Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Kategoria: Aktualności

JAK DZIAŁA KLIMAT – podsumowanie cyklu filmów o zmianach klimatu

Przez ostatnie 4 miesiące regularnie publikowałem na swoim kanale materiały filmowe poświęcone klimatowi. Cykl ten nazywa się „Jak działa klimat”, a jego partnerem jest Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki…

Przez ostatnie 4 miesiące regularnie publikowałem na swoim kanale materiały filmowe poświęcone klimatowi. Cykl ten nazywa się „Jak działa klimat”, a jego partnerem jest Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Bank Ochrony Środowiska. 

Dziś, w ramach podsumowania, prezentuję pełne zestawienie wszystkich materiałów video, które powstały w ramach tej współpracy.

W filmach poświęconych tematyce ocieplenia klimatu wyjaśniam między innymi, co to jest klimat i co to jest pogoda? W swoich filmach odpowiadałem na 10 najczęściej zadawanych pytań odnośnie zmian klimatycznych.

1. Czy klimat NA PEWNO się ogrzewa?

W pierwszym filmie odpowiedziałem na pytanie, skąd w zasadzie wiemy, że klimat się ociepla? Udowadniam to na kilka sposobów:

  • Wzrasta temperatura warstwy powietrza przy powierzchni ziemi i nad oceanami przy jednoczesnym spadku temperatury przy stratosferze.
  • Podnosi się poziom wód w morzach i oceanach za sprawą zjawiska rozszerzalności termicznej wody (im wyższa temperatura, tym większa objętość) oraz topniejących lodowców i lądolodów.
  • Zmniejsza się zasięg lodu morskiego w Arktyce i coraz mniej jest lodu na Antarktydzie.
  • Rośnie wilgotność powietrza, zmieniają się zwyczaje gatunków migrujących i przesuwają się zasięgi występowania drzew w kierunku biegunów, a rośliny wcześniej kwitną. 

Obejrzyj materiał video:

 

2. Dwutlenek węgla – całe zło tego świata?

Czy dwutlenek węgla ogrzewa Ziemię? W tym filmie jasno odpowiadam na to pytanie: Nie, nie ogrzewa, ale nie pozwala jej się schłodzić. W filmie wyjaśniam co to jest efekt cieplarniany i jakie są jego mechanizmy? Z tego materiału dowiecie się, czy powinniśmy się obawiać efektu cieplarnianego. A może wręcz przeciwnie – jest on niezbędny dla naszej planety?

Obejrzyj materiał video:

 

3. Słońce nie podgrzewa klimatu

Jak zmiany aktywności Słońca wpływają na zmiany ziemskiego klimatu? Wiele osób uważa, że to właśnie Słońce to jedyny (lub największy) czynnik, który wpływa na zmiany ziemskiego klimatu. W trzecim odcinku z cyklu „Jak działa klimat” obalam ten mit i udowadniam, że intuicja może nas mylić!

Obejrzyj materiał video:

 

4. Pogoda jest jak pies na smyczy

W tym odcinku wyjaśniam, czym różni się klimat od pogody. Film powstał zimą, kiedy za oknem odnotowywaliśmy bardzo niskie temperatury (nawet do –20 st. C). Mroźna aura sprawiła, że pojawiło się wiele komentarzy wątpiących w ocieplenie klimatu. Jednak klimat a pogoda to nie to samo i mylenie pogody z klimatem jest źródłem wielu nieporozumień, które wyjaśniam w tym filmie. 

Obejrzyj materiał video:

 

5. Jak szybko wysycha nam Polska?

Jaki związek mają ze sobą zmiany klimatu i susze? Skoro topią się lodowce, podnosi się poziom wody w morzach i oceanach, to dlaczego nawiedza nas coraz więcej susz? Czy to nie jest sprzeczność? W tym temacie sprzeczności jest więcej, bo równocześnie nawiedza nas też coraz więcej powodzi. W filmie porównuję glebę do betonu. Przez to, że temperatura powietrza wzrasta, gleba szybko wysycha, a rzadsze, ale bardzo intensywne, opady deszczu sprawiają, że woda nie ma szans wsiąknąć w głąb gleby i spływa po niej, jak po betonie.

Obejrzyj materiał video:

 

6. Największe klimatyczne mity

Wulkany są gorsze od człowieka, Grenlandia była zielona, a przez zamarznięty Bałtyk można było saniami dotrzeć do Szwecji. Lista klimatycznych mitów jest długa i w tym filmie rozprawiam się z nimi.

Obejrzyj materiał video:

 

7. Jak bardzo krowy zmieniają klimat?

W kolejnym odcinku pada pytanie, czy para wodna i metan zmieniają klimat na Ziemi? Czy to prawda, że para wodna jest najpotężniejszym gazem cieplarnianym? I co z CO2? Może ten gaz rzeczywiście jest przereklamowany? W filmie omawiam temat krów, a dokładniej hodowli zwierząt, która emituje ok. 15 proc. gazów cieplarnianych, czyli tyle, ile światowy transport. Czy przejście na dietę wegańską pomogłoby zatrzymać globalne ocieplenie? Odpowiedź znajdziecie w tym filmie.

Obejrzyj materiał video:

 

8. Czy to człowiek zmienia klimat?

W poprzednich odcinkach tego cyklu omawiałem wpływ na ocieplenie klimatu takich czynników jak słońce, para wodna, czy rolnictwo. W tym filmie poruszyłem temat wpływu działalności człowieka na to, w jaki sposób zmienia się klimat. Omawiam kwestię bardzo wysokiego poziomu CO2, któremu niestety winna jest działalność człowieka, a konkretnie paliwa kopalne. Czy wiedziałeś, że tak wysokiego poziomu CO2 nie było od kilku milionów lat?

Obejrzyj materiał video:

 

9. Ocieplenie na innych planetach. Prawda czy fałsz?

Czy na innych planetach ma miejsce efekt cieplarniany? Gdyby temperatura rosła np. na Marsie, oznaczałoby to, że zmiany klimatu nie są związane z działalnością człowieka. Pod uwagę należy jednak wziąć ważny czynnik, czyli fakt długofalowego dokonywania pomiarów temperatury. Na Ziemi robimy to od setek lat, a na Marsie? Opowiadam o tym szerzej w tym materiale.

Obejrzyj materiał video:

 

10. Czy na działanie nie jest już za późno?

W ostatnim odcinku z cyklu Jak Działa Klimat zastanawiam się, czy w ogóle nie jest już za późno na to, aby zatrzymać postępujące zmiany klimatyczne? Gdzie znajduje się punkt krytyczny, którego przekroczenie oznacza, że nie ma już odwrotu i jesteśmy skazani na katastrofę klimatyczną? W poprzednich odcinkach cyklu opowiadałem o mechanizmie zmian klimatu oraz o ich konsekwencjach. Teraz zastanawiam się, czy na działanie nie jest już za późno? 

Obejrzyj materiał video:

Możliwość komentowania JAK DZIAŁA KLIMAT – podsumowanie cyklu filmów o zmianach klimatu została wyłączona

Przez przypadek odkryto, że dysortografia nie jest lżejszą formą dysleksji

Wbrew pozorom dysortografia nie jest lżejszą odmianą dysleksji. W każdym z tych zaburzeń praca mózgu wygląda inaczej. Zbadali to naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Naukowcy z…

Wbrew pozorom dysortografia nie jest lżejszą odmianą dysleksji. W każdym z tych zaburzeń praca mózgu wygląda inaczej. Zbadali to naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

Naukowcy z Instytutu Nenckiego zainteresowali się porównaniem dysortografii i dysleksji w kontekście pracy mózgu trochę przez przypadek. Przy okazji innych badań i poszukiwań dzieci z dysleksją, zdiagnozowanych przez specjalistyczne poradnie, okazało się, że 1/5 wszystkich dzieci, które skierowano do naukowców wcale nie miała dysleksji, lecz dysortografię. To skłoniło badaczy do tego, żeby porównać obie te przypadłości.

Naukowcy po raz pierwszy porównali pracę mózgu dzieci z dysortografią z pracą mózgu dzieci z dysleksją w trakcie czytania. Pokazali, że dysleksja i dysortografia mają różne mózgowe podłoża przetwarzania słów. Dzięki temu wyraźniej widać, że są to odmienne zaburzenia, a nie różne odmiany dysleksji.

Naukowcy z Instytutu Nenckiego prowadzili te badania we współpracy z austriackim Uniwersytetem w Grazu, a ich wyniki ukazały się w czasopiśmie „Brain Structure and Function”.

Dysortografia i dysleksja – co to jest?

W ramach uporządkowania wiedzy wyjaśnijmy, co to jest dysleksja i dysortografia.

O dysleksji można mówić wówczas, gdy dana osoba ma problemy zarówno z nauką czytania, jak i z czytaniem. Problemy te trwają od dzieciństwa aż po wiek dorosły. Osoby z dysleksją mają również trudności z poprawną pisownią, np. trudności sprawiają im dyktanda.. Nie jest to jednak reguła. Zdarzają się osoby z dysleksją, które nie popełniają błędów w pisaniu i mamy wówczas do czynienia tzw. izolowanym deficycie czytania.

Dysortografia dotyczy dzieci, które czytają na typowym poziomie, ale mimo znajomości zasad ortograficznych  mają problem z pisaniem i popełniają specyficzne błędy.  Mylą nie tylko  „ch” z „h” albo „ż” i „rz”, ale również przestawiają szyk liter w słowach albo zapisują odbicia lustrzane liter.

Przebieg i wyniki badania

Dzieci w wieku 9-13 lat, które wzięły udział w badaniu podzielono na trzy grupy:

  • grupa, która nie miała problemów z pisaniem ani czytaniem;
  • grupa osób z dysortografią, które mają problemy z pisaniem, ale nie z czytaniem;
  • grupa osób z dysleksją, które mają trudność zarówno z czytaniem, jak i pisaniem.

Dzieci badano funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI), na którego ekranie prezentowano  krótkie słowa często występujące w języku polskim. Dzieci patrząc na te słowa miały za zadanie odczytywać je w myślach. Dla porównania prezentowano też inne bodźce wzrokowe, np. szereg symboli niebędących literami, a następnie sprawdzano, jakie obszary mózgu się aktywowały.

Zaobserwowano, że u dzieci z dysleksją lewy zakręt wrzecionowaty aktywował się o wiele słabiej niż u dzieci z dysortografią i z grupy kontrolnej.

Obszar ten wykształca się, kiedy uczymy się czytać. Jego zadaniem jest zapamiętywanie, jak wyglądają całe słowa. To dzięki temu nie musimy każdorazowo literować wyrazu w głowie, ale bezproblemowo odczytać go w całości. Nasz mózg jest niesamowity – to pozwala nam na szybkie czytanie, a dodatkowo tekst nie przestaje być zrozumiały, nawet jeśli pojawiają się w nim literówki czy błędy.

Na pewno znacie tę grafikę, która mimo licznych błędów, nadal dla większości z nas jest czytelna. Jej odczytanie jest możliwe dzięki obszarowi w mózgu, który jest odpowiedzialny za wzrokowe rozpoznawanie obrazów.

A może u Ciebie jest inaczej? Przekonaj się i spróbuj przeczytać poniższy tekst:

Mimo błędów, możemy przeczytać ten tekst

Naukowcy wnioskują, że skoro wspomniany wyżej obszar słabo aktywował się u dzieci z dysleksją, ale nie z dysortografią, to jest on kluczowy dla umiejętności czytania.

W badaniu wzięto pod uwagę także inny obszar w mózgu, który (w odniesieniu do grupy kontrolnej) słabiej aktywował się zarówno u osób z dysleksją, jak i z dysortografią. Chodzi o zakręt skroniowy górny, który odpowiada za przetwarzanie fonologiczne, czyli umiejętność dzielenia wyrazów na dźwięki i manipulowania nimi.

Osoby z deficytami fonologicznymi mają kłopot z określeniem, czy dane słowa rymują się albo czy zaczynają się na tę samą głoskę. Nie potrafią też wyodrębnić głosek z wyrazów, a okazuje się, że to jest kluczowe dla nauki pisania. Problemy fonologiczne mają zarówno osoby z dysleksją, jak i osoby z dysortografią.

Mózg z zaznaczonymi obszarami dysortografii i dysleksji

Na pomarańczowo zaznaczony jest obszar wzrokowej formy słów w lewej półkuli, który miał mniejszą aktywność podczas czytania słów u dzieci z dysleksją w porównaniu do typowo czytających. Na różowo zaznaczony jest obszar w lewym zakręcie skroniowym górnym, który był mniej aktywny podczas czytania zarówno u dzieci z dysleksją jak i z dysortografią w porównaniu do grupy kontrolnej. Źródło: Instytut Nenckiego PAN

 

Od diagnozy do terapii

Badania pokazują, że wprawdzie istnieje związek między deficytem fonologicznym, a dysleksją i dysortografią, ale jeszcze ciężko stwierdzić, czy te wyniki mogłyby mieć przełożenie na terapię. Deficyt fonologiczny zaczyna się kształtować ok. 5-6 roku życia, a dysleksję diagnozuje się dopiero, kiedy dziecko osiąga wiek 9 lat. Można jednak obserwować dziecko i reagować nieco wcześniej. Jeśli około 6-7 roku życia dostrzeżemy u dziecka problemy z fonologią, możemy mu pomóc w nauce czytania poprzez wykonywanie z nim zadań na integrację głoski z literą czy rozróżnianie głosek. Terapię trzeba zacząć jednak szybciej niż można postawić diagnozę i taki jest paradoks dysleksji.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Wesprzyj Zrzutkę Nauka. To Lubię

Możliwość komentowania Przez przypadek odkryto, że dysortografia nie jest lżejszą formą dysleksji została wyłączona

Web-korki – projekt darmowych korepetycji dla dzieci z Domów Dziecka

Czy można łączyć studia, codzienną pracę w korporacji i regularną działalność społeczną? 22 letnia Olga Kotyk udowadnia, że tak. Oprócz studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i pracy zawodowej, jej…

Czy można łączyć studia, codzienną pracę w korporacji i regularną działalność społeczną? 22 letnia Olga Kotyk udowadnia, że tak. Oprócz studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i pracy zawodowej, jej największą pasją jest działalność społeczna. W projekcie również biorą udział jej siostry. Starsza udziela korepetycji dwójce podopiecznych, a młodsza odpowiedzialna jest za kwestie promocyjne.

Ola na swoim koncie ma pracę w Domu Seniora, organizację targów pracy, praktyk i staży „Dni Kariery” oraz wylot na zagraniczną misję, gdzie realizowała cel zrównoważonego rozwoju ONZ na Sri Lance.

W czasach pandemii zainicjowała projekt społeczny, którego głównym celem jest zapewnienie wsparcia dzieciom i młodzieży z Domów Dziecka w zakresie edukacji poprzez udzielanie korepetycji online. 

Jak wszystko się zaczęło?

Ola rozpoczęła rekrutować wolontariuszy z całej Polski już w sierpniu 2020 roku. Wtedy też nawiązała kontakt z wieloma placówkami, żeby dowiedzieć się, czy taka forma pomocy byłaby dla nich potrzebna.

Bardzo szybko okazało się, że projekt spotkał się z bardzo pozytywnym odzewem. Chęć udziału zgłosiło sporo wolontariuszy i wiele placówek. To pierwsza tego typu inicjatywa, która oferuje pełną pomoc dla wszystkich dzieci z placówki, ze wszystkich możliwych przedmiotów. Jeszcze przed pandemią dzieci miały możliwość korzystania z darmowej pomocy korepetytorów, jednak teraz, dzięki inicjatywie Oli, każde dziecko może otrzymać pomoc z wybranych przedmiotów, a nawet uczyć się nowych języków od podstaw.

Organizacja pomocy od kuchni

Obecnie w projekcie działa 65 wolontariuszy (korepetytorzy oraz doradcy zawodowi), którzy co tydzień udzielają korepetycji online łącznie 33 dzieciom z 4 placówek w Polsce.

Zajęcia odbywają się regularnie raz w tygodniu, niezależnie od liczby przedmiotów. Na pomoc może liczyć każde dziecko w danej placówce, które znajduje się w potrzebie. Jedno dziecko może skorzystać nawet z dodatkowych 3 godzin zajęć w tygodniu z 3 różnych przedmiotów.

Korepetycje dla Domów Dziecka

Warunkiem skorzystania z korepetycji jest zgłoszenie potrzeby pomocy na pomocą portalu: Domy Dziecka – Ogólnopolski Portal Domów Dziecka – znajdź Dom Dziecka

Z pomocy aktualnie korzystają placówki w czterech miastach: Olkuszu, Pszczynie, Żywcu oraz Pychowicach. 

W ciągu 3 miesięcy wolontariusze udzielili łącznie ponad 400 lekcji!

Dodatkowo, aby zapewnić kompleksową pomoc potrzebującym, Ola uruchomiła wsparcie w postaci doradztwa zawodowego online dla dzieci i młodzieży z tych placówek. Obecnie 2 dzieci zgłosiła chęć uczestniczenia w sesjach z doradztwa zawodowego i od ponad miesiąca regularnie uczestniczą w zajęciach z doświadczonymi doradcami.

Co dalej?

Projekt realizuje konkretny cel, bardzo ważny społecznie. Niestety Ola dotarła do ściany i nie jest w stanie nawiązywać współpracy z nowymi Domami Dziecka. Jako jedyna koordynatorka, która musi godzić obowiązki uczelniane z pracą zawodową, nie da rady kierować samodzielnie większym zespołem w taki sposób, aby zachować wysoki poziom pomocy, na którym jej zależy.

Ola szuka osób, które chciałyby się włączyć w inicjatywę. Potrzebni są nadal nowi korepetytorzy, którzy mogliby prowadzić zajęcia w ramach zastępstw w razie konieczności. 

 

Czujesz, że możesz pomoc Oli i zaangażować się w jej przedsięwzięcie? Napisz do niej:

Projekt Społeczny: Web-Korki | Facebook

https://www.instagram.com/projekt_webkorki/

 

Możliwość komentowania Web-korki – projekt darmowych korepetycji dla dzieci z Domów Dziecka została wyłączona

„Li czy? MY” – ambitny projekt licealistów krakowskiej „piątki”

Grupa uczniów z V Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie zainicjowała społeczny projekt pod nazwą „Li czy? MY”. W ramach inicjatywy prowadzą darmowe zajęcia online, które przygotowują uczniów do konkursów kuratoryjnych. Jak…

Grupa uczniów z V Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie zainicjowała społeczny projekt pod nazwą „Li czy? MY”. W ramach inicjatywy prowadzą darmowe zajęcia online, które przygotowują uczniów do konkursów kuratoryjnych. Jak wyglądają przygotowane przez nich zajęcia?

