolog.

Na potrzeby projektu badacze wykorzystali szerokie spektrum metod, dzięki którym możliwe było przeanalizowanie zmian w terenie w ostatnich dekadach. Oprócz kwerendy wśród dokumentów archiwalnych zastosowano m.in. lotnicze skanowanie laserowe, zdjęcia lotnicze, badania geofizyczne i powierzchniowe, a także monitoring satelitarny.

W projekcie wzięli udział archeolodzy z Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy we współpracy z badaczami m.in. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu w Bambergu (Niemcy) i Uniwersytetu Wrocławskiego. Projekt „Antropopresja a dziedzictwo archeologiczne. Przykład Lednickiego Parku Krajobrazowego” dofinansował Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego.(PAP)

Autor: Szymon Zdziebłowski

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Lednicki Park Krajobrazowy/ Stanowiska archeologiczne niewidoczne w terenie są najbardziej zagrożone została wyłączona

Ludzkie śmieci – globalny problem zwierząt małych i dużych

Bezkręgowce, ptaki, ryby, płazy, gady i ssaki – także te całkiem duże, jak szopy, psy i koty – giną z powodu śmieci i odpadków pozostawionych przez ludzi na świecie. Najczęstszą…

Bezkręgowce, ptaki, ryby, płazy, gady i ssaki – także te całkiem duże, jak szopy, psy i koty – giną z powodu śmieci i odpadków pozostawionych przez ludzi na świecie. Najczęstszą pułapką są słoiki oraz puszki po napojach i żywności – wynika z podsumowania przedstawionego przez naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zaśmiecanie środowiska jest ogromnym problemem, który dotyka niemal każdego zakątka Ziemi. Wiele zwierząt nie zdążyło jak dotąd wykształcić odpowiedniej reakcji na kontakt z materiałami pochodzenia antropogenicznego i często myli je z jedzeniem, materiałem budulcowym gniazda czy nawet partnerem. W konsekwencji zwierzęta giną na skutek zaplątania w żyłki lub z głodu – z żołądkami wypełnionymi różnymi odpadkami – zwraca uwagę dr Krzysztof Kolenda z Uniwersytetu Wrocławskiego, pierwszy autor publikacji w „Scientific Reports”, poświęconej globalnemu problemowi śmieci, stanowiących śmiertelne pułapki dla różnych zwierząt.

Zwraca on uwagę, że o wiele słabiej zbadany jest aspekt wpływu pojemników po napojach i żywności na zwierzęta. Chociaż to jedne ze śmieci najczęściej znajdowanych w środowisku – literatura naukowa poświęca temu problemowi niewiele miejsca. Większość prac dotyczy śmiertelności ssaków, które po wejściu do pojemnika, nie potrafiły już go opuścić. Pojedyncze doniesienia sugerują natomiast, że to owady zwabione np. resztką napojów giną w pojemnikach w największej ilości.

Co jakiś czas w Internecie pojawiają się za to zdjęcia i filmiki zwierząt, które utknęły w różnych pojemnikach. Nie tak dawno temu była to sarna z Wrocławia czy niedźwiedź ze słowackiej części Tatr.

Dr Kolenda i grupa naukowców z Uniwersytetu Wrocławskiego: studentka biologii Monika Pawlik, dr hab. inż. Marcin Kadej, dr hab. Adrian Smolis i Natalia Kuśmierek, przyjrzeli się temu problemowi, analizując dane dostępne w internecie. Przy pomocy wybranych słów kluczowych przetłumaczonych na kilka języków przeszukali oni wyszukiwarkę Google Images oraz media społecznościowe, takie jak Facebook, Instagram, Twitter i YouTube. Szukali doniesień o zwierzętach, które utknęły w pojemnikach zalegających w środowisku. Skupili się przede wszystkim na pięciu podstawowych rodzajach pojemników: butelkach, puszkach po napojach, puszkach po żywności, słoikach i kubkach.

Autorzy badań znaleźli łącznie ponad 500 doniesień z 51 krajów na całym świecie. Obejmują one okres od 1999 do 2019 roku. Pojemniki stanowiły zagrożenie dla zwierząt zarówno na terenach zurbanizowanych, jak i w miejscach oddalonych od siedzib ludzkich, np. w parkach narodowych czy na pustyni.

Najczęstszą pułapką były słoiki oraz puszki po napojach i żywności. Najwięcej przypadków dotyczyło ssaków (niespełna 80 proc. wszystkich rekordów) oraz gadów (ok 15 proc.). Były również pojedyncze doniesienia o bezkręgowcach, ptakach, rybach i płazach – relacjonuje dr Kolenda, cytowany w materiale przesłanym przez uczelnię.

„Co zaskakujące, znaczna część znalezionych przypadków dotyczy zwierząt średnich i dużych. Wśród ssaków były to gatunki synantropijne, np. szopy, skunksy i zwierzęta udomowione (psy, koty), ale także ssaki kopytne i duże drapieżniki, jak niedźwiedzie. W przypadku gadów odnotowano przede wszystkim węże i jaszczurki, w tym duże gatunki waranów, jak waran z Komodo” – wymienia.

Ponad 12 proc. zidentyfikowanych kręgowców jest zagrożonych wyginięciem wg IUCN, a kilka kolejnych gatunków figuruje w regionalnych czerwonych księgach. W przypadku bezkręgowców śmierć poniosły niemal wszystkie znalezione w pojemnikach osobniki, natomiast o niebo lepiej sytuacja wyglądała z kręgowcami. W ponad 80 proc. przypadków udało się uratować zwierzę, nawet jeśli był to duży drapieżnik (np. niedźwiedź czy lampart) lub zwierzę jadowite (np. kobra).

Zebrane wyniki uzupełniają listę gatunków narażonych na śmierć w wyrzucanych do środowiska pojemnikach. Są kolejnym przykładem na to, jak ważnym źródłem informacji mogą być zasoby Internetu. Badania potwierdziły też globalną skalę zaśmiecania i jego negatywny wpływ na bioróżnorodność oraz potrzebę natychmiastowych działań redukujących liczbę śmieci w środowisku. Do takich zaliczyć można działania edukacyjne zwiększające świadomość społeczeństwa w zakresie gospodarki odpadami, ale przede wszystkim wprowadzenie systemu kaucyjnego dla butelek i puszek oraz regularne akcje sprzątania środowiska.

Wyniki tych analiz opublikowali w Scientific Reports.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Ludzkie śmieci – globalny problem zwierząt małych i dużych została wyłączona

Wikipedia kończy 20 lat/ Prof. Jemielniak: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie

Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo – prof. Dariusz Jemielniak w rozmowie z okazji 20-lecia istnienia Wikipedii mówi o…

Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo – prof. Dariusz Jemielniak w rozmowie z okazji 20-lecia istnienia Wikipedii mówi o roli tej internetowej encyklopedii, jej wiarygodności, a także o wyzwaniach, z którymi mierzy się projekt.

15 stycznia przypada 20 rocznica powstania Wikipedii. To nie tylko największa internetowa encyklopedia, ale i jeden z najczęściej odwiedzanych portali na świecie. Tylko w Polsce co miesiąc Wikipedię odwiedza ponad 30 milionów użytkowników. A w naszej wersji językowej jest już prawie 1,5 mln haseł.

PAP: Czy ufa pan wszystkiemu, co pan przeczyta w Wikipedii?

Prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Lena Koźmińskiego, wikipedysta, autor książki o Wikipedii („Życie wirtualnych dzikich”) członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation: Nie ma źródeł, którym można ufać bezkrytycznie. Badania pokazują, że Wikipedia zawiera teraz nie więcej błędów, niż tzw. źródła profesjonalne. A Wikipedia ma tę ogromną przewagę nad innymi źródłami, że mamy tam kontrolę społeczną: wiemy kto, kiedy i jak edytował dane hasło. I są tam podane odnośniki – źródła, z których zaczerpnięto dane informacje. Tymczasem w klasycznych encyklopediach brak takich odnośników. Nie ma sposobu, żeby tam zweryfikować, skąd wzięła się dana informacja.

Zresztą niedawno Światowa Organizacja Zdrowia stwierdziła, że informacje na temat COVID-19 co na Wikipedii tak świetnie rozwinięte, że będzie tam odsyłać po rzetelną wiedzę dotyczącą koronawirusa. A to koronny dowód na to, że Wikipedia jest źródłem wiarygodnym.

PAP: Czy widać na horyzoncie zagrożenia dla ciągłości projektu?

D.J.: Zagrożeń jest sporo. Z problemem zetknęliśmy się choćby w zeszłym roku, kiedy YouTube zdecydował, że przy kontrowersyjnych w filmikach – np. płaskoziemców lub antyszczepionkowców – umieszczać będzie linki do odpowiednich haseł na Wikipedii. Idea na pierwszy rzut oka ciekawa. Nie wzięto jednak pod uwagę, że wtedy w Wikipedii pojawi się tłum osób, które zaczną zaprzeczać procesowi naukowemu. To nie było rozwiązaniem problemu, ale przerzuceniem go na Wikipedię. Po rozmowach z YouTubem udało się tę sprawę naprostować i przekonać przedstawicieli YouTube’a, że to nie jest właściwa droga do rozwiązania ich problemu.

Problemem dla Wikipedii jest choćby to, że ludzie z bardzo silną agendą, szerzący dezinformację lub na usługach reżimów totalitarnych czy dużych korporacji, mogą próbować na Wikipedii zafałszowywać niektóre informacje. Musimy temu zapobiegać.

