Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Autor: Zuzanna

Wyzwanie ornitologiczne na cały rok

„Wypatrzenia” jak największej liczby ptaków w nadchodzącym roku podejmują się doświadczeni obserwatorzy, ale i amatorzy. W wyzwaniu pt. „Wielki Rok” każdy bije własne rekordy. Jak obserwować ptaki, by ta pasja…

„Wypatrzenia” jak największej liczby ptaków w nadchodzącym roku podejmują się doświadczeni obserwatorzy, ale i amatorzy. W wyzwaniu pt. „Wielki Rok” każdy bije własne rekordy. Jak obserwować ptaki, by ta pasja przynosiła korzyści nauce i… własnemu zdrowiu?

Prof. Piotr Tryjanowski z Katedry Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu opracował „pakiety” dla czterech stopni zaawansowania w tym „szaleństwie”.

Zaznacza on jednocześnie, że nie chodzi tylko o podglądanie i cieszenie się ptasią obecnością, ale o naukę rozpoznawania gatunków. Lornetka, atlas ptaków i notes przydadzą się, choć na początku nie są konieczne. „Na pierwszym etapie to zabawa praktycznie bezkosztowa” – mówi profesor.

W krajach anglojęzycznych od kilkudziesięciu lat rozwija się tradycja „robienia Wielkiego Roku”, czyli zobaczenia jak największej liczby gatunków pomiędzy 1 stycznia a 31 grudnia. Od paru lat upowszechnia się ona również w Polsce.

„Parę lat temu skosztowałem tego szaleństwa” – tak Wielki Rok określa prof. Tryjanowski. Zastrzega jednak, że prześciganie się w rekordach nie jest najlepszym sposobem na relaks i radość wynikającą z obecności ptaków. Zwłaszcza, że „sky is the limit”.

„W ciągu 2015 roku amerykański ptasiarz, podróżnik i pisarz Noah Strycker łącznie wypatrzył 6042 gatunki, a szczegółowe wyniki zaprezentował w książce ‚Ptaki nie znają granic‚. Dla tych, którzy nieco znają ptaki, zasięgi ich występowania i biologię, to niemal niewyobrażalna granica. To jak zdobycie ponad połowy ośmiotysięczników w ciągu roku” – przyrodnik używa alpinistycznego porównania, żeby podkreślić wagę tego dokonania. „Zwykły śmiertelnik” nie ma na to szans.

Prof. Tryjanowski preferuje zdrowy realizm. Dla każdego, kto chciałby obserwować ptaki, opracował on do wyboru cztery „pakiety”.

1. Dla zupełnie początkujących – 12 gatunków rocznie, co oznacza jeden nowy gatunek na miesiąc.

Profesor proponuje poznać podstawowe gatunki, takie jak kawka, gawron, wróbel domowy, mazurek, bogatka, szpak, kapturka, kos czy sroka. Należy zwrócić uwagę na cechy ich upierzenia i charakterystyczne głosy. Porównania z nimi pomogą w stawianiu kolejnych „ptasiarskich kroków. Pomocy w przedstawieniu najpospolitszych gatunków udzielają przyrodnicy podczas spacerów ornitologicznych, popularyzujących wiedzę o ptakach.

2. Dla średniozaawansowanych – 52 gatunki rocznie, czyli 1 gatunek na tydzień.

Zdaniem naukowca, jest to pakiet realistyczny do wykonania nawet bez wychodzenia z domu. Ptaki można obserwować z okna lub z ogrodu, choć wymaga to już dobrej znajomości gatunków.

3. Dla zaawansowanych – 100 gatunków.

4. Dla twardzieli – 365 gatunków rocznie, codziennie nowy.

W opinii prof. Tryjanowskiego to ostatnie postanowienie będzie trudne w realizacji, a praktycznie niemożliwe do wykonania w ciągu roku wyłącznie na obszarze Polski. Trzeba do tego czasu, pieniędzy i otwartych granic, ponieważ najlepiej byłoby uzupełnić krajowe obserwacje tymi z innych stref klimatycznych.

„Ptaki można obserwować praktycznie zawsze i wszędzie. We dnie i w nocy, w trakcie słonecznej aury, mżawki, a nawet śnieżycy. Na wsi, w mieście, na pustyni i w naturalnym lesie tropikalnym” – wylicza.

Ekspert ostrzega jednak: to bardzo wciąga.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Wyzwanie ornitologiczne na cały rok została wyłączona

Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie…

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie są czymś unikalnym – uważa zespół psychologów. I proponuje nowe spojrzenie na to, czym są ekstremizmy.

„Do tej pory zachowania ekstremalne łączono z ekstremizmem politycznym, terroryzmem, stosowaniem przemocy. My pokazujemy zupełnie nowe spojrzenie: jest wiele innych zachowań – w tym również pożądanych społecznie, które mają podobną psychologiczną dynamikę” – mówi w rozmowie z PAP psycholog dr Ewa Szumowska z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Badaczka weszła w skład zespołu Arie’ego Kuglanskiego, który opracował nowy model zachowań ekstremalnych. Badania ukazały się w czasopiśmie Psychological Review https://doi.apa.org/doiLanding?doi=10.1037%2Frev0000260. W świetle tego nowego podejścia, do zachowań ekstremalnych zaliczyć można tak różne zachowania jak np. obsesyjne pasje, uprawianie sportów ekstremalnych, wycieńczające diety, poświęcanie swojego życia dla niesienia pomocy innym, trenowanie jakichś umiejętności do upadłego, fanatyczne promowanie jakichś idei, stalking, bycie niezwykle wiernym kibicem albo fanem jakiegoś zespołu, czy nawet ślepe zauroczenie się jakąś osobą…

A przy takiej definicji możemy uznać, że ekstremizm cechował nie tylko Herostratesa czy Unabombera, ale i Marię-Skłodowską Curie, Venus i Serenę Williams, Matkę Teresę, Pabla Picassa, Joannę d’Arc, a w literaturze Romea i Julię czy Wertera. Te postaci nie byłyby przecież znane, gdyby nie poświęciły bardzo wiele w swoim życiu dla jednej idei.

„W naszym modelu zakładamy, że działania ekstremalne wynikają z zaburzenia równowagi między naszymi celami i potrzebami” – streszcza dr Szumowska. I dodaje, że do takiej nierównowagi może dojść u dowolnej osoby. „To, że dana osoba wykazuje zachowania ekstremalne, nie oznacza więc, że ma ona jakieś zaburzenia. Albo że ma jakieś niewiarygodne predyspozycje. To mechanizm wspólny dla nas wszystkich” – podsumowuje dr Szumowska.

Wyjaśnia, że ludzie mają wiele potrzeb, to m.in potrzeby fizjologiczne, związku z innymi ludźmi, kompetencji, autonomii. „Na ogół dąży się do tego, by wszystkie potrzeby były zaspokojone, a żadna nie była zsunięta na dalszy plan. To tzw. funkcjonowanie zrównoważone, umiarkowane. Zdarza się jednak, że jedna z potrzeb staje się u kogoś tak ważna, że przez dłuższy czas przyćmiewa inne. A to właśnie prowadzić może do zachowań ekstremalnych” – tłumaczy psycholog.

Jeśli jakaś potrzeba jest przez dłuższy czas niezaspokojona, to normalnym mechanizmem jest to, że czasowo przejmuje ona wpływ na zachowanie człowieka. „Im bardziej jesteśmy głodni, tym mniej zwracamy uwagę na wszystkie inne nasze potrzeby. A wtedy, żeby się najeść, jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, których nie zrobilibyśmy wcześniej: zjeść coś, co uważamy za niesmaczne, a nawet wstrętne, ukraść jedzenie, zrobić komuś krzywdę, jeść rzeczy, które nie nadają się do jedzenia, a w skrajnych przypadkach nawet posunąć się do kanibalizmu” – mówi. Jedna potrzeba sprawić więc może, że staniemy się ślepi na inne swoje potrzeby i wywodzące się z nich cele i zaczniemy zachowywać się w sposób nieoczekiwany również dla siebie.

To samo dotyczy też jednak bardziej złożonych potrzeb. Dr Szumowska zaznacza, że w biografiach ludzi sukcesu, władców czy geniuszy częstym powodem zachowań ekstremalnych jest chęć zaspokojenia potrzeby bycia kimś znaczącym. „Wszyscy mają taką potrzebę, ale mają i potrzebę postępowania moralnie, potrzebę bezpieczeństwa czy przynależności. Jeśli jednak ktoś skupi się na tej jednej potrzebie, może u niego dochodzić do zaniedbywania lub aktywnego podkopywania innych potrzeb. Np. jeśli ekstremalnie ważne jest dla mnie to, żeby zrobić w życiu coś ważnego, to jestem to w stanie zrobić nawet kosztem innych osób, kosztem swoich zasad etycznych, swojego zdrowia, przyjaciół, rodziny” – opowiada.

To, czy do zachowania ekstremalnego dojdzie, zależy od różnych czynników. Po pierwsze – wymienia psycholog – musi zaistnieć bardzo silna potrzeba, która zdominuje pozostałe. Po drugie musi pojawić się narracja, która pokaże danej osobie drogę do zaspokojenia tej potrzeby. Narracje te często zapożyczane są z kultury, w której żyjemy. I tak np. jeśli chodzi o potrzebę bycia kimś znaczącym, w niektórych przekazach drogą jest ciężka praca i samodoskonalenie, w innych – pomoc innym osobom, w innych – dążenie do sławy, a w innych – walka z osobami o odmiennych niż my poglądach.

Trzecim czynnikiem mającym wpływ na powstanie zachowań ekstremalnych jest grupa, do której się należy i z którą się identyfikuje. Ona może bowiem wzmacniać ekstremalne zachowania lub je hamować. Dr Szumowska zwraca uwagę, że grupy terrorystyczne, sekty, ale również i formacje przygotowujące zawodników do zawodów sportowych nie bez powodu odcinają się od świata, często mają swoje siedziby w miejscach oddalonych od cywilizacji. Przez to ich członkowie tracą z oczu wszystko, czego mogą pragnąć, a co jest poza tą grupą. I mogą sią skupić na jednym – dążeniu do pożądanego przez grupę celu. Jeśli zaś ktoś traci motywację, zadaniem innych członków grupy jest ją przywrócić. „Samemu również można podjąć zachowania ekstremalne, ale zdecydowanie łatwiejsze jest to, kiedy są ludzie w otoczeniu, którzy do tych zachowań zachęcają, pochwalają je i również się im poświęcają” – mówi dr Szumowska.

W zachowaniach ekstremalnych kluczowa jest przedłużająca się dominacja jednej potrzeby. Może ona wynikać z długotrwałej deprywacji (a więc niemożności zaspokojenia potrzeby). Osoba podejmuje różne, również szkodliwe działania, aby tę potrzebę zaspokoić. Może również próbować zaspokoić inne potrzeby – na zasadzie kompensacji. Dr Szumowska opowiada, że dana osoba może mieć bardzo wiele niezaspokojonych potrzeb w różnych sferach życia i nie widzi możliwości ich zaspokojenia. Np. nie ma bezpieczeństwa finansowego, jest samotna, niedoceniana, ma niski status społeczny i małe szanse na znalezienie prestiżowej pracy. I wtedy niezaspokojone potrzeby kanalizowane są w jeden obszar – potrzebę, którą daje się zaspokoić. „Tak często budzą się obsesyjne pasje” – komentuje dr Szumowska.

A jeśli taka „obsesja” jest dla kogoś szkodliwa, to jak się od niej uwolnić? Dr Szumowska podaje przykład programów z zakresu deradykalizacji członków grup terrorystycznych. Pokazuje się w nich uczestnikom, jak dostrzegać różne swoje potrzeby i jak je zaspokajać w nieszkodliwy, konstruktywny sposób. Uczy się tam np. podopiecznych nowego zawodu, pomaga znaleźć lepszą pracę, nowe hobby czy grupę odniesienia, w której dana osoba będzie mogła zaspokoić swoje zaniedbywane potrzeby. Sposobu na uwolnienie się od szkodliwych ekstremalnych zachowań szukać można też w terapiach dla osób z uzależnieniami behawioralnymi (jak pracoholizm, zakupoholizm, seksoholizm). Tam również pomaga się osobom odzyskać równowagę pomiędzy różnymi potrzebami i aspektami życia.

„Poświęcanie się dla jednej idei kosztuje wiele energii. To przecież – zgodnie z naszym spojrzeniem – funkcjonowanie w nierównowadze. Wymaga dużego zaangażowania i jest zachowaniem trudnym do utrzymania przez dłuższy czas” – mówi badaczka.

Bardzo szerokie spojrzenie na ekstremizmy, zaproponowane przez badaczy być może pozwoli lepiej zrozumieć, skąd się one biorą i szerzej spojrzeć na to, jak można regulować procesy przechodzenia od zachowań ekstremalnych do zrównoważonych. A w dodatku wypracować skuteczniejsze formy wsparcia dla osób i grup, które mają problem ze swoimi zachowaniami ekstremalnymi.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię…

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię – podkreślił dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

„Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. Gdyby na całym świecie postępować tak jak na Wyspach, gdzie regularnie przeprowadza się sekwencjonowanie genomu wirusa w 5-10 proc. przypadków COVID-19, to prawdopodobnie wykrywalibyśmy jeszcze więcej jego wariantów, z różnymi układami mutacji. Ale to jednak nie powód, by wpadać w histerię” – zaznaczył ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski.

Ekspert tłumaczył, że na pojawiające się obawy przed nowymi wariantami koronawirusa wpływ ma bardzo często mylenie pojęć. Jak wskazał: szczep, wariant, czy mutacja wirusa – to zupełnie inne pojęcia.

„Czytając informacje prasowe napotykamy kompletne pomieszanie pojęć. Czytamy bowiem o +nowym koronawirusie+, +nowym szczepie+, wariantach i mutacjach. Warto to wyjaśnić. Nie ma żadnego nowego koronawirusa – jest wciąż SARS-CoV-2” – podkreślił.

Dodał, że nie ma również żadnych dowodów, by mówić o tym, że istnieją szczepy tego wirusa.

„SARS-CoV-2 należy do tego samego gatunku betakoronawirusa, co SARS-CoV, który powodował chorobę SARS w latach 2002-2004. Gatunek ten nazywa się Severe acute respiratory syndrome–related coronavirus, a SARS-CoV i SARS-CoV-2 są jego szczepami. Z kolei warianty SARS-CoV-2 to po prostu te formy wirusa, które kumulują poszczególne mutacje. I wreszcie mutacje, czyli nagłe skokowe zmiany w materiale genetycznym. Niektóre nie mają żadnego wpływu na wirusa, niektóre bywają dla niego niekorzystne, a te, które przynoszą mu korzyść oczywiście się upowszechniają” – mówił.

Rzymski zaznaczył, że na tę chwilę powinno nas interesować w zasadzie tylko jedno, czy mutacje mogą wpływać na skuteczność szczepionki na COVID-19.

„Jeżeli proponowane preparaty oparte byłyby o inaktywowanego wirusa, czyli o jedno z klasycznych rozwiązań szczepionkowych, to możliwe, że niekoniecznie zabezpieczałyby przed wszystkimi izolatami SARS-CoV-2. Ale szczepionki Pfizera, Moderny czy AstraZeneca mają na celu wymuszenie produkcji tylko i wyłącznie białka S wirusa, czyli tzw. kolca, dzięki któremu wirus ten może wnikać do komórek” – mówił.

„Takie szczepionki powinny więc być skuteczne wobec wielu wariantów. Produkowane w odpowiedzi przeciwciała mogą wiązać wiele regionów tego białka, a nie tylko jeden – drobne zmiany w tym białku, którego łańcuch liczy ponad 1270 aminokwasów, nie powinny mieć żadnego znaczenia dla unieszkodliwiania wirusa” – dodał.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformowano 14 grudnia. Według władz brytyjskich, nowy wariant wirusa rozprzestrzenia się o ok. 70 proc. szybciej, ale nie wydaje się, by powodował on poważniejszy przebieg choroby. Eksperci wskazują także, że nie ma przesłanek, by brytyjski wariant wirusa wpływał na skuteczność szczepionek. Zakażenia tym wariantem zdiagnozowano również m.in. w Danii, Holandii, Australii, czy we Włoszech.

O odkryciu nowego wariantu SARS-CoV-2 poinformowały w ostatnich dniach także władze RPA. Według południowoafrykańskich ekspertów nowy wariant jest pod niektórymi względami podobny do wariantu brytyjskiego; dzieli z nim kilka mutacji. (PAP)

Autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię została wyłączona

Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie….

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

„Dążymy do tego, aby lekarz miał jak najwięcej informacji bez konieczności wykonywania operacji. Teraz, aby dowiedzieć się czy w danym miejscu są tkanki nowotworowe, trzeba wykonać biopsję, potem badania histopatologiczne” – powiedział prof. Paweł Moskal, który wraz z dr hab. Ewą Stępień pracuje nad nowym rozwiązaniem.

W nagraniu internetowym, opublikowanym przez UJ, profesor poinformował, że przygotowanie nowej metody, nowego urządzenia, jest celem na najbliższych kilka lat.