Pomysłodawcy przedsięwzięcia wierzą, że wiedzą należy się dzielić, a sukcesy ich podopiecznych oraz pozytywne komentarze ze strony uczniów, motywują ich do dalszej pracy. Jak sami o sobie piszą, są grupą pasjonatów nauki, uczniów różnych profili V Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie. Swojego zainteresowania nie ograniczają do jednego tematu ciekawi ich zarówno lingwistyka i filozofia, jak i zagadnienia biologiczne, chemiczne, matematyczne, a nawet programowanie. 

Organizatorzy projektu Li czy MY

Organizatorzy: Hanna Żurek, Zuzanna Iwan (chemia), Anna Rachwał, Maciej Golec (biologia), Piotr Borodako, Maciej Ziobro (fizyka), Ola Fijałek, Marta Muskus (język angielski), Mariam Baghdasaryan, Maksymilian Wdowiarz-Bilski (matematyka)

 

Swoje, zakończone licznymi sukcesami, doświadczenie w konkursach kuratoryjnych chcą przekuć w realną, kompleksową pomoc dla uczniów szkół podstawowych, którzy, tak jak kiedyś oni, planują wziąć udział w konkursach. Młodsi koledzy być może zastanawiają się, czy poradzą sobie z samodzielną realizacją zagadnień lub po prostu szukają kogoś na kształt mentora, kto poprowadzi ich przez kolejne etapy i pomoże z organizacją czasu. Organizatorzy zajęć wychodząc naprzeciw wyzwaniom, jakie rzuca obecna sytuacja związana z koniecznością zdalnej edukacji, chcą wspomóc nauczycieli, którzy, nawet pomimo najszczerszych chęci, nie zawsze mają fizyczną możliwość zorganizowania zajęć przygotowujących do konkursów kuratoryjnych.

Postanowiliśmy stać się alternatywą dla tych wszystkich, którzy chcieliby wziąć udział w konkursach i ułatwić sobie proces rekrutacji do liceum bądź technikum, a którym szkoła z różnych powodów nie jest w stanie zapewnić wystarczającej pomocy – mówią organizatorzy

 

Projekt „Li czy? MY” organizowany jest w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii. Uczniowie prowadzą całkowicie darmowe zajęcia w formie online, które przygotowują do konkursów kuratoryjnych z pięciu przedmiotów: matematyki, fizyki, chemii, biologii i języka angielskiego. Zajęcia przeznaczone są dla uczniów szkół podstawowych.

Zajęcia odbywają się w przyjaznej atmosferze, bez poczucia niezdrowej rywalizacji. Organizatorom przede wszystkim zależy na tym, aby nikt nie odczuwał presji, a ich misją jest przede wszystkim to, aby zarazić uczniów miłością do przedmiotów i pokazać, że nauka może być przyjemna i efektywna. 

Projekt, oprócz niesienia pomocy uczniom klas podstawowych, spełnia jeszcze jedną ważną funkcję – pozwala rozwijać się samym organizatorom. Każda inicjatywa społeczna wymaga zorganizowania i umiejętności koordynacyjnych, a dodatkowo wykazania się sumiennością, umiejętnością współpracy czy kreatywnością. Uczniowie V LO codziennie wypracowują w sobie te cechy z dużym powodzeniem. Choć dla większości z nich rola nauczyciela była debiutem, to nie zabrakło im determinacji, żeby zrealizować swoje cele na jak najwyższym poziomie. Świadczy o tym grupa 150 osób zainteresowanych wzięciem udziału w projekcie. 

Jak wyglądały zajęcia?

Przez 20 tygodni regularnie odbywały się spotkania, większość grup nawet dwa razy w tygodniu, aby móc się dopasować terminowo do każdego uczestnika. Ponadto część zespołów prowadziła dodatkowe spotkania konsultacyjne, na których młodzi mentorzy pomagali we wszelkich trudnościach, lub omawiali bardziej zaawansowany materiał dla bardziej ambitnych uczniów. Uczniowie brali ponadto udział w wielu innych inicjatywach powiązanych z nauczaniem, min. „Zaproś mnie na swoją lekcję”, ale także publikowali na swoich social mediach naukowe ciekawostki.

 

Zainteresowani udziałem w projekcie mogą dołączyć zapisując się poprzez formularz: https://forms.gle/kHu9w97vm9d3j7NB9

Zajrzyjcie też na profile w mediach społecznościowych projektu „Li czy? MY”:

Facebook:  https://www.facebook.com/Li.Czy.My.ZzT

Instagram: https://www.instagram.com/li_czy_my/?hl=pl

 

Możliwość komentowania „Li czy? MY” – ambitny projekt licealistów krakowskiej „piątki” została wyłączona

„Autyzm. Odmień moją historię” – kampania Fundacji JiM. A Ty, ile wiesz na temat autyzmu?

Autyzm to odmienny od typowego sposób rozwoju człowieka, który objawia się różnicami w sposobie komunikacji, nawiązywania relacji, wyrażania emocji. Osoby z autyzmem w inny sposób uczą się oraz mają swój…

Autyzm to odmienny od typowego sposób rozwoju człowieka, który objawia się różnicami w sposobie komunikacji, nawiązywania relacji, wyrażania emocji. Osoby z autyzmem w inny sposób uczą się oraz mają swój własny schematem zachowań. Osoby z autyzmem to indywidualności, a spektrum zaburzeń dotyczy wielu obszarów funkcjonowania i sprawia, że osoby te rozwijają się inaczej. 2 kwietnia, na który przypada Światowy Dzień Świadomości Autyzmu, to dobry moment, żeby przyjrzeć się szerzej temu zagadnieniu.

Czym jest autyzm?

Autyzm jest zaburzeniem rozwojowym. Oznacza to, że cała ścieżka rozwoju osoby w spektrum przebiega w odmienny sposób, niż standardowo. O autyzmie mówi się jako o spektrum, co oznacza, że w przypadku każdej osoby będzie on wyglądał nieco inaczej i nasilenie zachowań oraz cech wynikających z autyzmu będzie różne.

Im wcześniejsza diagnoza, tym większa szansa na samodzielność. Bywa jednak tak, że diagnozę stawia się dopiero u dorosłych osób, które widzą, że mają pewne trudności np. komunikacyjne. Dotychczasowy niepokój poniekąd ustaje w momencie diagnozy autyzmu. Od tej pory wiedzą, co stanowiło problem. Mogą rozpocząć terapię, która pomoże im zrozumieć siebie.

Czy to jest autyzm? Objawy i niepokojące sygnały

A jak rozpoznać autyzm? Objawy autyzmu dotyczą w dużej mierze sfery komunikacji. Osoba w spektrum autyzmu może mieć problemy z nawiązywaniem kontaktów oraz prowadzeniem zwykłej rozmowy z innymi. Istnieje kilka charakterystycznych cech, na które należy zwracać uwagę już na etapie rozwoju dziecka i wykrycia potencjalnego spektrum autyzmu. Należy jednak pamiętać, że nie zawsze dotyczą one wszystkich osób z autyzmem z jednakowym natężeniem.

  • Kłopoty z mówieniem lub brak tej umiejętności.
  • Brak relacji i interakcji z innymi ludźmi.
  • Obecność nietypowych zachowań i zabaw (np. machanie rączkami, używanie nietypowych przedmiotów do zabawy, układanie zabawek w długie rzędy).
  • Brak nawiązywania kontaktu wzrokowego.
  • Brak umiejętności naśladowania.
  • Nieumiejętność wykonywania prostych poleceń (np. usiądź, daj).
  • Trudność z koncentracją uwagi.

Powyższe symptomy mogą jednak pojawiać się w większym lub mniejszym natężeniu. Niektóre osoby w spektrum nie muszą przejawiać wszystkich tych cech, nie muszą nawet w ogóle ich przejawiać – na tym właśnie polega to spektrum: każda osoba z autyzmem jest inna, można powiedzieć, że nie ma dwóch takich samych.

Fundacja JiM, która na co dzień prowadzi działania na rzecz zwiększania dostępu do diagnozy i terapii, budowania akceptacji dla osób z autyzmem oraz wspiera osoby dorosłe ze spektrum autyzmu i zachęca do tego, aby odmienić życie osób w spektrum.

Organizacja prowadzi w tym roku kampanię Polska Na Niebiesko pod hasłem „Autyzm. Odmień moją historię”, w ramach której chcą zwrócić uwagę społeczeństwa na to, jak wspólnie można zmienić na lepsze życie osób z autyzmem. Fundacja zwraca uwagę na temat społecznej, wspólnej odpowiedzialności za los i przyszłość osób z autyzmem. Dlatego tak ważne jest, aby rozumieć, czym jest autyzm oraz jak wielu osób w naszym otoczeniu dotyczy. A do tego niezbędna jest jak najszybsza diagnoza!

Fundacja JiM

Szybka diagnoza – szansa na realną pomoc

Diagnoza autyzmu u dziecka rozpoczyna się gruntownym wywiadem z rodzicami lub opiekunami. Do oceny ryzyka wystąpienia zaburzeń ze spektrum autyzmu wykorzystuje się często również badanie przesiewowe M-CHAT- R. Jest to narzędzie przesiewowe przeznaczone do wykrycia niepokojących objawów u dzieci w wieku 16-30 miesięcy. Test składa się z 20 zamkniętych pytań, które pozwalają ujawnić wczesne oznaki zaburzeń ze spektrum autyzmu. Dotyczą one głównie zachowania dziecka, jego umiejętności komunikacyjnych oraz społecznych. Kwestionariusz może być wykorzystywany zarówno podczas rutynowych badań kontrolnych u lekarza, w placówkach opiekuńczych, jak i zostać samodzielnie wypełniony przez rodzica, który zauważa w zachowaniu dziecka niepokojące sygnały.

Dzięki temu można ocenić, czy ryzyko wystąpienia autyzmu u dziecka jest na poziomie niskim, średnim czy wysokim. Dużym ułatwieniem jest powszechna dostępność tego narzędzia – jest ono bezpłatne, a jego wypełnienie nie jest czasochłonne. Rodzic, który sam wykonał takie wstępne badanie, może skierować się z wynikiem do lekarza i skonsultować dalszą ścieżkę działań. Lekarz wówczas może skierować dziecko na diagnozę autyzmu.

W Polsce dzieci czekają na diagnozę nawet pół roku lub dłużej. Są również osoby, które otrzymują diagnozę dopiero po 30. roku życia.

Jak wynika z Raportu JiM „Dziecko z autyzmem. Dostęp do diagnozy, terapii i edukacji w Polsce” na diagnozę czeka się zbyt długo – 6 miesięcy, rok, a nawet dłużej. Najnowsze dane, również z Kliniki JiM, wskazują, że wciąż wiele jest osób, których specjaliści w ich rodzinnych miejscowościach skierowali na diagnozę dopiero po 30. roku życia. W 2020 r. tylko w Klinice JiM  diagnozę w kierunku autyzmu otrzymało 37 osób dorosłych z całej Polski.

Brak diagnozy to również ogromny problem u dzieci. Przed diagnozą rodzice i opiekunowie miesiącami z niepokojem patrzą na ich rozwój, są zagubieni, nie rozumieją, co się dzieje, mimo wizyt u wielu specjalistów w poszukiwaniu przyczyny. Diagnoza pozwala znaleźć rodzicom najlepszą, możliwą pomoc dla dziecka, która daje szansę na rozwój i większą samodzielność. Diagnoza daje szansę na maksymalne zrealizowanie potencjału każdego dziecka. Im szybsza diagnoza, tym większa szansa na samodzielność w przyszłości.

Fundacja JiM walczy o maksymalne zwiększenie dostępu do diagnozy autyzmu w Polsce. Organizacja znajduje rozwiązania systemowe i przekonuje do nich tych, którzy mają realny wpływ na ich wdrożenie. W bezpośrednie działania Fundacji JiM jest zaangażowanych kilkaset osób – głównie lekarzy, psychologów, terapeutów, nauczycieli, wolontariuszy.  W 2020 r. Fundacja JiM przeprowadziła diagnozy ponad 400 osób, w tym u wspomnianych wyżej 37 osób dorosłych.

Domy życia, nie instytucje

W Polsce nie ma powszechnego systemu wsparcia dla osób dorosłych z autyzmem. Osoby niesamodzielne, pozbawione opiekunów, trafiają do zamkniętych instytucji, które często są niedostosowane do ich potrzeb.

Zdarza się, że osoba niesamodzielna ze spektrum autyzmu nie potrafi wyrazić werbalnie swoich potrzeb. Nie jest w stanie powiedzieć, że coś ją boli, coś jej doskwiera. Rodziny i bliscy opiekunowie wiedzą, jak czytać wszystkie niewerbalne sygnały. Taki poziom opieki jest niestety trudny do zapewnienia w zamkniętej instytucji.

Dla niesamodzielnych osób ze spektrum autyzmu byłoby znacznie lepiej, gdyby miały możliwość trafić do przyjaznych, dostosowanych do ich potrzeb domów. W całej Europie rozwija się obecnie trend opieki nad osobami zależnymi nazywany „deinstytucjonalizacją”. Jej celem jest doprowadzenie do sytuacji, by osoba o ograniczonej samodzielności otrzymywała wsparcie nie w ramach opieki instytucjonalnej, a w mniejszych, przyjaznych domach w środowisku lokalnym, w społeczności lokalnej. Stworzenie miejsc, gdzie osoby dorosłe ze spektrum mają godne warunki życia, specjalistyczną opiekę, spokojne tempo życia. Miejsc dostosowanych do ich potrzeb, pełniących rolę domu rodzinnego.

O taki standard opieki dla dorosłych osób z autyzmem walczy Fundacja JiM, która tworzy rozwiązania systemowe i przekonuje do nich osoby decyzyjne. Pracownicy Fundacji codziennie pracują i zabiegają o to, aby zapewnić dobrą dorosłość dla osób w spektrum. Mogą to robić m.in. dzięki wsparciu od swoich darczyńców, a dzień 2 kwietnia, czyli Światowy Dzień Świadomości Autyzmu to okazja do tego, żeby zwrócić naszą uwagę na ten problem – do czego zachęcamy!

http://www.jim.org/polskananiebiesko

Możliwość komentowania „Autyzm. Odmień moją historię” – kampania Fundacji JiM. A Ty, ile wiesz na temat autyzmu? została wyłączona

Polscy astronomowie w wielkiej europejskiej sieci obserwacyjnej OPTICON-RadioNet Pilot

Z polskim udziałem wystartowała największa europejska sieć koordynująca badania astronomiczne – OPTICON-RadioNet Pilot (ORP). Biorą w niej udział astronomowie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytetu Warszawskiego. Do tej…

Z polskim udziałem wystartowała największa europejska sieć koordynująca badania astronomiczne – OPTICON-RadioNet Pilot (ORP). Biorą w niej udział astronomowie z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

Do tej pory w Europie działały dwie główne sieci koordynujące współpracę instrumentów naziemnych. Jedna miała związek z obserwacjami astronomicznymi w zakresie widzialnym (OPTICON), a druga w zakresie radiowym (RadioNet). Taka sytuacja trwała przez ponad 20 lat. Teraz zdecydowano o połączeniu sił obu tych grup.

Wraz z rozwojem wiedzy astronomicznej naukowcy potrzebują coraz bardziej zaawansowanych instrumentów, a także takich, które będą się wzajemne uzupełniać. Coraz częściej obserwacje astronomiczne wymagają połączenia analiz na różnych długościach fali elektromagnetycznej. Duży nacisk kładzie się na ujednolicenie metod i narzędzi obserwacyjnych oraz poszerzenie dostępu do wielu różnych instrumentów astronomicznych.

Nowa sieć ORP ma zapewnić europejskim naukowcom dostęp do teleskopów z szerokiego zakresu oraz wesprzeć rozwój młodych badaczy. Projekt dysponuje finansowaniem w wysokości 15 milionów euro w ramach programu Horyzont 2020 realizowanego przez Europejską.

Projekt jest kierowany przez francuski CNRS, brytyjski Uniwersytet Cambridge i niemiecki Instytut Radioastronomii im. Maxa Plancka. Łącznie współpraca obejmuje 37 instytucji naukowych z 15 krajów europejskich, Australii i RPA. Z Polski udział wezmą Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytet Warszawski.

Prace naukowe na UMK będą koordynowane przez dr hab. Agnieszkę Słowikowską, zastępcę dyrektora Instytutu Astronomii UMK ds. Infrastruktury Badawczej. Co więcej, Polka została wybrana na przewodniczącą zespołu koordynującego ORP (Chair of the ORP Board), w skład którego wchodzi 37 reprezentantów wszystkich instytucji zaangażowanych w działalność sieci. Ze strony UMK w ramach nowej sieci dostępny będzie największy polski 32-metrowy radioteleskop oraz największy na terenie naszego kraju teleskop optyczny ze zwierciadłem o średnicy 90 cm.

Z kolei udziałem naukowców z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego będzie koordynował prof. dr hab. Łukasz Wyrzykowski, którego zespół już od 2013 roku brał udział w pracach sieci OPTICON. Na bazie zdobytego doświadczenia zespół opracował system internetowy do obsługi wielu teleskopów i wysyłania zamówień na systematyczne obserwacje tych samych obiektów w celu badania ich zmienności. Astronomowie z Warszawy będą odpowiadać za koordynację działania małych i średnich teleskopów naziemnych. Ich celem naukowym będzie monitorowanie zmienności czasowej interesujących obiektów. Sieć składa się z około 100 teleskopów, w tym około 50 robotycznych, rozproszonych po całym świecie. W jej skład wchodzi m.in. Północna Stacja Obserwacyjna UW w Ostrowiku z 60 cm teleskopem optycznym. (PAP)

Możliwość komentowania Polscy astronomowie w wielkiej europejskiej sieci obserwacyjnej OPTICON-RadioNet Pilot została wyłączona

Popularyzują matematykę w ramach projektu PIKTV

Grupa uczniów i absolwentów z VIII LO w Katowicach rozpoczęła projekt pod nazwą „PIKTV”, którym chcą przywrócić królową nauk do łask licealistów. Organizują matematyczne konkursy w formie teleturniejów, przygotowują ciekawostki,…

Grupa uczniów i absolwentów z VIII LO w Katowicach rozpoczęła projekt pod nazwą „PIKTV”, którym chcą przywrócić królową nauk do łask licealistów. Organizują matematyczne konkursy w formie teleturniejów, przygotowują ciekawostki, a wkrótce także będą pomagać maturzystom. Działania podjęli się w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii.