PAP: Czy istnieją zabezpieczenia, które sprawią, że Wikipedii nie popsuje kiedyś jakaś armia trolli, która zacznie tam masowo wprowadzać fake newsy?

D.J.: Paradoksalnie zabezpieczeniem jest to, że każdy może Wikipedię edytować. Co prawda każdy może tam wpisać bzdurę, ale jednocześnie wszyscy widzą, co kto i kiedy wpisał – i można to naprawić. Jeśli ktoś w popularnym haśle będzie próbował coś psuć – możemy się spodziewać, że w ciągu kilku sekund zostanie to naprawione. W hasłach mniej popularnych czas reakcji może być dłuższy. Wikipedia ma jednak administratorów, a także doświadczonych edytorów, którzy przeglądają wkład nowych użytkowników czy edycje kontrowersyjnych haseł. Niektóre zaś hasła, szczególnie te najbardziej kontrowersyjne, gdzie np. trwa tzw. wojna edycyjna, mogą być edytowane jedynie przez administratorów. Używamy też algorytmów sztucznej inteligencji do wykrywania wrogich edycji. Na razie nasze zabezpieczenia działają.

PAP: Czy w ciągu ostatnich 20 lat zdarzyły się poważne kryzysy, momenty, kiedy Wikipedia zadrżała w posadach?

D.J.: Pojawiły się kryzysy wzrostu – choćby wtedy, kiedy jako wolontariusze nie byliśmy już w stanie sprawnie utrzymać rozwoju Wikipedii i trzeba było założyć fundację Wikimedia. Kolejnym wyzwaniem okazała się profesjonalizacja: potrzebowaliśmy sztabu prawników, programistów, profesjonalnego zespołu badawczego, aby wytrzymywać konkurencję z najlepszymi w dolinie krzemowej.

PAP: W czym Wikipedia ściga się z największymi korporacjami?

D.J.: Musimy mieć kompetencje organizacyjne i technologiczne, które pozwolą nam oferować produkt nie gorszy niż produkt, który wyprodukowałaby korporacja. Staramy się dostarczać rzetelnej, niezależnej wiedzy. A korporacje często nie mają takiej motywacji. Nawet najwięksi giganci uginają się pod cenzurą reżimów totalitarnych. W Wikipedii nigdy czegoś takiego nie było. A budżet Wikipedii to ok. 100 mln dol. rocznie. Tymczasem duże korporacje mają dużo większe budżety.

PAP: Z jakich źródeł Wikipedia pozyskuje te 100 milionów dolarów rocznie?

D.J.: W większości są to indywidualni darczyńcy, choć są i dotacje od dużych firm. Gdyby jednak większość budżetu pochodziła od kilku korporacji, byłoby ryzyko nacisków. Na szczęście tego problemu nie mamy.

PAP: A jeśli środków od darczyńców zacznie brakować – może się zdarzyć, że na Wikipedii pojawią się kiedyś reklamy?

D.J.: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie. Taką decyzję podjęliśmy lata temu. Gdybyśmy byli zmuszeni do zamieszczania reklam, musielibyśmy też pomyśleć o zawieszeniu działania serwisu. Uważamy, że suma ludzkiej wiedzy powinna być dostępna za darmo. A za darmo to nie znaczy “za dane użytkowników” czy za ich czas oglądania reklam.

PAP: Czy w świecie, gdzie dochodzi do silnej polaryzacji poglądów i tego, że wiele tematów jest upolitycznionych, łatwo zachować Wikipedii obiektywność?

D.J.: Może to zabrzmi dziwnie, ale ratuje nas to, że w Wikipedii nikomu nie chodzi o prawdę. Tam chodzi raczej o rzetelne odzwierciedlenie, co wiarygodne źródła mówią na dany temat. A podstawowym kryterium, które rozważamy, nie jest prawda, ale to, czy dane medium jest wiarygodne. Jeśli jest – mogę zrelacjonować, co ono twierdzi.

PAP: Jak wikipedyści oceniają wiarygodność źródeł?

D.J.: W kwestiach naukowych – sytuacja jest prosta. Tu wiadomo, które publikacje są zweryfikowane. A jeśli chodzi o tematy niezwiązane z nauką – np. życiorysy gwiazd czy hasła dotyczące poglądów politycznych, to wiarygodność źródła ma charakter kontekstowy. Jeśli w czasopiśmie “Nie z tej Ziemi” czytamy, że Ziemia jest płaska, nie możemy tego źródła wprowadzić do hasła astronomicznego. Jeśli jednak to czasopismo np. informuje, że wróżbita Maciej urodził się tego a tego dnia, to nie mamy powodu wątpić w wiarygodność tej informacji.

PAP: Czy w Wikipedii ciągle są jakieś obszary wiedzy, w których są dziury?

D.J.: Wikipedia jest 50 razy większa niż Britannica. Ale ciągle jest mnóstwo miejsca, żeby ją rozwijać. Jeśli ktoś używa Wikipedii, to uważam, że jego obowiązkiem etycznym jest albo przekazywać Wikipedii donacje, albo wspomagać ją swoją pracą: czy to poprawieniem przecinka, czy dopisaniem zdania, akapitu, hasła. Im więcej mamy rąk do pracy, tym lepsze dobro wspólne tworzymy. Zachęcałbym wszystkich, żeby rozwijali w Wikipedii hasła z zakresu, którym się interesują. Na pewno okaże się, że sporo informacji ciągle tam brakuje.

Rozmawiała: Ludwika Tomala (PAP)

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Wikipedia kończy 20 lat/ Prof. Jemielniak: Reklam na Wikipedii nie ma i nigdy nie będzie została wyłączona

Polska aplikacja wspiera szkoły w przeciwdziałaniu przemocy

Uczniowie będą mogli anonimowo powiadomić nauczyciela, że byli świadkami lub ofiarami przemocy rówieśniczej. A wychowawcy dostaną scenariusze zajęć przeciwdziałających bullyingowi – takie możliwości daje aplikacja RESQL, opracowana dzięki psychologom z…

Uczniowie będą mogli anonimowo powiadomić nauczyciela, że byli świadkami lub ofiarami przemocy rówieśniczej. A wychowawcy dostaną scenariusze zajęć przeciwdziałających bullyingowi – takie możliwości daje aplikacja RESQL, opracowana dzięki psychologom z Uniwersytetu SWPS.

Na całym świecie co najmniej 1 na 3 uczniów w wieku 13-15 lat doświadczyło lub doświadcza dręczenia. W Polsce prawie połowa uczniów przyznaje, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy przynajmniej raz była ofiarą przemocy. Problemowi temu chcą wyjść naprzeciw twórcy aplikacji RESQL – zespół naukowców z Uniwersytetu SWPS wraz z partnerem technologicznym, firmą SPEEDNET. W aplikacji – zgodnie z zamysłem twórców – zastosowano wnioski z prowadzonych w polskich szkołach badań psychologicznych dotyczących przemocy szkolnej.

Aplikacja umożliwia uczniom anonimowe zgłoszenie incydentów przemocy – czy to fizycznej, czy to psychicznej. Zgłoszenie trafia bezpośrednio do wyznaczonych w danej szkole nauczycieli czy pedagogów. Uczniowie mogą więc – nie zdradzając swojej tożsamości – omawiać z dorosłymi nieprzyjemne sytuacje, z którymi mierzą się w szkole. W aplikacji dostępne są też materiały, które ułatwić mają nauczycielom właściwe zareagowanie na zgłoszenie, a także podjęcie decyzji lub działań po zgłoszeniu incydentu. Dodatkowo nauczyciele mogą korzystać z przygotowanych przez psychologów i pedagogów scenariuszy lekcji dotykających problematyki przemocy szkolnej. A uczniowie – czytać materiały dotyczące przemocy rówieśniczej.

Kierownik projektu psycholog dr Radosław Kaczan z USWPS w rozmowie z PAP mówi, że dręczenie przybiera różne formy i czasem dotyczy bardzo wrażliwych tematów – związanych z samooceną czy tożsamością danej osoby. To często sfery życia, o których młodym osobom trudno rozmawiać z kimś wprost. Psycholog liczy, że aplikacja stanie się dla dzieci i młodzieży bezpiecznym miejscem, w którym każdy chętny uczeń będzie mógł poruszyć te kłopotliwe tematy i uzyskać wsparcie w rozwiązaniu problemów w grupie rówieśniczej.

Psycholog zauważa, że w przemoc rówieśniczą wplątani są nie tylko sprawcy czy ich ofiary, ale również świadkowie. To bowiem, czy przemoc będzie kontynuowana, zależy w dużej mierze również od reakcji świadków. Dr Kaczan tłumaczy, że celem osoby dręczącej jest zwykle to, by uzyskać status w swojej grupie – np. znaleźć się w centrum zainteresowania lub stać się popularnym, respektowanym (niekoniecznie lubianym). Jeśli zaś zachowanie tej osoby spotka się ze sprzeciwem świadków – zachowanie może zostać wygaszone. „Jeśli wystąpi reakcja rówieśników przeciw przemocy, w 70-80 proc. przypadków bullying ustaje” – zaznacza dr Kaczan.

Sposobów na sprzeciw może być zaś wiele – nie zawsze musi być to bezpośrednia konfrontacja ze sprawcą przemocy. „Warto więc świadkom dawać im narzędzia, by przerwali dane zachowania” – mówi dr Kaczan.