Zgodnie z zapowiedziami, dzięki nowemu rozwiązaniu lekarz będzie mógł na filmie zobaczyć, jak substancja podana pacjentowi jest przyjmowana przez ciało, jak jest metabolizowana. Teraz lekarze oglądają na zdjęciach pojedyncze części ciała, ze zmianami nowotworowymi.

Naukowcy, którzy dążą do stworzenia innowacyjnej technologii, pracują na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. (PAP)

autor: Beata Kołodziej

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia…

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia prof. Janusz Braziewicz z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Wkraczająca do nowoczesnej medycyny sztuczna inteligencja budzi skrajne emocje: w środowisku medycznym jak i w społeczeństwie jedni wiążą z nią duże nadzieje, inni mają obawy i wątpliwości. Tak jest np. z medycyną nuklearną, w której wykorzystywane są nowoczesne technologie.

Prof. Janusz Braziewicz – kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej z Ośrodkiem PET w Świętokrzyskim Centrum Onkologii twierdzi, że zaawansowanie automatyzacji i sztucznej inteligencji w medycynie nuklearnej jest już na tyle duże, ze wkroczyło na III i IV poziom w pięciostopniowej skali.

Pierwszy poziom oznacza jedynie działania manualne, drugi – maszynowo-manualne, a trzeci – zautomatyzowane działania maszynowo-manualne. Na czwartym poziomie pojawia się automatyzacja, ale „z ludzką ręką”, piąty oznacza pełną automatyzację.

W diagnostyce obrazowej wygląda to w ten sposób, że na poziomie III (warunkowej automatyzacji) skaner czy system opisowy pod wpływem operatora dostosowuje się do narzucanych mu warunków i wykonuje zlecone zadanie.

„Obecnie obserwujemy duże przyspieszenie technologiczne i wejście na poziom IV (wysokiej automatyzacji), kiedy to system automatycznie przetwarza samodzielnie pozyskane dane i dostarcza specjaliście wstępnie przeanalizowane informacje. Ma to miejsce na przykład wówczas, kiedy system zeskanuje ułożonego na stole skanera PET/TK pacjenta i na podstawie swego rodzaju skanu topogramowego, w oparciu o analizę danych anatomicznych chorego zaproponuje wykonanie skanu PET i tomografu komputerowego z uwzględnieniem wskazania klinicznego i sylwetki pacjenta” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Braziewicz, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Odbywa się to z użyciem automatycznie dostosowanych parametrów akwizycji, z minimum wymaganej dawki promieniowania ze strony tomografu komputerowego. Algorytm po stronie PET ustala: szybkość przesuwu łóżka podczas płynnego skanowania różnych części ciała pacjenta, zastosowanie różnych matryc rekonstrukcyjnych, zastosowanie bramkowania oddechowego dla odpowiedniego obszaru klatki piersiowej i tułowia.

Według prof. Braziewicza bezzasadne są zatem obawy, że komputery zastąpią lekarzy. W przypadku diagnostyki obrazowej stają się one wręcz niezbędne. Powodem jest choćby lawinowy wzrost diagnostycznych badań obrazowych, w tym również z zakresu medycyny nuklearnej. Jedynie w latach 2000-2010 liczba badań tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego wzrosła dziesięciokrotnie. Z kolei w medycynie nuklearnej taki gwałtowny wzrost liczby badań SPECT i PET przypada na okres po 2010 r.

„W ślad za tym nie następuje niestety proporcjonalny wzrost liczby dostępnych lekarzy specjalistów, którzy mogliby je szybko i rzetelnie przeprowadzić. Brakuje także wyszkolonych techników, korzystających z zaawansowanych metod akwizycji z zastosowaniem narzędzi, jakie oferuje dany skaner. Efektem jest przeciążenie ilością pracy poszczególnych grup specjalistów i często coraz dłuższy czas oczekiwania na opisanie badań. Co istotne, presja obniża jakość pracy. Jak pokazują badania, jeśli skróci się o 50 proc. czas na interpretację badania radiologicznego, to stosunek błędów interpretacyjnych wzrośnie o niemal 17 proc.” – zaznacza prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja w coraz bardziej skomplikowanej i wymagającej diagnostyce obrazowej może zatem usprawnić i wspomóc pracę lekarza. „Wdrożenia algorytmów opartych na Artificial Intelligence (AI) przynoszą oszczędność czasu i szansę na pełną standaryzację procedur, ale także na uniknięcie błędów ludzkich i skuteczniejsze, spersonalizowane terapie dla pacjentów” – twierdzi specdjalista.

Obecnie medycy nuklearni rozwijają nowy trend teranostyki, który wydaje się być przyszłością personalizowanej medycyny poprzez ścisłe połączenie diagnostyki i terapii w celu dobrania do potrzeb konkretnego pacjenta celowanego leczenia. „W obszarze sztucznej inteligencji medycy nuklearni coraz częściej wspierają proces terapii, pomagając w ocenie trafności i zasadności zaleconego leczenia już w początkowej jego fazie. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście wykorzystywanie hybrydowych badań PET/CT na przykład w planowaniu radioterapii” – tłumaczy prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja określa proces, w którym maszyna, czyli komputer, uczy się i naśladuje funkcje poznawcze specyficzne dla człowieka, aby wykonywać zadania, jakie zwyczajowo wykonywane są przez ludzki umysł: rozpoznawanie obrazów, identyfikacja różnic czy stawianie logicznych wniosków i prognozowanie. W procesie deep learning komputer już nie organizuje danych i nie wykonuje wcześniej zdefiniowanych ciągów równań, ale zbiera podstawowe parametry dotyczące tych danych i jest tak zaprogramowany, że przygotowuje się do samodzielnego uczenia się przez rozpoznawanie wzorców przy użyciu wielu kolejnych warstw przetwarzania.

„Trzeba mieć zatem świadomość, że algorytmy AI będą tak dobre, jak dane, na których były trenowane. Wyzwaniem będzie zatem zgromadzenie odpowiednio opracowanych dużych zestawów danych oraz odpowiednio wydajnych centrów obliczeniowych” – uważa przedstawiciel Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Jego zdaniem szanse zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie to przede wszystkim digitalizacja wszystkich danych dotyczących konkretnego pacjenta, z uwzględnieniem takich aspektów, jak miejsce zamieszkania, historia chorób w rodzinie, dotychczasowe hospitalizacje, podejmowane wcześniej terapie lekowe i obecnie przyjmowane leki, styl życia, rodzaj wykonywanej pracy, kondycja psychofizyczna.

Ta ilość danych może być przetworzona przez wydajne komputery. Jeśli maszyny będą miały zaimplementowane algorytmy deep learning, jest szansa, że wesprą specjalistów w szybszej i trafniejszej diagnostyce oraz lepszej opiece farmakologicznej. Korzyści z wdrożeń sztucznej inteligencji może odnieść zatem cały system opieki zdrowotnej, w tym: świadczeniodawca, lekarz, ale przede wszystkim – sam pacjent” – uważa specjalista.

Podkreśla, że lekarze, którzy będą używać z dużą rozwagą i odpowiedzialnością systemów opartych na sztucznej inteligencji zastąpią tych, którzy ich nie będą używać. Tym bardziej, że w nowoczesnych rozwiązaniach nie mówimy już o wielkości danych generowanych przy badaniach i dalej poddawanych processingowi w gigabajtach, terabajtach czy nawet petabajtach. Bardzo szybko nadchodzi era exabajtów danych – dodaje prof. Janusz Braziewicz. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali została wyłączona

Studencki satelita PW-Sat2 kończy misję; jego następca PW-Sat3 się do niej szykuje

Polski studencki satelita PW-Sat2 przetestował żagiel do deorbitacji, wykonał tysiące zdjęć, zgromadził mnóstwo danych. Na przełomie stycznia i lutego spłonie w atmosferze, kończąc misję. W 2023 roku na orbicie zastąpi…

Polski studencki satelita PW-Sat2 przetestował żagiel do deorbitacji, wykonał tysiące zdjęć, zgromadził mnóstwo danych. Na przełomie stycznia i lutego spłonie w atmosferze, kończąc misję. W 2023 roku na orbicie zastąpi go PW-Sat3, którego zadaniem będą testy napędu odrzutowego.

„Jesteśmy z tej misji niesamowicie zadowoleni, mimo pewnych przeszkód i problemów, które po drodze się pojawiły” – mówi PAP Dominik Roszkowski, wicekoordynator kończącego się powoli projektu PW-Sat2.

Satelita studentów Politechniki Warszawskiej wystartował z Kalifornii (USA) na początku grudnia 2018 roku. Na orbitę wyniosła go rakieta Falcon 9 należąca do SpaceX. Głównym zadaniem satelity było testowanie technologii deorbitacji przy użyciu otwieranego żagla. Chodziło o poszukanie sposobu, który pozwoli na szybsze usunięcie nieczynnego już satelity z orbity i zmniejszy na niej liczbę tzw. kosmicznych śmieci.

Start poszedł jak z płatka, bo sygnał z PW-Sata2 został odebrany zaledwie kilka godzin po starcie. Jednak problemy pojawiły się w kolejnych dniach. Prawdopodobnie wskutek naprężeń wywołanych dużymi zmianami temperatury po ok. trzech dniach od otwarcia na żaglu pojawiły się rozerwania. Erozja żagla jednak nie postępowała i od tamtego czasu pozostał on w praktycznie niezmienionej kondycji.

„Nasz żagiel wciąż działa i udowadnia swoją skuteczność, pomimo tego, że około 30-40 proc. jego powierzchni jest uszkodzone niemal od początku misji. Satelita i tak deorbituje szybciej, niż gdyby tego żagla nie było. Pierwotnie planowaliśmy, że będzie deorbitował około 1-1,5 roku, teraz mamy już niewiele ponad 2 lata, więc różnica, mimo straty powierzchni żagla, nie jest drastyczna, to raptem kilka dodatkowych miesięcy” – wyjaśnia Roszkowski.

„Z punktu widzenia technologii, materiałów, danych, które otwarcie udostępniliśmy, PW-Sat2 na pewno posłużył wielu firmom jako inspiracja, czy jako punkt odniesienia w tworzeniu swoich systemów deorbitacji nie tylko satelitów, ale też np. górnych stopni rakiet nośnych, które muszą jak najszybciej się deorbitować” – podsumowuje Roszkowski i dodaje, że rozwiązanie z wykorzystaniem żagla można podłączyć do dowolnego satelity tego typu i powinno ono działać.

Są też inne aspekty tej misji, które przekroczyły oczekiwania jej twórców. Była ona planowana tylko do momentu otwarcia żagla, ale okazało się, że z satelitą wciąż da się utrzymać codzienną łączność. Dzięki temu studenci wykonali ponad 1500 zdjęć, przeprowadzali eksperymenty związane z pomiarami promieniowania kosmicznego, udało im się wgrać aktualizację oprogramowania komputera pokładowego, który wciąż świetnie działa. Część zebranych danych już przeanalizowano. Inne dopiero będą analizowane i publikowane.

PW-Sat2 to również – jak podkreśla Dominik Roszkowski – ogromny sukces edukacyjny. Kilkadziesiąt osób pracujących przy satelicie zebrało wiedzę i doświadczenie, które umożliwiło im pracę w sektorze kosmicznym – zarówno w firmach polskich, jak i zagranicznych, ale również np. w Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Twórcy PW-Sat2 obliczają, że satelita spłonie w atmosferze na przełomie stycznia i lutego. Jednak dokładną datę będzie można wyznaczyć zaledwie kilka dni przed końcem misji.

Za kilka lat – w 2023 roku – na orbicie ma się znaleźć kolejny satelita studentów Politechniki Warszawskiej PW-Sat3. „Naszym głównym celem jest stworzenie napędu odrzutowego dla satelity, nad którym pracujemy, korzystając ze wsparcia Zakładu Silników Lotniczych na Politechnice Warszawskiej. Napęd ma posłużyć do wykonania szeregu manewrów orbitalnych” – opisuje w rozmowie z PAP Marcin Pulik, koordynator projektu PW-Sat3.

Tego typu napędy – mówi – są już komercjalizowane i stosowane przez niektóre firmy, ale rynek jeszcze nie jest przesycony tego typu rozwiązaniami i wciąż rozwijane są nowe dotyczące takich silników wykorzystywanych w przestrzeni kosmicznej.

Prace nad satelitą trwają już od ponad dwóch lat. Mimo pandemii przebiegają sprawnie i bez poślizgów w terminach, choć w dużej mierze przeniosły się do domów studentów. Obecnie wykonywany jest pierwszy model silnika, na którym będzie można sprawdzić – na razie w warunkach ziemskich – czy wszystko działa tak, jak zaplanowano.

Przygotowywany przez studentów napęd odrzutowy zostanie uruchomiony po odłączeniu się satelity od rakiety. Misja związana ze wspomnianymi manewrami satelity potrwa około 3-4 miesiące. „Później PW-Sat3 pozostanie jednak na orbicie i będziemy wykonywali na nim różne inne eksperymenty. Część z nich będzie związana z misją komputera pokładowego. Dodatkowo tworzymy własny algorytm sterowania położeniem satelity” – wyjaśnia Pulik.

Na razie nie wiadomo, kto wyniesie PW-Sat3 w kosmos. „Jesteśmy w trakcie ustalania najlepszej oferty. Ostateczna decyzja zostanie podjęta najprawdopodobniej w przyszłym roku. Firmy proponują oferty różniące się znacznie ceną i zakresem usług. Szukamy takiej propozycji, która pozwoli na bezpieczne dostarczenie naszego eksperymentu na orbitę, umożliwiając wcześniejsze zatankowanie napędu przed umieszczeniem satelity w urządzeniu wynoszącym” – podkreśla koordynator projektu.

Koszt wysłania PW-Sat2 na orbitę to 135 tys. euro, a całego projektu (łącznie z wysłaniem) około 250 tys. euro. W przypadku PW-Sat3 koszt całej misji – łącznie z wyniesieniem – wyniesie ponad 350 tys. euro choćby dlatego, że będzie to satelita nieco większy od poprzednika.

Zespół uzyskał już finansowanie z programu „Najlepsi z najlepszych” resortu nauki i stara się o grant z kolejnego ministerialnego programu. Poza tym finansowo pomaga studentom m.in. Politechnika Warszawska.

PAP – Nauka w Polsce, Ewelina Krajczyńska

Możliwość komentowania Studencki satelita PW-Sat2 kończy misję; jego następca PW-Sat3 się do niej szykuje została wyłączona

Prof. Kucharski: matematyka pokonuje ślepy los, algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera

Inteligentne algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera, a gracze coraz częściej pokonują kasyna i bukmacherów. Wszystko dzięki matematyce i komputerom – twierdzi prof. Adam Kucharski z Londynu. Prof. Kucharski jest…

Inteligentne algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera, a gracze coraz częściej pokonują kasyna i bukmacherów. Wszystko dzięki matematyce i komputerom – twierdzi prof. Adam Kucharski z Londynu.

Prof. Kucharski jest matematykiem, pracownikiem w London School of Hygiene and Tropical Medicine. Zajmuje się przewidywaniem tego, czego – jak się wydawało – nie można przewidzieć, na przykład przebieg pandemii groźnych chorób zakaźnych. Pisał o tym w książce „Prawa Pandemii”.

W najnowszej książce „Perfekcyjny zakład” pokazuje jak nauka, przede wszystkim matematyka, próbuje okiełznać ślepy los, czyli hazard i zakłady bukmacherskie. I robi to z coraz większym powodzeniem. Stąd podtytuł tego pasjonującego opracowania: „Jak matematyka i nauka pozbawiają hazard ślepego szczęścia”.

Hazardem zajmowali się nie tylko oszuści i spekulanci, również najwięksi uczeni. Oczywiście na swój sposób. Galileusz badał dlaczego niektóre kombinacje ścianek kostek zdarzają się częściej niż inne. Również Johannes Kepler poza ruchem planet pisał o grze w kości.

Zauważono, że gry losowe można analizować za pomocą liczb. I zaczęto tworzyć pierwsze zasady rachunku prawdopodobieństwa. Zajmowali się tym Blaise Pascal i Pierre Fermat. Ale główna w tym zasługa zdolnych hazardzistów, takich jak Gerolamo Cardano z czasów renesansu, który najpierw roztrwonił majątek, a potem zaczął się zastanawiać jak przechytrzyć los i się odegrać.

Do tego potrzebna jest wyższa matematyka i duże moce obliczeniowe, jakie dają najlepsze, niekoniecznie największe komputery. Bo nie warto polegać na prostych zasadach, takich jak obstawianie tylko przeciwko faworytom albo tzw. strategia martyngałowa.

W ruletce martyngał polega na obstawianiu wszystkiego co w czerni lub czerwieni, kolor nie ma znaczenia, trzeba jedynie podwajać stawkę po każdej przegranej. Gdy wreszcie trafi się wygrana, bo los musi się wreszcie odwrócić, wszystko odzyskamy, i to z nawiązką. Jest jeden kłopot: że obstawiający zdąży zbankrutować zanim trafi wielką wygraną. Chyba, że ochłonie i sięgnie po matematykę.