Projekt PIKTV

Fot. Szymon Kreczko

Od tego się zaczęło

VIII Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej Curie w Katowicach, nazywane często „pikiem” po swoim poprzednim patronie, znane jest na Śląsku głównie z wybitnych klas matematycznych. To właśnie wśród społeczności klas D – „matematycznych kwadratów” – rozwinął się projekt, który szerzy pasję do najpiękniejszej z dziedzin nauki – matematyki. Głównym celem projektu, jest popularyzacja matematyki wśród młodzieży szkolnej w sposób przystępny dla każdego ucznia, stosując metodę „nauka przez zabawę”.

Zaczęło się od zorganizowanego w maju 2018 roku konkursu „1 z 12” wzorowanym na popularnym teleturnieju „Jeden z Dziesięciu”. Pomysłodawcą i głównym organizatorem był wówczas mgr Michał Rał – nauczyciel matematyki. Przez kilka miesięcy zapisywał interesujące pytania z jego dziedziny i za zgodą dyrekcji konkurs odbył się z udziałem sporej publiczności.

Sukces młodych popularyzatorów nauki

Wydarzenie okazało się sukcesem i spotkało się z dużą aprobatą i ekscytacją wśród uczniów. Konkurs o tak nietypowej formie pobudził wyobraźnię niektórych na tyle, że dołączyli oni do nauczyciela, ulepszając i rozwijając pomysły mgr. Rała. Zespół rozrastał się, a wraz z nim rosła skala oraz liczba konkursów.

Pojawiły się nowe formaty konkursów, takie jaki „Pikowi Pilionerzy” (oparci na teleturnieju Milionerzy) oraz Postaw na Pilion (inspirowane konkursem „Postaw na Milion”). W grudniu 2019 roku pierwszą edycję „Postaw na Pilion” zobaczyło na żywo ponad 300 osób.

Postaw na Pilion

fot. Julia Woźniak

Obecnie inicjatywą zajmuje się łącznie 10 osób, a wśród nich manager, graficy, programiści oraz grupa zajmująca się rejestracją konkursów w formie wideo – wszyscy są uczniami lub absolwentami VIII LO w Katowicach.

Zwolnieni z Teorii

Lokalny sukces przedsięwzięcia sprawił, że w październiku 2020 roku projekt został zgłoszony do olimpiady Zwolnieni z Teorii pod nazwą „PIKTV” i tym samym jego sława miała wydostać się poza mury liceum. Plany pokrzyżowała pandemia koronawirusa uniemożliwiając organizację dużych wydarzeń publicznych, na których do tej pory inicjatywa była oparta. Grupa „PIKTV” zmuszona była przenieść część swoich działań do przestrzeni wirtualnej.

Aktywność związaną z projektem można śledzić na Facebooku i Instagramie, gdzie regularnie pojawiają się ciekawostki związane z teorią liczb. Organizatorzy planują także wirtualne wydarzenia specjalne (związane z różnymi świętami, w tym z Dniem Liczby Pi), serię postów, które ułatwią przygotowania do tegorocznej matury oraz making off całej inicjatywy. PIKTV prowadzi także kanał na YouTube, na którym znajduje się nagranie z czwartej edycji Pikowych Pilionerów.

Na finał projektu planowana jest edycja specjalna konkursu Postaw na Pilion (na ten moment proponowaną datą jest kwiecień 2021). Na razie jednak nie wiadomo, czy sytuacja epidemiologiczna pozwoli zrealizować plany.

Możliwość komentowania Popularyzują matematykę w ramach projektu PIKTV została wyłączona

Tak oszukuje nasz mózg! Dlaczego Księżyc nad horyzontem wydaje się taki duży?

W zeszły weekend podczas wycieczki rowerowej, której towarzyszyła pełnia księżyca, zastanowiła mnie jedna rzecz. Jak to jest, że patrząc gołym okiem na wschód i zachód księżyca (to samo złudzenie dotyczy…

W zeszły weekend podczas wycieczki rowerowej, której towarzyszyła pełnia księżyca, zastanowiła mnie jedna rzecz. Jak to jest, że patrząc gołym okiem na wschód i zachód księżyca (to samo złudzenie dotyczy słońca) wydaje mi się on tak gigantyczny, podczas gdy na zdjęciach okazuje się taki zwykły?

To złudzenie optyczne. Nasz mózg po prostu oszukuje. Zresztą łatwo to sprawdzić. Wystarczy wyciągnąć rękę z linijką i zmierzyć średnicę Księżyca podczas wschodu i wtedy, gdy jest wysoko na niebie. Będzie dokładnie taka sama. Inny sposobem jest zrobienie zdjęcia. Tak, jak ja przed chwilą.

Wyobraźcie sobie dwa świecące obiekty, które obserwujecie w ciemną noc. Patrzycie na nie i wydają się one być identycznej wielkości. Ale, jeżeli – niech to będą np. lampki rowerowe – są one od nas w różnej odległości, ta, która jest dalej, musi być w rzeczywistości większa – prawda?

Mózg powiększa obiekty, które znajdują się bliżej horyzontu, bo wydaje mu się, że są one dalej. No dobra, ale przecież Księżyc w ciągu nocy, albo Słońce w ciągu dnia nie zmieniają odległości.

Fazy księżyca

To prawda. To mówi nam matematyka, ale nie intuicja. Intuicja podpowiada, że to co jest tuż nad horyzontem, jest dalej niż to, co jest nad głową. W skrócie mówiąc, czasza nieba dla naszego mózgu jest spłaszczona od góry. Po prostu mamy wrażenie, że nieboskłon jest miską a nie półkulą. A to oznacza, że dla naszego mózgu Księżyc albo Słońce nad horyzontem jest dalej niż Księżyc, albo Słońce w zenicie. I choć mózg widzi je tak samo, sztucznie powiększa to co jest nad horyzontem. I tylko szkoda, że tego samego nie robi aparat fotograficzny.

Jeżeli chcemy mieć piękne zdjęcia dużego wschodzącego Księżyca, albo zachodzącego Słońca… musimy się posłużyć programem do obróbki fotograficznej. Ten program robi dokładnie to samo co nasz mózg. Oszukuje obrazem.

Możliwość komentowania Tak oszukuje nasz mózg! Dlaczego Księżyc nad horyzontem wydaje się taki duży? została wyłączona

Etna a Fagradalsfjall: Dlaczego jedne wulkany wybuchają gwałtownie, a inne – nie?

To, czy erupcja wulkanu jest gwałtowna z dużą emisją pyłów czy spokojna, zależy m.in. od składu stopu (upłynnionych skał) tworzącego potem lawę. Zależy również od dodatkowych czynników np. od tego,…

To, czy erupcja wulkanu jest gwałtowna z dużą emisją pyłów czy spokojna, zależy m.in. od składu stopu (upłynnionych skał) tworzącego potem lawę. Zależy również od dodatkowych czynników np. od tego, czy ten stop na swojej drodze zetknie się z wodą – mówi geolog prof. Ewa Słaby.

Na Islandii rozpoczęła się 19 marca br. erupcja wulkanu w masywie Fagradalsfjall, w odległości ok. 40 km od Reykjaviku. Od tego czasu lawa wypływa tam spokojnie ze szczelin w ziemi. Z kolei na Sycylii w połowie grudnia 2020 r. przebudził się wulkan Etna; nastąpiło tam już kilkanaście erupcji, podczas których z krateru wydostaje się lawa i chmury pyłu. Po każdej takiej fazie przebudzenia w okolicznych miejscowościach konieczne jest wielkie zamiatanie ulic i dróg z wulkanicznego pyłu.

Dlaczego islandzki wulkan w masywie Fagradalsfjall jest teraz spokojniejszy niż sycylijska Etna? Tłumaczy to w rozmowie z PAP geolog prof. Ewa Słaby, dyrektor Instytutu Nauk Geologicznych PAN i prezydent Europejskiej Unii Mineralogicznej.

„Żeby mogło dojść do erupcji, wulkan musi mieć stop, który nie jest niczym innym jak upłynnionymi skałami. To m.in. od składu tego stopu zależy, jak będzie wyglądać erupcja” – mówi prof. Słaby.

Składową stopu, która odgrywa niebagatelną rolę w gwałtownych erupcjach, są substancje lotne – tłumaczy badaczka. W płaszczu Ziemi jak i skorupie mogą znajdować się bowiem minerały, które zawierają grupy lotne np. związki siarki, fluoru, chloru, CO2, grupy OH. Kiedy stop zawiera takie składniki i ma wysoką temperaturę, jest jednorodny, a te substancje są wbudowane w jego strukturę. Kiedy jednak jego temperatura się obniża, substancje te wydzielane są w postaci mniej lub bardziej toksycznych gazów. Ich wydzielaniu ze stopu towarzyszy gwałtowny wzrost ciśnienia podczas wznoszenia się tego stopu ku powierzchni i w kominie wulkanu następuje jego rozerwanie na niewielkie fragmenty, które wydostają się z wulkanu w postaci ogromnej chmury pyłu i większych fragmentów magmy (te produkty wulkanizmu nazywamy piroklastykami). Wysokość kolumny piroklastycznej może osiągnąć nawet kilkadziesiąt km.

Wulkany powstają w większości przypadków na styku płyt tektonicznych. A to, czy te płyty napierają na siebie, czy wręcz przeciwnie – rozchodzą się, ma właśnie związek z obecnością związków lotnych, a wiec i typem wulkanizmu i charakterem ich erupcji.

Więcej substancji lotnych zawierają zwykle stopy wulkanów w miejscach, gdzie płyty tektoniczne napierają na siebie. Ma to miejsce choćby w przypadku sycylijskiej Etny. To dlatego wulkan ten emituje duże ilości popiołu oraz grubszych frakcji.

„Tymczasem wulkany, z których lawa emitowana jest spokojnie, powstają zwykle w miejscach, gdzie płyty kontynentalne lub oceaniczne są rozciągane i w wyniku długotrwałego procesu dochodzi w tych miejscach do ich pęknięcia i rozejścia się. Należy tu zaznaczyć, że płyty oceaniczne – jako cieńsze – są bardziej podatne na ten proces. Nazywamy go procesem ryftowania” – mówi prof. Słaby. Tłumaczy, że pod strefą ryftu, szczególnie oceanicznego, topi się płaszcz Ziemi, który nie zawiera zbyt dużej ilości substancji lotnych. Strefa ryftu przebiega przez cały Ocean Atlantycki, w tym również przez Islandię. Innym miejscem spokojnych erupcji stopów o niskiej zawartości substancji lotnych są Hawaje. Geneza tych wulkanów jest jednak odmienna, niezwiązana z ryftem.

I tak np. ostatnia aktywność islandzkiego wulkanu w masywie Fagradalsfjall to wylewy szczelinowe, podczas których stop emitowany jest bardzo spokojnie. Prof. Słaby zaznacza, że w stopie wprawdzie znajdują się pewne ilości substancji lotnych (dlatego mieszkańcom okolicznych terenów zalecono, by zamykać okna). Jednak jest ich na tyle niewiele, że gwałtowna erupcja nie mogłaby zaistnieć w tym środowisku.

Wideo: Podgląd na żywo erupcji islandzkiego wulkanu w masywie Fagradalsfjall

„W miejscach, gdzie dochodzi do rozciągania płyt tektonicznych erupcje wulkaniczne są spokojne. Towarzyszyć im jednak mogą dodatkowe uwarunkowania, które sprawiają, że również i te wylewy mogą stać się niebezpieczne” – mówi prof. Słaby. „Taka sytuacja miała choćby miejsce na Islandii w 2010 r., kiedy nastąpiła erupcja wulkanu Eyjafjallajokull, która na jakiś czas sparaliżowała ruch lotniczy w Europie. W tym wypadku problemem było to, że wulkan ten pokryty był czapą lodowcową. Lód pod wpływem temperatury lawy (około 1000 stopni C) topił się, a połączenie wody z gorącą magmą daje nieprawdopodobnie silny efekt eksplozji. Taka reakcja stopu z wodą nazywana jest freatomagmową. Stop został wtedy gwałtownie rozerwany, zamieniony w chmurę pyłów. Kolumna pyłu wzniosła się na około 12 km i natrafiła na prądy poziome w atmosferze, które rozprzestrzeniły tę chmurę na duży obszar Europy, paraliżując ruch lotniczy. Paradoksem jest, że najbliższe lotnisko w Reykjaviku nie zostało objęte tym zjawiskiem” – opisuje prof. Słaby.

Dodaje, że niepokój też ogarnął też Islandczyków w 2014 r. Obudził się wtedy wulkan Bardarbunga, który częściowo znajduje się pod lodowcem, a na dużej głębokości ma bardzo dynamiczny system aż pięciu komór magmowych. „Erupcja byłaby o tyle niebezpieczna dla okolicznych mieszkańców, że nie tylko nastąpiłaby silna emisja lawy, pyłu i toksycznych gazów, ale pojawiłyby się też silne powodzie. Wulkan ten na szczęście znalazł dla swojego stopu boczne ujście i spokojnie wyemitował go bez gwałtownego wytopienia lodowca. Nie doszło więc do katastrofy” – opowiada prof. Słaby.

Geolog zapytana czy można przewidywać wybuchy wulkanów, tłumaczy: „nie; na tym etapie rozwoju nauki możemy rozpoznawać i modelować mechanizmy prowadzące do powstawania stopu, prognozować jego skład. Jesteśmy też w stanie przewidzieć, jaki to będzie typ erupcji biorąc pod uwagę miejsce aktywności tego wulkanu, możemy przewidzieć jak będzie wyglądać i jaki będzie mieć skład potok lawowy lub potok materiałów piroklastycznych (pyły, grubsze frakcje), jakie formy morfologiczne, jakie struktury. Możemy też monitorować aktywność komór magmowych – rejestrować w nich wzmożone ożywianie lub okresy wyciszenia. Nie jesteśmy w stanie zaś przewidywać bardzo dokładnego czasu samych erupcji. Natomiast używając wiedzy pochodzącej z badań współczesnych wulkanów możemy odtwarzać pochodzenie stopów i ich ścieżkę aktywności dla wulkanów sprzed milionów lat”.

Tak więc dokładne prognozowanie erupcji nie jest możliwe. Rozmówczyni PAP zwraca uwagę, że kompletnym zaskoczeniem był np. wybuch japońskiego wulkanu Ontake w 2014 r., który był popularnym celem weekendowych wycieczek. Zginęło wtedy ponad 60 osób. „Nikt nie mógł przewidzieć, że do tego dojdzie. Dzień był piękny i duża ilość ludzi wybrała się na spacer na jego stoki. Chmura pyłu, które pojawiła się zupełnie nagle, spowodowała, że osoby, które znajdowały się w jej obrębie, przestały oddychać” – komentuje. Podaje też przykład Białej Wyspy w pobliżu Nowej Zelandii. „Tamtejszy wulkan Whakaari był i nadal jest atrakcją turystyczną i wiele firm organizowało tam wycieczki, wędrówki wokół krateru, przeloty helikopterem nad wulkanem. W 2019 r. nastąpiła tam gwałtowna, niespodziewana erupcja i zginęło ponad 20 osób. Wulkanolodzy monitorując aktywność tego wulkanu zdawali sobie sprawę z jego podwyższonej aktywności, ale niemożliwością było przewidzenie dokładnego czasu jego erupcji” – opowiada rozmówczyni PAP.

„Nie ma możliwości kontrolowania aktywności wulkanów. To potężne siły, a człowiek jest jedynie w stanie rozpoznawać w coraz większym stopniu te zjawiska bez możliwości ich kontroli. W bardzo ograniczonym stopniu może je nieco ukierunkowywać” – mówi. Podaje jedynie przykład działań w skali mikro, które człowiek jest w stanie podejmować – zaznaczając przy tym, że nie ma to nic wspólnego z możliwością znaczącej kontroli potężnych sił natury, które prowadzą do powstawania zjawisk wulkanicznych.

„Wróćmy do Etny. Podczas jednej z erupcji mieszkańcy wsi niedaleko tego wulkanu, wykopali rowy, którymi miała zostać odprowadzona lawa, tak aby uchronić ich domostwa przed zniszczeniem. Działanie to dało pozytywny skutek. Jednakże, proszę zauważyć co znaczy jeden mały potok w skali dużych erupcji, które potrafią wyemitować miliony m3 lawy (np. Etna w 2018 roku 3-6 milionów m3). To najlepiej pokazuje skalę zjawiska i naszą pozycję: człowieka, obserwatora i badacza tego typu zjawisk” – mówi badaczka.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Etna a Fagradalsfjall: Dlaczego jedne wulkany wybuchają gwałtownie, a inne – nie? została wyłączona

Czy na innych planetach jest globalne ocieplenie?

Czy na innych planetach ma miejsce efekt cieplarniany? Jakiś czas temu świat nauki obiegła informacja, że naukowcy wykryli na Marsie globalne ocieplenie. Gdyby okazało się, że na Czerwonej Planecie podnosi…

Czy na innych planetach ma miejsce efekt cieplarniany?

Jakiś czas temu świat nauki obiegła informacja, że naukowcy wykryli na Marsie globalne ocieplenie. Gdyby okazało się, że na Czerwonej Planecie podnosi się temperatura, oznaczałoby to, że zmiany klimatu nie są związane z działalnością człowieka. Zanim jednak zaczniemy wyciągać pochopne wnioski, pod uwagę musimy wziąć fakt, że pomiary temperatury na Marsie wykonywane są zaledwie od około 30-40 lat, podczas, gdy na Ziemi dokładnie mierzy się temperaturę od 100 lat, a wyrywkowo od kilkuset lat.

Jeżeli efekt cieplarniany miałby być skutkiem zmian aktywności Słońca, nie tylko na Ziemi, ale także na innych planetach powinno być coraz cieplej. A jest? Sprawdźmy to.

Zapraszam do obejrzenia kolejnego materiału, który powstał w ramach cyklu „Jak działa klimat”. Odpowiadam w nim na pytanie, czy na innych planetach możliwe jest globalne ocieplenie?

Możliwość komentowania Czy na innych planetach jest globalne ocieplenie? została wyłączona

Jak zmierzyć grawitację ziarna sezamu

O grawitacji zazwyczaj mówimy w kontekście gwiazd, planet i czarnych dziur. Zastanawiamy się, gdzie jest ona największa. Równie ciekawe, ale i niebanalne okazuje się badanie minimalnej grawitacji. Przetestowano ją na……

O grawitacji zazwyczaj mówimy w kontekście gwiazd, planet i czarnych dziur. Zastanawiamy się, gdzie jest ona największa. Równie ciekawe, ale i niebanalne okazuje się badanie minimalnej grawitacji. Przetestowano ją na… ziarnach sezamu!