Dodaje, że przemoc fizyczna taka jak pobicia czy kradzieże jest łatwiejsza w diagnozie – świadkowie i ofiar nie mają bowiem wątpliwości, że mają do czynienia z przemocą. Jednak już przemoc psychiczna w grupach rówieśniczych nie jest taka łatwa do zidentyfikowania. Ile razy ktoś musi zostać usunięty z jakiejś klasowej grupy w medium społecznościowym, żeby to uznać za dręczenie? Kiedy żart z danej osoby przestaje być jedynie zabawą, a staje się bolesnym problemem? Aplikacja – i materiały w niej zawarte – mają pomóc rozwiązywać takie dylematy.

Zdaniem rozmówcy PAP niezbyt skutecznym sposobem walczenia z bullyingiem jest sytuacja, kiedy rodzic ofiary przemocy zwraca się z pretensjami do rodziców sprawcy. „To zwykle prowadzi drugą stronę do obrony swojego stanowiska, a nie do zmiany postaw” – mówi.

W jego opinii najskuteczniejszym sposobem radzenia sobie z bullyingiem są zmiany w dynamice grupy. A to da się zrobić choćby w ramach warsztatów prowadzonych w klasie. Mechanizmy bullyingu powinny być jednak zawsze omawiane tak, by nie wskazywać, kto rzeczywiście jest ofiarą bullyingu, a kto – sprawcą. Grupa jednak powinna poznać mechanizmy, jak sobie ze zjawiskiem skutecznie radzić. W ramach warsztatów warto – zdaniem psychologa – doprowadzić do spłaszczenia hierarchii w danej grupie: nauczyciel powinien być liderem, a cała klasa – jednakowo ważnymi członkami grupy. Tak, aby nie zdarzały się sytuacje, kiedy ktoś walczy o pozycję w grupie kosztem innych.

„Przemoc nie jest nieodzownym elementem wkraczania w dorosłość i żadne dziecko nie musi jej doświadczać. Edukujmy nasze dzieci, by były wrażliwe na cudzą krzywdę i nie bały się rozmawiać o swoich problemach. To bardzo ważny element walki z tym zjawiskiem” – podsumowuje dr Kaczan.

Szkoły zainteresowane wykorzystaniem aplikacji RESQL mogą zdobyć o niej informacje na stronie projektu: https://www.resql.pl

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

1 komentarz do Polska aplikacja wspiera szkoły w przeciwdziałaniu przemocy

Mniej zagadkowe początki „pyłowych gigantów”

Już w młodym Wszechświecie powstały tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Dla astronomów ich badania były prawdziwym wyzwaniem. Naukowcy m.in. z NCBJ badając 300 odległych, zapylonych galaktyk, wykrytych…

Już w młodym Wszechświecie powstały tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Dla astronomów ich badania były prawdziwym wyzwaniem. Naukowcy m.in. z NCBJ badając 300 odległych, zapylonych galaktyk, wykrytych za pomocą urządzenia ALMA rzucili nowe światło na procesy fizyczne związane z wytwarzaniem pyłu, metali i gwiazd w ewolucji galaktyk.

Dwa miliardy lat po Wielkim Wybuchu Wszechświat był wciąż bardzo młody. Jednak już powstały w nim tysiące ogromnych galaktyk, bogatych w gwiazdy i pył. Międzynarodowe badanie prowadzone równocześnie przez Wyższą Międzynarodową Szkołę Badań Zaawansowanych (SISSA) w Trieście oraz Narodowe Centrum Badań Jądrowych (Katarzyna Małek i William Pearson) z udziałem międzynarodowego zespołu naukowców wyjaśnia teraz, jak to było możliwe – informuje NCBJ w prasowym komunikacie.

Naukowcy połączyli metody obserwacyjne i teoretyczne, aby zidentyfikować procesy fizyczne leżące u podstaw ich ewolucji i po raz pierwszy znaleźli dowody na szybki wzrost zawartości pyłu w tych galaktykach spowodowany wysokim stężeniem metali w odległym Wszechświecie. Badanie, opublikowane w czasopiśmie Astronomy & Astrophysics (https://www.aanda.org/articles/aa/abs/2020/12/aa38405-20/aa38405-20.html oraz https://arxiv.org/abs/2008.09995), przedstawia nowe podejście do badania fazy ewolucyjnej masywnych obiektów.

Odległe galaktyki, istniejące w bardzo wczesnym Wszechświecie, ale już masywne i bardzo aktywnie tworzące nowe gwiazdy stanowią, od momentu ich odkrycia 20 lat temu, prawdziwe wyzwanie dla astronomów. „Z jednej strony są one trudne do wykrycia, ponieważ znajdują się w gęstych obszarach odległego Wszechświata i zawierają cząstki pyłów, które pochłaniają większość światła optycznego emitowanego przez młode gwiazdy – wyjaśnia dr Drako Donevski, stypendysta SISSA i główny autor badania. – Z drugiej strony wiele z tych pyłowych ‚olbrzymów’ powstało w czasach, gdy Wszechświat był bardzo młody – miał mniej niż 1 miliard lat – i nadal pozostaje zagadką pytanie, jak tak duża ilość pyłu mogła zostać wyprodukowana tak wcześnie we Wszechświecie”.

Badanie tych egzotycznych obiektów jest teraz możliwe dzięki Atacama Large Millimeter / submillimeter Array (ALMA). Interferometr składający się z 66 teleskopów umieszczony jest na pustyni Atakama w północnym Chile i jest w stanie wykryć światło podczerwone, które przenika przez pyłowe chmury, ujawniając obecność nowo tworzących się gwiazd. Jednak pochodzenie dużej ilości pyłu we wczesnym czasie kosmicznym wciąż pozostaje otwartą kwestią dla astronomów.

„Przez wiele lat naukowcy sądzili, że powstawanie pyłu kosmicznego jest spowodowane wyłącznie eksplozjami supernowych. Jednak ostatnie prace teoretyczne sugerują, że zawartość pyłu może również wzrastać w wyniku zderzeń cząstek zimnego, bogatego w metale gazu, który wypełnia galaktyki” – wyjaśnia naukowiec, cytowany w prasowym komunikacie. Międzynarodowy zespół uczonych z instytucji w Europie, USA, Kanadzie i RPA, kierowany przez dra Donevskiego, połączył metody obserwacyjne i teoretyczne, aby zbadać 300 odległych, zapylonych galaktyk w nadziei, że pomoże to odkryć pochodzenie tych „gigantów”.

„Wyznaczyliśmy właściwości fizyczne naszych galaktyk, stosując specjalną technikę modelowania ich szerokopasmowych widm energetycznych – uzupełnia dr hab. Katarzyna Małek, adiunkt w Zakładzie Astrofizyki Narodowego Centrum Badań Jądrowych, cytowana w informacji prasowej. – Jest to istotne źródło informacji o naturze galaktyk, ponieważ wiele złożonych procesów fizycznych, które w nich zachodzą, pozostawia swój ślad w ich widmie. Widmo energetyczne, czyli zależność wypromieniowywanej energii od długości fali, to swoiste DNA galaktyki. Modelowanie widm energetycznych pomaga nam oszacować takie wielkości fizyczne, jak masa pyłu lub masa gwiazd w galaktyce. Dzięki analizie widm szerokopasmowych udało nam się zidentyfikować dwie różne populacje galaktyk w naszej próbce: typowe galaktyki aktywne gwiazdotwórczo – tak zwane galaktyki ciągu głównego, i ekstremalne obiekty, w których zachodzą wyjątkowo intensywne procesy gwiazdotwórcze (ang. starburst galaxies). Taka ekstremalna galaktyka tworzy rocznie gwiazdy o łącznej masie nawet 10-100 mas Słońca”.

„Znaleźliśmy ogromną ilość masy pyłu w większości naszych galaktyk – uzupełnia dr Donevski. – Nasze szacunki pokazały, że wybuchy supernowych nie mogą być odpowiedzialne za to wszystko, a część musiała powstać w wyniku zderzeń cząstek w środowisku bogatym w gazowe metale wokół masywnych gwiazd, jak wcześniej przewidywały to modele teoretyczne. To pierwszy przypadek, kiedy dane obserwacyjne potwierdzają istnienie obu mechanizmów produkcji”.

Naukowcy przyjrzeli się również zmianom w czasie stosunku masy pyłu do masy gwiazd, aby zbadać, jak skutecznie galaktyki tworzą i niszczą pył podczas swojej ewolucji. „To pozwoliło nam zidentyfikować cykl życia pyłu w dwóch różnych populacjach galaktyk: normalnych oraz bardziej ekstremalnych, szybko ewoluujących galaktykach gwiazdotwórczych – powiedziała Lara Pantoni, doktorantka w SISSA, która opracowała model analityczny służący do interpretacji danych i wykazujący ogromny potencjał w opisywaniu różnic w tych dwóch grupach obserwowanych galaktyk. -Co ciekawe, wykazaliśmy również, że bez względu na odległość, masę lub rozmiar gwiazd, zwarte galaktyki gwiazdotwórcze zawsze mają wyższy stosunek masy pyłu do masy gwiazdy niż zwykłe galaktyki”.

Aby w pełni ocenić wyniki obserwacji, zespół astronomów skonfrontował także swoje dane z najnowszymi modelami i symulacjami galaktyk. Wykorzystano symulację kosmologiczną SIMBA, nowy zestaw, który symuluje powstawanie i ewolucję milionów galaktyk od początku Wszechświata do chwili obecnej, śledząc wszystkie ich właściwości fizyczne, w tym masę pyłu. „Do tej pory modele teoretyczne miały problemy z jednoczesnym dopasowaniem zawartości pyłu w galaktykach, jak i właściwości gwiazd. Jednak nasz nowy pakiet symulacji kosmologicznych SIMBA był w stanie odtworzyć większość zaobserwowanych danych” – wyjaśnia Desika Narayanan, profesor astronomii na Uniwersytecie Florydy i członek instytutu DAWN w Kopenhadze, cytowana w komunikacie udostępnionym przez NCBJ.