Grając w pokera można liczyć karty. Podobno w ten sposób niewielkie fortuny zbili niektórzy studenci kierunków ścisłych. „Ostatnimi czasy techniki te jednak zostały usunięte w cień przez bardziej złożone koncepcje. Od statystyków przewidujących wyniki sportowe po wynalazców inteligentnych algorytmów, które wygrywają z ludźmi w pokera, gracze znajdują nowe sposoby na wygrywanie z kasynami i bukmacherami” – pisze prof. Kucharski.

Te nowe metody to doping elektroniczny przydatny na przykład w szachach. Do gry w pokera w internecie potajemnie próbuje się wykorzystać boty, oprogramowania podszywające się pod gracza. Ale hazard odwdzięcza się też nauce. „Naukowcy – pisze prof. Kucharski – używają pokera by zbadać sztuczną inteligencję, tworząc komputery, które potrafią blefować, uczyć się i zaskakiwać tak samo jak ludzie”.

Algorytmy wykorzystuje się na giełdzie papierów wartościowych, pomagają firmom automatycznie zawierać zakłady i transakcje.

Niemal każdą grę można pokonać i każdego gracza – twierdzi prof. Kucharski. To kwestia środków, jakich użyjemy. Nie ślepego losu, lecz odpowiedniej liczby danych i umiejętnego ich przetworzenia. Coraz częściej lepsze są w tym komputery i algorytmy, ale za nimi i przed nimi zawsze jest człowiek. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

3 komentarze do Prof. Kucharski: matematyka pokonuje ślepy los, algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera

Nowe superciężkie izotopy mają szanse zostać wkrótce wytworzone

Jakie są szanse wytworzenia nowych izotopów pierwiastków superciężkich? Badacze – w tym Polacy – zaprezentowali najbardziej obiecujące kanały produkcji szerokiej gamy izotopów o liczbie atomowej od 112 do 118. Obliczenia…

Jakie są szanse wytworzenia nowych izotopów pierwiastków superciężkich? Badacze – w tym Polacy – zaprezentowali najbardziej obiecujące kanały produkcji szerokiej gamy izotopów o liczbie atomowej od 112 do 118.

Obliczenia wykonane przez polskich naukowców we współpracy z grupą uczonych z Dubnej (Rosja) pozwalają przewidywać z niedostępną dotąd dokładnością szanse wytworzenia nowych izotopów pierwiastków superciężkich. Naukowcy zaprezentowali oni najbardziej obiecujące kanały produkcji szerokiej gamy izotopów o liczbie atomowej od 112 do 118 w różnych konfiguracjach zderzeń jądrowych prowadzących do ich powstania. Przewidywania potwierdzają ze znakomitą zgodnością dane eksperymentalne dostępne dla procesów już przebadanych.

O badaniach poinformowało Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Świerku w przesłanym PAP komunikacie.

W pracy w „Physics Letters B” międzynarodowy zespół pięciu naukowców zaprezentował nowe, niezwykle bogate i obiecujące wyniki przewidywań dla prawdopodobieństw (przekrojów czynnych) produkcji izotopów najcięższych pierwiastków o liczbach atomowych od 112 do 118. Obliczenia zostały przeprowadzone dla procesów fuzji indukowanej pociskami jądrowymi wapnia Ca-48 zgodnie z planami przyszłych eksperymentów.

Polscy naukowcy – prof. Michał Kowal, kierownik Zakładu Fizyki Teoretycznej Narodowego Centrum Badań Jądrowych i dr Piotr Jachimowicz z Uniwersytetu Zielonogórskiego – dostarczyli wyniki swoich rachunków uwzględniających nie brane do tej pory efekty, a mające ogromny wpływ na dokładność ostatecznie otrzymywanych wyników.

Aby uzyskać swój wynik, badacze posłużyli się metodą statystyczną, generując miliony stanów nad stanem podstawowym i tzw. punktem siodłowym. Metodę i wyniki opisali szczegółowo w równolegle skierowanej do publikacji pracy.

„Mając te wyniki można było dość prosto policzyć prawdopodobieństwo przetrwania jąder wytworzonych w wyniku konkretnego zderzenia pocisku i odpowiednio dobranej tarczy – opowiada prof. Kowal. – Po prostu, korzystając z podstawowej definicji prawdopodobieństwa przetrwania jądra złożonego, właściwie bez stosowania przybliżeń, oszacowaliśmy współzawodnictwo rozszczepienia z rożnymi innymi kanałami rozpadu”.

Badając stabilność i analizując możliwe kanały rozpadu tworzonych jąder, badacze uwzględnili zarówno rozpady poprzez emisję neutronów, jak i protonów oraz cząstek alfa.

Wyniki zaprezentowane w pracy bardzo dobrze zgadzają się z danymi uzyskanymi w przeprowadzonych już eksperymentach. Jednocześnie autorzy wskazują na najbardziej obiecujące kanały produkcji nowych, nie wytwarzanych dotąd izotopów, które mogłyby być wykorzystane w przyszłych planowanych eksperymentach. „Rewelacyjna zgodność z istniejącymi funkcjami wzbudzania (prawdopodobieństwami syntezy jąder superciężkich) pozwala mieć zaufanie do zaprezentowanych prognoz i przewidywań” – zaznaczono w komunikacie NCBJ.

Szczególnie obiecujące dla niektórych kombinacji tarcza-pocisk okazują się być kanały z emisją jednego protonu lub jednej cząstki alfa. „Ten wynik jest intrygujący, gdyż może prowadzić do zupełnie nowych, nieznanych dziś izotopów jąder superciężkich. Ponieważ zaproponowane kanały reakcji nie są nadmiernie egzotyczne, a raczej łatwo dostępne w eksperymencie, już wkrótce okaże się czy przewidywania uczonych co do możliwości produkcji tych nowych wyjątkowo ciężkich izotopów się potwierdzą” – czytamy w informacji z instytutu.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

Możliwość komentowania Nowe superciężkie izotopy mają szanse zostać wkrótce wytworzone została wyłączona

Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą…

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą się w długą polimerową nić, ulegając szybkiej degradacji.

BCL6 to jedno z niezliczonych białek ludzkiego organizmu. Jest kluczowe w różnicowaniu komórek krwi i regulacji pracy wielu innych białek. Zbyt duża ilość BCL6 może spowodować rozpoczęcie procesu nowotworzenia i rozwój nowotworów układu limfatycznego, m.in. chłoniaków. Badania na modelach komórkowych i zwierzęcych chłoniaka pokazały, że inaktywacja właśnie tego białka prowadzi do zaniku choroby.

Przez wiele lat próbowano więc opracować lekarstwo, które obniżyłoby poziom „złego” BCL6, ale testowane związki nie były wystarczająco efektywne. „Problem polega na tym, że obecnie duża część leków nowotworowych, to tzw. inhibitory, które blokują konkretne funkcje białek. A niestety tylko część chorobotwórczych białek reaguje na ich działanie. BCL6 się do nich nie zalicza” – tłumaczy PAP Mikołaj Słabicki z Broad Institute of MIT and Harvard w Cambridge, Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie, USA i niemieckiego Centrum Badań nad Rakiem w Heidelbergu.

W laboratorium, w którym pracuje, poszukiwane są nowe metody pozwalające na unieszkodliwienie właśnie tych chorobotwórczych białek, których blokowanie klasycznymi inhibitorami jest nieefektywne lub wręcz niemożliwe. Takie leki już istnieją, działają np. na zasadzie „klejów molekularnych”, czyli degraderów łączących źle działające białko z innym białkiem (zwanym ligazą ubikwityny), które je unieszkodliwia. Do nich zalicza się np. Lenalidomid, stosowany m.in. w leczeniu szpiczaka mnogiego, jak również niedawno opisany związek CR8.

Trzy lata temu firma farmaceutyczna Boehringer Ingelheim szukając substancji, która zablokowałaby działanie białka BCL6, przeanalizowała prawie 2 miliony związków chemicznych znajdujących się w jej zasobach. Jednym ze zidentyfikowanych związków był niezwykle efektywny degrader białka BCL6. Ta niewielka molekuła inicjuje proces niszczenia BCL6, powodując specyficzną śmierć komórek nowotworowych. Nie był jednak znany dokładny mechanizm tego procesu, przez co trudno było taki związek udoskonalić do wykorzystania w potencjalnych terapiach.

Wyjaśnienia poszukali więc badacze pod kierownictwem prof. Benjamina Eberta i prof. Erica Fischera z Dana-Farber Cancer Institute. Zagadkowy dotąd mechanizm udało im się wyjaśnić, a jego opis opublikowało prestiżowe „Nature”. Głównymi autorami pracy są: Mikołaj Słabicki, Hojong Yoon, Jonas Koeppel.

Aby prześledzić co dzieje się z białkiem BCL6 po podaniu związku-degradera, naukowcy oznaczyli je białkiem fluorescencyjnym umożliwiającym jego obserwację w komórkach. Dzięki temu zauważyli, że degrader powoduje powstawanie agregatów (skupienia komórek) BLC6, które po kilkudziesięciu minutach znikają. „Podczas badania tychże agregatów okazało się, że białko BCL6 pod wpływem degradera ulega najpierw procesowi polimeryzacji, czyli jego kolejne molekuły sklejają się w długą, polimerową nić” – wyjaśnia Radosław Nowak, współautor badań z Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie. Badacze zidentyfikowali też ostatni element układanki: odkryli ligazę ubikwityny (o nazwie SIAH1), która efektywnie niszczy spolimeryzowane białko BCL6.

„Nigdy nie szukano lekarstw, które powodowałyby polimeryzację źle działających białek. Teraz już wiemy, że coś takiego jest możliwe – opisuje Słabicki. – Mamy nadzieję, że tę samą metodę można by wykorzystać do pozbycia się innych białek, których deregulacja może prowadzić do procesów nowotworzenia” – podkreśla.

Więcej można zobaczyć tutaj:

autorka: Ewelina Krajczyńska

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków została wyłączona

Arktyka: wielkie zmiany klimatu z perspektywy małych krzewinek

Malejący zasięg lodu morskiego zwiększa wzrost krzewinek tundrowych w niektórych regionach Arktyki, a w innych, bardziej suchych – powoduje ograniczenie tego wzrostu. Dane o zmianach klimatu krzewinki „rejestrują” w maleńkich…

Malejący zasięg lodu morskiego zwiększa wzrost krzewinek tundrowych w niektórych regionach Arktyki, a w innych, bardziej suchych – powoduje ograniczenie tego wzrostu. Dane o zmianach klimatu krzewinki „rejestrują” w maleńkich słojach przyrostowych, które zbadali naukowcy.

Międzynarodowy zespół naukowców z ośmiu krajów pod kierownictwem dr Agaty Buchwał z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (UAM) zbadał związek przyrostu słojów krzewinek arktycznych ze zmianami zasięgu lodu morskiego, temperatury powietrza i opadów w Arktyce. Wyniki badań opublikowano właśnie w Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat powierzchnia lodu morskiego w Arktyce gwałtownie się zmniejsza. W tym czasie w wielu regionach Arktyki można zaobserwować rozrost roślinności tundrowej – najbardziej na północ wysuniętej formacji roślinnej na Ziemi. Pozornie bezdrzewna tundra w dużej mierze porośnięta jest karłowatymi drzewami, zwanymi krzewinkami – czytamy w informacji prasowej UAM.

Krzewinki arktyczne, podobnie jak drzewa w niższych szerokościach geograficznych, tworzą roczne słoje przyrostowe. Te niewielkie pierścienie można zmierzyć pod mikroskopem, aby poznać historię klimatu, ale także reakcje wzrostu krzewinek na aktualne zmiany klimatyczne, które są obecne w Arktyce. „Krzewinki tundrowe nie będą głośno krzyczeć o zmianach klimatycznych w Arktyce. Zamiast tego cierpliwie rejestrują reakcje na te zmiany w swoich rocznych słojach. A naszym zadaniem jest wyciąganie wniosków z ich cennych zapisów” – mówi dr Agata Buchwał.

Nowe badanie pokazuje, jak obecnie postępujący zanik lodu morskiego wpływa na wzrost krzewinek arktycznych.

Jak informuje w prasowym komunikacie Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, dr Agata Buchwał rozpoczęła swoje badania podczas stypendium Fulbrighta na University of Alaska Anchorage w 2015 roku. Naukowcy zebrali 23 chronologie słojów rocznych krzewinek. Zbiór danych obejmował karłowate brzozy i wierzby z Alaski, Arktyki Kanadyjskiej, Grenlandii, Spitsbergenu i Syberii.

Badania pokazały, że podczas gdy większość krzewinek korzysta z ocieplenia wywołanego zmniejszaniem się powierzchni lodu morskiego i zwiększa swój wzrost – istnieje niezwykła grupa, która swój wzrost stopniowo zmniejsza. Co napędza te rozbieżne reakcje krzewinek na zmniejszający się zasięg lodu morskiego?

Dr Buchwał wraz z zespołem wykazała, że regionalne zmiany zasięgu lodu morskiego są silnie powiązane ze zmianami lokalnej temperatury i – co ważniejsze – ze spadkiem dostępności wilgoci w wybranych regionach Arktyki. W szczególności tereny z krzewinkami, które wykazują mniejszy wzrost w ostatnich latach pomiarowych, charakteryzowały się coraz większym niedoborem wilgoci przy równoczesnym wzroście temperatury powietrza.

Dlaczego wzrost krzewinek tundrowych jest ważny? Jak wyjaśniają naukowcy, tundra krzewinkowa, podobnie jak las w niższych szerokościach geograficznych, jest istotnym regulatorem obiegu węgla. Podczas gdy obszary tundry z bujnie rosnącymi krzewinkami mogą pochłaniać i magazynować więcej dwutlenku węgla z atmosfery, tereny z krzewinkami wykazującymi spadki wzrostu są jego potencjalnym źródłem. W szczególności ważna jest interakcja między pokrywą tundrową a wieloletnią zmarzliną, która przy wytapianiu jest źródłem gazów cieplarnianych.

„Nasze badania pokazują, że niektóre miejsca w Arktyce robią się na tyle suche, że wzrost roślin przy wysokich temperaturach jest utrudniony. Sucha tundra może być w ten sposób bardziej podatna np. na ryzyko pożarów. Już w ostatniej dekadzie mieliśmy doniesienia o pożarach tundry na zachodniej Grenlandii” – podkreśla dr Buchwał.

UAM prowadzi badania w Arktyce już od ponad 50 lat, m.in. w oparciu o stację polarną na Spitsbergenie. „W Arktyce znajdujemy bardzo czułe ekosystemy, poddane oddziaływaniu zmian klimatu. Ich reakcje są często bardzo zaskakujące” – mówi prof. Grzegorz Rachlewicz z Wydziału Nauk Geograficznych i Geologicznych UAM, jeden ze współautorów artykułu, cytowany w prasowym komunikacie.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Arktyka: wielkie zmiany klimatu z perspektywy małych krzewinek została wyłączona

WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D…

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D zamiast standardowej skopii rentgenowskiej. Dzięki temu kobieta ciężarna nie była narażona na potencjalnie szkodliwe dla płodu promieniowanie, a precyzja zabiegu została zachowana – informuje uczelnia.

Specjaliści Katedry i Kliniki Kardiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zaimplantowali pacjentce w 18. tygodniu ciąży stymulator serca z zastosowaniem systemu elektroanatomicznego do nawigacji śródzabiegowej.

Zabieg przeprowadził zespół w składzie: prof. Marcin Grabowski, dr n. med. Piotr Lodziński, dr Jakub Kosma Rokicki, mgr Małgorzata Kotowicz, mgr Dorota Świątek, mgr Dorota Dużyńska i mgr Elżbieta Świętoń.

„W przypadku standardowej techniki zabiegowej operator do określenia położenia cewników i elektrod wewnątrznaczyniowych używa promieniowania rentgenowskiego. Z uwagi na to, że nasza pacjentka była w 18. tygodniu ciąży, a promieniowanie rentgenowskie może mieć potencjalnie szkodliwe działanie na rozwijający się płód, podjęliśmy decyzję o zastosowaniu innej metody – z wykorzystaniem systemu elektroanatomicznego. Dzięki niej możliwa była bezpieczna kontrola lokalizacji wprowadzanych do serca ciężarnej elementów układu stymulującego serce. Na zaplanowane postępowanie uzyskaliśmy zgodę Komisji Bioetycznej WUM” – wyjaśnia prof. Marcin Grabowski, kierownik Oddziału Elektrokardiologii WUM.

Jesienią 2020 r. 28-letnia pacjentka została przyjęta do ośrodka w 13. tygodniu ciąży z powodu nawracających omdleń o nieustalonej przyczynie. Wszczepiono jej wówczas podskórny rejestrator rytmu serca (ILR), umożliwiający ciągły zapis pracy serca oraz wykrycie arytmii nawet na przestrzeni kilku lat. Jak wyjaśniają kardiolodzy, zabieg ten nie wymaga zastosowania promieniowania rentgenowskiego.