Grawitacja to powszechna siła pochodząca od wszystkich obiektów posiadających masę, której doświadczamy na co dzień. Każdy upuszczony przez nas przedmiot upada na ziemię. Żeby go podnieść, potrzebujemy włożyć w to dużo pracy. Mimo to, grawitacja jest uważana w fizyce za siłę słabą. Jej potęga bierze się z ogromnej masy Ziemi, która powoduje tak silne przyciąganie. Obiekty o mniejszej skali, jak książka, krzesło czy nawet samochód, przyciągają bardzo słabo, dla nas niezauważalnie. 

Tak samo, tylko dokładniej

Zespół fizyków pod kierunkiem Markusa Aspelmeyera i Tobiasa Westphala z Uniwersytetu Wiedeńskiego i Austriackiej Akademii Nauk postanowił zmierzyć siłę oddziaływania najmniejszej jak do tej pory masy. Eksperyment ten bazował na słynnym pomiarze Henry Cavendisha pod koniec XVIII wieku, w którym zmierzył on oddziaływanie pochodzące od 150 kg ołowianych kul. Był to bardzo dokładny pomiar jak na owe czasy. Współcześnie naukowcom udało się zmierzyć siłę grawitacyjną pomiędzy dwiema kulkami wielkości ziarenka sezamu. Złote kulki o średnicy 2 mm ważą 90 mg i są to najlżejsze obiekty, których grawitacja została zmierzona jak do tej pory. Wyniki opublikowane w Nature to coś więcej niż tylko wyścig po coraz lepszą aparaturę pomiarową. W odległej perspektywie naukowcy dążą do pogodzenia grawitacji z mechaniką kwantową. 

Zmierzyć niemierzalne

Trudno pojąć, jak bardzo słaba jest grawitacja tak małych mas. Trudności w czułym pomiarze powodują, że stała grawitacji to najsłabiej zmierzona z fundamentalnych stałych przyrody. Głównym wyzwaniem zespołu Aspelmeyera było zaprojektowanie detektora na tyle czułego, aby zmierzyć oddziaływanie grawitacyjne, ale nieczułego na wszelkie inne większe siły działające ze wszystkich stron. Z tego też powodu , aby wyeliminować oddziaływanie elektrostatyczne, cały układ znajdował się w próżni i był otoczony klatką Faradaya. Naukowcy oszacowali, że wszystkie inne oddziaływania będą w tym przypadku dziesięć razy słabsze od oddziaływania grawitacyjnego.

Aby uzyskać taką dokładność użyto wagi skręceń. W tym eksperymencie jedna kulka jest zawieszona na końcu cienkiego pręta podwieszonego w środku przez cienkie kwarcowe włókno. Takie włókno jest bardzo podatne, dlatego nawet mała siła powoduje względnie duże skręcenie i obrót. Druga kulka na końcu pręta jest przeciwwagą. Zbliżanie masy powoduje obracanie się wahadła, aż do momentu zrównoważenia przez siłę skręcania włókna. Wahadło skrętne ma taką zaletę, że jest niewrażliwe na siły pochodzące od odległych obiektów, które działają jednocześnie na masę testową i przeciwwagę, nie powodując obrotu. 

Pomiary tylko od święta

Mimo sprytnego rozwiązania nie udało się całkowicie wyeliminować zakłóceń powodowanych miejskim otoczeniem w zatłoczonym Wiedniu. Piesi oraz ruch samochodowy tworzą drgania sejsmiczne, które zakłócają dokładność pomiaru. Dlatego naukowcy pracowali w nocy oraz podczas przerwy świątecznej w grudniu, kiedy ruch na ulicach był najmniejszy.

Aby zmierzyć siłę pochodzącą od masy źródłowej nie wystarczyło umieścić jej w pobliżu masy umieszczonej w wahadle. Trzeba było poruszać ją tam i z powrotem, aby upewnić się czy wahadło będzie się wychylało dokładnie w momencie zbliżania masy. Rzeczywiście, naukowcy zaobserwowali siłę oscylującą z dokładnie taką samą częstością. Proces został powtórzony wielokrotnie, a zmierzone siły były rzędu 10 femtonewtonów przy odległości między 2,5 a 5,5 mm. Pomiary zgadzały się ze słynnym newtonowskim prawem grawitacji. 

Jeszcze mniej

Badacze uważają, że ulepszone wahadło skrętne może zmierzyć oddziaływanie pochodzące od mas dużo mniejszych. Ich celem jest eksperymentalne sprawdzanie kwantowej natury grawitacji. Mimo, że mechanika kwantowa jest jedną z najlepszych i najlepiej przetestowanych teorii w nauce i opisuje wszystko od zachowania cząstek subatomowych aż do fizyki półprzewodników umożliwiającej działanie komputerów, to wciąż próby połączenia mechaniki kwantowej i teorii grawitacji spaliły na panewce z powodu różnych sprzeczności i nonsensownych przewidywań. 

Cząstki opisywane mechaniką kwantową zachowują się w sposób wyjątkowo sprzeczny z intuicją. Efekty kwantowe objawiają się w małych i dobrze izolowanych systemach, jak na przykład atomy i cząsteczki i stają się słabsze w większej skali, w której istotna jest grawitacja. Do tej pory testowanie kwantowej natury grawitacji wydawało się być daleko poza zasięgiem możliwości pomiarowych. 

 

Na zdjęciu: Wahadło skrętne użyte do pomiaru grawitacji złotej kulki. Nature 591, 225–228 (2021).

Źródło:

1.  https://www.scientificamerican.com/ 

2. Nature 591, 225–228 (2021). https://doi.org/10.1038/s41586-021-03250-7

Możliwość komentowania Jak zmierzyć grawitację ziarna sezamu została wyłączona

Wiązania wodorowe pomagają w przenoszeniu elektronów

Międzynarodowy zespół kierowany przez Polaka zaobserwował po raz pierwszy, że przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu w obrębie cząsteczki chemicznej, może zachodzić poprzez wiązania wodorowe bez tzw. przeskakiwania (ang. hopping). Odkrycie to…

Międzynarodowy zespół kierowany przez Polaka zaobserwował po raz pierwszy, że przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu w obrębie cząsteczki chemicznej, może zachodzić poprzez wiązania wodorowe bez tzw. przeskakiwania (ang. hopping). Odkrycie to opublikowane w PNAS może nie tylko pomóc lepiej zrozumieć pracę białek, ale i projektować nowe materiały. 

Aby istniało życie, konieczne są procesy przekazywania energii i elektronów w ramach cząsteczek chemicznych i pomiędzy nimi. Podczas przeniesienia elektronów – a więc cząstek niosących ujemny ładunek elektryczny – przeskakują one z jednego miejsca w cząsteczce chemicznej w inne. Przeniesienie elektronów to choćby podstawa fotosyntezy, w której foton – cząstka światła – wzbudza cząsteczkę chlorofilu i wybija z niej elektron, który ucieka wtedy w inne miejsce. Zgromadzona w tym procesie energia w finale napędza pracę komórki. Proces przeniesienia elektronu jest też niezbędny do reperacji uszkodzonego DNA czy do pracy niektórych enzymów. Ma też jednak znaczenie w inżynierii – choćby w budowie ogniw fotowoltaicznych i technologiach fotonicznych.

Chemicy od dawna wiedzieli, że elektron może przeskakiwać na niewielkie odległości. Były też już jednak znane procesy przeskakiwania (ang. hopping) elektronów na większą odległość (to tzw. przeniesienie elektronów dalekiego zasięgu – ang. long-range electron transfer). Dotąd obserwowano tylko takie sytuacje, w których elektron skakał na sporą odległość, ale pod warunkiem, że miał na swojej drodze „schodki”, miejsca w cząsteczce, po których mógł po drodze kolejno przeskakiwać, aby w rezultacie przebyć dłuższą trasę.

Teraz zespół naukowców pod kierunkiem prof. Daniela Gryko z Instytutu Chemii Organicznej PAN pokazał nowy sposób takiego przenoszenia elektronów poprzez tunelowanie (ang. tunneling) – tzn. bez tradycyjnych „schodków”.

„W naszych badaniach po raz pierwszy udało się udowodnić, że proces przeniesienia elektronów może zachodzić pomiędzy przeciwległymi i położonymi daleko od siebie fragmentami, pod warunkiem, że w cząsteczce istnieje sieć wewnętrznych wiązań wodorowych” – streszcza w rozmowie z PAP prof. Daniel Gryko. To kierownik zespołu, którego badania ukazały się w prestiżowym czasopiśmie PNAS.

W badaniach brali udział badacze z IChO PAN: Rafał Orłowski (pierwszy autor pracy), prof. Agnieszka Szumna i dr Olga Staszewska-Krajewska, ale również badacze z Kalifornii (zespoły kierowane przez prof. Harrego Graya oraz przez prof. Valentine Vulleva) .

Pokazanie tego procesu było bardzo trudne – naukowcy musieli zaprojektować i wytworzyć cząsteczkę, w której dojdzie do takiego przeniesienia elektronów. Badania zajęły im trzy lata, ale trud ten się opłacił. W cząsteczce tej elektron przenosił się z jednego końca cząsteczki na drugi, chociaż byłoby to niemożliwe gdyby kształt cząsteczki był liniowy.

Kluczowe jest to, że cząsteczka zaprojektowana przez naukowców nie była liniowa ale raczej zawinięta w kształt skorpiona. Molekuła ta składająca się z kilku aminokwasów posiada w swojej budowie część bogatą w elektrony (donor), oraz ubogą w elektrony (akceptor). Elektrony z jednego końca cząsteczki miały więc „ochotę” dostać się na drugi jej koniec, ale podróż ładunku wzdłuż całej cząsteczki nie była możliwa. Jedyne, co się mogło tam zadziać, to skok elektronu z „głowy” skorpiona na jego „ogon”. Badacze pokazali, że jest to możliwe – dzięki temu, że podczas skoku elektron mógł skorzystać z obecności wewnątrzcząsteczkowych wiązań wodorowych, które się znalazły na jego trasie – a więc sił, które spinały ogon i głowę skorpiona. Nowatorskim pomysłem było takie dobranie donora i akceptora aby tworzyły wiązania wodorowe.

„Spodziewamy się, że inne zespoły wykorzystają ten model i naszą wiedzę, by zaprojektować swoje cząsteczki do innych celów – nie tylko chodzi o biologię molekularną, ale i o chemię materiałową” – mówi prof. Gryko. Ma nadzieję, że nowa wiedza o przenoszeniu elektronów w cząsteczkach pomoże nie tylko lepiej zrozumieć działanie białek, ale również pomoże w opracowaniu nowych rozwiązań szczególnie powiązanych z ogniwami słonecznymi.

„W naszych badaniach pokazujemy, że krótkie peptydy, zawierające zaledwie cztery reszty aminokwasowe, zapewniają sieć wiązań wodorowych, która może pośredniczyć w przenoszeniu elektronów z niezwykle wysoką wydajnością. Praca ta nie tylko zmienia spojrzenie na projektowanie cząsteczek, w których zachodzi przeniesienie elektronu, ale także sugeruje motywy strukturalne pośredniczące w transmisji elektronów w białkach” – podsumowuje prof. Gryko.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Wiązania wodorowe pomagają w przenoszeniu elektronów została wyłączona

Archeolog: odkryliśmy największe w Polsce centrum produkcji garncarskiej z okresu rzymskiego

Olbrzymie centrum produkcji garncarskiej z okresu wpływów rzymskich, czyli mające ponad 1,5 tys. lat, odkryli archeolodzy we Wrzępi (Małopolska). Zdaniem odkrywców jest to największe w Polsce i jedno z największych…

Olbrzymie centrum produkcji garncarskiej z okresu wpływów rzymskich, czyli mające ponad 1,5 tys. lat, odkryli archeolodzy we Wrzępi (Małopolska). Zdaniem odkrywców jest to największe w Polsce i jedno z największych w Europie stanowisk archeologicznych tego typu. Składa się na nie ok. 130 pieców.

Do tej pory w sposób wykopaliskowy archeolodzy przebadali tylko pozostałości po dwóch piecach – pozostałe udało się namierzyć dzięki zastosowaniu magnetometru na obszarze około 5 hektarów.

„Z naszych badań wynika, że wytwarzano tam wyłącznie naczynia zasobowe o charakterystycznych pogrubionych wylewach. Były to duże naczynia do 50 cm średnicy wylewu i około 70 cm wysokości. Naczynia były najpewniej stosowane do przechowywania – np. pożywienia. Znane są odkrycia wkopanych w ziemie tego typu naczyń gdzie pełniły najpewniej rolę swoistych spiżarni” – tłumaczy PAP archeolog Jan Bulas. Wykopaliska we Wrzępi prowadzili też Magdalena Okońska-Bulas i Marcin M. Przybyła.

Naczynia wypalane w odkrytych piecach, wykonywano przy użyciu koła garncarskiego, które w tym okresie upowszechniło się w tym rejonie.

Z dotychczasowych badań wynika, że piece działały pełną parą między przełomem II/III a V w. W tym czasie na tych obszarach mieszkały plemiona germańskie, zapewne Wandalowie.

„Stanowisko we Wrzępi unikatowe jest z wielu względów. Podkreślić należy, iż w świetle obecnej wiedzy jest to nie tylko największe tego typu stanowisko produkcyjne na ziemiach polskich, ale także jedno z największych w całej barbarzyńskiej Europie okresu rzymskiego. Jedynym porównywalnym pod względem liczby pieców miejscem jest wielkie centrum produkcji z Medieșu Aurit w Rumuni, gdzie badacze także na podstawie badań magnetycznych szacują liczbę ponad 200 pieców” – mówi Bulas.

Archeolog przypomina w rozmowie z PAP, że z regionu znane były inne stanowiska z piecami garncarskimi z tego okresu. „Największe do tej pory stanowisko z piecami garncarskimi kultury przeworskiej (identyfikowanej przez archeologów z Wandalami – PAP) znajduje się w Zofipolu pod Krakowem, gdzie dzięki badaniom wykopaliskowym i badaniom geofizycznym namierzono około 57 pieców” – wskazuje Bulas.

Na terenach dzisiejszej Polski w tym samym czasie działały także duże ośrodki produkcji żelaza. Największe znajdowało się w Górach Świętokrzyskich, a kolejne duże ośrodki znane są z Mazowsza i Śląska. Były to jedne z największych starożytnych ośrodków hutniczych na terenie tzw. barbarzyńskiej Europy – przypomina Bulas.

Jego zdaniem zarówno ośrodki produkcji żelaza, jak odkrywane centra produkcji naczyń ceramicznych pokazują, jak silnie rozwinięta w tym czasie była gospodarka barbarzyńców.

Naukowiec podkreśla, że odkrycie we Wrzępi jest ciągle nowe – badania terenowe zakończyły się zaledwie kilka dni temu. Teraz przez badaczami pora na wykonanie specjalistycznych analiz odkrytych zabytków. Jednak planują oni powrócić w teren w przyszłym roku. Bulas mówi, że stanowisko archeologiczne jest niszczone. Wymaga pilnej interwencji i zabezpieczenia możliwie licznych pozostałości pieców.

Archeolodzy chcą się dowiedzieć, czy odkryte przez nich centrum produkcyjne było wykorzystywane przez kilka wieków, czy niezwykle intensywnie przez krótki okres. Nie wiadomo też, jak szerokie zapotrzebowanie zaspakajały wytwarzane tam produkty.

„Wydaje się jednak że lokalne, ponieważ brak jest odkryć naczyń o charakterystycznej technologii znanej z tego regionu na północ od niedaleko położonej Wisły” – zaznacza Bulas. Archeolodzy planują też badania na innych stanowiskach z piecami garncarskimi w regionie, które mogły się specjalizować w produkcji innego typu naczyń.(PAP)

autor: Szymon Zdziebłowski

więcej zdjęć na:

https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C87075%2Carcheolog-odkrylismy-najwieksze-w-polsce-centrum-produkcji-garncarskiej-z

Możliwość komentowania Archeolog: odkryliśmy największe w Polsce centrum produkcji garncarskiej z okresu rzymskiego została wyłączona

Księżycowa misja na Ziemi

W ramach analogowej misji Orfeusz testowali najnowsze skafandry. Prowadzili eksperymenty biologiczne i inżynierskie. Podejmowali trudne wyzwania podczas spacerów kosmicznych, a wszystko to na „Księżycu”, który znajdował się na… Ziemi. A…

W ramach analogowej misji Orfeusz testowali najnowsze skafandry. Prowadzili eksperymenty biologiczne i inżynierskie. Podejmowali trudne wyzwania podczas spacerów kosmicznych, a wszystko to na „Księżycu”, który znajdował się na… Ziemi. A dokładniej w Polsce, na dawnym lotnisku wojskowym w Pile. Już dziś (26 marca) o 18:00 będzie okazja do tego, aby poznać ich osobiście podczas spotkania online – „Księżycowa misja na Ziemi”.

Podczas spotkania organizatorzy zaplanowali rozmowy o tym, czym są analogowe habitaty, jak program Stacji Badawczej LunAres pomaga naukowcom z całego świata wziąć udział w symulacjach odkrywania nowych granic eksploracji kosmosu oraz w jaki sposób będziemy zachowywali się jako społeczeństwo na innej planecie lub księżycu? Czy możemy zgłębiać i rozwijać medycynę w surowym klimacie Księżyca? Jakie nowe technologie możemy badać i testować w analogowym habitacie?

Misja Orfeusz

Stacja Badawcza LunAres to tzw. habitat analogowy – środowisko symulujące bazę księżycową lub marsjańską. Naukowcy i naukowczynie z całego świata prowadzą tu symulacje związane z eksploracją kosmosu. Testują zrównoważone technologie, systemy podtrzymywania życia, prowadzą eksperymenty medyczne. Takie badania pomagają w przygotowaniu procedur i przeanalizowaniu zdarzeń, które mogą wystąpić podczas rzeczywistej misji na Księżycu. Bezpieczniej jest przetestować różne scenariusze jeszcze na Ziemi.