„Z naszych badań wynika, że produkcja pyłu w ‚Gigantach’ jest zdominowana przez bardzo szybki wzrost ilości cząstek w wyniku ich zderzeń z gazem – podsumowuje dr Donevski. – Stanowi to pierwszy dowód na poparcie tezy, że powstawanie pyłu zachodzi zarówno podczas śmierci gwiazd, jak i w przestrzeni między tymi masywnymi gwiazdami, jak zakładają badania teoretyczne. Co więcej, nasza praca oferuje nowe, mieszane podejście do badania ewolucji masywnych obiektów w odległym Wszechświecie, które będą testowane za pomocą przyszłych teleskopów kosmicznych, takich jak Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba”.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Mniej zagadkowe początki „pyłowych gigantów” została wyłączona

„Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna…

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna bezpłatnie.

„Klimatyczne ABC. Interdyscyplinarne podstawy współczesnej wiedzy o zmianie klimatu” to pierwszy w Polsce interdyscyplinarny podręcznik poświęcony zmianie klimatu. Powstał jako odpowiedź naukowców na pilną potrzebę powszechnej edukacji o kryzysie klimatyczno-ekologicznym – poinformował w przesłanym PAP komunikacie Uniwersytet Warszawski.

Podręcznik pod redakcją naukową dr Magdaleny Budziszewskiej z Wydziału Psychologii UW, dr Aleksandry Kardaś z Wydziału Fizyki UW oraz Zbigniewa Bohdanowicza z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW to praca zbiorowa 16 badaczy, którzy reprezentują wiedzę z zakresu fizyki, chemii, biologii, ekologii, geografii, ekonomii, psychologii, wiedzy o społeczeństwie oraz inżynierii. Książkę przygotowali wspólnie naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechniki Warszawskiej, Instytutu Chemii Fizycznej PAN oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

„Wyedukowanie społeczeństwa w zakresie zmian klimatycznych jest nie tylko społecznym obowiązkiem szkół wyższych, ale także koniecznym krokiem w walce o zatrzymanie postępującej szybko degradacji środowiska naturalnego oraz niedopuszczenie do przekroczenia krytycznego punktu, po którym dojdzie do nieodwracalnej zmiany klimatu na Ziemi” – mówi cytowana w komunikacie UW dr Magdalena Budziszewska.

„Od czasów rewolucji przemysłowej, rozwijając przemysł i rolnictwo, zaczęliśmy emitować do atmosfery coraz więcej i więcej gazów cieplarnianych. Zaburzyliśmy naturalny obieg węgla w przyrodzie i doprowadziliśmy do globalnej zmiany klimatu. Zrozumienie przyczyn i konsekwencji tego zjawiska wymaga połączenia wiedzy o zjawiskach fizycznych w atmosferze i oceanie, ale też tych, w których biorą udział organizmy żywe i całe nasze uprzemysłowione społeczeństwo. W naszym podręczniku staraliśmy się pokazać, jak te wątki przeplatają się i łączą na wielu poziomach” – tłumaczy dr Aleksandra Kardaś.

Książka podzielona jest na cztery części, przedstawiające mechanizmy i przyczyny globalnego ocieplenia, jego konsekwencje oraz działania, które mogą zapobiec najbardziej negatywnym skutkom zmiany klimatu.

Publikacja zawiera 13 lekcji oraz 25 pytań i odpowiedzi eksperckich z podaniem źródeł, raportów międzynarodowych organizacji, artykułów naukowych czy linków do listów otwartych naukowców z całego świata. Duży nacisk położono na przystępność treści oraz spójny podział materiału.

Podręcznik może być wykorzystywany jako materiał dydaktyczny dla uczniów i studentów. Publikację można pobrać bezpłatnie ze strony Wydawnictw UW. Materiały edukacyjne, w formacie przyjaznym nauczycielom, podzielone na poszczególne lekcje można również pobrać ze strony https://klimatyczneabc.uw.edu.pl/.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do „Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Politechnika Białostocka/ Prace nad urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez jednostki morskie

Politechnika Białostocka pracuje nad innowacyjnym urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez duże jednostki morskie. Badacze opracowują tzw. kompaktowy skruber, który ma przede wszystkim zmniejszyć emisję tlenku siarki. Uczelnia poinformowała we wtorek…

Politechnika Białostocka pracuje nad innowacyjnym urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez duże jednostki morskie. Badacze opracowują tzw. kompaktowy skruber, który ma przede wszystkim zmniejszyć emisję tlenku siarki.

Uczelnia poinformowała we wtorek w komunikacie, że zespół badaczy, który pracuje nad pionierskim projektem dla krajowego przemysłu stoczniowego, otrzymał ponad 5,2 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jak przypomniała PB, od ubiegłego roku jednostki morskie „obowiązują rygorystyczne regulacje w zakresie emisji spalin”; chodzi przede wszystkim o zmniejszenie emisji tlenku siarki. By to osiągnąć – jak mówią naukowcy – należy zastosować nowoczesne tzw. skrubery, czyli urządzenia oczyszczające spaliny w specjalnej komorze.

„Standardowe urządzenia mają nawet trzy metry średnicy i kilkanaście metrów wysokości. Ich montaż wymaga przebudowy konstrukcji statku, z czym wiąże się bardzo wysoki koszt inwestycyjny oraz utrudnienia eksploatacyjne, a także pogorszenie stateczności statku” – mówi prof. Dariusz Butrymowicz z Wydziału Mechanicznego Politechniki Białostockiej.

Stąd pomysł na stworzenie wersji kompaktowej skrubera dla dużych statków.

Zespół Butrymowicza ma już doświadczenie z kompaktową wersją tego urządzenia, ale dla małych i średnich jednostek morskich. Taka wersja została opracowana przez badaczy w ubiegłym roku, a rozwiązanie – jak podaje Butrymowicz – pozwala także na odzyskiwanie ciepła generowanego przez silniki i przekształcenie go w chłód, wykorzystywany następnie do klimatyzacji.

Rozwiązanie dla dużych jednostek morskich ma mieć moc od 1 MW do ok. 20 MW. Butrymowicz powiedział, że do jego stworzenia wykorzystywana jest technologia strumienicowa, co – jak podkreślił – jest innowacyjnym rozwiązaniem. „Podstawowym wyzwaniem jest opracowanie racjonalnej i wiarygodnej metody projektowania takich urządzeń” – dodał naukowiec.

Prototyp skrubera ma powstać do 2022 roku. Testowany ma być w Gdańsku – jak podaje politechnika – na największym w kraju dźwigu stoczniowym z siłownią o mocy 1 MW.

Projekt „Technologia morskich kompaktowych skruberów strumienicowych” Politechniki Białostockiej wart jest blisko 6,9 mln zł. W ramach projektu zespół ma też opracować układy wspomagające usuwanie tlenków azotu i cząstek stałych oraz układ monitoringu oczyszczania spalin i wody płuczkowej.

PAP – Nauka w Polsce, Sylwia Wieczeryńska

Możliwość komentowania Politechnika Białostocka/ Prace nad urządzeniem ograniczającym emitowanie zanieczyszczeń przez jednostki morskie została wyłączona

Rozwiązania przyspieszające proces otrzymywana nowych odmian jęczmienia

Dwa rozwiązania przyspieszające proces otrzymywania nowych odmian jęczmienia opracowali naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego. Pomijają one jeden z kluczowych etapów rozmnażania roślin, czyli zapłodnienie i kilkuletni cykl krzyżowań. Ponadto dzięki tym…

Dwa rozwiązania przyspieszające proces otrzymywania nowych odmian jęczmienia opracowali naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego. Pomijają one jeden z kluczowych etapów rozmnażania roślin, czyli zapłodnienie i kilkuletni cykl krzyżowań.

Ponadto dzięki tym rozwiązaniom pewne jest produkowanie zielonych roślin niezależnie od genotypu.

Ich współautorka, dr Monika Gajecka z Wydziału Nauk Przyrodniczych UŚ wyjaśniła, że efektem wieloletnich badań jest nowy sposób izolacji mikrospor i inicjacji kultury z wykorzystaniem wcześniejszego stadium rozwoju jęczmienia jarego. Kultura w tym kontekście oznacza sztuczną hodowlę komórek na pożywkach, a mikrospora to zarodnik męski.

Przedmiotem zainteresowań biologów był proces androgenezy, czyli proces rozwoju nowej rośliny z odpowiedzialnego za przemianę pokoleń męskiego gametofitu.

Jak przypomniała Gajecka, w normalnych warunkach, aby doszło do rozmnożenia rośliny konieczny jest proces zapylenia, który w przypadku jęczmienia polega na przenoszeniu ziaren pyłku na słupek. Jej rozwiązanie pomija jednak ten etap.

Badaczom potrzebny był niedojrzały kłos jęczmienia, który został poddany dwóm rodzajom działań. „W pierwszym przypadku ścięte źdźbła są wkładane do lodówki na dwa tygodnie, dzięki czemu ulegają przechłodzeniu. Następnie są blendowane w specjalnym urządzeniu, aby nie uszkodzić mikrospor. W ten sposób powstaje zawiesina tych mikrospor – na tym polega ich izolacja. Następnym krokiem jest inicjacja kultury in vitro, czyli indukowanie rozwoju zarodków jęczmienia przy dostarczaniu odpowiednich składników odżywczych w pożywce” – tłumaczyła Gajecka.