Po zabiegu pacjentka była pod nadzorem zespołu Pracowni Kontroli i Telemonitoringu Urządzeń Wszczepialnych Serca. Zastosowano u niej telemonitoring zapewniający zdalną transmisję danych z wszczepionego urządzenia do szpitala. To właśnie wtedy lekarze śledząc zdalnie pracę serca pacjentki wykryli zaburzenie będące bezpośrednim zagrożeniem jej życia i płodu. Konieczne było pilne wszczepienie stymulatora serca.

Zabieg przeprowadzono w dwóch etapach. „W pierwszej fazie sporządziliśmy mapę dużych naczyń i serca w 3D z wykorzystaniem elektrod mapujących. Następnie na bazie uzyskanych trójwymiarowych obrazów elementy układu stymulującego zostały wprowadzone do docelowych jam serca. Ich bieżące położenie obserwowaliśmy na ekranie monitora. Podczas zabiegu wykorzystaliśmy system do elektronawigacji Ensite Precision, umożliwiający lokalizację elektrod z zastosowaniem pola elektromagnetycznego o niewielkim natężeniu. Dzięki temu procedura była bezpieczna dla matki i dziecka” – wyjaśnia dr n. med. Piotr Lodziński z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kardiolodzy twierdzą, że zabiegi w technice bez zastosowania promieniowania rentgenowskiego na całym świecie wykonywane są coraz częściej w wiodących ośrodkach elektrofizjologii serca. (PAP)

źródło:

Możliwość komentowania WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki została wyłączona

Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie –…

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie – podkreślił w rozmowie PAP dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformował 14 grudnia brytyjski minister zdrowia Matt Hancock. Przekazał, że odnotowano ponad 6 tys. zakażeń nową odmianą, głównie w południowej i południowo-wschodniej Anglii. Infekcje nowym wariantem koronawirusa potwierdzono także m.in. w Danii, we Włoszech, a pojedyncze przypadki również w Holandii i Australii.

W związku z potwierdzeniem nowego wariantu koronawirusa, część państw – w tym Polska – zawiesiły połączenia lotnicze z Wielką Brytanią. Jak tłumaczył PAP ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski, takie działanie „to rozwiązanie drastyczne, natomiast pozwoli na przeprowadzenie dogłębnych analiz i udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące m.in. wpływu tego wariantu na dynamikę pandemii”.

„To brutalny środek zapobiegawczy, ale jesteśmy na takim etapie walki z pandemią, że nikt nie chciałby popełnić błędu przeoczenia czegoś istotnego. Pod tym względem decyzja o charakterze +zamykamy i sprawdzamy+ jest bardzo dobra” – zaznaczył.

Ekspert podkreślił, że na tę chwilę nie może jednoznacznie stwierdzić, że nowy wariant koronawirusa, o nazwie B.1.1.7, jest bardziej zakaźny. Nic nie wskazuje również, by był odpowiedzialny za cięższy przebieg choroby.

Jak wskazał, „sam fakt, że obserwujemy wzrost liczby zakażeń w pewnym regionie świata, w tym przypadku w Wielkiej Brytanii, i jednocześnie obserwujemy większą częstotliwość występowania tego wariantu – to jest jedynie wykazanie korelacji. Ale nie każda korelacja ma przecież charakter przyczynowo-skutkowego. By w sposób bezpośredni dowiedzieć się czy B.1.1.7 jest bardziej zakaźny, trzeba przeprowadzić badania w modelach eksperymentalnych z udziałem linii komórkowych lub/i zwierząt”.

Ekspert podał przykład wariantu B.1.177 zaobserwowanego w Hiszpanii w okresie letnim, który także – jak wskazywano – rozprzestrzeniał się dość szybko po całej Europie.

„W tym przypadku okazało się, że rozprzestrzenianie się tego wariantu najprawdopodobniej nie było rezultatem większej zakaźności, ale po prostu wzmożonego ruchu turystycznego do i z Hiszpanii, a więc to nie mutacje w genomie wirusa zdecydowały o tym, że się on upowszechnił, ale przemieszczanie się ludzi” – mówił.

Dodał, że „na ten moment nie wiemy, czy za upowszechnianiem się brytyjskiego wariantu nie stoją inne czynniki niż kombinacja mutacji, które skumulował”.

„Odpowiedź na to pytanie zostanie oczywiście udzielona – ale do tego potrzebujemy trochę cierpliwości, czasu i przede wszystkim bezpośrednich badań. Do tego momentu należy się wstrzymać z definitywnymi stwierdzeniami co do natury zachowania się tego wariantu koronawirusa pod kątem dynamiki pandemii” – zaznaczył Rzymski. (PAP)

autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie została wyłączona

Polscy inżynierowie wezmą udział w misji PLATO, poszukującej „bliźniaków” Ziemi

Na 2026 rok planowany jest start misji PLATO, w ramach której Europejska Agencja Kosmiczna będzie poszukiwała planet podobnych do Ziemi. Polscy inżynierowie z firmy SENER zaprojektują, wykonają i przetestują urządzenia…

Na 2026 rok planowany jest start misji PLATO, w ramach której Europejska Agencja Kosmiczna będzie poszukiwała planet podobnych do Ziemi. Polscy inżynierowie z firmy SENER zaprojektują, wykonają i przetestują urządzenia wspomagające integrację satelity tej misji.

Głównym celem misji PLATO (PLAnetary Transits and Oscillations of stars) jest zbadanie pozasłonecznych układów planetarnych, szczególnie planet skalistych krążących wokół gwiazd podobnych do Słońca. Wśród wykrytych obiektów ESA oczekuje odnaleźć planety podobne do Ziemi. Punktem badawczym misji PLATO będzie wirtualny punkt „L2” w kosmosie (w odległości 1,5 miliona km od Ziemi).

Głównymi wykonawcami projektu są: OHB System AG, Thales Alenia Space oraz RUAG Space Switzerland. Weźmie w nim udział także warszawska firma SENER Polska, która – w ramach podpisanego kontraktu – zaprojektuje, wykona i przetestuje urządzenia wspomagające integrację (zespolenie elementów) sondy misji PLATO. Zleceniodawcą jest niemiecka firma OHB System AG.

Firma SENER Polska prace nad projektem naziemnych urządzeń wspomagających montaż satelity (MGSE: Mechanical Ground Support Equipment) rozpoczęła już pod koniec września 2020 roku. W ciągu miesiąca osiągnięto pierwszy etap realizacji, jakim był przegląd wstępnego projektu. Podczas obecnego etapu projekty urządzeń są doprecyzowywane i przygotowywane do produkcji. Zwieńczeniem tej pracy, będzie przegląd projektu, aby uzyskać zezwolenie na rozpoczęcie produkcji (CDR/MRR) – opisują przedstawiciele firmy w prasowym komunikacie.

Inżynierowie SENER Polska odpowiadają za zaprojektowanie i wykonanie urządzenia ALD (Adjustable Lifting Device), które posłuży do przenoszenia i pomocy w integracji satelity. ALD będzie w wielu przypadkach współpracować z urządzeniem PLM HF (Payload Module Hoisting Frame), czyli z ramą do podnoszenia ładunku satelity. Powstanie również S/C HF (Spacecraft Hoisting Frame) – rama do podnoszenia satelity, która posłuży jako komponent pośredniczący między ALD a całym satelitą lub jego modułem serwisowym w trakcie operacji podnoszenia.

PLATO jest rozszerzeniem trwającej misji Cheops (the Characterising Exoplanet Satellite), która prowadzi badania egzoplanet w przestrzeni kosmicznej od 2019 roku.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Polscy inżynierowie wezmą udział w misji PLATO, poszukującej „bliźniaków” Ziemi została wyłączona

Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii…

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Specjalista, który jest kierownikiem Kliniki Ginekologii Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, przyznaje, że w przypadku raka szyjki macicy zgłaszalność na cytologię była zawsze bardzo niska i nie przekraczała 30 proc., i to w najlepszych latach. Jednak ostatni raport na ten temat – uwzględniający czas pandemii – wskazuje spadek zgłaszalności kobiet kwalifikujących się do takiego badania do aż 14 proc.

„Trzeba jednak brać pod uwagę, że ta statystyka nie jest pełna. W naszym raportowaniu uwzględnione są tylko te dane, które podaje Narodowy Fundusz Zdrowia. Natomiast wiadomo, że część badań, chociażby cytologicznych, wykonywanych jest w placówkach nieuspołecznionych, gabinetach prywatnych, które nie są uwzględniane w statystykach NFZ-owskich” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Mariusz Bidziński.

Badania przesiewowe (screeningowe) są jednymi z najważniejszych badań profilaktycznych i mają na celu zmniejszenie śmiertelności, w tym wypadku bardzo groźnej choroby, jaką jest rak szyjki macicy u kobiet. „Tu widzimy bardzo niewielkie obniżanie się wskaźników (śmiertelności – PAP). Dlatego wydaje się, że ten program badań profilaktycznych (…) nie przynosi zdecydowanego efektu w odniesieniu do nakładów” – uważa.

Specjalista przypomina, że w Skandynawii zgłaszalność na badania przesiewowe, zarówno cytologię jak i mammografię (pozwalającą wcześnie wykryć raka piersi), sięga 70-80 procent. „Dolny margines – dodaje – efektywnego programu badań profilaktycznych powinien wynosić nie mniej niż 65-70 proc. Wtedy program jest efektywny. Poniżej tych wartości, program nie przyniesie spodziewanych efektów”.

W Polsce rak szyjki macicy często wykrywany jest w późnym stadium, gdy skuteczne leczenie jest już znacznie utrudnione. Wskutek tego efekty leczenia są gorsze niż w krajach Europy Zachodniej.

„Rak szyjki macicy to jest nasza niesławna wizytówka. Mamy w tej chwili bardzo wysoką umieralność na tego raka, bo około 60 proc. pacjentek trafia do nas w bardzo zaawansowanych stadiach. Nie ma się co dziwić, że nasze wyniki leczenia są zdecydowanie gorsze niż na Zachodzie. Tam liczba zgonów, w porównaniu z Polską, jest niska. To pokazuje, jaki dystans nas dzieli” – stwierdza prof. Mariusz Bidziński.

Dodaje, że polska medycyna naprawcza jest na niezłym poziomie, ale profilaktyka – podkreśla – „kładzie nas na łopatki, zarówno w zakresie raków szyjki macicy, piersi czy jelita grubego”. „To jest problem, którego nie potrafimy na razie przełamać w naszym społeczeństwie” – dodaje.

Pandemia jeszcze bardziej pogorszyła sytuację w całej onkologii. „Pandemia powoduje, że wielu potencjalnych pacjentów nie zgłasza się z powodu lęku przed zakażeniami. Trudno jednoznacznie określić, jakie to są liczby, ale sądzę, że w granicach 30-35 proc. tych chorych w ogóle nie korzysta teraz z opieki medycznej. Jak wiadomo, placówki ochrony zdrowia mają pewien potencjał infekcyjny. Jeżeli chodzi o badania profilaktyczne to był czas, również w instytucie, w którym pracuję, że procedury były zawieszone z powodu innych priorytetów. Liczba badań wyraźnie spadła w każdym programie profilaktycznym” – przyznaje. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych została wyłączona

Ciekłej wody na powierzchni Marsa może być mniej, niż sądzono

Wody na Marsie, w postaci solanek – może być mniej, niż zakładano, na co wskazuje nowa, dokładniejsza analiza. Odkrycie ma znaczenie dla poszukiwań śladów życia na Marsie i wyboru przyszłego…

Wody na Marsie, w postaci solanek – może być mniej, niż zakładano, na co wskazuje nowa, dokładniejsza analiza. Odkrycie ma znaczenie dla poszukiwań śladów życia na Marsie i wyboru przyszłego miejsca lądowania na nim ludzi.

Naukowcy z Arkansas Center for Space and Planetary Sciences opracowali mapę możliwego występowania na Marsies olanek. Mapa powstała na podstawie analiz tempa parowania takich roztworów – i danych na temat marsjańskiej pogody.

Solanki to roztwory wody i różnych soli. W porównaniu do czystej wody m.in. parują i wrzą w wyższej temperaturze, a zamarzają w niższej.

Tworząc mapę, badacze – w przeciwieństwie do twórców wcześniejszych, prostszych modeli – wzięli tym razem pod uwagę wszystkie możliwe przemiany fazowe cieczy: zamarzanie, wrzenie i parowanie. „Chodziło o spojrzenie na wszystkie te właściwości jednocześnie, zamiast pojedynczo. Potem stworzyliśmy mapę uwzględniającą wszystkie te procesy naraz”- wyjaśnia prof. Vincent Chevrier, jeden z autorów pracy opublikowanej w piśmie „The Planetary Science Journal”.

Okazało się, że wody w postaci solanek może być na Marsie mniej, niż pokazywały wcześniejsze szacunki.

Jak twierdzą w nowej publikacji naukowcy, solanki mogą krócej przetrwać na powierzchni planety w zimnych rejonach. „Najważniejszy wniosek jest taki, że jeśli nie uwzględni się wszystkich procesów jednocześnie, zawsze przeceni się stabilność solanek. Takie są realia tej sytuacji” – twierdz prof. Chevier.

Z kolei warunki najbardziej sprzyjające solankom mogą – według naukowców – istnieć w zakresie od średnich do wysokich szerokości geograficznych i w dużych kraterach na południowej półkuli. Płytko pod powierzchnią mogą być też obecne także w pobliżu równika. W najbardziej przychylnych warunkach solanki mogą się utrzymywać maksymalnie przez 12 godzin dziennie.

„Nigdzie nie są one na tyle stabilne, by przetrwać na Marsie cały dzień” – podkreśla badacz.

To ważna informacja nie tylko z perspektywy naukowej ciekawości. Woda to podstawowy warunek życia. Będzie też potrzebna ludziom, jeśli kiedyś polecą na Czerwoną Planetę.

Więcej informacji na stronie https://iopscience.iop.org/article/10.3847/PSJ/abbc14 (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Ciekłej wody na powierzchni Marsa może być mniej, niż sądzono

Domy na palach sprzed 4 tys. lat bada geoarcheolog z UŁ

Budowali domy na drewnianych palach usytuowane ponad poziomem jeziora i jedli gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach – życie neolitycznych mieszkańców palafitowej osady w dolinie rzeki Serteji w obwodzie smoleńskim…

Budowali domy na drewnianych palach usytuowane ponad poziomem jeziora i jedli gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach – życie neolitycznych mieszkańców palafitowej osady w dolinie rzeki Serteji w obwodzie smoleńskim bada międzynarodowy zespół z udziałem Polaków.

W pracach wykopaliskowych uczestniczy dr hab. Piotr Kittel z Wydziału Nauk Geograficznych Uniwersytetu Łódzkiego. Międzynarodowy zespół rekonstruuje szczegóły życia osady położonej nad dawnym jeziorem w dolinie Serteji. Łódzki geoarcheolog bada również wpływ zmian klimatycznych na funkcjonowanie dawnego osadnictwa. W związku z wahaniami klimatycznymi w trzecim tysiącleciu p.n.e. zmieniał się poziom wód jezior i przekształcał roślinność.

Jak wykazują badania neolitycznej osady, jej mieszkańcy potrafili dobrze wykorzystać znajdujący się nieopodal akwen. Jezioro zapewniało im pożywienie oraz surowce niezbędne do przetrwania. Domy budowali na drewnianych palach, w ten sposób sytuując je ponad poziomem wody, lub na brzegu płytkiego jeziora.

Naukowcy odkryli w osadzie kosze do przechowywania zapasów, fragmenty tkanin z łyka, pułapki i sieci na ryby oraz pozostałości bogato zdobinowej ceramiki. Ustalili, że ludność zamieszkująca wtedy te tereny, utrzymywała się z rybołówstwa, zaś z ryb przygotowywano gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach, które odkryto podczas prac wykopaliskowych.

Jak wyjaśnia dr hab. Piotr Kittel, archeolodzy z Państwowego Muzeum Ermitaż w St. Petersburgu prowadzą badania w rejonie doliny rz. Sertejki od lat 70. XX w. Od kilkunastu lat kierownikiem badań jest dr Andrey Mazurkevich. Od 2013 r. biorą w nich udział ekspedycje z Polski. Polacy prowadzą badania studia z zakresu geologii, geomorfologii i paleogeografii obszaru.

„Bardzo ważnym elementem tych prac są analizy paleoekologiczne kolejnych rdzeni osadów biogenicznych. Zaangażowani są w nie specjaliści z Polski, Rosji, Niemiec, Francji, Finlandii, Wielkiej Brytanii. Obecnie nasze wysiłki skupione są na rekonstrukcji warunków środowiskowych funkcjonowania osad palafitowych z III tys. p.n.e. zamieszkiwanych przez grupy myśliwych-zbieraczy, którzy na szeroką skalę zajmowali się również rybołówstwem. Badania realizowane są w ramach grantu NCN” – mówi kierownik polskich ekspedycji, dr hab. Kittel.