W ramach misji Orfeusz, sześcioro analogowych astronautów i astronautek z Polski, Kanady, Francji, Meksyku i Egiptu przez dwa tygodnie przebywało w kompletnej izolacji „na Księżycu”. Wykonali 14 zróżnicowanych zadań i eksperymentów badawczych. Sprawdzali, czy można rozwijać medycynę w surowym klimacie Księżyca i zastanawiali się, jaką społeczność stworzylibyśmy żyjąc na innej planecie. Misja była częścią projektu Kampania Izolacji Pandemicznej pod patronatem Ministerstwa Zdrowia. Jej cel to identyfikacja potencjalnych skutków zdrowotnych dwutygodniowej kwarantanny. Badania mogą pomóc nie tylko w eksploracji kosmosu, ale także w zrozumieniu efektów długotrwałej izolacji.

Szczegóły i program wydarzenia

Wydarzenie odbędzie się dziś (26 marca) o 18.00 w dwóch wersjach językowych:

Transmisja w języku polskim na żywo na profilu Facebookhttps://fb.me/e/2kJn29e99

Transmisja w języku angielskim na żywo na kanale YouTube:

  • 18:00 – 18:15   rozpoczęcie wydarzenia
  • 18:15 – 18:30   Lunares – anlaogowy habitat
  • 18:30 – 18:45   pokaz Planetarium „Księżycowa historia” 
  • 18:45 – 19:35   wywiady z załogą misji Orfeusz 
  • 19:35 – 19:55   filmowa podróż na misję Orfeusz oraz pytania od widzów 
  • 19:55 – 20:00   zakończenie

Uczestnicy wydarzenia (załoga misji Orfeusz)

Dr. Benjamin Pothier – francuski naukowiec. Dzięki udziałowi w różnych wyprawach i szkoleniach analogowych astronautów na całym świecie, ma bogate doświadczenie przebywania w środowisku I.C.E (izolowanym, zamkniętym i ekstremalnym). Jego badania dotyczą życia ludzi w takich warunkach.
Dr. Shawna Pandya – kanadyjska naukowczyni, lekarka, kandydatka na astronautę. Prowadzi badania związane z medycyną i neurobiologią. Przetestowała komercyjny skafander kosmiczny w warunkach mikro-grawitacji.
Eduardo Salazar Perez – meksykański inżynier. Jest członkiem zespołu zajmującego się rozwojem technologii stratosferycznej i kosmicznej.
Ola Kozawska – polska inżynierka. projektantka usług i strategii z doświadczeniem w stosowaniu narzędzi projektowych i metod zorientowanych na człowieka w różnych branżach.
________________________

Współorganizatorami przedsięwzięcia są:

Centrum Nauki Kopernik, ESERO-Polska, Lunares Research Station, Ambasada Kanady w Polsce, Ambasada Francji w Polsce, Instytut Francuski oraz Ambasada Meksyku w Polsce

Możliwość komentowania Księżycowa misja na Ziemi została wyłączona

Lekcja z historii: ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań

Ludzie potrafili być odporni na niedogodności związane z historycznymi wahaniami klimatu – pokazują badania w „Nature” z udziałem Polaków. Badania te dają nam też lekcję na przyszłość – ze zmianami…

Ludzie potrafili być odporni na niedogodności związane z historycznymi wahaniami klimatu – pokazują badania w „Nature” z udziałem Polaków. Badania te dają nam też lekcję na przyszłość – ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań – komentują autorzy.

W artykule opublikowanym w czasopiśmie „Nature” (https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2), międzynarodowy zespół naukowców – archeologów, geografów, historyków i paleoklimatologów – zestawił przykłady, jak społeczeństwa przystosowały się do wahań klimatu: ochłodzenia w czasie późnoantycznej małej epoki lodowcowej z VI wieku oraz Małej Epoki Lodowcowej, która trwała od XIII do XIX wieku.

DOSTOSOWAĆ SIĘ

„Przez dekady dominowało podejście deterministyczne, w którym klimat i jego zmiany prezentowano często jako decydujący, destrukcyjny czynnik niszczący społeczeństwa, państwa czy gospodarki. W uproszczonych modelach wskazywano na bezbronność dawnych społeczeństw” – komentuje dla PAP jeden z autorów pracy historyk dr hab. Piotr Guzowski z Uniwersytetu w Białymstoku. I dodaje, że publikacja w „Nature” zwracając uwagę na dwa okresy uznawane za kryzysowe pokazuje jednak, że ludzie potrafili być odporni na niedogodności i mogli się do zmienionych warunków dostosować. „Wytworzyli oni mechanizmy gospodarcze, społeczne, instytucjonalne, które nawet w teoretycznie niesprzyjających warunkach pozwalały na rozwój np. rolnictwa czy handlu” – podsumowuje dr Guzowski.

WNIOSKI NA PRZYSZŁOŚĆ

Historyk dr hab. Adam Izdebski z Uniwersytetu Jagiellońskiego zaznacza, że zmiany klimatyczne, które nas czekają w XXI w., są znacznie większe i gwałtowniejsze niż wahania klimatu w czasach historycznych. A poza tym dzisiejsze społeczeństwa, skala zglobalizowania świata i możliwości technologiczne, zrozumienie tego, co się dzieje, jest inne niż w czasach poprzednich zmian w klimacie.

„Na podstawie badań historycznych raczej nie jesteśmy więc w stanie zaproponować rozwiązań na przyszłość, ale jesteśmy w stanie na poziomie strategicznym zauważyć, które społeczeństwa sobie radziły, a które nie” – dodaje dr Izdebski. I tłumaczy, że bardziej odporne były te społeczeństwa, które potrafiły sprawnie się zreorganizować. A to zwykle wiązało się z kosztami.

„Ze zmianami klimatu możemy sobie poradzić, ale wymagają one działań. Jest dużo historycznych przykładów sukcesu, ale one nigdy nie zakładają, że społeczeństwa trwały niezmienione” – ocenia Izdebski.

Jego zdaniem w budowaniu odporności społeczeństw na niekorzystne zmiany ważna jest identyfikacja zasobów, które pomogą przystosować się do zmian i budowanie na tych zasobach.

Naukowcy wymieniają w publikacji pięć sfer, w których społeczeństwa dostosowywały się do nowych warunków klimatycznych.

Naukowcy zidentyfikowali pięć obszarów, w których społeczeństwa dostosowywały się do wahań klimatu. Są to: 1. wykorzystywanie nowych możliwości; 2. Poleganie na odpornych zasobach energetycznych; 3. wykorzystanie handlu; 4. zmiany polityczne i instytucjonalne; 5 migracje i transformacje. Źródło: Dagomar Degroot et al. Nature 2021 https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2

Rys: Naukowcy zidentyfikowali pięć obszarów, w których społeczeństwa dostosowywały się do wahań klimatu. Są to: 1. wykorzystywanie nowych możliwości; 2. Poleganie na odpornych zasobach energetycznych; 3. wykorzystanie handlu; 4. zmiany polityczne i instytucjonalne; 5 migracje i transformacje. Źródło: Dagomar Degroot et al. Nature 2021 https://dx.doi.org/10.1038/s41586-021-03190-2

KORZYSTANIE Z NOWYCH MOŻLIWOŚCI

Pierwszą ze sfer jest wykorzystywanie nowych możliwości, które pojawiły się w związku z wahaniami klimatu. I tak np. kiedy stało się bardziej wilgotno – w niektórych miejscach tak dostosowano infrastrukturę, aby umożliwić rozprzestrzenienie się rolnictwa i osadnictwa na terenach, które były dotąd zbyt suche.

ENERGIA

Druga rzecz to poleganie na odpornych zasobach energetycznych. To akurat było o tyle istotne w badanych okresach, że klimat stał się chłodniejszy, więc choćby ogrzewanie domostw stało się istotniejsze. Dr Izdebski podaje przykład Krakowa na przełomie XVIII i XIX w. Kiedy w czasie wojen napoleońskich drogi dostaw węgla drzewnego do miasta zostały odcięte, przerzucono się na węgiel kamienny, który zaczęto przywozić – tymi samymi wozami – z drugiej strony miasta.

Innym sposobem zapewnienia sobie stałego dostępu do energii w czasie Małej Epoki Lodowcowej było zrównoważone wykorzystanie lasów. „Lasów nie wycinano w całości, ale pozwalano im odrastać i w stabilny sposób dostarczać energii” – opisuje dr Izdebski.

HANDEL

Kolejnym elementem zmian w społeczeństwach w związku z wahaniami klimatu było czerpanie z możliwości zapewnianych przez handel. Jeśli jakaś społeczność utraciła możliwość wytwarzania jakiegoś produktu, to za pomocą istniejącej infrastruktury handlowej mogła zacząć go sprowadzać z innych terenów. I tak np. w starożytnej Grecji skupiono się na hodowli oliwek, ale już zboże sprowadzano z Sycylii czy z rejonów Morza Czarnego. Dr Izdebski komentuje, że w sytuacjach ekstremalnych poleganie jedynie na własnych zasobach może nie wystarczyć. A niezależność można uzyskać – paradoksalnie – poprzez korzystanie z zasobów innych regionów.

ELASTYCZNE INSTYTUCJE

Następnym opisanym w publikacji elementem, który pomagał przystosować się do zmian, była adaptacja instytucjonalna. I tak np. kiedy Cesarstwo Wschodniorzymskie doświadczyło wahań klimatu i inwazji pod koniec starożytności, zaczęło się pojawiać wiele zmian prawnych wprowadzanych ad hoc. Historyk z UJ tłumaczy, że zamiast wprowadzać nowe obszerne kodeksy, przygotowywano bryki, kompendia przepisów dotyczących nowej sfery życia, żeby ją szybko zreorganizować. I tak powstawały wyciągi przepisów dotyczące wsi, spraw wojskowych, handlu na morzu.

„Teraz – jeśli chodzi o działania związane z COVID-19 – takie działania ad hoc widać w Polsce i wielu krajach europejskich. A z historii widać, że takie podejście ma sens. Systemy, które są elastyczne i które są w stanie wprowadzać zmiany szybko, są w stanie przetrwać” – podsumowuje dr Izdebski.

MIGRACJE

Kolejną sferą dostosowań są migracje i transformacje. „W Europie i Azji przykładów, kiedy pogarszający się klimat wypychał ludność z danego terenu nie ma dużo” – mówi dr Izdebski. Zaznacza jednak, że na innych kontynentach jak Afryka czy Ameryka takich migracji opisywano więcej. I komentuje, że możliwości adaptacji w złożonych społeczeństwach są dość duże.

„W kontekście obecnych zmian klimatu widzimy więc, że jest pewna zdolność społeczeństw do przyjmowania szoków i znajdowania rozwiązań. Ale do pewnego stopnia. Jeśli zmiany klimatyczne będą znacznie większe – w niektórych obszarach może już nie być przestrzeni do dostosowywana się. I będzie dochodziło do migracji” – ocenia historyk.

JEST NADZIEJA

źródło UwB
dr hab Piotr Guzowski, źródło UwB

Dr Piotr Guzowski podsumowuje: „W sumie to bardzo optymistyczny artykuł, bo zwraca uwagę w jakimś sensie na geniusz ludzki dawnych pokoleń adaptujących się do zmian, daje lepsze podstawy do badania wpływu klimatu na dawne społeczeństwa i pozwala nieco optymistyczniej popatrzeć na zmiany klimatu, które zachodzą obecnie (nawet jeśli mają one inny charakter i intensywność niż kiedyś)”.

A dr Izdebski dodaje: „Te badania są dla nas źródłem nadziei – zdolność dostosowywania się do sytuacji jest wpisana w ludzką kulturę, działanie cywilizacji. Jesteśmy w tym nieźli. Ale to wymaga dostosowywania się. Jeśli nic się nie zrobi, napór ze strony warunków przyrodniczych może być tak duży, że system się załamuje” – podsumowuje dr Izdebski. I dodaje: „chcemy nadać pozytywny sygnał. Może nie taki, że cokolwiek się stanie, to sobie poradzimy, ale raczej taki, że jest dużo możliwości poradzenia sobie. To jednak wymaga wysiłku, zmian, działania”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Lekcja z historii: ze zmianami klimatu można sobie poradzić, ale wymaga to działań została wyłączona

Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty…

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty związane z jej podaniem to powód do strachu?

Gdy umawiałem się z moim gościem na rozmowę myślałem, że jej tematem będzie skuteczność szczepień w takich krajach, jak Izrael czy Wielka Brytania. Jednak w ciągu kilku ostatnich dni bardzo dużo się wydarzyło i nie mogę nie poświęcić dużej części naszej rozmowy brytyjskiej/oksfordzkiej szczepionce AstraZeneca. Kolejne kraje zawiesiły program jej wykorzystywania. Powstaje pytanie, czy ona jest niebezpieczna i jest się czego obawiać? Zapraszam do przeczytania materiału, który powstał w ramach opracowania rozmowy z doktorem Pawłem Grzesiowskim – pediatrą, nauczycielem akademickim i ekspertem Naczelnej Rady Lekarskiej. Rozmowę przeprowadziłem na antenie Radia 357.

Nasze podejście do epidemii: 2020 vs 2021 rok

Tomasz Rożek: Panie doktorze dokładnie rok temu w trochę innej rzeczywistości radiowej rozmawialiśmy właśnie na temat epidemii. Ona się wtedy zaczynała, jeszcze specjalnie się do niej nie przywiązywaliśmy. Być może niektórzy słyszeli napływające zewsząd informacje, ale wielu jeszcze nie bardzo wierzyło, że w XXI wieku, w środku Europy, możliwa jest epidemia, która spowoduje taki bałagan, z jakim właśnie mamy do czynienia. Co dzisiaj wiemy, czego wtedy nie wiedzieliśmy? Albo jakie rok temu mogliśmy podjąć decyzje, żeby dzisiaj było lepiej?

dr Paweł Grzesiowski: To trudne pytanie, bo dzisiaj mamy doświadczenia z ostatniego roku. Rok temu nie mając doświadczeń nie mogliśmy przewidzieć takich komplikacji, z jakimi mamy do czynienia teraz. Niestety mimo dużych doświadczeń naukowych i medycznych, przewidzenie rozwoju pandemii nowego wirusa – podkreślam to z pełną świadomością – nowego wirusa w rozumieniu układu odporności człowieka, jest moim zdaniem niemożliwe. Moglibyśmy tylko odwoływać się do przeszłości, do innych pandemii, a pamiętajmy, że te poprzednie pandemie jednak dotyczyły wirusów już chociaż trochę znanych w naszemu układowi odporności. Np. grypa, odra, ospa prawdziwa, ebola czy HIV, który pojawił się w okolicach lat ’80.

Tomasz Rożek: Czy rok temu myślał Pan, że ten wirus będzie groźniejszy niż jest w rzeczywistości, czy przeciwnie, myślał Pan, że wszystko pójdzie łatwiej, a jak widać nie idzie łatwo.

dr Paweł Grzesiowski: Takie wątpliwości miałem w połowie stycznia, kiedy dostaliśmy pierwsze raporty z Chin, takie konkretne, bo przecież wiemy że Chiny dopiero  31 grudnia zgłosiły oficjalnie do WHO kilkanaście przypadków niewyjaśnionych zgonów z powodu jakiegoś ciężkiego zapalenia płuc, które nie było grypą. W połowie stycznia jeszcze mieliśmy wątpliwości, zastanawialiśmy się, czy nie jest to być może kolejna lokalna odmiana SARS lub może MERS. Na pewno jednak nie sądziliśmy, że to są wirusy o znaczeniu globalnym. Natomiast już w marcu, kiedy odnotowaliśmy przypadki poza Azją i epidemia rozpoczęła się w Europie – we Włoszech,  w Stanach Zjednoczonych (i były to ciężkie przypadki), to miałem przekonanie, że czeka nas bardzo poważny problem. Powiem szczerze, że wtedy bałem się bardziej niż teraz, bo wtedy raporty były znacznie bardziej dramatyczne, mimo że wykrywaliśmy mniej przypadków i współczynnik śmiertelności był szacowany na 10 proc. Gdybyśmy dzisiaj wyobrazili sobie, że zmarło nie 2,6 miliona, lecz 26 milionów ludzi, to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu historycznie.

Strategiczny zwrot akcji – szczepionki!

Tomasz Rożek: W międzyczasie bardzo wiele się wydarzyło. Tak zwana pierwsza fala w Polsce w ogóle się nie zadziała (latami będziemy jeszcze analizować te liczby). Druga fala uderzyła w nas mocno, ale po niej pojawiły się szczepionki i wielu z nas kamień spadł z serca. Można byłoby powiedzieć, że wygraliśmy, ale mamy teraz do czynienia z trzecią falą. Mamy szczepionki, ale nagle się okazało, że wzbudzają one wiele emocji, także negatywnych. Rozumiem, że pan jako lekarz jak słyszy o tym, że szczepionki tylko szkodzą, to podnosi się panu ciśnienie. Nie wiadomo, jak to interpretować, ale pojawia się sporo kontrowersji wokół brytyjskiej, oksfordzkiej szczepionki AstraZeneca. Jak pan na to patrzy?

dr Paweł Grzesiowski: Nastawienie do szczepień zmieniło się radykalnie. Pamiętacie państwo pewnie te wyniki wstępnych szacunków z okolic października, listopada ubiegłego roku, które porównywały nastawienie do szczepień z okresu jeszcze przed wakacjami. Z 40 proc. zaufania do szczepień notowania wzrosły do pięćdziesięciu kilku proc., natomiast te same badania powtórzone dwa miesiące później pokazały, że już zaufanie do szczepień w momencie kiedy one weszły na rynek skoczyło do ponad 60 proc.

To pokazuje, że my, jako ludzkość, jednak dajemy wiarę i ufamy tej gałęzi przemysłu i nauki. I te procenty zaufania jeszcze bardziej wzrosły biorąc pod uwagę liczbę zgłaszających się na szczepienia. Ale tak jest z każdym dobrem. Jeżeli ono da się oswoić i jeśli minie moment, gdy wszyscy czegoś bardzo chcemy, to zaczynamy zyskiwać pewien dystans.

Myślę, że jesteśmy w tej chwili w momencie takiego dystansu, kiedy dotarła do nas informacja, że po jednej ze szczepionek coś się wydarzyło w jednym kraju, potem w następnym. W różnych środowiskach zawieszono szczepienia, ktoś zrobił to samo i w tej chwili obserwujemy dokładnie odwrotny efekt domina. Zauważmy, że o ile początkowo kolejny kraj po kraju, czy każda kolejna osoba po osobie nabierała zaufania do szczepień, tak w tej chwili widzimy, że zaufanie do szczepionek (bo to nie jest tylko problem szczepionki AstraZeneca) maleje i zauważamy, że kolejne kraje, mimo że nie dochodzi do kolejnych incydentów związanych, zawieszają stosowanie tej szczepionki. Czyli można powiedzieć, że jest to ewidentnie działanie bardziej emocjonalne i podyktowane niepokojem obywateli, niż faktami naukowymi, medycznymi.