W drugim przypadku działania są nieco inne. „Tutaj ze świeżo ściętego źdźbła jęczmienia wyciągany jest niedojrzały kłos z mikrosporami, które są następnie izolowane i wkładane do odpowiednio przygotowanej pożywki, dostarczającej tylko pewnych składników odżywczych. W tym przypadku nie ma więc fazy przechłodzenia komórek, lecz dochodzi do ich głodzenia” – wyjaśniła badaczka.

Kiełkujące zarodki można obserwować po około sześciu tygodniach. „W obu przypadkach obserwujemy przeprogramowanie, w wyniku czego z mikrospory możemy uzyskać od razu nową roślinę, a nie, jak w przypadku naturalnie zachodzącego procesu, dojrzałe ziarno pyłku” – dodała.

Sposób ten pozwala skrócić otrzymywanie nowych odmian jęczmienia o kilka lat. „W ciągu sześciu tygodni widzimy już rośliny i tak naprawdę w ciągu roku mamy już ziarna, które możemy poddawać selekcji, żeby sprawdzić, czy ta roślina będzie miała konkretne, interesujące nas cechy. Jęczmień to roślina jednoroczna, więc po kolejnym roku mamy wyprodukowaną linię homozygotyczną. Wcześniej – z uwagi na ośmiopokoleniowy cykl krzyżowań – potrzebnych było osiem lat” – podkreśliła Gajecka.

Ponadto naukowcy rozwiązali problem związany z albinizmem wśród roślin, który powoduje, że te białe rośliny – pozbawione chlorofilu – nie są w stanie przeprowadzać fotosyntezy. Opracowany przez nich sposób izolacji i inicjacji kultury in vitro mikrospor umożliwia produkcję roślin zielonych z wszystkich odmian, nawet tych, które wcześniej regenerowały rośliny albinotyczne.

„Istotną rolę odgrywają w tym procesie plastydy. Inicjowaliśmy kulturę in vitro w określonych momentach rozwoju roślin. Gdy plastydy zdążyły już różnicować się w amyloplasty, regenerowały głównie albinotyczne rośliny. Jeśli jednak jeszcze do tego nie doszło, wtedy uzyskiwaliśmy rośliny zielone. Gdy odkryliśmy tę kluczową zależność, wystarczyło już tylko wskazać odpowiedni moment inicjacji kultury in vitro” – powiedziała Gajecka.

Biolog wyraziła przekonanie, że ich innowacyjne rozwiązanie jest ważne dla hodowli roślin, ponieważ skraca czas potrzebny na wprowadzenie nowych odmian zbóż, a także zapewnia, że możliwe jest wyprodukowanie zielonych roślin niezależnie od genotypu. „Dajemy szybki i pewny efekt” – podsumowała.

Autorami tych dwóch opisywanych patentów są członkowie Zespołu Genetyki i Genomiki Funkcjonalnej Roślin na Wydziale Nauk Przyrodniczych UŚ: dr Monika Gajecka, prof. dr hab. Iwona Szarejko, dr Beata Chmielewska, mgr Janusz Jelonek i Justyna Zbieszczyk.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Rozwiązania przyspieszające proces otrzymywana nowych odmian jęczmienia została wyłączona

Nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik topologiczny

Udało się wytworzyć nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik cechujący się nietrywialnymi właściwościami topologicznymi. W badaniach – opublikowanych w Nature – uczestniczyli fińscy naukowcy z uniwersytetów w Aalto i Helsinkach oraz dr Szczepan…

Udało się wytworzyć nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik cechujący się nietrywialnymi właściwościami topologicznymi. W badaniach – opublikowanych w Nature – uczestniczyli fińscy naukowcy z uniwersytetów w Aalto i Helsinkach oraz dr Szczepan Głodzik z UMCS.

Praca w „Nature” (https://www.nature.com/articles/s41586-020-2989-y) łączy ze sobą dwa przełomy: wytworzenie heterostruktury złożonej z dwuwymiarowego ferromagnetyka oraz efektywne stworzenie dwuwymiarowego nadprzewodnika topologicznego – informuje Uniwersytet Mari Curie-Skłodowskiej w Lublinie w przesłanym PAP komunikacie.

Badacze z Aalto University w Finlandii jako specjaliści w dziedzinie wytwarzania nanostruktur z dokładnością do pojedynczych atomów i charakteryzowania cienkich warstw materiałów, wytworzyli dwuwymiarowe, magnetyczne wyspy bromku chromu. Podłożem, na którym je umieszczono była powierzchnia nadprzewodnika – diselenku niobu. Oba materiały należą do grupy tzw. materiałów van der Waalsa, z których stosunkowo prosto można otrzymywać jednoatomowe warstwy (analogicznie do grafenu).

Nadprzewodnictwo i magnetyzm to zaprzysiężeni wrogowie, ale też niezbędne składniki nadprzewodnictwa topologicznego. Do stabilizacji tej ulotnej fazy materii konieczny jest jeszcze jeden komponent – sprzężenie spinowo-orbitalne, czyli oddziaływanie obecne między innymi na powierzchniach materiałów (także na powierzchni NbSe2), które „nachyla” spiny elektronów, w zależności od kierunku ich pędu. W obecności tych trzech składników i odpowiedniego oddziaływania między nimi, grupa z Finlandii, korzystając ze skaningowej mikroskopii tunelowej, zaobserwowała na krawędziach magnetycznych wysp tzw. chiralne mody Majorany. Są to kwazicząstki (czyli kolektywne wzbudzenia elektronowe, zachowujące się w pewien określony sposób) o zerowej energii.

„Materiały topologiczne są aktualnie przedmiotem olbrzymiego zainteresowania zarówno wiodących ośrodków naukowych na świecie jak też firm komercyjnych (np. Microsoft, Google). Ogromna popularność kwazicząstek Majorany i pościg za eksperymentalnym wykazaniem ich obecności, powodowana jest pomysłem na wytworzenie komputera kwantowego, którego podstawowymi elementami byłyby kubity ‚chronione’ przez topologię układu” – skomentowano w komunikacie.

Powyższa praca ma jednak większe znaczenie w kontekście badań podstawowych. Relatywnie prosty przepis na wytworzenie nowej fazy materii, jaką jest topologiczne nadprzewodnictwo, otwiera możliwość dalszego poznawania jej egzotycznych właściwości. Oprócz jednowymiarowych, chiralnych modów Majorany na brzegach materiałów realizujących tę fazę, badania teoretyczne wskazują na obecność stanów związanych Majorany, zlokalizowanych na defektach oraz w rdzeniach wirów pojawiających się w nadprzewodnikach topologicznych.

Zadaniem dr. Głodzika z UMCS, w tym projekcie, było opracowanie modelu teoretycznego, odzwierciedlającego układ badany w eksperymencie i wykonanie obliczeń numerycznych, zdolnych wykazać czy rzeczywiście mamy do czynienia z topologicznym nadprzewodnictwem.

Wyniki obliczeń dr. Głodzika okazały się być zgodne z wynikami pomiarów metodą skaningowej mikroskopii tunelowej i jakościowo reprodukowały wszystkie własności chiralnych modów Majorany.

Tego rodzaju heterostruktury mogą być w przyszłości wykorzystane do opracowania architektury układów scalonych nowej generacji komputerów.

PAP – Nauka w Polce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Nowy dwuwymiarowy nadprzewodnik topologiczny została wyłączona

Czy rok 2020 przełamał bariery wobec systemów informatycznych?

Sytuacja związana z pandemią zmniejszyła niechęć do informatycznych narzędzi, m.in. na uczelniach i w różnych instytucjach. Ryzyko cyberataku nie zmalało, ale jeśli komuś zależy na bezpieczeństwie – powinien dzielić się…

Sytuacja związana z pandemią zmniejszyła niechęć do informatycznych narzędzi, m.in. na uczelniach i w różnych instytucjach. Ryzyko cyberataku nie zmalało, ale jeśli komuś zależy na bezpieczeństwie – powinien dzielić się wiedzą na własnych zasadach – twierdzą eksperci z WAT.

Według ekspertów w dziedzinie cyberbezpieczeństwa na stan pandemiczny można spojrzeć jak na szansę na bezpieczniejsze i sprawniejsze dzielenie się wiedzą poprzez systemy informatyczne.

STRATEGIE CYBERBEZPIECZEŃSTWA – SĄ, ALE NIEPEWNE

Za największą barierę we wdrażaniu takich systemów przedstawiciele kadry zarządzającej firm na całym świecie uznali ryzyko utraty albo wycieku wiedzy. Jak podkreślają eksperci, nie są to obawy bezpodstawne. Według danych europejskiego badania dotyczącego bezpieczeństwa informacji (GISS 0 Global Information Security Survey) w ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 59 proc. organizacji doświadczyło znaczącego lub istotnego naruszenia bezpieczeństwa informatycznego.

36 proc. organizacji dysponuje własnym zespołem ds. cyberbezpieczeństwa i angażuje go w nowe inicjatywy biznesowe. Choć 92 proc. zarządów organizacji tworzy strategie cyberbezpieczeństwa, to tylko 20 proc. z nich ma mocne przekonanie, że powzięte środki mogą ograniczyć cyberataki.