Wśród najważniejszych dotychczasowych osiągnięć naukowiec wymienia badania paleogenetyczne szczątków kostnych dwóch młodych kobiet. Osadniczki zmarły w wieku ok. 14–16 i 18–20 lat. Radiowęglowo określono, że żyły około 2700–2500 lat p.n.e. Pierwsze rezultaty badań paleogenetycznych dowodzą, że obie kobiety były spokrewnione ze sobą, a jednocześnie zbliżone genetycznie do neolitycznych społeczności zamieszkujących obszary dzisiejsze Szwecji, Łotwy i Węgier.

Ponadto polscy badacze udokumentowali lokalizację badanych palafitów, czyli „domów na palach” na dnie zbiornika dawnego jeziora w okresie obniżenia poziomu wody zbiornika. Relikty osady przykryte zostały osadami jeziornymi w okresie ponownej transgresji, która miała miejsce około 4,2 tys. lat temu, w okresie globalnym wahań klimatycznych.

Prace nie potwierdziły, że na badanym obszarze III-II tys. p.n.e. powstała już gospodarka wytwórcza z rolnictwem. W dalszym ciągu dominowała wówczas gospodarka przyswajalna. Naukowcy opisali wpływ społeczności prowadzących ten rodzaj gospodarki na otaczające środowisko. Wyniki badań paleoekologicznych pozwolą szczegółowo zrekonstruować wahania poziomu wody w nieczynnym współcześnie zbiorniku jeziornym w okresie od około 9,5 do ok. 3,5 tys. lat temu.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Domy na palach sprzed 4 tys. lat bada geoarcheolog z UŁ została wyłączona

Porowata ciecz jonowa badana m.in. na UAM – „Cząsteczką Roku”

Porowata ciecz jonowa, badana m.in. na UAM, wygrała w plebiscycie na cząsteczkę roku 2020. W konkursie ogłoszonym przez czasopismo „Chemical & Engineering News” można było głosować na opisane w tym…

Porowata ciecz jonowa, badana m.in. na UAM, wygrała w plebiscycie na cząsteczkę roku 2020. W konkursie ogłoszonym przez czasopismo „Chemical & Engineering News” można było głosować na opisane w tym roku molekuły nie mające związku z COVID-19.

Porowatą ciecz jonową opracował międzynarodowy zespół naukowców pod kierunkiem prof. Jonathana Nitschkego z Cambridge („Nature Chemistry„), w zespole tym obecni byli prof. Artur Stefankiewicz i Anna Walczak z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Ta nowa substancja otrzymała w plebiscycie 28 proc. głosów i pokonała m.in. największy zsyntetyzowany dotąd pierścień aromatyczny, dwuwymiarową supramolekułę zawierającą metale czy asymetryczny molekularny węzeł.

Substancja, nad którą pracowali Polacy może – w założeniu – służyć jako ciekły filtr – materiał, który będzie w stanie wyłapywać z mieszanin ściśle określone substancje. Badacze mają nadzieję, że dzięki temu efektywne oczyszczanie mieszanin może stać się dużo prostsze.

Z porowatymi materiałami mamy do czynienia na co dzień – są nimi choćby gąbka, pumeks czy węglowy filtr do oczyszczania wody czy powietrza. To materiały, które zawierają pory – niewielkie przestrzenie, wewnątrz których wiązane mogą być inne substancje – choćby zanieczyszczenia. Porowate materiały – zwykle w postaci ciał stałych – stosowane są w przemyśle, np. kiedy trzeba rozdzielić mieszaninę składającą się z różnych związków chemicznych lub oczyścić gazy. Porowata substancja doceniona tytułem „cząsteczki roku” ma jednak pewną bardzo ciekawą własność – jest cieczą.

Pory tej cieczy jonowej są nanometrowej wielkości, mają kształt czworościanu i wykazują się dużą selektywnością w wiązaniu nie tylko strukturalnie różnych substancji w stanie ciekłym (np. izomerów alkoholi), ale również gazowym (np. fluorochlorowęglowodorów, czyli freonów).

Jak w rozmowie z PAP wyjaśniał w lutym br. prof. Artur Stefankiewicz, umiejętność separacji freonów jest o tyle istotna, że związki z tej grupy są odpowiedzialne w dużej mierze za zjawisko dziury ozonowej.

„Dzięki temu, że otrzymany ciekły materiał ma puste i regularne rozmieszczone nanopory o ściśle określonej wielkości, możemy niezwykle selektywnie umieścić w nich związek chemiczny np. cząsteczkę gazu, której kształt i rozmiar najlepiej pasuje do przestrzeni w tych porach” – mówił chemik.

Te niewidzialne gołym okiem wnęki wychwytują nawet bardzo podobne pod względem strukturalnym związki. Dzięki nim można więc rozdzielać cząsteczki o podobnym lub nawet tym składzie chemicznym, ale np. różnym kształcie.

Prof. Stefankiewicz mówi, że można będzie tak zaprojektować wielkość i kształt ciekłych porów, by pasowała do nich np. wybrana cząsteczka katalizatora. „Katalizatory używane w przemyśle do przeprowadzania procesów chemicznych są z reguły drogie. Dąży się, aby używać ich w jak najmniejszej ilości i w miarę możliwości wielokrotnie. Porowate ciecze mogłyby potencjalnie znaleźć zastosowanie w wyłapywaniu z mieszaniny poreakcyjnej np. cząsteczek katalizatora” – tłumaczy chemik.

Być może w niektórych przypadkach wygodniej i bezpieczniej będzie przepuścić filtrowany materiał przez zbiornik wypełniony porowatą cieczą niż przez klasyczne filtry w stanie stałym. Porowatą ciecz – jak liczą naukowcy – będzie też zdecydowanie łatwiej ponownie wykorzystać. Aby bowiem z takiej porowatej cieczy „uwolnić” związane cząsteczki, wystarczy ją po prostu odparować.

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Porowata ciecz jonowa badana m.in. na UAM – „Cząsteczką Roku” została wyłączona

O tym, jak doszło do spotkania dwóch odmiennych czarnych dziur

W kwietniu ub. r. zaobserwowano fale grawitacyjne świadczące o tym, że połączyły się dwie czarne dziury o znacznie różniących się od siebie masach. Zespół kierowany przez Polaków teraz wyjaśnił, jak…

W kwietniu ub. r. zaobserwowano fale grawitacyjne świadczące o tym, że połączyły się dwie czarne dziury o znacznie różniących się od siebie masach. Zespół kierowany przez Polaków teraz wyjaśnił, jak to możliwe, że tak odmienne obiekty mogły być swoimi sąsiadami. I jak doszło do ich kosmicznego spotkania.

W kwietniu ub.r. eksperymenty LIGO/Virgo zaobserwowały fale grawitacyjne pochodzące z połączenia się czarnych dziur o masach ok. 30 i 10 mas Słońca (obiekt GW 190412). I tak kosmiczne zdarzenie, które miało miejsce dawno, dawno temu, w odległej galaktyce – 2,4 miliardy lat świetlnych stąd – „zakołysało” urządzeniami pomiarowymi na Ziemi.

Badacze nie za bardzo wiedzieli, jak przeprowadzić „inżynierię odwrotną” tego wydarzenia i dowiedzieć się, jak mogło dojść do tego, że obiekty o tak różniących się od siebie masach znalazły się w swoim sąsiedztwie. Byli bowiem przyzwyczajeni do modelowania „symetrycznych” zderzeń dwóch czarnych dziur, a więc łączenia się czarnych dziur o podobnych masach. A tu taka zagwozdka…

Na szczęście w rozwiązaniu problemu pomogły modele polskich astrofizyków, dzięki którym udało się odszyfrować przeszłość układu.

Z polsko-amerykańsko-francuskich badań – opublikowanych w Astrophysical Journal Letters – wynikło, że ten tzw. merger powstał z dwóch masywnych gwiazd – jedna z nich miała na początku 78 MS, a druga 34 MS. Pierwsza autorka publikacji, Aleksandra Olejak, doktorantka z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN w rozmowie z PAP tłumaczy, że gwiazdy te znajdowały się w odległości 700 promieni Słońca, czyli ok. 3 razy dalej niż odległość Ziemi od Słońca.

Masywniejsza gwiazda szybciej zużyła swoje paliwo, zaczęła się rozszerzać, jej otoczka znalazła się bliżej sąsiadki i gwiazdy zaczęły się wymieniać między sobą materią. Potem gwiazda ta zgubiła otoczkę, stała się gwiazdą helową i z czasem zapadła się tworząc czarną dziurę o masie 25 mas Słońca.

Przez jakiś czas pozostała, mniej masywna gwiazda tworzyła układ z czarną dziurą. Kiedy jednak zużyła paliwo, stała się olbrzymem, a jej otoczka tak się rozszerzyła, że w obrębie tej otoczki znalazła się również czarna dziura. Ta faza wspólnej otoczki była o tyle ważna, że z odseparowanego układu dwóch ciał powstał wtedy ciasny ich układ. Na skutek utraty energii orbitalnej (czarna dziura porusza się w otoczce sąsiada) układ się coraz bardziej zacieśniał. Z czasem druga gwiazda zgubiła otoczkę, stając się kolejno gwiazdą helową, supernową, a wreszcie – czarną dziurą o masie 10 Słońc. „W ten sposób powstał układ dwóch czarnych dziur, które przez 20 mln lat oddziaływały ze sobą emitując fale grawitacyjne, a przez to – stopniowo wytracały energię. Aż doszło do ich zderzenia i powstania z nich jednej masywnej czarnej dziury” – podsumowuje Aleksandra Olejak.

I to właśnie zderzenie zaobserwowano w LIGO/Virgo. Doktorantka wyjaśnia, że zderzenia czarnych dziur są – jak na tak potężne wydarzenia w kosmosie – są zaskakująco „ciche” i ciemne. Nie powstaje wtedy żadne promieniowanie elektromagnetyczne – a więc ani błyski ani np. fale radiowe. Gdyby więc nawet najlepszy teleskop świata był wycelowany w takie miejsce w odpowiednim czasie, nic spektakularnego by nie zobaczył. Na szczęście od 2015 r. mamy jako ludzkość do dyspozycji jeszcze jeden „zmysł”, za pomocą którego możemy obserwować wydarzenia w Kosmosie. To obserwatoria fal grawitacyjnych LIGO (w USA) i Virgo (we Włoszech). To w nich możemy obserwować efekty zderzania się czarnych dziur.

Fale grawitacyjne (zwane też poetycko zmarszczkami czasoprzestrzeni) to rozchodzące się drgania czasoprzestrzeni. Ich źródłem są obiekty poruszające się z przyspieszeniem. Aby fale grawitacyjne dało się wykryć, masy i przyspieszenia muszą być bardzo duże. Po raz pierwszy obserwacyjne fale grawitacyjne udało się wykryć w 2015 roku.

„Odbieramy coraz więcej sygnałów z fal grawitacyjnych, ale nie zawsze wiadomo, jaki jest dokładnie scenariusz powstawania tych sygnałów. Widzimy tylko efekt końcowy. Trwają spory, skąd pochodzą te sygnały. Czy one mogły powstawać w izolowanych układach podwójnych, czy może zanim doszło do zderzenia, dochodziło do oddziaływania większej liczby ciał, np. trzech czy czterech gwiazd – bo to przecież też jest możliwe. W naszej pracy pokazujemy, że potrafimy odtworzyć historię układów takich jak GW190412 używając izolowanej ewolucji. Proponujemy też sposób, jak rozpoznać, czy dany obiekt powstał z dwóch obiektów, czy może z większej ich liczby” – podsumowuje Aleksandra Olejak.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania O tym, jak doszło do spotkania dwóch odmiennych czarnych dziur została wyłączona

39 lat temu wprowadzono stan wojenny

39 lat temu, w niedzielę 13 grudnia 1981 r. o godz. 6 rano, Polskie Radio nadało wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował on Polaków o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady…

39 lat temu, w niedzielę 13 grudnia 1981 r. o godz. 6 rano, Polskie Radio nadało wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w którym informował on Polaków o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) i wprowadzeniu na mocy dekretu Rady Państwa stanu wojennego na terenie całego kraju.

Władze komunistyczne jeszcze 12 grudnia przed północą rozpoczęły zatrzymywanie działaczy opozycji i „Solidarności”. W ciągu kilku dni w 49 ośrodkach internowania umieszczono około 5 tys. osób. W ogromnej operacji policyjno-wojskowej użyto w sumie 70 tys. żołnierzy, 30 tys. milicjantów, 1750 czołgów, 1900 wozów bojowych i 9 tys. samochodów.

Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego trwały ponad rok i były prowadzone ze szczególną starannością. Kontrolował je m.in. naczelny dowódca wojsk Układu Warszawskiego marszałek Wiktor Kulikow oraz ludzie z jego sztabu. Na potrzeby stanu wojennego sporządzono projekty różnych aktów prawnych, wydrukowano w Związku Sowieckim 100 tys. egzemplarzy obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego, ustalono listy komisarzy wojskowych mających przejąć kontrolę nad administracją państwową i większymi zakładami pracy, a także wybrano instytucje i przedsiębiorstwa, które miały zostać zmilitaryzowane.

Od połowy października z obszarem przyszłych działań zapoznawało się ponad tysiąc Wojskowych Terenowych Grup Operacyjnych. Intensywne ćwiczenia w walkach z tłumem przechodziły oddziały ZOMO. W więzieniach przygotowano miejsca dla około 5 tys. działaczy „Solidarności” i opozycji, którzy mieli zostać internowani na podstawie list sporządzanych od początku 1981 r.

Prof. Andrzej Paczkowski w książce „Wojna polsko-jaruzelska” ocenia, że „Solidarność”, opozycja i Kościół nie były przygotowane na wprowadzenie stanu wojennego. „Od lata 1980 r. – pisał prof. Paczkowski – panował w Polsce właściwie permanentny stan niepokoju, wzmagany przez pogłębiające się trudności życia codziennego. (…) Często powtarzające się okresy mobilizacji i wzrostu poczucia zagrożenia w pewnym sensie uczyniły ludzi obojętnymi na sygnały o planowanych działaniach władz”.

W kierownictwie „Solidarności” na początku grudnia 1981 r. zdawano sobie sprawę z gwałtownego wzrostu napięcia, liczono jednak, że do konfrontacji z władzami komunistycznymi dojdzie dopiero po przyjęciu przez Sejm rządowej ustawy „O nadzwyczajnych środkach działania w interesie ochrony obywateli i państwa”.

Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego zaakceptowana została 5 grudnia 1981 r. przez Biuro Polityczne KC PZPR. Gen. Jaruzelski otrzymał od towarzyszy partyjnych swobodę co do wyboru konkretnej daty rozpoczęcia operacji. W nocy z 8 na 9 grudnia 1981 r. w trakcie spotkania z przebywającym w Warszawie marszałkiem Kulikowem gen. Jaruzelski poinformował go o planowanych działaniach, nie podając jednak konkretnej daty ich rozpoczęcia.

Notatka z tego spotkania, sporządzona przez gen. Wiktora Anoszkina – adiutanta marszałka Kulikowa – została w całości opublikowana przez historyka IPN prof. Antoniego Dudka w „Biuletynie IPN” nr 12 (107) z grudnia 2009 r. Wynika z niej, że gen. Jaruzelski wprost zażądał wsparcia militarnego po wprowadzeniu stanu wojennego, mówiąc: „Strajki są dla nas najlepszym wariantem. Robotnicy pozostaną na miejscu. Będzie gorzej, jeśli wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne itd. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy (ZSRR) będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady”.

Marszałek Kulikow, któremu – jak podkreśla prof. Dudek – myśl o dowodzeniu operacją stłumienia kontrrewolucji w Polsce nie była z pewnością obca, odpowiedział: „Jeżeli nie starczy waszych sił, to pewnie trzeba będzie wykorzystać +Tarczę-81+” (za tym kryptonimem krył się przypuszczalnie plan operacji wojskowej Układu Warszawskiego w Polsce). Kulikow dodał: „Zapewne Wojsko Polskie samo poradzi sobie z tą garstką rewolucjonistów”. Jaruzelski zauważył wtedy, że „na przykład Katowice liczą około 4 mln mieszkańców. To taka Finlandia, a wojska – jeśli nie liczyć dywizji obrony przeciwlotniczej – nie ma. Dlatego bez pomocy nie damy rady”. „Byłoby gorzej, gdyby Polska wyszła z Układu Warszawskiego” – dodał Jaruzelski.

Kulikow podkreślał, że „najpierw należy wykorzystać własne możliwości”. Pod koniec rozmowy spytał, czy może zameldować Breżniewowi, że „podjęliście decyzję o przystąpieniu do realizacji planu”. W odpowiedzi Jaruzelski odparł: „Tak, pod warunkiem, że udzielicie nam pomocy”. Według A. Dudka, notatka Anoszkina sugeruje, że Jaruzelski nie tylko wiedział, iż Rosjanie nie zamierzają interweniować, ale wcześniej domagał się od nich udzielenia pomocy wojskowej.