Szczepionki na koronawirusa – czym się różnią?

Tomasz Rożek: Zanim przejdziemy do tych niepewnych albo pewnych faktów, chciałbym jeszcze Pana zapytać o to, czym różnią się szczepionki na koronawirusa? Mamy dzisiaj na rynku cztery firmy: Pfizer, Moderna, AstraZeneca i Johnson&Johnson. Czy różni je tylko i wyłącznie nazwa? Czy one się różnią jakoś zasadniczo od siebie?

dr Paweł Grzesiowski: Zdecydowanie różnią się bardzo mocno technologicznie. Natomiast z punktu widzenia działania na układ odpornościowy byłoby pewnym problemem, żeby rozróżnić efekty. Zarówno po szczepionkach mRNA, jak i wektorowych DNA powstają przeciwciała przeciwko białku S. Różnica polega na tym, że w różny sposób jest podawana informacja. Szczepionki mRNA, czyli szczepionki firmy Pfizer, Moderna, są szczepionkami, można powiedzieć, najbardziej czystymi w swojej istocie. Otóż jest zapisana informacja w mRNA, czyli w kodzie genetycznym, który jest bezpośrednio podłączony do naszych „drukarek” czyli naszych rybosomów, w których produkowane jest białko wirusa. Szczepionki wektorowe, żeby te informacje przekazać potrzebują właśnie tego wektora, czyli jakiegoś przekaźnika, a tym przekaźnikiem jest wirus małpi, którego znamy i jest nieszkodliwy dla człowieka. Jest to wirus małpi przeziębieniowy, więc de facto nie powinien u człowieka wywoływać żadnych istotnych objawów, jak również nie powinien powodować powikłań i różnica polega na tym, że w szczepionkach wektorowych czyli Astry i Johnson&Johnson ta informacja o wirusie jest zakodowana w kwasie DNA i rozpakowywana przez komórkę, która dopiero przepisuje ten kod na RNA i z tego powstaje białko. Czyli szczepionki wektorowe są bardziej skomplikowane w rozumieniu tego cyklu od podania do wytworzenia białka wirusa na powierzchni naszych komórek, natomiast efekt jest ten sam. W naszych komórkach pojawia się białko wirusowe, czyli można porównać do sytuacji, w której ktoś z nas nagle zaczął mieć jakąś cechę wroga i właśnie nasze komórki prezentują tę cechę wroga, będąc całkowicie nieszkodliwymi. Nasz organizm uczy się, że ten wróg wygląda właśnie tak i należy go atakować w momencie, kiedy on się pojawi w naturze.

Czyli te szczepionki, które w tej chwili mamy w Europie, te cztery, o których wspominaliśmy na początku, mają dokładnie takie mechanizmy. Mamy jeszcze inne szczepionki zarejestrowane na świecie, chociażby chińskie, gdzie wymyślono zupełnie inną koncepcję. Ona polega na tym, że hoduje się wirusa na liniach komórkowych, następnie się go zabija i umieszcza w szczepionce. Znamy takie szczepionki przecież od lat – są tworzone chociażby przeciwko polio.

Co z tą AstrąZenecą?

Tomasz Rożek: Czy ten inny mechanizm oznacza także inną skuteczność tych szczepionek? Sporo też mówiło się o tym, że AstraZeneca na przykład jest szczepionką, która ma niską skuteczność szczególnie dla osób w wieku starszym. Czy to ma jakieś pokrycie w faktach?

dr Paweł Grzesiowski: Moim zdaniem tu się pojawiły kwestie niemedyczne. Szczepionka Astra wystartowała fatalnie jeżeli chodzi o jej pijar. Może to przypadek, ale przecież pamiętajmy, że ta szczepionka wystartowała w Wielkiej Brytanii, która odłączyła się od Unii Europejskiej, więc już na samym początku świat był sceptyczny wobec tego, że Anglicy, którzy chcą się odłączyć od Unii, sami sobie wyprodukowali szczepionkę. I co jeszcze bardziej mogło rozzłościć wszystkich, mianowicie Brytyjczycy zarejestrowali ją zanim firmy przystąpiły do rejestracji swoich szczepionek w Unii Europejskiej. Czyli Anglicy zaczęli szczepić szczepionką, którą zarejestrowali sami u siebie, a dopiero potem ta szczepionka została przedstawiona do rejestracji w Unii Europejskiej. Już sam ten fakt moim zdaniem budził niedobre emocje wokół tej szczepionki, bo gdyby to się stało w Chinach, w Rosji czy w Indiach, to w ogóle to nie wzbudziłoby emocji.

To trochę wygląda tak, że Brytyjczycy, którzy nie dość, że się właśnie wyłamali ze Wspólnoty, to jeszcze sobie sami dosyć sprawnie radzą i wyprodukowali szczepionkę, którą zaczęli stosować jeszcze przed wszystkimi innymi krajami. Co więcej, z dużym powodzeniem, bo przecież wiemy, w jakim momencie ta szczepionka startowała. Fala trzecia brytyjska, grudniowa, była dramatyczna i tam był lock down piątego stopnia, co oznaczało, że właściwie nie wolno było wychodzić z domu. My tego w ogóle nie doświadczyliśmy jeszcze.

Natomiast ten początek dla szczepionki był fatalny jeszcze z innego powodu. Otóż Brytyjczycy, którzy są bardzo dokładni w badaniach, poddali tę szczepionkę 2-stopniowemu badaniu skuteczności. Otóż badano nie tylko objawy Covid-19 po szczepieniu, ale również bezobjawowych nosicieli wirusa. Okazało, że ta szczepionka rzeczywiście w stu procentach praktycznie chroni przed śmiercią lub ciężkim przebiegiem choroby. Ale w osiemdziesięciu kilku procentach po sześciu tygodniach chroni przed bezobjawową postacią – nie w stu procentach, nie w dziewięćdziesięciu kilku… Natomiast firmy Pfizer i Moderna w ogóle nie badały tego obszaru, czyli bezobjawowego nosicielstwa, tylko podawały skuteczność w zapobieganiu objawowemu covidowi. I tu skuteczność jest na poziomie 94 i 95 proc. Czyli już na starcie Brytyjczycy, którzy zrobili dokładniejsze badania przegrali, bo podali, że są słabsi. Skuteczność na poziomie 70 kilku proc vs. 90 kilku proc. szczepionek amerykańskich.

Dopiero dzisiaj tak naprawdę poznajemy dopiero badania Pfizera i Moderny w zakresie ochrony przed bezobjawowym przebiegiem choroby. Tych badań w ogóle oni nie mieli wcześniej. Wystarczyło spojrzeć na punkty końcowe badań klinicznych Pfizera i Astry, żeby się przekonać, że tam (AstraZeneca) te 70 proc. nie jest równe temu 95 proc nie dlatego, że jest mniej skuteczna, tylko dlatego, że badano inny proces, inne zjawisko biologiczne.

Mało tego. Proszę zwrócić uwagę, Pfizer i Moderna to firmy amerykańskie, które głównie produkują na rynek amerykański, niewielkimi zasobami wspomagając resztę świata. Pamiętajmy, że na 380 mln dawek na świecie podano 110 mln w Stanach Zjednoczonych, czyli jedna trzecia całego światowego obrotu szczepionkami włączając to chińskie i rosyjskie została podana w Stanach Zjednoczonych. Dlatego nie ma szczepionek Moderny czy Pfizera w nadmiarze w Europie, czy w innych krajach, bo one przede wszystkim zaopatrują rynek amerykański. Dodatkowo konkurencja między rynkami, na które szczepionki mają być dostarczane.

Tomasz Rożek: Ale chce Pan powiedzieć, Panie Doktorze, że szczepionka Astra Zeneca to jest najlepsze co mamy teraz? I to cała historia z skrzepami, z jakimiś zatorami, że to wszystko jest wyssane z palca? Czy było jednak coś na rzeczy?

dr Paweł Grzesiowski: Jak wchodziła szczepionka Pfizer i zaczęliśmy szczepić, to w pierwszych dwóch dniach mieliśmy 8 wstrząsów anafilaktycznych. Trzeba było podać adrenalinę, ale nikt z tych osób nie zmarł, bo zadziałano w porę podając im odpowiednie leki, ale początek był dramatyczny! Wchodzi nowa szczepionka, a my tu mamy ogromne odczyny poszczepienne. Potem mieliśmy problem w Norwegii – to był styczeń, kiedy zmarło kilkadziesiąt osób. W Polsce też kilka osób zmarło w domach opieki, a mieliśmy tylko szczepionkę Pfizera. Mówiło się o tym, ale nie tak dużo i nie tak źle, jak teraz wobec szczepionki AstraZeneca. Wyjaśniono, że to nie wina szczepionki w rozumieniu jej wady produkcyjnej, tylko trzeba bardzo ostrożnie kwalifikować starsze osoby do szczepienia. I właściwie te raporty znikły. Przestano o tym komunikować, a pojawiła się szczepionka Astra i tak samo zaczęto mówić o tym, że pojawiły się jakieś przypadki związane z jej działaniami niepożądanym. Jeżeli chodzi o ścisłe fakty medyczne, mamy 17 mln podanych szczepionek. Jeżeli chodzi o AstręZenecę, mamy łącznie 37 przypadków działań niepożądanych (w tym 4 lub 5 śmiertelnych) na 17 mln dawek.

W tej chwili te wszystkie przypadki są poddawane ścisłej analizie Znam już przebieg jednego z tych przypadków i jego historię, a okazało się, że przyczyną był covid. Po przebadaniu tkanek okazało się, że ten pacjent, który zmarł był zarażony wirusem.

Tomasz Rożek: Czy ja to w takim razie dobrze rozumiem, Panie Doktorze, że Pana zdaniem nie ma absolutnie żadnych merytorycznych powodów, żeby z tej szczepionki rezygnować? Czy mamy do czynienia z jakiegoś rodzaju rozgrywkami geopolitycznycmi, politycznymi pomiędzy krajami Unii Europejskiej, w których kraje, które zawieszają szczepienia, chcą pokazać Brytyjczykom, że stać ich na to, żeby nie kupować od Brytyjczyków szczepionek? Jesteśmy w sytuacji trzeciej fali, wiele krajów jest dalej zdewastowanych i czy jest miejsce na to, żeby zupełnie bez powodu rezygnować z szczepionki, która mogłaby przynajmniej częściowo odciążyć.

dr Paweł Grzesiowski: Te przypadki powikłań są faktem, to nie jest wymysł, więc nie chcę przez to powiedzieć, że to wszystko jest jakąś rozgrywką polityczną, ale musimy patrzeć na kontekst. Pierwszym krajem, który ogłosił jakiś problem była Austria, potem pojawiły się kolejne kraje, które wycofały się ze szczepienia bez zaistnienia nowych przypadków po prostu na zasadzie takiej procedury bezpieczeństwa. Być może to jest jakiś argument, że szczepienia tą szczepionką powinny być chwilowo zawieszone aż do momentu wyjaśnienia. Dopóki nie sprawdziłem, wolę nie stosować. Takie podejście jest zgodne z podstawową zasadą domniemania, że skoro nie mamy pewności, to jednak przyjmujemy, że to jest niepożądany odczyn poszczepienny i że lepiej nie podawać tej szczepionki niż prowokować kolejne efekty uboczne.

Tomasz Rożek: Nawet jeżeli prawdopodobieństwo tego odczynu, jak ktoś policzył na Twitterze, jest porównywalne z prawdopodobieństwem uderzenia meteorytu w centrum miasta?

dr Paweł Grzesiowski: Te kraje i też Europejska Agencja Leków czy WHO właśnie kalkulują to ryzyko. Jeżeli to ryzyko związane z wystąpieniem epizodu zatoru jest niższe po szczepieniu niż bez szczepionki, to jak można podejmować decyzje o wstrzymaniu obrotu jakiegoś leku?

Policzono, że te przypadki wśród zaszczepionych osób stanowią znaczącą mniejszość w stosunku do spontanicznie występującej choroby zatorowo-zakrzepowej. Dlaczego więc mielibyśmy wycofywać produkt, który tak naprawdę w grupie, w której jest stosowany redukuje ryzyko wystąpienia zatorów, a nie zwiększa. Więc to jest to drugie podejście, czyli dopóki nie udowodnimy, że coś źle działa, możemy to stosować. Myśmy dużo pracy włożyli w to, żeby wyjaśniać, jako lekarze, że te produkty są równoważne. Że jeżeli chodzi o szczepienie, to skutek, czyli uniknięcie choroby ciężkiej lub zgonu, właściwie są porównywalne.

Potem przyszło szczepienie nauczycieli. W tej grupie większość stanowią kobiety i to kobiety raczej młodsze niż starsze. Okazało się, że wiele osób miało poważne odczucia poszczepienne, czyli gorączka, dreszcze, bóle mięśniowe. Zaskutkowało to tym, że ok 30 proc. Kadry poszło po szczepieniu na zwolnienie, czyli kolejny argument za tym, że szczepionka jest zła, bo wywołuje tak silne działania uboczne, że ludzie muszą rezygnować z pracy i iść na zwolnienie. No więc ta masa negatywnych obserwacji wokół szczepionki Astra powolutku toczyła się jak kula śniegu, robiła coraz większa, aż wreszcie doszło do jeszcze kolejnych informacji, czyli o tych epizodach zatorów zakupowych. No i mamy to co mamy.

Dwie taktyki szczepień: Izrael i Wielka Brytania

Tomasz Rożek: Panie Doktorze, przejdźmy teraz do bardzo ważnego tematu, jakim jest Izrael i Wielka Brytania. To są dwa kraje, które mają wyszczepioną ogromną grupę społeczeństwa. Czy tam w statystykach już widać efekty szczepienia?

dr Paweł Grzesiowski: Bezwzględnie tak. Na szczęście mam same dobre wiadomości.

Izrael ma w tej chwili 99 procentową redukcję śmiertelności w grupie zaszczepionych w stosunku do wcześniejszej grupy niezaszczepionych. Czyli porównując, osoby 60+ o prawie 100 proc. spadła śmiertelność, czyli prawie do zera – to samo w kwestii hospitalizacji. Liczba zachorowań w grupie zaszczepionej spadła o 40 proc., przy zaszczepieniu ok. 80 proc. swojej populacji. Właściwie można powiedzieć, że osiągnęli próg odporności populacji.

Ostatnie zachorowania były na poziomie chyba 2000 przypadków dziennie, a przypomnę, że jeszcze dwa miesiące temu było to 10 tysięcy! Tam też oczywiście był lock down, nie można wszystkich sukcesów przypisywać szczepionkom, natomiast jeżeli chodzi o przypadki śmiertelne, to w styczniu wtedy, kiedy było tych przypadków tak dużo, umierało 100 osób dziennie, a w tej chwili 20. To pokazuje biologicznie, jaki jest efekt szczepienia.

Bardzo podobne wyniki są w Wielkiej Brytanii, przy czym Brytyjczycy szczepią pragmatycznie jedną dawką, natomiast Izrael szczepi dwoma dawkami. Mamy tu zderzenie dwóch koncepcji. Izrael postawił na jak najszybsze szczepienia dwoma dawkami, żeby uzyskać jak najszybciej ten efekt dziewięćdziesięciu kilku proc., natomiast Brytyjczycy postawili na to, żeby zaszczepić jak najwięcej ludzi pierwszą dawką, aby przerwać transmisję wirusa i zahamować liczbę zgonów. Wiemy, że jedna dawka po tych 12 tygodniach chroni prawie w 95 proc. przed śmiercią z powodu wirusa.

Tomasz Rożek: Panie doktorze. I teraz prośba do Pana o to, żeby udzielił Pan odpowiedzi tak lub nie. Czy gdyby to od Pana zależało, czy Pan w Polsce zawiesił szczepienia AstraZeneca?

dr Paweł Grzesiowski: Nie, absolutnie nie! Mało tego powiem jeszcze, że gdybym mógł jutro zaszczepić mojego syna tą szczepionką, to bym zrobił to bez zastanowienia. Proszę mi wierzyć, że ja mówię to, czego uczono mnie przez lata. Czyli dopóki nie udowodni się że coś jest, to tego nie ma. Rozumiem to drugie podejście, że dopóki nie udowodni się, że szczepionka jest bezpieczna, to jej nie wolno stosować, ale ja bym podszedł do tej sprawy od drugiej strony. Skoro wiem, że szczepionka jest bezpieczna na podstawie badań klinicznych, to dlaczego mam zawieszać jej podawanie? Wciąż możemy powiedzieć, że osoby szczepione tą szczepionką w absolutnej większości mają korzyść, a nie ponoszą ryzyko.

 

Na koniec zachęcam do obejrzenia materiału na temat szczepionki AstraZeneca, w którym omawiam zagadnienia związane z bezpieczeństwem tego preparatu.

Możliwość komentowania Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim została wyłączona

Prognozy: śnieżna i mroźna zima? W przyszłości w Polsce będzie raczej wyjątkiem

Śnieżna i mroźna zima, jak w tym roku? W przyszłości będzie ona raczej wyjątkiem. Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy przygotował raport, który odpowiada na pytania, jak będą wyglądać…

Śnieżna i mroźna zima, jak w tym roku? W przyszłości będzie ona raczej wyjątkiem. Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy przygotował raport, który odpowiada na pytania, jak będą wyglądać polskie zimy do 2100 roku.

W lutym br. przez kilkanaście dni utrzymywały się w Polsce śnieg i mróz. A czy w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych śnieżnych i mroźnych zim? Niestety – niekoniecznie. Jak pokazują prognozy klimatyczne przygotowane przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, tegoroczna zima jest bardziej wyjątkiem niż pogodowym standardem, którego możemy spodziewać się przez kolejne dziesięciolecia. Prognozy streścili przedstawiciele Instytutu w przesłanym PAP komunikacie.

Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy w ramach projektu Klimada 2.0 opracował projekcje klimatyczne dla Polski sięgające 2100 roku (https://klimada2.ios.gov.pl/klimat-scenariusze-portal/). Prognozy obejmują między innymi temperaturę powietrza atmosferycznego oraz sumę opadów atmosferycznych.