Stan pandemiczny – jako szansę na przełamanie barier we wdrażaniu i upowszechnianiu systemów informatycznych – postrzegają naukowcy Wojskowej Akademii Technicznej (WAT): dr. inż. Jarosław Wróbel, dr. inż. Paweł Moszczyński i Michał Kapałka – oraz Maciej Moszczyński, współzałożyciel grupy TakeControl.

Naukowcy WAT i ekspert TakeControl zaznaczają, że w środowisku naukowym najcenniejszym zasobem jest wartość intelektualna, np. nieopublikowane manuskrypty artykułów i wyniki badań. Co z ryzykiem wycieku lub utraty takiej wiedzy przechowywanej w systemach informatycznych?

„Nie możemy uznać, ze wskutek doświadczeń pandemicznych ryzyko to zmalało. Ale nawet jeśli kierownictwo nie wdroży żadnego systemu dzielenia się wiedzą, pracownicy i tak będą przesyłali sobie informacje, ponieważ mają ograniczone możliwości spotkania się i korzystania z sieci firmowej, a obieg dokumentów i wiedzy musi zostać utrzymany. Co więcej, prawdopodobnie będą korzystać z darmowych rozwiązań, gdzie ochrona prawa własności pozostawia wiele do życzenia” – stwierdza Moszczyński. Mówił o tym podczas X Międzynarodowej Konferencji „Nowoczesne Koncepcje i Metody Zarządzania. Zarządzanie organizacjami w sytuacjach kryzysowych” (NKiMZ 2020).

Jak dodał, szpiegostwo naukowe, podobnie jak przemysłowe jest realnym zagrożeniem. Niektóre uczelnie, np. w Australii, mają absolutny zakaz przechowywania danych na zewnętrznych serwerach. W ten sposób badacze chronią się przed nieautoryzowanym dostępem.

MODEL HOMEOFFICE POZOSTANIE NA DŁUGO

„Cyberzagrożenia to niejedyna bariera we wdrażaniu systemów. Pozostałe to środki finansowe, czas na szkolenia i niechęć pracowników – m.in. obiekcje, że korzystanie z systemu oznacza dodatkowe obowiązki i może służyć do kontrolowania uczciwych pracowników, więc jest wyrazem braku zaufania” – wylicza Moszczyński.

Tłumaczy, jednak że pandemia COVID-19 dramatycznie zmieniła formę działania organizacji. W ciągu kilku tygodni pracownicy musieli nauczyć się pracy zdalnej i spotkań w sieci, a przedsiębiorcy – przenieść działalność lub jej część do Internetu.

Z danych przytoczonych podczas konferencji wynika, że w Polsce w szczycie pandemii na kwarantannie przebywało ponad 500 tys. osób, a w szczytowym okresie pierwszego lockdownu nawet połowa firm pracowała zdalnie.

Zmieniało się podejście do systemów informatycznych. Ruch sieciowy odnotował wzrost na poziomie 30-50 proc., a firmy i instytucje musiały pozwolić pracownikom na łączenie się z zewnątrz. Kurs akcji spółki dostarczającej usług komunikacyjnych na platformie ZOOM wzrósł o 500 proc. Pandemia wymusiła również optymalizację kosztów w firmach, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej.

Naukowcy powołują się na badanie ManpowerGroup i Hrlink, według którego aż 55 proc. pracodawców planuje pozostać przy pracy zdalnej w różnym zakresie, z czego 2 proc. chce kontynuować home office w pełnym wymiarze czasu pracy, a 53 proc. – stosować model rotacyjny.

O potrzebie pracy zdalnej mówi 9 na 10 pracowników. W modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym chciałoby pracować 75 proc. ankietowanych zatrudnionych i tylko 2 proc. chciałoby powrócić do biura w pełnym wymiarze czasu pracy.

Zdaniem badaczy współczesne organizacje nie mają wyjścia i powinny dzielić się wiedzą ze współpracownikami. Z punktu widzenia społeczeństwa informacyjnego wiedza jest kluczowym składnikiem do budowania przewagi konkurencyjnej w firmach takich jak Microsoft czy Google. Jednocześnie w zarządzaniu od wielu lat odchodzi się od struktury hierarchicznej na rzecz decentralizacji.

„Skoro w nowoczesnym paradygmacie pracownicy podejmują najwięcej decyzji samodzielnie, to należy im wiedzę udostępniać. Od sprawności przekazywania wiedzy zależy obecnie sukces ekonomiczny. Systemy informatyczne pozwalają przechowywać i odtwarzać wiedzę. Tworzą pamięć organizacyjną. Dzięki niej można wykorzystywać doświadczenia z wielu lat do podejmowania skutecznych działań w teraźniejszości i przewidywania przyszłych trendów i wydarzeń” – oceniają autorzy.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Czy rok 2020 przełamał bariery wobec systemów informatycznych? została wyłączona

Torfowiska – tykająca bomba węglowa nieuwzględniona w modelach klimatu

Torfowiska zmieniają się z obiektów pochłaniających CO2 w jego emitenta. Uwalniają teraz do atmosfery od 5 do 10 proc. rocznego antropogenicznego ładunku tego gazu cieplarnianego. A jednak wciąż nie uwzględniono…

Torfowiska zmieniają się z obiektów pochłaniających CO2 w jego emitenta. Uwalniają teraz do atmosfery od 5 do 10 proc. rocznego antropogenicznego ładunku tego gazu cieplarnianego. A jednak wciąż nie uwzględniono ich w modelach zmian klimatu – zwracają uwagę naukowcy – również z Polski.

Torfowiska, tereny podmokłe, mogą mieć różne oblicza. Występują i nad polskim wybrzeżem Bałtyku, i nad Biebrzą, i na skutej lodem Syberii, i w amazońskich lasach deszczowych, i w górzystych rejonach Papui-Nowej Gwinei. Choć zajmują 3 proc. globalnej powierzchni lądowej, to zawierają około 25 proc. światowych zasobów węgla w glebie. Ten ogromny zasób węgla nie jest tak bezpieczny, jak sądzili naukowcy.

Torfowiska magazynują duże ilości węgla w wyniku trwającego od tysiącleci procesu gromadzenia się torfu pod ziemią, w warunkach nasycenia wodą. „W związku z działalnością człowieka torfowiska zmieniają się jednak z pochłaniacza węgla – na jego emitenta. Już teraz ze zdegradowanych torfowisk wydostaje się rocznie między 0,5 a 1 gigatoną CO2. To ogromna liczba – stanowi ok. 5-10 proc. globalnego rocznego antropogenicznego ładunku CO2, który dostaje się do atmosfery” – mówi w rozmowie z PAP badacz torfowisk prof. Mariusz Lamentowicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Torfowiska zachodniej Syberii _ fot M Lamentowicz.JPG

Torfowiska zachodniej Syberii. Fot. M. Lamentowicz.

Dla porównania emisja dwutlenku węgla przez Polskę w 2019 r wyniosła oficjalnie ok. 0,3 gigatony.

Problemem jest jednak fakt, że torfowiska nie są ciągle uwzględniane w modelach systemowych Ziemi (Earth System Models – ESMS), a więc w modelach używanych do prognozowania przyszłych zmian klimatu. Na problem ten zwrócił uwagę w grudniu w „Nature Climate Change” interdyscyplinarny, międzynarodowy zespół 69 naukowców, w tym prof. Lamentowicz.

Co sprawia, że torfowiska uwalniają do atmosfery coraz więcej dwutlenku węgla? Według autorów artykułu są to choćby katastrofalne w ostatnich latach pożary torfu, podczas których węgiel, gromadzony przez setki czy tysiące lat w tkankach roślin, gwałtownie idzie z dymem.

Kolejnym czynnikiem są zmiany w użytkowaniu ziemi. Systemy rowów melioracyjnych sprawiają, że torfowiska są osuszane i nie są w stanie utrzymać zmagazynowanego węgla. Kolejnym problemem są wylesienia, które dotyczą choćby torfowisk w Puszczy Amazońskiej czy Indonezji, odwadnianych i przekształcanych w plantacje palmy olejowej. Takie nowe sposoby użytkowania ziemi sprawiają zaś, że cennych terenów torfowisk ubywa.

Z zalewanych obszarów wieloletniej zmarzliny na Syberii wydostaje się coraz więcej metanu _ fot M Lamentowicz.JPG

Z zalewanych obszarów wieloletniej zmarzliny na Syberii wydostaje się coraz więcej metanu. Fot. M. Lamentowicz

Jeszcze innym problemem jest topnienie – wraz z globalnym ociepleniem – pokrywającej torfowiska wieloletniej zmarzliny (np. na Syberii czy w płn. Kanadzie). W efekcie torf, który był dotąd przez dziesiątki tysięcy lat uwięziony w lodzie – jest zalewany wodą. Jeśli jest jej za dużo – torfowisko zaczyna uwalniać dużo metanu, który jest gazem cieplarnianym agresywniejszym, niż dwutlenek węgla.

Jednocześnie niektóre torfowiska zalewane są przez morza i oceany w związku z podnoszeniem się poziomem wody. W ten sposób tereny torfowisk są rozmywane i tracą swoją funkcję aktywnego magazynu węgla.

Torfowiskom nie sprzyja również podnoszenie się temperatury powietrza i malejący poziom wód gruntowych (warunki do rozwoju torfowisk są coraz gorsze), a także większa ilość zanieczyszczeń związkami azotu czy pyłami.