Historyk IPN podkreśla również, że wypowiedzi Kulikowa nie zawierały jednoznacznej obietnicy pomocy wojskowej w tłumieniu protestów społecznych w Polsce, ale też jej nie wykluczały.

O wyznaczonym terminie wprowadzenia stanu wojennego marszałek Kulikow i przywódcy sowieccy zostali poinformowani 11 grudnia. Operacja jego wprowadzenia rozpoczęła się w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. Jeszcze przed północą jednostki MSW, składające się z grup specjalnych, oddziałów ZOMO, jednostek antyterrorystycznych, funkcjonariuszy SB, oddziałów Jednostek Nadwiślańskich przy wsparciu wojska rozpoczęły działania.

W ramach operacji „Azalia” siły porządkowe MSW i WP zajęły obiekty Polskiego Radia i Telewizji oraz zablokowały w centrach telekomunikacyjnych połączenia krajowe i zagraniczne. Grupy milicjantów i funkcjonariuszy SB przystąpiły w ramach operacji o kryptonimie „Jodła” do internowania działaczy „Solidarności” i przywódców opozycji politycznej.

Oddziały ZOMO zajęły lokale zarządów regionalnych „Solidarności”, zatrzymując przebywające tam osoby i zabezpieczając znalezione urządzenia łącznościowe i poligraficzne. Do miast skierowano oddziały pancerne i zmechanizowane, które umieszczono przy najważniejszych węzłach komunikacyjnych, trasach wylotowych, głównych skrzyżowaniach, gmachach urzędowych i innych obiektach strategicznych. Przeprowadzono aresztowania wśród niezależnych intelektualistów, w tym także wśród organizatorów i uczestników obradującego w Warszawie Kongresu Kultury Polskiej.

Główne uderzenie nastąpiło jednak w Gdańsku, gdzie w sobotę zebrała się Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” i gdzie w związku z tym przebywało wielu działaczy i doradców związkowych. W ciągu nocy zatrzymano w Gdańsku około 30 członków Komisji Krajowej i kilku doradców. Jednym z nich był Jacek Kuroń, który wspominając okoliczności swojego zatrzymania w gdańskim „Novotelu” w nocy z 12 na 13 grudnia pisał: „Usłyszałem zgrzyt klucza. Przyszli. Jechaliśmy później suką przez nocne miasto. Na ulicach stały czołgi i wozy pancerne. Nawet mnie nie skuli. Mój wierny stróż major Leśniak zapytał: + – No i co, panie Kuroń, warto było? – Pamięta pan, majorze, jak trzy lata temu przyjechaliście wziąć mnie stąd, spod Gdańska?+ – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – +Przyjechaliście wtedy w cztery fiaty. A dzisiaj, widzi pan sam, ile czołgów i wojska musieliście wyprowadzić na ulice, żeby mnie wziąć+” (J.Kuroń „Gwiezdny czas”).

O godzinie pierwszej w nocy w Belwederze zebrali się członkowie Rady Państwa, teoretycznie najważniejszego urzędu PRL. Większość z nich nie wiedziała jednak, jaki był cel tego nocnego spotkania. Po półtoragodzinnych obradach członkowie Rady Państwa przyjęli przedstawiony im dekret o wprowadzeniu stanu wojennego oraz towarzyszące mu dokumenty, przeciwko głosował jedynie przewodniczący PAX – Ryszard Reiff. Wszystkie przyjęte dokumenty były antydatowane i nosiły datę 12 grudnia 1981 r.

Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego był niezgodny z obowiązującym wówczas prawem, ponieważ Rada Państwa mogła wydawać dekrety jedynie między sesjami Sejmu. Tymczasem sesja taka trwała, a najbliższe posiedzenie izby wyznaczone było na 15 i 16 grudnia.

W specjalny sposób potraktowany został przez autorów stanu wojennego przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa. Władze liczyły bowiem, że uda się im wykorzystać go politycznie. Około godziny drugiej w nocy w jego mieszkaniu pojawili się wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski i I sekretarz gdańskiego KW PZPR Tadeusz Fiszbach, członek Biura Politycznego. Poinformowali oni Wałęsę o wprowadzeniu stanu wojennego stwierdzając, że powinien natychmiast udać się do Warszawy na rozmowy z przedstawicielami władz. Ostatecznie Wałęsa oświadczył, iż pod przymusem zgadza się jechać do Warszawy. Przewodniczący „Solidarności” odrzucił przedstawiane mu przez władze komunistyczne propozycje współpracy. Został internowany i odizolowany od innych działaczy „Solidarności”. Po pobycie w Chylicach i Otwocku umieszczono go ostatecznie w ośrodku rządowym w Arłamowie.

W sumie w pierwszych dniach stanu wojennego internowano około 5 tys. osób, które przetrzymywano w 49 ośrodkach odosobnienia na terenie całego kraju. Łącznie w czasie stanu wojennego liczba internowanych sięgnęła 10 tys., w więzieniach znalazła się znaczna część krajowych i regionalnych przywódców „Solidarności”, doradców, członków komisji zakładowych dużych fabryk, działaczy opozycji demokratycznej oraz intelektualistów związanych z „Solidarnością”.

W celach propagandowych zatrzymano także kilkadziesiąt osób z poprzedniej ekipy sprawującej władzę, m.in. Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza i Edwarda Babiucha. Na podstawie dekretu o stanie wojennym zawieszono podstawowe prawa i wolności obywatelskie, wprowadzono tryb doraźny w sądach, zakazano strajków, demonstracji, milicja i wojsko mogły każdego legitymować i przeszukiwać.

Wprowadzono godzinę milicyjną od godz. 22 do godz. 6 rano, a na wyjazdy poza miejsce zamieszkania potrzebna była przepustka. Korespondencja podlegała oficjalnej cenzurze, wyłączono telefony, uniemożliwiając między innymi wzywanie pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. Większość najważniejszych instytucji i zakładów pracy została zmilitaryzowana i była kierowana przez ponad 8 tys. komisarzy wojskowych.

Zakazano wydawania prasy, poza „Trybuną Ludu” i „Żołnierzem Wolności”. Zawieszono działalność wszystkich organizacji społecznych i kulturalnych, a także zajęcia w szkołach i na wyższych uczelniach.

Oficjalnie administratorem stanu wojennego była 21-osobowa Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele. W praktyce była ona jednak ciałem fasadowym. Najważniejsze decyzje w okresie stanu wojennego podejmowała nieformalna grupa wojskowych oraz członków partii nazywana dyrektoriatem. W jej skład obok gen. Jaruzelskiego wchodzili: gen. Florian Siwicki (wiceminister obrony narodowej), gen. Czesław Kiszczak (minister spraw wewnętrznych), gen. MO Mirosław Milewski (sekretarz KC), Mieczysław F. Rakowski (wicepremier), Kazimierz Barcikowski (sekretarz KC) i Stefan Olszowski (sekretarz KC).

Nieliczni przywódcy „Solidarności”, którzy uniknęli zatrzymań, m.in. Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bogdan Borusewicz, Aleksander Hall, Tadeusz Jedynak, Bogdan Lis czy Eugeniusz Szumiejko, rozpoczęli w wyjątkowo trudnych warunkach tworzenie struktur podziemnych.

14 grudnia rozpoczęły się niezależnie od siebie strajki okupacyjne w wielu dużych zakładach przemysłowych. Strajkowały huty, w tym największa w kraju „Katowice” oraz im. Lenina, większość kopalń, porty, stocznie w Trójmieście i Szczecinie, największe fabryki, takie jak: WSK w Świdniku, Dolmel i PaFaWag we Wrocławiu, „Ursus” czy Zakłady Przemysłu Odzieżowego im. Juliana Marchlewskiego w Łodzi. Strajkowano w sumie w 199 zakładach (w 50 utworzono komitety strajkowe), na około 7 tys. istniejących wtedy w Polsce przedsiębiorstw.

W 40 zakładach doszło do brutalnych pacyfikacji strajków, przy użyciu oddziałów ZOMO i wojska, wyposażonego w ciężki sprzęt. Szczególnie dramatyczny przebieg miały strajki w kopalniach na Górnym Śląsku, gdzie górnicy stawili czynny opór. 16 grudnia 1981 r. w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w trakcie kilkugodzinnych walk milicjanci użyli broni palnej, zabijając 9 górników. 23 grudnia przy wsparciu czołgów i desantu ze śmigłowców udało się stłumić strajk w Hucie „Katowice”. Najdłużej trwały strajki w kopalniach „Ziemowit” (do 24 grudnia) i „Piast” (do 28 grudnia), w których zdecydowano się prowadzić protest pod ziemią.

W grudniu 1981 r. doszło do demonstracji ulicznych m.in. w Warszawie, Krakowie i Gdańsku. Największa z nich, w trakcie której milicjanci zastrzelili jednego z uczestników, odbyła się w Gdańsku. Wprowadzając stan wojenny władze komunistyczne nie zdecydowały się zaatakować bezpośrednio Kościoła katolickiego.

Prymas Józef Glemp od początku apelował o spokój i zażegnanie bratobójczych walk, domagając się jednocześnie uwolnienia internowanych i aresztowanych oraz powrotu do dialogu z „Solidarnością”. 13 grudnia w wygłoszonym kazaniu apelował do robotników, by nie narażali życia: „Będę wzywał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał boso iść i na klęczkach błagać: +Nie podejmujcie walk Polak przeciw Polakowi+”.

Przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego wystąpiły Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie. 23 grudnia 1981 r. prezydent USA Ronald Reagan ogłosił sankcje ekonomiczne wobec PRL, a kilka dni później podał do wiadomości, iż obejmą one także Związek Sowiecki, który jego zdaniem ponosił „poważną i bezpośrednią odpowiedzialność za represje w Polsce”. W ciągu następnych tygodni do sankcji ekonomicznych przeciwko Polsce przyłączyły się inne kraje zachodnie.

31 grudnia 1982 r. stan wojenny został zawieszony, a 22 lipca 1983 r. odwołany, przy zachowaniu części represyjnego ustawodawstwa. Dokładna liczba osób, które w wyniku wprowadzenia stanu wojennego poniosły śmierć, nie jest znana. Przedstawiane listy ofiar liczą od kilkudziesięciu do ponad stu nazwisk. Nieznana pozostaje również liczba osób, które straciły w tym okresie zdrowie na skutek prześladowań, bicia w trakcie śledztwa czy też podczas demonstracji ulicznych. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do 39 lat temu wprowadzono stan wojenny

Polscy astronomowie odkryli najmniejszą planetę swobodną

W Drodze Mlecznej mogą się znajdować miliardy samotnych planet, niezwiązanych z gwiazdami. O odkryciu najmniejszej planety swobodnej typu ziemskiego informuje międzynarodowy zespół naukowców, kierowany przez polskich astronomów. Astronomowie odkryli do…

W Drodze Mlecznej mogą się znajdować miliardy samotnych planet, niezwiązanych z gwiazdami. O odkryciu najmniejszej planety swobodnej typu ziemskiego informuje międzynarodowy zespół naukowców, kierowany przez polskich astronomów.

Astronomowie odkryli do tej pory ponad cztery tysiące planet pozasłonecznych. Większość z nich nie przypomina planet znanych w Układzie Słonecznym, choć mają jedną wspólną cechę: krążą wokół jakiejś gwiazdy.

Naukowcy, którzy badają powstawanie i ewolucję układów planetarnych, takich jak Układ Słoneczny, od dawna przewidywali istnienie planet swobodnych, wyrzuconych ze swoich macierzystych układów i przemierzających samotnie naszą Galaktykę. Pierwszych dowodów na istnienie takich planet w Drodze Mlecznej dostarczyły kilka lat temu badania prowadzone przez polskich naukowców z zespołu OGLE z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego.

Teraz na łamach najnowszego numeru prestiżowego czasopisma „Astrophysical Journal Letters” członkowie zespołu OGLE ogłosili odkrycie najmniejszej, znalezionej do tej pory planety swobodnej. O wynikach badań poinformowali PAP.

Wykryty przez nich obiekt jest mniejszy od Ziemi i posiada masę mniej więcej trzech mas Marsa. Znajduje się kilkanaście tysięcy lat świetlnych od Słońca. Prawdopodobnie jest to samotna planeta.

Astronomowie z zespołu OGLE już wcześniej dostarczyli dowodów na istnienie w naszej Galaktyce dużej populacji planet swobodnych o masach podobnych do masy Ziemi. „Nasze obecne odkrycie potwierdza, że małomasywne planety swobodne są częste w Drodze Mlecznej, mogą być ich miliardy, i że można je wykrywać i charakteryzować za pomocą obserwacji prowadzonych z powierzchni Ziemi” – mówi kierownik projektu OGLE, prof. Andrzej Udalski z Obserwatorium Astronomicznego UW.

Autorzy odkrycia zwracają uwagę, że rzadko są w stanie bezpośrednio obserwować światło od planet pozasłonecznych. Większość z nich została odkryta w wyniku obserwacji pośrednich – efektów wpływu planet na ich macierzyste gwiazdy. „Planety swobodne prawie w ogóle nie emitują światła i – z definicji – nie krążą wokół żadnej gwiazdy. Ich wykrycie za pomocą klasycznych metod jest więc praktycznie niemożliwe” – zauważają astronomowie w informacji przekazanej PAP.

Do poszukiwań takich planet wykorzystują oni technikę mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Mikrosoczewkowanie grawitacyjne jest efektem wynikającym z ogólnej teorii względności. Einstein przewidział, że bieg promieni światła w pobliżu masywnych obiektów może ulec zakrzywieniu. Ich grawitacja działa jak gigantyczna soczewka, która skupia i wzmacnia światło od odległych gwiazd.

„Jeżeli między obserwatorem na Ziemi a odległą gwiazdą-źródłem znajdzie się masywny obiekt – inna gwiazda lub planeta – to jego grawitacja może ugiąć i skupić światło źródła. Obserwator na Ziemi zobaczy wtedy krótkotrwałe pojaśnienie odległego źródła” – tłumaczy dr Przemysław Mróz z California Institute of Technology w USA, pierwszy autor publikacji.

Szansa na zaobserwowanie zjawisk mikrosoczewkowania jest niezwykle mała, bo trzy obiekty – źródło, soczewka i obserwator – muszą znaleźć się niemal idealnie w jednej linii. Gdybyśmy patrzyli na tylko jedną gwiazdę-źródło, musielibyśmy czekać średnio prawie milion lat, żeby zaobserwować mikrosoczewkowanie – dodaje.

Właśnie dlatego współczesne eksperymenty poszukujące zjawisk mikrosoczewkowania obserwują ciągle setki milionów gwiazd znajdujących się w centrum Drogi Mlecznej – tam, gdzie prawdopodobieństwo zajścia tego zjawiska jest największe.

Jednym z takich eksperymentów jest właśnie OGLE – przegląd nieba prowadzony przez astronomów z Uniwersytetu Warszawskiego. Projekt jest jednym z największych i najstarszych współczesnych przeglądów nieba, jest realizowany od ponad 28 lat. Polacy dysponują Teleskopem Warszawskim, znajdującym się w Obserwatorium Las Campanas w Chile. Każdej pogodnej nocy polscy astronomowie kierują teleskop na te same obszary nieba, mierzą jasność setek milionów gwiazd i wypatrują obiektów, które zmieniają swoją jasność.

Mikrosoczewkowanie grawitacyjne nie zależy od jasności soczewki, jest to więc doskonały sposób na wykrywanie obiektów, które w ogóle nie emitują światła, takich jak planety swobodne. Im obiekt-soczewka jest mniej masywny, tym zjawiska mikrosoczewkowania są średnio krótsze: o ile typowe pojaśnienia mikrosoczewkowe wywołane przez gwiazdy trwają kilkanaście dni, to zjawiska wywołane przez planety o masie Jowisza trwają typowo 1–2 dni, a przez planety ziemskie – zaledwie kilka godzin.

„Rozmiar mikrosoczewek grawitacyjnych wywołanych przez gwiazdy jest zwykle znacznie większy, niż rozmiar gwiazdy-źródła. Światło całej tarczy gwiazdy-źródła jest skupiane przez soczewkę grawitacyjną – mówi dr Mróz. – Inaczej jest w przypadku soczewkowania przez planety. Wtedy pojaśnieniu ulega tylko niewielka część powierzchni gwiazdy”.

Ten efekt umożliwia astronomom bardziej precyzyjne oszacowania masy soczewki.

O odkryciu najkrótszego zjawiska mikrosoczewkowania znalezionego do tej pory, o nazwie OGLE-2016-BLG-1928, o skali czasowej zaledwie 42 minut – astronomowie poinformowali w czwartek. „Kiedy zobaczyliśmy to zjawisko, było oczywiste, że musiało zostać spowodowane przez niezwykle mały obiekt” – zauważa cytowany w informacji prasowej współautor pracy, dr Radosław Poleski z Obserwatorium Astronomicznego UW.