Opracowując prognozy, przyjęto dwa scenariusze rozwoju. Pierwszy, bardziej optymistyczny z wariantów – RCP4.5 – zakłada, że dzięki wprowadzeniu nowych technologii uda nam się zmniejszyć poziom emisji gazów cieplarnianych do tego stopnia, aby w 2100 roku poziom koncentracji CO2 nie przekraczał 540 ppm. Dla porównania – w 2020 roku wskaźnik ten wynosił 410 ppm. Założenia scenariusza RCP4.5 są szansą na spowolnienie postępujących zmian klimatu i zatrzymanie trwającej degradacji środowiska naturalnego.

Scenariusz ten zakłada, że między dekadami 2021- 2030 a 2081-2090 średnie temperatury w styczniu wzrosną z minus 1 stopnia C do plus 1,2 stopnia C, a więc o 2,2 stopnia C.

Mniej optymistycznym scenariuszem jest wariant RCP8.5, który zakłada utrzymanie aktualnego tempa wzrostu emisji gazów cieplarnianych i osiągnięcie w 2100 roku koncentracji CO2 na poziomie 940 ppm w związku z zachowaniem obecnie wykorzystywanych technologii (tzw. business as usual). Podążanie w kierunku RCP8.5 to droga do postępujących, negatywnych zmian, które w długoletniej perspektywie mogą okazać się zgubne dla całego środowiska.

Według tego scenariusza między dekadą 20210- 2030 a 2081-2090 średnie temperatury w styczniu wzrosną z minus 1,2 stopnia C do 2,7 stopnia C, a więc o 3,9 stopnia C.

„Istotną wspólną cechą dla obydwu wariantów jest większy wzrost wartości średnich temperatur w miesiącach zimowych (grudzień, styczeń, luty) niż miesiącach pozostałych” – skomentowano w komunikacie. I dodano, że w przypadku obydwu scenariuszy intensywność wzrostu temperatury rośnie z zachodu na wschód Polski (taki kierunek zmian jest charakterystyczny dla większości krajów Europy).

„Polska nie jest wyjątkiem – z perspektywy globalnych zmian klimatu, niepokojącym zjawiskiem jest szybsze ocieplanie się klimatu Europy w stosunku to pozostałych części świata. Prognozy EURO-CORDEX wskazują, iż temperatura na Starym Kontynencie w bieżącym wieku będzie nadal rosła w tempie większym od średniej światowej – w porównaniu do okresu 1971-2000 w różnych regionach wzrośnie o 1,4-4,2 st. C w scenariuszu RCP4.5 oraz 2,7 do 6,2 st. C w scenariuszu RCP8.5” – czytamy w informacji prasowej.

IOŚ-PIB przypomina też o dotychczas obserwowanych trendach, jeśli chodzi o średnie temperatury. „Temperatury notowane w ostatnich 40 latach należały do najwyższych w historii instrumentalnych pomiarów w Polsce, a tendencja wzrostowa średniej temperatury powietrza była wyraźna zwłaszcza w miesiącach zimowych. Zmiany widoczne są również w charakterystykach pokrywy śnieżnej, której grubość w okresie 1952-1990 wynosiła średnio w Polsce od 2,5 do 12,9 cm, natomiast w latach 1991-2013 już tylko od 1,7 do 9,7 cm. Wyjątek stanowiły obszary górskie, gdzie notowano pokrywę śnieżną o większej grubości. Skrócił się również czas zalegania śniegu: w latach 1952 – 1990 wynosił on średnio 49 dni, a w 1991 – 2012 – 44 dni. Zmiana jest pozornie niewielka, ale są to średnie wartości w skali całego kraju” – czytamy w informacji prasowej.

Okresem znacznie odbiegającym od wieloletnich pomiarów i obserwacji była zima w 2019 roku, kiedy zaobserwowano temperatury przekraczające średnie wieloletnie dla okresu styczeń – marzec. Podobną tendencję zaobserwowano również rok później – w 2020 roku. Wtedy też temperatura w lutym była znacząco wyższa niż norma w okresie 1971-2000 – w Sandomierzu o 5,4 stopnia C, a w Suwałkach, Wrocławiu, Raciborzu i Kłodzku o 5,1 stopnia C.

Uwagę zwraca fakt, iż na wielu stacjach IMGW (Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej) nie zanotowano wystąpienia pokrywy śnieżnej lub też wystąpiła ona jedynie w pojedynczych dniach. „Wskazuje to na postępującą, obserwowaną w długoletniej perspektywie, tendencję do wzrostu średnich miesięcznych temperatur w miesiącach zimowych oraz do stopniowego zmniejszania się dni z obecnością pokrywy śnieżnej” – skomentowano w komunikacie.

W komunikacie przypomniano, że zima w naszej strefie klimatycznej ma istotne znaczenie nie tylko dla funkcjonowania przyrody oraz rolnictwa. Jeśli bowiem brak pokrywy śnieżnej zimą, to zasilanie wód podziemnych w okresie wiosennym jest skąpe. A w związku z tym występują w późniejszym czasie niskie stany wód w rzekach, a także częściej pojawia się susza (i dłużej się ona utrzymuje).

„Łagodniejsze zimy sprzyjają rozwojowi i ekspansji wielu gatunków roślin – nierzadko inwazyjnych i obcego pochodzenia, zagrażających różnorodności biologicznej naszego krajowego ekosystemu. Niestety wśród gatunków zwierząt, dla których zima okaże się łaskawa, będą również szkodniki, insekty i gatunki przenoszące choroby wektorowo, m.in. kleszcze i komary. Wraz z ociepleniem klimatu, prognozowanym rozwojem i zwiększeniem zasięgu występowania wektorów, możemy spodziewać się istotnego wzrostu ryzyka dla zdrowia oraz zmian w ekosystemach” – komentuje cytowany w komunikacie Krzysztof Skotak z Instytutu Ochrony Środowiska – PIB.

Obecność pokrywy śnieżnej i ujemne temperatury wpływają pośrednio również na funkcjonowanie sektora turystycznego, szczególnie na zimową turystykę górską. (PAP)

Możliwość komentowania Prognozy: śnieżna i mroźna zima? W przyszłości w Polsce będzie raczej wyjątkiem została wyłączona

Polacy opracowali sieć neuronową wykorzystując „masywne” fotony

Zespół kierowany przez Polaków jako pierwszy na świecie zbudował sieć neuronową (sztuczny neuron) opartą o „masywne” fotony – cząstki światła zachowujące się tak, jakby miały masę (tzw. polarytony). Badacze mają…

Zespół kierowany przez Polaków jako pierwszy na świecie zbudował sieć neuronową (sztuczny neuron) opartą o „masywne” fotony – cząstki światła zachowujące się tak, jakby miały masę (tzw. polarytony). Badacze mają nadzieję, że wykorzystanie światła w obliczeniach sztucznej inteligencji jest szansą na duże oszczędności energii. 

Sztuczne sieci neuronowe używane są dziś w coraz większej liczbie zastosowań: w rozpoznawaniu mowy i głosu, obrazów, w tłumaczeniu tekstów, w sterowaniu pojazdami autonomicznymi. „Ilość danych, które chcemy przetwarzać, rośnie, a moc obliczeniowa potrzebna sieciom neuronowym jest bardzo duża i osiąga już limity. Poza tym do przetwarzania tych danych potrzebna jest ogromna ilość energii. Warto zastanowić się więc nad nowymi technologiami” – mówi w rozmowie z PAP prof. Michał Matuszewski z Instytutu Fizyki PAN.

Jego zdaniem nadzieją jest tu przechodzenie z urządzeń elektronicznych – działających za sprawą elektronów – do urządzeń, które wykorzystywać będą fotony, a więc cząstki światła. „Fotony są o tyle dobre, że – w przeciwieństwie do elektronów – ich propagacja odbywa się właściwe bez strat energii” – mówi prof. Matuszewski. Zwraca uwagę, że od dawna stosuje się już tę ideę w telekomunikacji – do przesyłania informacji na duże odległości wykorzystywane są przecież światłowody, a nie elektroniczne kable. Światło jednak cały czas nie jest jeszcze stosowane w wykonywaniu obliczeń komputerowych.

 

Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Fotony są o tyle trudne do wykorzystania w obliczeniach, że – w przeciwieństwie do elektronów – nie oddziałują ze sobą. A takie oddziaływania przydają się choćby do wykonywania operacji w tradycyjnych bramkach logicznych. Naukowcy z FUW – jako pierwsi na świecie – zbudowali sieć neuronową, której działanie jest oparte o fotony zachowujące się tak, jakby miały masę (kwazicząstki – tzw. polarytony). Badania ukazały się w czasopiśmie naukowym „Nano Letters” (https://dx.doi.org/10.1021/acs.nanolett.0c04696 ).

„My w swoich badaniach proponujemy rozwiązanie, które jest hybrydą elektroniki i fotoniki. Sieci neuronowe, które zaprojektowaliśmy, mają niskie zużycie energii, ale pozwalają wykonywać operacje z dużą skutecznością” – mówi prof. Michał Matuszewski.

W badaniach Polaków fotony więzione są w tzw. mikrownękach optycznych – wpuszcza się je pomiędzy dwa supergładkie lustra. „W takich warunkach można sprawić, że zachowują się jak cząstki z bardzo małą masą. Dołożenie do tego elektronów powoduje, że one mogą ze sobą oddziaływać. Fotony takie nazywamy polarytonami. Mamy więc tam silne oddziaływanie światła z materią” – mówi współautorka pracy dr hab. Barbara Piętka.

„Światło to wykorzystaliśmy do nauki rozpoznawania wzorców” – mówi PAP Michał Matuszewski. I opisuje, że sieć optyczną nauczono rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr (tzw. baza MNIST) ze skutecznością 96 proc. A to znaczy, że sztuczny neuron myli odręcznie napisane cyfry tylko raz na 25 prób. A podczas wykonywania jednej operacji zużywa bardzo mało energii – zaledwie 16 pikodżuli.

„To na razie prototyp. Zrealizowaliśmy sztuczny neuron, a konkretnie 1 bramkę logiczną XOR, która wykonuje operacje w sposób sekwencyjny – jedna po drugiej” – mówi prof. Matuszewski.

Schemat ideowy zastosowania kondensatów polarytonów ekscytonowych jako elementu nieliniowej bramki optycznej XOR. Binarna sieć neuromorficzna została zrealizowana z bramek XOR i zastosowana do rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr ze zbioru danych MNIST. Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021

Rys: Schemat ideowy zastosowania kondensatów polarytonów ekscytonowych jako elementu nieliniowej bramki optycznej XOR. Binarna sieć neuromorficzna została zrealizowana z bramek XOR i zastosowana do rozpoznawania odręcznie pisanych cyfr ze zbioru danych MNIST. Rys: Mateusz Król, Wydział Fizyki UW, R. Mirek et al., Nano Letters 2021 

Pierwszy autor publikacji Rafał Mirek dodaje, że bramka XOR jest bramką wykonującą operacje logiczne. Jest ona jednak o tyle szczególna, że to bramka nieliniowa. „Na układzie, w którym wykonaliśmy naszą bramkę, możemy zrealizować dowolną inną bramkę logiczną i wykonywać przeróżne operacje logiczne” – zwraca uwagę.

A kolejny autor pracy, Andrzej Opala dodaje: „Światło i materię mieszamy po to, żeby oddziaływania, które powstają w układzie, miały charakter nieliniowy. Nieliniowość ta jest niezbędna do efektywnej realizacji sztucznego neuronu”.

Prof. Barbara Piętka uszczegóławia, że polarytony mają – w odróżnieniu od zwykłych fotonów – bardzo małą (ale niezerową) masę. Przez to następuje tam przejście do tzw. kondensatu Bosego-Einsteina. „Mówi się, że kondensat Bosego-Einsteina to piąty stan materii: po ciele stałym, cieczy, gazie czy plazmie. To układ, w którym cząstki – a dokładniej bozony, wykazują nowe własności kwantowe. Przejście do tego stanu jest silnie nieliniowe” – opowiada.

Na razie eksperymenty zespołu wykonywane są w temperaturach ciekłego helu. „Pracujemy już nad układami działającymi w temperaturze pokojowej. Jesteśmy przekonani, że to da się zrobić. A jest to ważny warunek, żeby rozwiązanie mogło znaleźć praktyczne zastosowanie w technologii” – mówi jeden z autorów badania, dr inż. Krzysztof Tyszka.

Naukowiec zapytany jak sobie wyobraża – w odległej przyszłości – praktyczne zastosowania fotonicznych sieci neuronowych, odpowiada: „na końcu drogi chcielibyśmy, stworzyć scalony układ fotoniczno-elektroniczny, który można byłoby np. wykorzystać jako układ sterowania samochodu autonomicznego. Takie układy mogłyby przetwarzać informacje o warunkach na drodze znacznie efektywniej niż dotychczas – przy niskim zużyciu energii, bez potrzeby łączenia się z Internetem”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Polacy opracowali sieć neuronową wykorzystując „masywne” fotony została wyłączona

Nagroda Jamesa Dysona w Polsce. Młody wynalazco – zgłoś swój pomysł do konkursu!

152 000 zł to wygrana na poziomie międzynarodowym, na którą mogą liczyć młodzi naukowcy w konkursie o Nagrodę Jamesa Dysona. Wymagania są proste – wystarczy zaprojektować coś, co rozwiąże jakiś…

152 000 zł to wygrana na poziomie międzynarodowym, na którą mogą liczyć młodzi naukowcy w konkursie o Nagrodę Jamesa Dysona. Wymagania są proste – wystarczy zaprojektować coś, co rozwiąże jakiś współczesny problem. W 2021 roku konkurs po raz pierwszy odbywa się w Polsce, a ja mam przyjemność być jednym z członków jury, które wybierze krajowych laureatów.

Nagroda Jamesa Dysona to jedno z wielu zainicjowanych przez sir Jamesa Dysona działań, które mają pokazać, że wynalazcy i inżynierzy mogą zmieniać świat. Instytut Inżynierii i Technologii Dyson, Fundacja Jamesa Dysona oraz Nagroda Jamesa Dysona zapraszają młodych inżynierów do tego, by wykorzystywali swoją wiedzę w praktyce i wynajdowali nowe sposoby na poprawienie jakości naszego życia dzięki technologii.

W tym roku po raz pierwszy polscy naukowcy mogą starać się o nagrody, a ja, razem z Doktorem Tomaszem Łuczyńskim i Przemysławem Pająkiem, będę miał przyjemność wyłonić zwycięzców na poziomie krajowym.

Sky is the limit

Pojęcie „rozwiązania jakiegoś problemu” jest dosyć ogólnikowe i bardzo pojemne, ale to celowe działanie organizatorów, którzy chcą zachęcić studentów, by zmierzyli się z istotnymi współcześnie problemami. To daje młodym naukowcom ogromne pole do popisu i w zasadzie nieograniczone możliwości. Z resztą, zobaczcie, co w poprzednich latach mieli do zaoferowania laureaci konkursu i jak bardzo kreatywne podejście prezentują naukowcy młodego pokolenia.
W 2020 roku Główną Międzynarodową Nagrodę zdobyła 23-letnia Judit Giró Benet, która przygotowała projekt The Blue Box, czyli urządzenie do samodzielnej diagnostyki raka piersi, wykorzystujące algorytm sztucznej inteligencji do analizy próbki moczu. Zostało ono opracowane jako mniej inwazyjna i łatwiej dostępna alternatywa dla konwencjonalnych mammograficznych badań przesiewowych, z których kobiety coraz częściej rezygnują.

W 2017 roku jury nagrodziło pomysł na kolorowe mydło w sztyfcie SoaPen, które ma zachęcać dzieci do dokładnego mycia rąk. Z kolei w 2011 roku w Singapurze Esther Wang stworzyła urządzenie, które ma za zadanie wspierać komunikację między personelem szpitala a dziećmi, którym wyjaśniane są procedury medyczne.

Warto dodać, że wspomniane wyżej projekty przyniosły rozgłos ich twórcom i wykorzystywane są na szeroką skalę – urządzenie do komunikacji z dziećmi znalazło zastosowanie w 44 szpitalach w łącznie 23 krajach, a twórczynie kolorowego mydła po wprowadzeniu swojego produktu na rynek znalazły się na prestiżowej liście 30 Under 30 czasopisma Forbes.

Zasady konkursu

Zachęcam młodych naukowców, inżynierów do tego, aby nie bali się zaprezentować swoich wynalazków. W grę wchodzą nie tylko nagrody pieniężne, ale przede wszystkim poczucie, że można rozwiązać jakiś ważny dla ludzkości problem, a to daje zdecydowanie więcej satysfakcji.

Jak wziąć udział w konkursie?

  1. Kreacja. Skonstruuj coś, co rozwiąże jakiś problem. Punktem wyjścia może być coś irytującego, z czym ludzie borykają się na co dzień. Może to być również jakiś globalny problem. Istotą pomysłu jest jego skuteczność. Opisz, jak działa Twój wynalazek i jak, krok po kroku, przebiegał proces jego rozwoju.
  2. Ocena. W pierwszym etapie projekty będą oceniane na poziomie krajowym przez niezależne jury (to właśnie na tym etapie będę mógł oceniać Wasze zgłoszenia!). W każdym kraju, które bierze udział w konkursie zostanie wyłoniony jeden projekt zwycięski i dwa wyróżnione. Spośród zwycięzców krajowych, zespół inżynierów firmy Dyson dokonuje selekcji 20 zgłoszeń, które przejdą do ścisłego finału.
  3. Nagrody. Sir James Dyson osobiście rozpatruje 20 wyselekcjonowanych zgłoszeń, a następnie przyznaje Główną Międzynarodową Nagrodę oraz wyróżnienia na poziomie międzynarodowym, jak również Międzynarodową Nagrodę w kategorii Zrównoważony Rozwój.
      • Autor(ka) projektu, który zwycięży w kategorii międzynarodowej, otrzymuje nagrodę w wysokości 152 000 zł, a jego/jej uczelnia – dodatkowe 25 000 zł.
      • Autor(ka) projektu, który zwycięży w kategorii Zrównoważony Rozwój, otrzymuje nagrodę w wysokości 152 000 zł.
      • Autorzy dwóch projektów wyróżnionych na poziomie międzynarodowym otrzymują po 25 000 zł.
      • Autor(ka) projektu, który zwycięży na poziomie krajowym, otrzyma nagrodę w wysokości 10 000 zł.
      • Dodatkowa nagroda w kategorii Zrównoważony Rozwój.
  4. Terminy. Zgłoszenia możecie wysyłać do godz. 00:00 (czasu pacyficznego) 30 czerwca 2021 roku.