Prof. Lamentowicz zaznacza jednak, że podejmowanie działań na rzecz ochrony torfowisk pozwala – przynajmniej częściowo – znów uczynić z nich sprzymierzeńców w walce z globalnym ociepleniem. Takimi rozwiązaniami są choćby działania na rzecz restytucji terenów podmokłych czy projekty na rzecz tamowania niepotrzebnych rowów melioracyjnych.

„Torfowiska już teraz wynoszą do atmosfery duży ładunek węgla, którego jeszcze nikt dobrze nie oszacował. To zaś powinno być brane pod uwagę w kontekście działań na rzecz zmniejszania emisji dwutlenku węgla” – mówi prof. Lamentowicz.

Torf gromadzi ogromne zasoby dwutlenku węgla _ fot M Lamentowicz.jpg

Torf gromadzi ogromne zasoby dwutlenku węgla. Fot. M. Lamentowicz

Wyjaśnia jednak, że na razie ogólnopolski kompleksowy monitoring torfowisk nie istnieje. „Prowadzone są jedynie badania oparte na krótkotrwałych projektach naukowych. Jednocześnie istnieje pilna potrzeba wykonania nowoczesnych badań, które pokażą, ile węgla spoczywa w polskich torfowiskach, a ile wydostaje się do atmosfery” – mówi prof. Mariusz Lamentowicz.

„Nauka o torfowiskach jest krytycznym obszarem badawczym, który wymaga dalszego wsparcia politycznego, finansowego, abyśmy mogli zrozumieć związki między torfowiskami, węglem a klimatem, także w kontekście społeczno-gospodarczym” – podsumowuje naukowiec.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Torfowiska – tykająca bomba węglowa nieuwzględniona w modelach klimatu

Polscy fizycy eksperymentują w międzynarodowym laboratorium pod Moskwą

Badania superciężkich pierwiastków, prace nad nanomateriałami do magazynowania energii, badania rozwoju Wszechświata tuż po Wielkim Wybuchu – takie możliwości daje Zjednoczony Instytut Badań Jądrowych w Dubnej, którego członkiem jest Polska….

Badania superciężkich pierwiastków, prace nad nanomateriałami do magazynowania energii, badania rozwoju Wszechświata tuż po Wielkim Wybuchu – takie możliwości daje Zjednoczony Instytut Badań Jądrowych w Dubnej, którego członkiem jest Polska. O polskim wkładzie w prowadzone tam badania opowiada prof. Michał Waligórski.

To, że polscy fizycy jądrowi zaangażowani są w międzynarodowe badania prowadzone przy Wielkim Zderzaczu Hadronów w szwajcarskim CERN pod Genewą nie budzi zdziwienia. Mniej osób wie jednak, że Polska ma też spory udział w innym wielkim międzynarodowym projekcie – Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych (ZIBJ), zlokalizowanym w Dubnej, w Rosji.

Dubna mieści się nad brzegami Wołgi, 120 km na północ od Moskwy. Instytut zatrudnia łącznie ponad 4,5 tys. osób, w tym ok. 1,2 tys. pracowników naukowych. Pracuje tam stale ponad 30 polskich fizyków i inżynierów. Co roku przyjeżdża z Polski do ZIBJ na krótkie pobyty 80-100 fizyków i specjalistów, a także ok. 70 studentów, uczniów i nauczycieli.

„W Dubnej, obok badań podstawowych, pracujemy nad wykorzystaniem fizyki jądrowej w nauce, ale także i w technologii. Kształcimy naukowców, studentów i kadry techniczne, ucząc ich najnowszej fizyki oraz najwyższych technologii” – mówi w rozmowie z PAP przedstawiciel Rządu RP w międzynarodowym Komitecie Pełnomocnych Przedstawicieli w Zjednoczonym Instytucie, prof. Michał Waligórski z IFJ PAN w Krakowie.

O ile w szwajcarskim CERN do dyspozycji naukowców oddano najpotężniejszy w świecie zderzacz protonów LHC (Large Hadron Collider), o tyle badania w Dubnej są bardziej rozproszone. Budowany jest tam wprawdzie porównywalny z LHC zderzacz ciężkich jonów NICA, ale działa tam również wiele mniejszych, choć unikalnych w skali świata urządzeń (m.in. cyklotrony o różnych mocach i możliwościach, impulsowy reaktor jądrowy, spektrometry i detektory). Udział w indywidualnych badaniach z założenia brać mogą mniejsze zespoły nastawione na realizację badań bardziej autorskich. Dzięki temu eksperymenty prowadzić mogą zespoły z mniejszych ośrodków badawczych, które nie dysponują tak wysokimi budżetami i tak licznymi zespołami fizyków jakich wymagają eksperymenty w fizyce cząstek elementarnych wykorzystujące LHC w Genewie. Zresztą fizycy z ZIBJ i CERN ściśle ze sobą współpracują przy tych wielkich eksperymentach.

Jeśli chodzi o ogólne kierunki badań, z których słynie Dubna, są to np. badania nad superciężkimi pierwiastkami. Pracujące w Dubnej akceleratory umożliwiają tworzenie jąder atomów, które nie występują na Ziemi. W tarcze z ciężkich pierwiastków „strzela się” pociskami lżejszych jonów (np. wapnia). Przy takim zderzeniu tworzy się na krótką chwilę superciężkie jądro nowego pierwiastka. Po sposobie, w jaki się rozpada, można poznać jego właściwości. To właśnie dzięki badaniom prowadzonym w Dubnej zarejestrowano po raz pierwszy pierwiastki o masach atomowych: 105, 114, 115 i 118. Dzięki tym badaniom naukowcy mogą sprawdzić, jak działają siły jądrowe na granicy swoich możliwości – w najbardziej masywnych jądrach atomów.

Prof. Waligórski opowiada też, że dzięki NICA – zderzaczowi przeciwbieżnych wiązek ciężkich jonów o wysokich energiach – będzie można badać nowy stan materii, tzw. plazmę kwarkowo-gluonową. Stan ten pojawił się na wczesnym etapie rozwoju Wszechświata, tuż po Wielkim Wybuchu. Budowę zderzacza NICA rozpoczętą dekadę temu planuje się zakończyć już za parę lat. Koszt tego urządzenia, wraz ze stanowiskami pomiarowymi przekroczy 500 mln dol. Pokryje go głównie Federacja Rosyjska jako członek założyciel ZIBJ.

Sztandarowym projektem ZIBJ jest też BAIKAL GVD (Gigaton Volume Detector). Zatopiony w krystalicznie czystych wodach jeziora Bajkał (a więc daleko od Dubnej) na głębokości pomiędzy jednym a dwoma kilometrami poniżej poziomu wody tego jeziora zestaw ponad 10 tys. fotopowielaczy będzie obserwował, w objętości ponad 1 kilometra sześciennego wody oddziaływania cząstek promieniowania kosmicznego o skrajnie wysokich energiach oraz towarzyszące im neutrina. Wspólnie z podobnymi „teleskopami neutrinowymi”, np. międzynarodowym IceCube na Antarktydzie, bada się skąd z Kosmosu cząstki te przychodzą i jaka jest fizyka gwiazd i galaktyk Kosmosu. W projekcie BAIKAL GVD zaangażowani są już naukowcy z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie.

Unikalnym urządzeniem badawczym w ZIBJ, które wykorzystuje w swoich pracach liczna grupa z Polski, jest też impulsowe źródło neutronów IBR-2. „Można to nazwać bombą atomową na sznurku” – żartuje prof. Waligórski. Wyjaśnia, że podobnie jak obracające się wiaderko z wodą na sznurku, obracający się element masy podkrytycznej uranu-235 zbliżając się na ułamek sekundy do drugiego takiego elementu inicjuje chwilowo „atomową” reakcję rozszczepienia, co generuje silne impulsy neutronów. „Impulsowe wiązki neutronów dają nam unikalne w świecie narzędzie do badania dynamiki układów ciała stałego” – komentuje naukowiec.

Dubna jednak to nie tylko badania podstawowe, ale również i badania nad praktycznym wykorzystaniem energii jądrowej. W instytucie opracowuje się m.in. membranowe filtry, które przepuszczają tylko molekuły o precyzyjnie wyznaczonych rozmiarach – np. wielkości bakterii czy wirusów. „Otwory w tych filtrach powstają, kiedy dziurawi się je rozpędzonymi cząstkami” – tłumaczy rozmówca PAP.

W ZIBJ trwają też prace nad nowoczesnymi nanomateriałami, które mogłyby magazynować energię elektryczną lub wodór. Takie rozwiązania są naszą nadzieją, jeśli chcemy jako ludzkość efektywniej przechowywać i przenosić energię pochodzą z odnawialnych źródeł – np. Słońca czy wiatru.

Koszty funkcjonowania Dubnej to ok. 200 mln dol. rocznie. 80 proc. tej kwoty opłaca Federacja Rosyjska, a 20 proc. – pozostałe państwa członkowskie. Z racji swojego dochodu narodowego, Polska jest wśród nich najwyższym płatnikiem – obecnie wkład Polski wynosi ok. 10 mln dol. rocznie (5 proc. budżetu ZIBJ). Prof. Waligórski tłumaczy jednak, że pieniądze te częściowo wracają do Polski. Dzięki nim finansowane są bowiem wynagrodzenia i badania polskich naukowców biorących udział w pracach ZIBJ. Z części polskiej składki ZIBJ buduje się też w krakowskim synchrotronie UJ Solaris wspólną linię badawczą, z której będą mogli korzystać zarówno badacze z krajów członkowskich ZIBJ, jak i gospodarze – UJ. Uzupełni to badania ciała stałego prowadzone w Dubnej, która nie dysponuje synchrotronem. W ten sposób 3 mln dol. rocznie z polskiej składki wraca do kraju. Kolejne miliony dolarów wracają do Polski w postaci zwrotu przemysłowego – kontraktów dla polskich firm, które dostarczają elementy wysokiej technologii do ZIBJ – dodaje prof. Waligórski.