Najprawdopodobniej zjawisko OGLE-2016-BLG-1928 zostało wywołane przez obiekt, który opuścił swój macierzysty układ planetarny tuż po jego powstaniu. Wzajemne oddziaływania między protoplanetami mogą prowadzić do wyrzucenia niektórych z nich w przestrzeń międzygwiazdową. Istnieje jednak wiele innych mechanizmów, które mogą skutkować tym samym. Badania planet swobodnych umożliwiają więc nam lepsze zrozumienie procesów prowadzących do formowania się planet i układów planetarnych.

Oprócz danych zebranych przez projekt OGLE, w badaniach wykorzystano obserwacje zjawiska OGLE-2016-BLG-1928, wykonane przez koreańską sieć teleskopów KMTNet (Korea Microlensing Telescope Network). Projekt KMTNet dysponuje trzema teleskopami – w Chile, Australii i Południowej Afryce.

Poszukiwanie planet swobodnych jest jednym z motorów naukowych misji teleskopu kosmicznego Nancy Grace Roman, flagowej misji przygotowywanej przez amerykańską agencję kosmiczną NASA. Teleskop ma zostać wystrzelony na orbitę w 2025 roku i ma szanse zrewolucjonizować tę dziedzinę badań planet pozasłonecznych.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Polscy astronomowie odkryli najmniejszą planetę swobodną została wyłączona

W poszukiwaniu bakteriocyn zamieszkujących Morze Marmara

Bakteriocyny to naturalna broń bakterii przeciwko innym bakteriom – właśnie takich nowych związków poszukują badacze w Morzu Marmara, nad którym leży m.in. Stambuł. Według nich mogą one w przyszłości okazać…

Bakteriocyny to naturalna broń bakterii przeciwko innym bakteriom – właśnie takich nowych związków poszukują badacze w Morzu Marmara, nad którym leży m.in. Stambuł. Według nich mogą one w przyszłości okazać się alternatywą dla antybiotyków.

Badania prowadzą naukowcy z Politechniki Śląskiej we współpracy z TUBITAK Marmara Research Center w Turcji.

Jak tłumaczył dr hab. Artur Góra z Centrum Biotechnologii Politechniki Śląskiej, większość bakteriocyn to peptydy o działaniu przeciwbakteryjnym (z ang. Antimicrobial Peptides, w skrócie AMP). „To bardzo różnorodna i niezmiernie ciekawa grupa związków o dużej aktywności biologicznej, nie tylko przeciwbakteryjnej, ale także przeciwgrzybiczej, przeciwwirusowej i potencjalnie przeciwnowotworowej. Bakteriocyny to naturalna broń bakterii używana przeciwko innym bakteriom, mająca zapewnić im przewagę ewolucyjną w środowisku” – wyjaśnił.

„W przeciwieństwie do obecnie stosowanych antybiotyków bakteriocyny, dzięki swoim unikalnym właściwościom, mogą okazać się bezpieczną dla środowiska alternatywą, która dodatkowo nie będzie się przyczyniać do zjawiska lekooporności wśród bakterii” – dodał.

Nowych bakteriocyn naukowcy poszukują w Morzu Marmara, nad którym leży m.in. Stambuł. „Ze względu na wysokie stężenie związków pochodzenia antropogenicznego (w tym antybiotyków) w zamkniętym Morzu Marmara przewidujemy, że bakterie, które zamieszkują różne nisze ekologiczne w tym akwenie, są oporne na dużą liczbę stosowanych przez nas antybiotyków. W związku z tym bakterie konkurujące pomiędzy sobą o siedliska muszą w tej walce wykorzystywać inne związki chemiczne przeciwko swoim konkurentom” – mówił.

Zadaniem interdyscyplinarnego zespołu złożonego z mikrobiologów, genetyków, biologów strukturalnych, chemików, inżynierów środowiska, chemików obliczeniowych i bioinformatyków jest więc zidentyfikowanie i scharakteryzowanie nowych bakteriocyn, a także analiza bezpieczeństwa ich wykorzystywania w przyszłości.

„Zakres zadań polskiego zespołu jest bardzo szeroki i obejmuje m.in. analizę bioinformatyczną i strukturalną bakteriocyn czy analizę środowiskową potencjalnego efektu toksycznego na organizmy żywe z wszystkich poziomów troficznych. Do tego dochodzą badania stabilności bakteriocyn, ich izolacja, produkcja, oczyszczanie i szereg innych działań. To holistyczne podejście ma za zadanie nie tylko odkrycie nowych bioaktywnych związków o potencjalnym zastosowaniu terapeutycznym, ale już na tym etapie określenie bezpieczeństwa ich stosowania dla środowiska naturalnego” – wyjaśnił Góra.

Badacz przypomniał, że obecnie w walce z patogenami stosuje się dwie strategie: broń względnie selektywną, czyli antybiotyki, na które bakterie na drodze ewolucji potrafią jednak znaleźć remedium, oraz broń „totalną”, lecz o znikomej selektywności, którymi są najczęściej proste związki chemiczne czy promieniowanie UV, eliminujące wszystkie mikroorganizmy – zarówno szkodliwe, jak i pożyteczne.

„Bakteriocyny, teoretycznie, potrafią łączyć zalety obu grup, mogą być i selektywne, i bezpieczne, i dodatkowo bakteriom bardzo trudno uzyskać na nie oporność. Kluczowym elementem naszej strategii jest bezpieczeństwo dla środowiska oraz naszego naturalnego mikrobiomu. Nie bez znaczenia jest także fakt, że w przypadku identyfikacji skutecznych bakteriocyn, ich produkcja na skalę przemysłową może odbywać się z wykorzystaniem bioreaktorów i skutkować znikomym śladem węglowym, innymi słowy być również przyjazną dla środowiska” – dodał Góra.

Dużą wagę naukowcy przywiązują do metod obliczeniowych, które mają pomóc zidentyfikować aktywne bakteriocyny oraz odpowiedzieć na pytanie, które z elementów struktury tych związków są odpowiedzialne za ich wysoką selektywność i aktywność.

Zaplecze techniczne naukowców stanowić będzie m.in. klaster obliczeniowy należący do Tunnelling Group, superkomputer Ziemowit oraz infrastruktura badawcza nowopowstałego Laboratorium Projektowania Białek i Leków. „Tę ostatnią stanowi m.in. unikalna w skali kraju, a także Europy, wysokoprzepustowa stacja umożliwiająca badanie siły oddziaływania różnych związków chemicznych z białkami i innymi makrocząsteczkami stanowiącymi często cele molekularne oraz stacja do analizy procesu rozfałdowywania białek. Umożliwią one poszukiwania nowych związków biologicznie aktywnych (leków) oraz weryfikację wyników otrzymanych metodami obliczeniowymi. Dodatkowo, zastosowanie obu metod pozwoli szybciej i efektywniej dokonywać selekcji potencjalnie aktywnych związków (w tym peptydów) oraz badać zależność pomiędzy ich strukturą i funkcją” – podał badacz.

Projekt „MarBaccines” prowadzony jest w ramach konkursu na polsko-tureckie projekty badawcze; ze strony polskiej naukowcy otrzymali dofinansowanie z NCBiR w wysokości 850 tys. zł.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania W poszukiwaniu bakteriocyn zamieszkujących Morze Marmara została wyłączona

Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz. Według…

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

Według Światowej Organizacji Zdrowia rocznie na świecie odnotowuje 40 mln przypadków krztuśca, z czego około 400 tys. osób umiera. W Polsce rocznie rejestruje się około 2 tys. zakażeń, ale podejrzewa się, że jest ich więcej, bo część nie jest zgłaszana. Wspólnym objawem tej choroby i COVID-19 jest kaszel.

„Kaszel w krztuścu może być bardzo silny, uciążliwy i utrzymywać się nawet przez co najmniej dwa tygodnie. Jeśli chodzi o wirusa SARS-CoV-2, kaszel również może być objawem zwiastunowym, może się utrzymywać i narastać, ale może także powodować duszności. I to powinien być sygnał ostrzegawczy, który należy skonsultować z lekarzem. Ponadto w przypadku zakażenia koronawirusem w większości przypadków występuje gorączka, której nie ma w przypadku krztuśca” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH w Warszawie.

Specjalistka ostrzega, że krztusiec to ostra choroba zakaźna układu oddechowego, nazywana też kokluszem, charakteryzująca się ciężkimi napadami kaszlu. I podobnie jak COVID-19 przenosi się drogą kropelkową.

„Patogen, który ją wywołuje (Bordetella pertussis) wytwarza toksyny, z których najsilniejsza jest tzw. toksyna krztuścowa. Powoduje ona martwicę nabłonka dróg oddechowych, a w konsekwencji wydzielanie i zaleganie gęstego śluzu, co jest przyczyną kaszlu i występowania trudności z oddychaniem z charakterystycznym ‚pianiem’. Nawracający, ostry i ciężki kaszel jest typowy dla dzieci, u dorosłych ma charakter przewlekły i męczący, istnieje więc większe ryzyko przeoczenia lub pomyłki w różnicowaniu jego przyczyn” – tłumaczy konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii.

Podstawą diagnostyki tej choroby jest wywiad lekarski dotyczący objawów choroby oraz to czy pacjent był szczepiony przeciw krztuścowi (jeśli był szczepiony, wskazuje to na inną infekcję). Zachorowania na krztusiec często występują w tzw. ogniskach zakażeń, np. w szkołach.

Specjalistka uważa, że wprawione ucho lekarza może rozpoznać krztusiec po typowym charakterze kaszlu u małych dzieci. U dorosłych może to być trudniejsze i wymaga dodatkowych badań, bo przyczyn przewlekłego kaszlu może być u nich wiele, np. palenie papierosów.

„W postawieniu ostatecznej diagnozy pomaga pozytywny wynik badania PCR, wykonany z wymazu pobranego od pacjenta przez nozdrza z tylnej ściany gardła, gdyż pałeczki krztuśca bytują pomiędzy jamą nosową a gardłem. Można również zastosować inne metody np. wyhodowanie pałeczek krztuśca na określonym podłożu, czy badanie poziomu przeciwciał we krwi” – zwraca uwagę.

W przypadku krztuśca grupami ryzyka są najmłodsze dzieci, które jeszcze nie otrzymały pierwszych dawek szczepionki przeciw krztuścowi, a także nastolatki, kobiety w ciąży oraz osoby dorosłe i starsze, czyli praktycznie wszyscy, bo ta choroba nie patrzy na wiek. Przebycie krztuśca pozostawia kilkuletnią odporność, niemniej zdarzają się powtórne zachorowania.

„Podobnie wygląda sytuacja po szczepieniach – podanie pełnego cyklu, łącznie z dawkami przypominającymi powoduje, że odporność utrzymuje się przez 5–7 lat, a według niektórych doniesień naukowych – do 10 lat. Z tego powodu po 10 latach zalecane jest dla wszystkich szczepienie przypominające” – podkreśla prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

W Polsce według Programu Szczepień Ochronnych obowiązuje podanie pełnokomórkowej szczepionki przeciw krztuścowi DTPw w: 2, 3-4, 5-6 miesiącu życia oraz dawki uzupełniającej w 2 roku życia, zazwyczaj w 16-18 miesiącu życia (cykl podstawowy). Dzieciom po ukończeniu 5. roku życia (w wieku 6 lat) podaje się dawkę przypominającą szczepionką acelularną (DTPa). Szczepionkę o obniżonej zawartości antygenów błonicy i krztuśca (dTap) otrzymuje w ramach szczepień obowiązkowych młodzież w 14 roku życia (kolejna dawka przypominająca). Od 2017 r. dodano zalecenie szczepienia przeciw krztuścowi (dTap) osób w 19. roku życia, w miejsce obowiązkowego szczepienia przeciw błonicy i tężcowi.

Kto jeszcze powinien się szczepić? Zdaniem konsultant krajowej w dziedzinie epidemiologii osoby starsze, żeby chronić przed infekcją najmłodsze dzieci, z którymi mają kontakt, a które nie zostały jeszcze zaszczepione. A ponadto kobiety w ciąży, bo nowonarodzone dziecko zyskuje odporność dzięki przeciwciałom wytworzonym w organizmie matki. W celu ustalenia optymalnego terminu takiego szczepienia należy skonsultować się z lekarzem. W przypadku dorosłych są to szczepienia zalecane, a więc odpłatne.

Chorobę tę można leczyć antybiotykami (głównie makrolidami), bo jest to infekcja bakteryjna. „Mimo wyzdrowienia zanikający kaszel może się utrzymywać przez kilka tygodni, a w skrajnych przypadkach nawet przez kilka miesięcy. Osoba przyjmująca antybiotyk makrolidowy po pięciu dniach już nie zakaża innych” – zapewnia specjalistka.

Powikłania krztuśca mogą występować u 6 na 100 chorych i najczęściej dotyczą dzieci, które nie ukończyły 6. miesiąca życia. Najczęstsze powikłania to: zapalenia płuc (najczęstsza przyczyna zgonu u dzieci), a ponadto odma płuca, zapalenie ucha środkowego, głuchota, złamanie żeber, pęknięcie wrodzonego tętniaka, przepuklina, nietrzymanie moczu oraz powikłania neurologiczne – drgawki, obrzęk mózgu, krwawienie wewnątrzczaszkowe itd. „Najlepszą metodą uniknięcia tych ciężkich powikłań jest szczepienie, ponieważ daje odporność indywidualną i populacyjną” – przekonuje prof. Paradowska-Stankiewicz.

Dodaje, że w przypadku koronawirusa SARS-CoV-2 mamy dwa rodzaje profilaktyki – tzw. swoistą i nieswoistą. Na tę pierwszą, najbardziej skuteczną jak szczepienia – musimy jeszcze poczekać, pierwsze mogą się pojawić w I kwartale przyszłego roku. Pozostaje nam więc nieswoista profilaktyka, której podstawą jest zdrowy styl życia, maseczki, dezynfekcja i dystans społeczny.

„Nikt z nas nie miał odporności na koronawirusa, natomiast dzięki szczepieniom prowadzonym od wielu już lat możemy i powinniśmy się szczepić przeciw krztuścowi” – podkreśla konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności została wyłączona

Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra…

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra dr Tomasz Szafrański.

W czasie pandemii często wymagana jest praca zdalna, jeśli jest oczywiście możliwa; musimy też ograniczać kontakty bezpośrednie z innymi osobami, zarówno znajomymi, jak i najbliższymi krewnymi. Negatywnie wpływa to na nasze samopoczucie i pogarsza zdrowie psychiczne.

Dr Tomasz Szafrański z Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie oraz Kliniki Psychiatrii Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego w Warszawie podczas webinarium dla dziennikarzy doradzał, jak sobie radzić w tak trudnej sytuacji.

„Na odczuwanie lęku bardziej narażone są dzieci i osoby starsze, ludzie z chorobami somatycznymi i zaburzeniami psychicznymi, jak również osoby uzależnione od używek, np. od alkoholu. Dotyczy to również osób, które z powodu wykonywanej pracy częściej mają kontakt z ludźmi zakażonymi i chorymi, przede wszystkim pracownicy służby zdrowia, policji i innych służb społecznych” – zwraca uwagę specjalista. Jego zdaniem aż połowa z tych osób doświadcza lęku, depresji i zaburzeń snu.

Jak sobie radzić? Według specjalisty, trzeba postarać się o to, by wzmocnić naszą odporności na nadmierny stres. Picie alkoholu nie jest korzystne, choć jego spożycie się zwiększyło. Lepiej zadbać o stały rytm dobowy, regularne pory kładzenia się spać i wstawania. Poza alkoholem należy unikanie zbyt częstego spożycia kofeiny i innych stymulantów. Należy też ograniczyć narażenie na niebieski światła ekranów w drugiej połowie dnia, choć jest to trudne do spełnienia.

Bardzo ważna jest aktywność fizyczna we wszelkiej postaci. W domu warto się gimnastykować, na przykład codziennie rano przed rozpoczęciem pracy. Do pracy zdalnej trzeba się przygotować, czyli odpowiednio ubrać, nie wolno siedzieć cały dzień w piżamie albo pracować w łóżku. Musi to być inne miejsce, jeśli to możliwe najlepiej w innym pomieszczeniu.

Warto też ćwiczyć na zewnątrz, oczywiście przy zachowaniu dystansu. Trzeba również dbać o dietę, o zbilansowane odżywiania się. Pomocne są techniki relaksacyjne, pomaga na przykład głębokie oddychanie i kontynuowanie tych aktywności, które zawsze lubiliśmy.

„Nie wolno poddawać się negatywnym myślom, szczególnie takim, że czeka nas katastrofa. Należy też stronić od myślenia o tym, co będzie, lepiej się skupić na wykonywanej czynności. Każdego dnia warto poszukiwać jakiegoś nowego pomysłu i zastanawiać się, jak go wykorzystać. Najlepiej wyznaczać sobie małe cele do osiągnięcia. A także ćwiczyć pozytywne myślenia, że uda się nam przez to wszystko przejść. Pomocne jest zapisywanie pozytywnych wydarzeń w minionym tygodniu lub takich, za które możemy być wdzięczni” – sugeruje dr Tomasz Szafrański.