„ZIBJ w Dubnej powstał w 1956 r. jako odpowiedź państw bloku radzieckiego na powołanie CERN” – opowiada prof. Waligórski. I dodaje, że Polska była jednym z członków założycieli tego Instytutu. Przypomina, że CERN powstał dla pokojowego wykorzystania badań fizyki jądrowej. Na podobnych zasadach powołano ZIBJ. „W ZIBJ w Dubnej nigdy nie wykorzystywano fizyki jądrowej dla celów wojskowych, zaś wszystkie prowadzone tam badania zawsze były i są jawne” – wyjaśnia profesor.

„Przez niemal 65 lat działania Dubnej nigdy nie mieliśmy problemów ze współpracą naukową. Szła ona zawsze płynnie, niezależnie od tego, jak układała się w tym czasie polityka między Polską a Rosją. Jestem przekonany, że współpraca naukowa to kanał porozumienia, który powinien między naszymi państwami istnieć zawsze” – mówi prof. Waligórski.

Członkami ZIBJ w Dubnej są: Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Bułgaria, Czechy, Gruzja, Kazachstan, Korea Płn., Kuba, Mołdawia, Mongolia, Polska, Federacja Rosyjska, Rumunia, Słowacja, Ukraina, Uzbekistan i Wietnam. Natomiast pięć państw uczestniczy w ZIBJ na mocy umów dwustronnych. Tymi państwami są: Egipt, Niemcy, RPA, Serbia oraz Węgry.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Polscy fizycy eksperymentują w międzynarodowym laboratorium pod Moskwą została wyłączona

Koralowce, budowniczowie raf, są sprytniejsze niż sądzono

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym…

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). (Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski)Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). (Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski)

Koralowce to organizmy bardziej złożone, niż sądzili niektórzy badacze. Zwierzęta te potrafią regulować tworzenie minerałów, z których powstaje ich szkielet – wynika z badań kierowanych przez Polaków, którzy odkryli koralowce o nietypowej strukturze szkieletu. A to szansa, że część koralowców poradzi sobie np. z rosnącym zakwaszeniem oceanów.

Koralowce budują masywne szkielety z węglanu wapnia. Zdolność ta powoduje, że zwierzęta te tworzą największe struktury biologiczne na Ziemi – rafy. Zespół naukowców kierowany przez prof. Jarosława Stolarskiego z Instytutu Paleobiologii PAN odkrył, że pewien gatunek współczesnego koralowca z Oceanu Południowego ma bardzo nietypową budowę szkieletu. Szkielet ten bowiem zbudowany jest z dwóch różnych odmian węglanu wapnia: nie tylko typowego dla koralowców aragonitu, ale i nieznanego u współczesnych koralowców kalcytu. Wyniki badań ukazały się w PNAS https://www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.2013316117.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu). Wszystkie inne dzisiejsze koralowce mają szkielety aragonitowe, i aby zrozumieć tę odmienność należy sięgnąć do głębokich korzeni ewolucyjnych tego koralowca.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu). Wszystkie inne dzisiejsze koralowce mają szkielety aragonitowe, i aby zrozumieć tę odmienność należy sięgnąć do głębokich korzeni ewolucyjnych tego koralowca.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Prof. Stolarski w rozmowie z PAP tłumaczy, że węglan wapnia to jednej z najbardziej rozpowszechnionych związków chemicznych na Ziemi: to główny składnik skały wapiennych, nacieków jaskiniowych, oraz szkieletów większości zwierząt bezkręgowych – muszli ślimaków czy małży, itp. Występuje w postaci wielu form mineralnych z których najbardziej rozpowszechnione to aragonit i kalcyt. Przy obecnym składzie mórz i oceanów aragonit, a nie kalcyt jest tą odmianą węglanu wapnia, która wytrąca się naturalnie. Z tego też względu część naukowców sądziła, że koralowce, które tworzą szkielet z aragonitu, tylko w minimalnym stopniu regulują proces jego tworzenia. Po prostu tworzą szkielet z tej odmiany węglanu wapnia, którą najprościej wytrącić jest w środowisku.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu).  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus (z prawej) tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu i aragonitu (zaznaczone różnymi barwami na przekroju szkieletu).  [Ilustracja: Jarosław Stolarski]

Warunki w oceanach jednak się zmieniają – rośnie ich zakwaszenie związane z rozpuszczaniem się dwutlenku węgla w wodzie (i tworzeniem kwasu węglowego). A w związku z tym coraz bardziej realna stawała się groźba, że szkielety koralowców na masową skalę zaczną się rozpuszczać.

Inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku bardziej złożonych organizmów takich jak mięczaki. Co prawda one również tworzą szkielet z węglanu wapnia, to jednak bardzo precyzyjnie regulują jego powstawanie. I tak na przykład ostrygi tworzą muszle z dwóch odmian węglanu wapnia: kalcytu (zewnętrzna warstwa muszli) i aragonitu (wewnętrzna warstwa muszli, składnik masy perłowej). Oznacza to, że głównie od fizjologii, a nie warunków środowiska zależy, z jakiego minerału organizmy te tworzą szkielet. Można zatem wysnuć wniosek, że w pogarszających się warunkach środowiska organizmy potrafiące aktywnie regulować mineralizację szkieletu, będą potrafiły skuteczniej oprzeć się zakwaszaniu oceanów, np. zmieniając skład szkieletu na bardziej odporny na rozpuszczanie. Wydawało się, że mięczaki będą większymi „twardzielami” niż koralowce.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). [Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski]  

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). [Ilustracja: Katarzyna Janiszewska, Jarosław Stolarski]

Paleontolodzy od kilkunastu lat wiedzieli o przypadku, który stanowił lukę w tym rozumowaniu. Znany był koralowiec sprzed ok. 100 milionów lat, który inaczej niż wszystkie inne koralowce budował szkielet nie z aragonitu, ale z drugiej odmiany krystalicznej węglanu wapnia – kalcytu. Ten gatunek kopalny opisali w „Science” w 2007 r. Polacy pod kierunkiem prof. Jarosława Stolarskiego. Teraz zaś ten sam zespół naukowców dokonał kolejnego odkrycia.

Osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus, który tworzy wyjątkowy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu - powszechnie występuje w głębokich wodach Oceanu Południowego.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

Osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus, który tworzy wyjątkowy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu – powszechnie występuje w głębokich wodach Oceanu Południowego.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

„Zastanowiło mnie podobieństwo jednego z gatunków koralowca z Oceanu Południowego do tego nietypowego gatunku kopalnego, który opisaliśmy kilkanaście lat temu” – mówi naukowiec. Intuicja go nie zawiodła. Choć okazało się, że zewnętrzna część szkieletu tego współczesnego koralowca była zbudowana z typowego aragonitu, to już wnętrze szkieletu tworzył kalcyt. Koralowiec ten jest zatem w stanie wytwarzać różne minerały w tym samym czasie. A to już przecież zaawansowana umiejętność. Co więcej okazało, że koralowiec reprezentuje pod względem genetycznym bardzo stary ród koralowców który wyodrębnił się co najmniej 100 milionów lat temu, prawdopodobnie ten sam, z którego wywodzi się opisany wcześniej koralowiec kalcytowy.

„Teraz już wiemy, że nie jest tak, że koralowce tylko biernie wytrącają węglan wapnia z wody morskiej. One ten proces niezwykle precyzyjnie kontrolują” – zaznacza badacz. A stąd wniosek, że koralowce są organizmami bardziej złożonymi, niż się dotąd wydawało.

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia - kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). Cienka płytka szkieletu w mikroskopie polaryzacyjnym mieni się wszystkimi barwami tęczy, ale widoczna jest też granica między środkową częścią kalcytową i zewnętrzną aragonitową.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

Głębokowodny osobniczy koralowiec Paraconotrochus antarticus tworzy szkielet zbudowany z dwóch odmian węglanu wapnia – kalcytu i aragonitu. Minerały te z uwagi na różną gęstość da się zobrazować w tomografie komputerowym (po prawej na niebiesko znaczony wewnętrzny, kalcytowy składnik szkieletu). Cienka płytka szkieletu w mikroskopie polaryzacyjnym mieni się wszystkimi barwami tęczy, ale widoczna jest też granica między środkową częścią kalcytową i zewnętrzną aragonitową.  [Ilustracja: Jarosław Stolarski, Katarzyna Janiszewska]

„Dzięki tym badaniom możemy częściowo przewidywać przyszłość. Jeśli środowisko na tyle się zmieni, że aragonit nie będzie już tak łatwy do wytworzenia – np. w wyniku zakwaszenia, które teraz obserwujemy – to choć wiele koralowców z pewnością wymrze, niektóre dalej będą w nowych warunkach zdolne, aby go aktywnie wytwarzać. Jest więc szansa, że wraz z globalnym ociepleniem nie wszystkie koralowce bezpowrotnie znikną – część z nich zapewne dostosuje się do „nowych” warunków środowiska, które z perspektywy geologicznej sięgającej milionów lat nie są taką nowością” – tłumaczy naukowiec.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Koralowce, budowniczowie raf, są sprytniejsze niż sądzono została wyłączona

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content