Uważa, że dobrze jest ograniczyć dopływ informacji na temat pandemii. To pomaga – przekonuje. I apeluje, by nie zaglądać ciągle do internetu i telewizji – lepiej jest robić to tylko raz dziennie. Im więcej informacji o tym ilu jest chorych i zgonów oraz ile pozostało jeszcze wolnych respiratorów, tym bardziej narażamy się na przeżywanie lęku – wskazuje.

Mimo oddalenia bardzo ważne jest wirtualne bycie razem. Na odległość można razem wykonywać wiele czynności. Przed ekranem komputera można na przykład razem ćwiczyć, rozmawiać, odbywać praktyki religijne i utrzymywać kontakt z osobami bliskimi.

„Trzeba przede wszystkim rozmawiać o tym, co się dzieje, jak się czujemy, bo nie należy wstydzić się mówić o tym, co przeżywam, nawet z przełożonymi. Z dziećmi należy rozmawiać o tym, czy coś je niepokoi. Jeśli tak, to należy je uspokoić, że przeżywanie lęku jest czymś naturalnym. Pamiętajmy, rozmowa jest uzdrawiająca” – przekonuje dr Tomasz Szafrański.

Niepokojące jest nadmierne zamartwianie się, ciągłe czuwanie oraz takie objawy somatyczne jak kołatanie serca i drżenie rąk. Sygnałem wypalenia psychicznego jest nadmierny smutek, przygnębienie i zobojętnieniu, apatia, łatwe irytowanie się, wpadanie we frustracje oraz obwinianie innych osób, a także zaniedbywanie higieny i wyglądu.

Kiedy warto zwrócić się po pomoc do psychiatry? Głównie wtedy, gdy wszystkim te objawy się nasilą i upośledzają nasze codzienne funkcjonowanie. Niepokojące są wszelkie myśli rezygnacyjne, szczególnie takie, że nie warto żyć. Wtedy trzeba skonsultować z lekarzem.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

 

Możliwość komentowania Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko została wyłączona

Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie. W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej…

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie.

W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej śmiertelności oraz stanowią pierwszą przyczynę trwałej niepełnosprawności wśród osób po 40. roku życia. Coraz częściej występują jednak również u osób młodych, u trzydziesto-, a nawet dwudziestolatków.

Eksperci w ramach kampanii edukacyjnej #MłodziPoUdarze realizowanej przez Stowarzyszenie Udarowcy – Liczy się Wsparcie zwracają uwagę, że nigdy nie należy bagatelizować objawów udaru mózgu, nawet u osób młodych. Szybkie rozpoznanie udaru i wezwanie pomocy decyduje o powodzeniu leczenia, co ma szczególne znacznie u ludzi młodych.

Z danych przedstawionych w ramach kampanii wynika, że błyskawiczna pomoc i leczenie w specjalistycznej placówce aż czterokrotnie zwiększa szanse pacjenta na przeżycie udaru mózgu i późniejsze normalne funkcjonowanie. W takich placówkach chory powinien mieć zapewnioną kompleksową opiekę medyczną realizowaną przez zespół neurologów, fizjoterapeutów, pielęgniarki oraz logopedów.

„Każdy z nas powinien umieć rozpoznać podstawowe objawy udaru, a także wiedzieć, jak zareagować, jeśli zaobserwujemy takie objawy u siebie lub u swoich bliskich” – przekonuje w informacji przesłanej PAP prof. Mariusz Baumgart z Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy.

Objawy udaru można zapamiętać wykorzystując chociażby akronim słowa UDAR: U – utrudniona mowa, D – dłoń/ręka opadająca, A – asymetria ust, R – reaguj natychmiast! Dzwoń pod 999 lub 112.

Prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Neurologicznego prof. Konrad Rejdaka wyjaśniał podczas webinarium dla dziennikarzy, że udar mózgu to ogniskowe uszkodzenie mózgu, wywołane zatkaniem światła naczyń lub ich pęknięciem, którego skutkiem jest nagły deficyt neurologiczny. Skutkiem tego mogą być niedowłady prawej lub lewej strony ciała, a nawet porażenie, jak również zaburzenie mowy, utrata zdolności wypowiadania sensownych treści, jak też ich rozumienia. Zdarzają się zaburzenia przytomności, gdy dojdzie np. do uszkodzenia pnia mózgu, albo naprzemienne niedowłady prawej i lewej strony ciała.

Według organizatorów kampanii #MłodziPoUdarze szybkość rozpoznania pierwszych objawów i natychmiastowe udzielenie pomocy medycznej, może znacząco ograniczyć uszkodzenia układu nerwowego i zakres niepełnosprawności dotkniętych udarem mózgu osób.

Ważne jest też wczesne wdrożenie fizjoterapii po udarze, jeszcze w szpitalu, kiedy tylko jest to już możliwe. Rehabilitacja zwiększa szanse odzyskania sprawności i powrotu do aktywnego życia zawodowego i społecznego.

Udarom mózgu można też zapobiegać. Trzeba przede wszystkim leczyć nadciśnienie tętnicze krwi, zaburzenia rytmu serca, zmniejszyć spożycie alkoholu i pozbyć się nałogu palenia tytoniu. Są to najczęściej występujące czynniki ryzyka udaru, ale też innych chorób sercowo-naczyniowych, zwiększających ryzyko zachorowania na udar mózgu, takich jak zawały serca.

„Wiele zależy od nas samych. Prawie 90 proc. wszystkich czynników ryzyka jest modyfikowalnych, czyli takich, na którą mamy realny wpływ. Właściwy styl życia, który niweluje ryzyko udaru mózgu w dużej mierze bazuje na prawidłowej diecie, aktywności fizycznej, zaniechaniu używek, a także regularnym wysypianiu się” – przekonuje Prezes Stowarzyszenia Udarowcy – Liczy się Wsparcie dr Sebastian Szyper.

Specjalista podkreśla, że wzrost liczby udarów mózgu wśród ludzi młodych jest szczególnie niepokojący. „W dobie pandemii niezwykle ważne jest, aby szukać zarówno szybkiej pomocy lekarskiej jak i dostępu do wczesnej rehabilitacji po udarze mózgu” – dodaje dr Sebastian Szyper.

Do udaru mózgu co roku dochodzi u prawie 90 tys. Polaków, spośród których 30 tys. umiera w ciągu pierwszego miesiąca od zachorowania, z kolei pacjenci, którzy przeżyli są często niepełnosprawni. 85 proc. wszystkich udarów mózgu stanowią udary niedokrwienne, spowodowane ostrym zamknięciem lub krytycznym zwężeniem tętnicy wewnątrzczaszkowej lub domózgowej.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

2 komentarze do Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Najnowsza mapa nieba z misji kosmicznej Gaia

Europejska Agencja Kosmiczna opublikowała najnowszą mapę nieba stworzoną na podstawie danych misji Gaia. Niezwykle precyzyjna mapa zawiera szczegółowe dane o niemal 2 miliardach gwiazd naszej Galaktyki, a na dysku zajmuje…

Europejska Agencja Kosmiczna opublikowała najnowszą mapę nieba stworzoną na podstawie danych misji Gaia. Niezwykle precyzyjna mapa zawiera szczegółowe dane o niemal 2 miliardach gwiazd naszej Galaktyki, a na dysku zajmuje aż 1 petabajt. W pracach misji uczestniczą astronomowie z Uniwersytetu Warszawskiego – informuje uczelnia.

Gaia to bezzałogowa misja kosmiczna wystrzelona w 2013 roku. Jej zadaniem jest wykonanie trójwymiarowej mapy Drogi Mlecznej poprzez pomiary pozycji i ruchów dla blisko jednego procenta gwiazd galaktyki. Jest to misja prowadzona przez Europejską Agencję Kosmiczną (ESA), do której należy Polska.

Opublikowany w czwartek katalog zwany w skrócie EDR3 (Early Data Release 3 https://www.cosmos.esa.int/web/gaia/early-data-release-3) zawiera dane z trzech lat działania misji. Jest dużo obszerniejszy niż poprzedni katalog Gai z 2018 roku. Pomiary dla 2 miliardów gwiazd są w nim teraz co najmniej dwukrotnie dokładniejsze. „Podobnie jak w przypadku poprzedniego katalogu, astronomowie spodziewają się, że dzięki jeszcze większej precyzji danych ujawnią kolejne tajemnice Galaktyki i Wszechświata” – poinformowano w komunikacie UW.

ESA planowała zakończyć działanie satelity już w połowie 2019 roku, jednak zapasy paliwa pozwolą mu działać jeszcze dłużej, prawdopodobnie do 2024 roku – informuje uczelnia.

Gaia mierzy jasności i położenia miliardów gwiazd i jest w stanie wykryć subtelne zmiany w nich zachodzące. „Instrumenty misji są tak precyzyjne, że gdybyśmy obserwowali nimi z Ziemi powierzchnię Księżyca, moglibyśmy wyznaczyć rozmiary znajdujących się tam obiektów wielkości zaledwie złotówki” – czytamy na stronie UW.

ESA opublikowała pierwszy wstępny katalog danych Gaia już w 2016 roku, jednak dopiero drugi, pełniejszy katalog z 2018 roku okazał się przełomowy. Wyznaczone przez misję Gaia pozycje gwiazd stały się podstawowym układem odniesienia w kartografii niebieskiej i służą do kalibrowania fotografii nieba wykonywanych przez inne projekty. Od 2018 roku powstało już prawie 4000 prac naukowych wykorzystujących dane misji Gaia. Ich przełomowość zaznaczyła się w niemal wszystkich dziedzinach astronomii, od badań planet i asteroid, przez gwiazdy, strukturę naszej Drogi Mlecznej, aż po odległe galaktyki.

W pracach zespołu misji Gaia uczestniczą astronomowie z całej Europy. Dr hab. Łukasz Wyrzykowski dołączył do niego w 2008 roku podczas stażu podoktorskiego na Uniwersytecie w Cambridge w Wielkiej Brytanii. Obecnie w Obserwatorium Astronomicznym Uniwersytetu Warszawskiego prowadzi własną grupę młodych naukowców zaangażowanych w projekt Gaia, zdobywając polskie i europejskie granty umożliwiające jej działanie.

„Moim głównym zadaniem w misji Gaia było zaprojektowanie systemu do wykrywania zjawisk krótkotrwałych zachodzących na niebie, głównie rozbłysków takich jak wybuchy supernowych, ale też nagłego zanikania blasku gwiazd” – opowiada cytowany na stronie UW dr hab. Wyrzykowski. „System ten codziennie wysyła astronomom na całym świecie dziesiątki alertów o różnych zjawiskach, natomiast my w OA szczegółowo zajmujemy się tymi pojaśnieniami, które mogą być wywołane przez soczewkujące czarne dziury” – mówi astronom. I wyjaśnia, że masywne obiekty zaginają czasoprzestrzeń i niczym soczewka wzmacniają światło odległych gwiazd.

Najciekawsze zjawiska astrofizyczne wykryte przez system są później śledzone za pomocą sieci robotycznych i tradycyjnych teleskopów koordynowanej przez dr. hab. Wyrzykowskiego.

„Każdy teleskop na świecie jest przydatny, gdyż nasze zjawiska mogą niespodziewanie pojawić się w dowolnym miejscu na niebie” – dodaje dr Paweł Zieliński, który pracuje w Obserwatorium Astronomicznym UW.

„Połączenie danych z obserwacji naziemnych oraz rewelacyjnych danych misji Gaia umożliwi nam po raz pierwszy zidentyfikować soczewkujące czarne dziury, które mogą znajdować się tuż za rogiem w naszej Galaktyce” – tłumaczy doktorantka z OA UW Katarzyna Kruszyńska.

Zespół misji Gaia w OA UW tworzą: dr hab. Łukasz Wyrzykowski, dr Paweł Zieliński, dr Ilknur Gezer oraz doktoranci: Nada Ihanec, Katarzyna Kruszyńska, Krzysztof Rybicki.

Prace zespołu są finansowane przez granty Narodowego Centrum Nauki (Harmonia i Daina) oraz granty Komisji Europejskiej (OPTCON i ORP) w ramach programu Horyzont 2020.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Najnowsza mapa nieba z misji kosmicznej Gaia została wyłączona

Grupa naukowców postuluje dobrowolność szczepień przeciwko koronawirusowi

Dziesięciu profesorów tytularnych, z czego pięciu profesorów nauk medycznych, podpisało się pod listem otwartym do prezydenta i rządu apelując, by szczepienia przeciwko koronawirusowi miały charakter dobrowolny.  Członkowie rządu, m.in. premier…

Dziesięciu profesorów tytularnych, z czego pięciu profesorów nauk medycznych, podpisało się pod listem otwartym do prezydenta i rządu apelując, by szczepienia przeciwko koronawirusowi miały charakter dobrowolny.

 Członkowie rządu, m.in. premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski akcentują od dawna, że szczepienia nie będą obowiązkowe; zapowiadają kampanie informacyjne zachęcające do skorzystania ze szczepień.

W udostępnionym PAP w środę liście, grupa osób podpisana pod nim wyraziła „zaniepokojenie perspektywą masowych szczepień na koronawirusa SARS-CoV-2 szczepionkami, które nie zostały właściwie zbadane i których zastosowanie może doprowadzić do nieoczekiwanych zmian zarówno na poziomie komórkowym, w tym zmian szlaków sygnałowych i zmiany ekspresji genów”.

„Apelujemy do prezydenta i rządu RP, aby szczepienia planowane w Polsce miały wyłącznie charakter dobrowolny, z wykluczeniem jakichkolwiek form przymusu. Apelujemy ponadto o ochronę podstawowych zasad demokracji i o poszanowanie wolności wynikających z Konstytucji RP oraz z umów międzynarodowych podpisanych przez Polskę” – głosi list.

Oceniono w nim, że „wprowadzane obecnie pośpiesznie szczepionki mają charakter eksperymentu na wielką skalę”.

„Ponieważ mogą obniżyć naszą odporność na inne choroby, na skutek masowych szczepień może więc umrzeć więcej ludzi niż obecnie na COVID-19. Ponadto zmiany genetyczne wywołane przez szczepionki mogą wpłynąć na przyszłe pokolenia” – twierdzą sygnatariusze listu.

„Długofalowych skutków szczepień nie jesteśmy dzisiaj w stanie przewidzieć. O tych zagrożeniach społeczeństwo polskie powinno być właściwie poinformowane i powinna się na ten temat odbyć otwarta debata publiczna. Na bazie rzetelnej informacji każdy polski obywatel powinien mieć prawo do decyzji, czy przyjąć szczepionkę i nie powinien być do tego zmuszany” – wskazano w liście.

„W przypadku dobrowolnych szczepień powinny być przewidziane gwarantowane przez rząd RP rekompensaty dla osób, które na skutek szczepień poniosą utratę na zdrowiu” – uważają osoby, które podpisały się pod listem.

Są to m.in. filozof i politolog prof. Uniwersytetu Opolskiego dr hab. W. Julian Korab-Karpowicz; specjalista chorób wewnętrznych, alergolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. dr hab. n. med. Ryszard Rutkowski i fizyk prof. dr hab. dr h.c. Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz z Uniwersytetu im Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Pod listem podpisali się również m.in. prof. dr hab. n. med. Stanisław Sulkowski z Zakładu Patomorfologii Ogólnej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, patomorfolog z tej samej uczelni prof. dr hab. n. med. Maria Sobaniec-Łotowska oraz kierownik Zakładu Histologii i Cytofizjologii w białostockim UM prof. dr hab. n. med. Irena Kasacka.

Jako sygnatariusze listu widnieją także m.in. prof. dr hab. Jacek Bartyzel z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz historyk literatury i kultury prof. dr hab. Jakub Z. Lichański z Uniwersytetu Warszawskiego w Warszawie.

Pod listem widnieją także podpisy m.in. genetyków i biologów prof. dr hab. Romana Zielińskiego i prof. dr Kornelii Polok z Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution.

Pod listem podpisali się także prof. KUL z Wydziału Historii Filozofii w Polsce dr hab. Ryszard Zajączkowski, okulistka dr hab. n. med. Lidia Puchalska-Niedbał, z PUM oraz kierownik Zakładu Propedeutyki, Fizykodiagnostyki i Fizjoterapii Stomatologicznej PUM dr hab. n. med. Danuta Lietz-Kijak.

W środę Wielka Brytania jako pierwszy kraj na świecie dopuściła do użycia szczepionkę przeciwko Covid-19 opracowaną przez Pfizera i BioNTech. W ostatniej fazie przygotowań są także szczepionki Moderny, AstraZeneca, Sputnik V oraz kilka projektów chińskich.

Minister zdrowia Adam Niedzielski powiedział w środę w TOK FM, że pierwsze dostawy szczepionek do Polski będą na przełomie stycznia i lutego. SZeF MZ od długiego czasu informuje, że szczepienia nie będą obowiązkowe, a w pierwszej kolejności będą mogli skorzystać z nich m.in. pracownicy medyczni i seniorzy. (PAP)

Auotr: Katarzyna Lechowicz-Dyl

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

4 komentarze do Grupa naukowców postuluje dobrowolność szczepień przeciwko koronawirusowi

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content