Po dodatkowe informacje organizatorzy zapraszają na oficjalną stronę konkursu, którą znajdziesz pod tym linkiem.

 

nagroda-jamesa-dysona

Możliwość komentowania Nagroda Jamesa Dysona w Polsce. Młody wynalazco – zgłoś swój pomysł do konkursu! została wyłączona

Przestrzeń dla debaty nad etyką w technologii

Wspieranie odpowiedzialnych, czyli przyjaznych człowiekowi i środowisku, innowacji zapowiada Centrum Etyki Technologii (CET) utworzone przy Instytucie Humanites. Chodzi o przeciwdziałanie takim zjawiskom, jak wykluczenie, dyskryminacja, inwigilacja czy dezinformacja oraz zwrócenie…

Wspieranie odpowiedzialnych, czyli przyjaznych człowiekowi i środowisku, innowacji zapowiada Centrum Etyki Technologii (CET) utworzone przy Instytucie Humanites. Chodzi o przeciwdziałanie takim zjawiskom, jak wykluczenie, dyskryminacja, inwigilacja czy dezinformacja oraz zwrócenie uwagi na szans i zagrożenia związane z rozwojem technologii cyfrowych, sztuczną inteligencją, robotyzacją czy internetem rzeczy. 

Zgodnie z raportem z badania Instytutu Humanites „Bariery i Trendy”, 63 proc. Polaków powyżej 15. roku życia twierdzi, że technologie wpływają negatywnie na zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi. Twórcy ośrodka planują debaty na temat pożądanego kierunku rozwoju innowacji. Zależy im również na wpływaniu na kształt legislacji dotyczącej technologii.

„Technologia nie jest ani dobra, ani zła. To my nadajemy jej znacznik etyczny w zależności od celów, do których ją wykorzystujemy. Dlatego trzeba nie tylko konkurować, ale też współpracować na rzecz wyższych wartości. Temat etyki, człowieczeństwa i technologii jest obecny w Instytucie Humanites od początku jego istnienia. Najlepszym tego dowodem jest konferencja „Człowiek i Technologia”, którą w tym roku organizowaliśmy już po raz ósmy” – mówi Zofia Dzik, fundator i prezes Instytutu Humanites.

Instytut jako jeden z pierwszych sygnalizował wpływ metazjawisk, takich jak: kryzys więzi rodzinnych, samotność, infodemia czy algorytmizacja życia człowieka, na rozwój gospodarczy, motywację oraz zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi.

CET stworzy przestrzeń dla debaty międzysektorowej i będzie promować międzynarodowe rekomendacje dotyczące etyki technologii. Oprócz tego zamierza także popularyzować metodyki pozwalające na projektowanie technologii zgodnie z wartościami. W skład Rady Programowej wchodzą m.in. pracownicy naukowi trzech uczelni, etycy, ekonomiści, informatycy i prawnicy, przedstawiciele osób niepełnosprawnych i NGO.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Przestrzeń dla debaty nad etyką w technologii została wyłączona

Zoologowie: tradycyjnie wiosennego pojawu bocianów oczekiwano 19 marca

Pierwsze bociany obserwowane są – przede wszystkim w zachodniej Polsce – już od początku marca. Tradycyjnie jednak ich wiosennego pojawu oczekiwano 19 marca – przypominają zoologowie. Ptaki przylatujące najwcześniej to…

Pierwsze bociany obserwowane są – przede wszystkim w zachodniej Polsce – już od początku marca. Tradycyjnie jednak ich wiosennego pojawu oczekiwano 19 marca – przypominają zoologowie. Ptaki przylatujące najwcześniej to zwykle osobniki bardziej doświadczone i w lepszej kondycji. 

Prof. Piotr Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu zaleca powściągliwość, jeśli chodzi o doniesienia w stylu: „nasze bociany już zajmują gniazda”. Zoolog wyjaśnia, że część bocianów próbuje zimować w Polsce, w czym pomagają im ludzie i sprzyja coraz łagodniejsza zimowa aura. Dodaje, że część ptaków zatrzymuje się na Bliskim Wchodzie.

Stado bocianów tuż po przekroczeniu Morza Czerwonego (południowy Izrael, marzec 2019 r.). Fot. P.Tryjanowski
Stado bocianów tuż po przekroczeniu Morza Czerwonego (południowy Izrael, marzec 2019 r.). Fot. Piotr Tryjanowski

 

Członkowie Grupy Badawczej Bociana Białego (GBBB), zrzeszającej miłośników tego gatunku – profesjonalnych naukowców, amatorów i praktyków ochroniarzy – zwracają uwagę, że bocian bywa często mylony z żurawiem. „Świadczy o tym fakt, iż osoby relacjonujące przyloty bocianów do południowej Polski, powołują się na … klangor, a więc typowy, donośny głos żurawia. Jest to niestety kolejny dowód, że, jako społeczeństwo, tracimy wiedzę przyrodniczą, nawet na temat sporych i charyzmatycznych gatunków” – konstatuje prof. Tryjanowski, cytowany w materiale prasowym przesłanym przez swoją uczelnię.

Osoby wyczekujące ptasich przylotów nie muszą się ograniczać do wpatrywania w niebo czy monitorowania bocianich gniazd. Z pomocą przychodzi im bowiem technika, np. kamery internetowe, zainstalowane w pobliżu ptasich gniazd (m.in. bardzo popularna bociania transmisja z Przygodzic w Wielkopolsce). Mogą się też przypatrywać wędrówce konkretnych osobników. Na Opolszczyźnie dziesiątki bocianów zaopatrzył w specjalne nadajniki satelitarne zespół Silesiana pod kierunkiem Joachima Siekiery. „Współczesne nadajniki są nie tylko lekkie i ergonomiczne, ale zbierają – nawet w odstępach 20-sekundowych – takie dane, jak tętno pracy serca, temperatura ciała ptaka, wysokość lotu i oczywiście bardzo dokładną pozycję geograficzną. W nieprawdopodobny sposób zmieniło to nasze możliwości analiz – zwłaszcza, jeśli można współpracować w szerszym zespole” – wyjaśnia Joachim Siekiera. – „Na przykład wiemy, że w tym roku w połowie marca nasze ptaki są w Egipcie”.

Monitoring bocianów, 14 marca 2021, źródło: UPP
Monitoring bocianów, 14 marca 2021 g. 20:00

 

Specjaliści z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu zwracają uwagę, że wpatrywanie się w niebo, jak i spoglądanie na łąkę czy na gniazdo, to wątek od dawna obecny w kulturze. Jeśli pierwszy raz widziano bociana lecącego – to przynosił szczęście, jeśli chodził wówczas po łące – to wróżyło ciężką pracę, jeśli zaś odpoczywał na gnieździe – był to raczej zły omen.

W materiale prasowym UPP przypomniano treść ankiety, przygotowanej w 1958 roku z okazji Międzynarodowego Spisu Bociana Białego, a opracowanej przez prof. Andrzeja Wuczyńskiego z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. O „bocianich” wierzeniach tak pisał wówczas nauczyciel z Boguszyna w pow. jarocińskim: „Zobaczenie pierwszego bociana na wiosnę w locie przynosi człowiekowi szczęśliwy rok lub wędrówkę (zmianę mieszkania), bocian na ziemi chodzi – nie ma wędrówki, życie bez zmian, bocian na ziemi na jednej nodze – zapowiada śmierć kogoś w rodzinie”.

„Po prostu cieszmy się, że te ptaki są wciąż z nami” – mówi prof. Tryjanowski. Dodaje, że „wyniki badań nad liczebnością tego gatunku, zwłaszcza w zachodniej i południowej Polsce, nie dostarczają powodów do optymizmu. Populacja zmniejsza się, a Polska najprawdopodobniej przestała być bocianim krajem numer jeden. Stąd też dziwi, a nawet zaskakuje badaczy fakt, że bocian biały nie znalazł się w nowej Czerwonej Liście ptaków Polski. Wiele sugestii wskazuje, iż pod względem liczebności wyprzedza już nas Hiszpania. Jako pocieszenie, zawsze możemy sobie zanucić pod nosem, że mamy jeszcze drugie miejsce na podium”.

Zoologowie wyjaśniają, że zbyt wczesny przylot bywa dla ptaków kosztowny – zwłaszcza, gdy powraca zimowa aura z mrozami i śniegiem, co w marcu, kwietniu, a nawet w maju, nie jest rzadkością. „Jednak ryzyko generalnie się opłaca” – podkreśla prof. Tryjanowski. – „A wcześniej przylatujące ptaki to pewnie osobniki bardziej doświadczone i w lepszej kondycji”.

„Proces zajmowania gniazd ma określony charakter. Gniazda, zwłaszcza największe, znajdujące się w granicach najlepszych terytoriów, to obiekt pożądania wszystkich bocianów. Nic dziwnego, że toczą się o nie zacięte walki” – zauważa Adam Zbyryt z Polskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (PTOP) i Uniwersytetu w Białymstoku.

„Jednak – zupełnie jak w sprzedażach miejskich nieruchomości – dom to jedno, ale liczy się też okolica” – dopowiada prof. Tryjanowski. Potwierdzają to badania zespołu prof. Leszka Jerzaka z Uniwersytetu Zielonogórskiego. „Zaskoczyło nas, że nie tylko poziom wody w Odrze ma wpływ na sekwencję zajmowania gniazd, ale ważne jest też występowanie … wypasanego bydła. To zapewne ma związek z dostępnością do pokarmu” – wyjaśnia prof. Jerzak. – „A to wpływa na kondycję samicy stojącej przed koniecznością rozpoczęcia energochłonnego procesu reprodukcji, składania jaj”.

Czy łatwo odróżnić samca od samicy w czasie bocianich przylotów? Zdecydowanie nie – zgodnie twierdzą badacze, profesjonaliści i amatorzy zrzeszeni w GBBB. Wszystko staje się łatwiejsze, gdy bociany są wyposażone w specjalne obrączki ornitologiczne, z dobrze widocznymi numerami, które można odczytać przez lunetę. „To wielka pomoc dla badaczy” – przyznaje prof. Tryjanowski.

Samica bociana, rozpoznana po kolorowej obrączce, już na gnieździe w Grecji (marzec, 2021 r.). Fot. Lila Karta
Samica bociana – rozpoznana po kolorowej obrączce – już na gnieździe w Grecji (marzec, 2021 r.). Fot. Lila Karta

 

Dla naukowców kluczowe pozostaje pytanie, dlaczego samce i samice bociana mają nieco odmienne strategie migracji. Nowe światło rzucają na to wspólne badania zespołów z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i Uniwersytetu Szczecińskiego, a rąbka tajemnicy uchyla ich koordynator dr Zbigniew Kwieciński. – Popatrzmy na bociany jak na samoloty, choć gwoli precyzji raczej to motoszybowce, bo wznosząc się muszą zainwestować sporo energii, a dalej już lecą z ciepłymi prądami powietrza. Choć niezwykle trudno dostrzec u bocianów różnice płciowe, to jednak, gdy popatrzymy na budowę jelit, samice istotnie różnią się od samców. Bocianie panie mają jelita dłuższe niż panowie, co wiąże się z ich trybem życia. – Kolejny dowód na to, ważny do zapamiętania nie tylko na wiosnę, że liczy się wnętrze – razem zgodnie żartują prof. Tryjanowski i dr Kwieciński.

Nauka w Polsce – PAP

Możliwość komentowania Zoologowie: tradycyjnie wiosennego pojawu bocianów oczekiwano 19 marca została wyłączona

Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji….

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji.

Chodzi o projekt nowelizacji ustaw Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce i ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty.

Przygotowane w Ministerstwie Zdrowia rozwiązanie to – jak wskazują jego autorzy – szansa na uzyskanie zawodu lekarza przez osoby uzdolnione, które mimo uzyskania wysokich wyników na egzaminie dojrzałości, nie dostały się na studia na kierunku lekarskim w trybie stacjonarnym, a które z braku wystarczających środków finansowych nie mogły podjąć takich studiów odpłatnie.

Założono, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci odbywający studia na kierunku lekarskim, prowadzone w języku polskim, na warunkach odpłatności w polskich uczelniach wyższych (studia niestacjonarne w uczelniach publicznych i studia stacjonarne w uczelniach niepublicznych).

Studenci, którzy zdecydują się na skorzystanie z kredytu na studia medyczne, uzyskają możliwość pokrycia częściowego albo całkowitego kosztu kształcenia na tych studiach ze środków pochodzących z budżetu państwa, a następnie, po spełnieniu określonych warunków, jego częściowego lub całkowitego umorzenia.

MZ podaje, że koszt kształcenia obejmujący okres 6-letnich studiów na kierunku lekarskim w kraju wynosi, zależnie od uczelni, od 200 tys. zł do 250 tys. zł.

Kredytowanie studiów odbywało się będzie w transzach wypłacanych przez podmiot udzielający kredytu na studia medyczne (bank) na wyodrębniony rachunek uczelni przez okres trwania studiów, nie dłużej jednak niż przez 6 lat. Kredyt będzie miał preferencyjny charakter, przejawiający się m.in.: niskim oprocentowaniem, możliwością wystąpienia przez kredytobiorcę o wcześniejsze rozpoczęcie spłaty kredytu, możliwością wydłużenia lub skrócenia okresu spłaty kredytu, możliwością obniżenia wysokości miesięcznej raty kredytu, a w przypadku trudnej sytuacji życiowej kredytobiorcy możliwością zawieszenia spłaty kredytu wraz z odsetkami na okres nie dłuższy niż 12 miesięcy.

Przewiduje się, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci, którzy rozpoczęli studia przed rokiem akademickim 2021/2022, jak również podejmujący studia, począwszy od roku akademickiego 2021/2022. Skorzystanie z tej formy wsparcia studentów nie będzie mieć charakteru obligatoryjnego – studenci, którzy nie będą chcieli skorzystać z tej formy pomocy udzielonej z budżetu państwa, będą mogli podejmować i odbywać kształcenie na zasadach dotychczasowych.

Umorzenie kredytu w całości, na kierunku lekarskim, będzie możliwe pod warunkiem spełnienia łącznie dwóch warunków: obowiązku odpracowania studiów po ich ukończeniu przez okres nie krótszy niż 10 lat w okresie 12 kolejnych lat liczonych od dnia ukończenia studiów, w podmiotach wykonujących działalność leczniczą w Polsce i udzielających świadczeń finansowanych ze środków publicznych oraz obowiązku uzyskania w tym okresie tytułu specjalisty w dziedzinie medycyny uznanej za priorytetową w dniu rozpoczęcia przez lekarza szkolenia specjalizacyjnego.

Dodatkowo w ustawie przewidziano możliwość umorzenia kredytu na wniosek kredytobiorcy, w zależności od okresu wykonywania przez niego zawodu lekarza po ukończeniu studiów oraz liczby semestrów sfinansowanych z kredytu na studia medyczne. Możliwość ta zostanie szczegółowo przedstawiona w projekcie rozporządzenia do ustawy. (PAP)

Autor: Katarzyna Lechowicz-Dyl

Możliwość komentowania Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia została wyłączona

Badanie: bezpieczeństwo i dostępność najważniejsze dla użytkowników chmur

Dostępność oraz bezpieczeństwo – to najważniejsze cechy chmur obliczeniowych, jakie wskazali użytkownicy tej technologii – wynika z badań ankietowych przeprowadzonych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach Badacze z dr. Arturem Strzeleckim…

Dostępność oraz bezpieczeństwo – to najważniejsze cechy chmur obliczeniowych, jakie wskazali użytkownicy tej technologii – wynika z badań ankietowych przeprowadzonych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach

Badacze z dr. Arturem Strzeleckim z UE w Katowicach na czele przeanalizowali ankiety od ponad 250 osób na co dzień pracujących z technologią chmurową. „Zapytaliśmy, jak oceniają oni aktualnie dostępne chmury, z których korzystają najczęściej, czy uważają je za użyteczne, dostępne, jak postrzegają bezpieczeństwo i jak oceniają usługi i jakość tego systemu. Wyniki pokazały, że użytkownicy postrzegają chmury jako bardzo bezpieczne. Wskazują oni również na dostępność, rozumianą jako możliwość skorzystania z tych narzędzi niemal od ręki” – tłumaczył Strzelecki.

Na podstawie wyników badacze następnie stworzyli model równań strukturalnych. „Z naszych wyników z jednej strony mogą skorzystać operatorzy chmur, żeby na tej podstawie ulepszyć pewne rozwiązania, a z drugiej ci profesjonalni użytkownicy, którzy widzą, jakie rozwiązania zostały lepiej ocenione, a jakie mniej” – powiedział.

Artykuł na ten temat pt. „Akceptacja rozwiązań technologii chmurowej wśród użytkowników” został opublikowany w „Sustainability”.

Dr Strzelecki przypomniał, że chmura to określenie dotyczące sprzętu komputerowego, który znajduje się poza miejscem działalności, np. przedsiębiorstwa. „To sprzęt, oprogramowanie, bazy danych, moc obliczeniowa, dostęp przez internet do pewnych rozwiązań. Korzystając z chmury obliczeniowej firmy dzierżawią ten sprzęt, opłacają dostęp i mogą korzystać z tej infrastruktury informatycznej” – mówił.

Jak wyjaśnił, chmury obliczeniowe (ang. cloud computing) podzielić można na trzy typy: sprzęt i infrastruktura (użytkownicy nie muszą posiadać sprzętu np. serwerów, procesorów, dysków twardych itd., mogą wykupić dostęp do nich), narzędzia informatyczne (platforma z gotowymi do użycia narzędziami np. do tworzenia stron czy aplikacji) oraz gotowe usługi informatyczne (nie trzeba ich instalować na komputerze, wystarczy przeglądarka internetowa; to np. popularne wśród użytkowników Google Docs albo Office 365, a także Google Drive, Dropbox czy iCloud).

„Z dwóch pierwszych typów chmur korzystają głównie przedsiębiorstwa albo profesjonaliści, z trzeciego – konsumenci indywidualni” – dodał Strzelecki.

Jego zdaniem technologia chmurowa będzie się dalej rozwijać. „Możliwe, że niebawem nie będziemy mieli zainstalowanego systemu na naszym komputerze, nasz komputer nie będzie miał twardego dysku, bo wystarczy szybkie łącze internetowe i dostęp do chmury właśnie. Z takiego rozwiązania już od kilku lat korzystamy w naszym Centrum Nowych Technologii Informatycznych. Zwykły użytkownik nie zauważy różnicy” – powiedział.

W jego ocenie rozwiązania chmurowe, choć i tak są płatne, to są tańszą opcją dla użytkowników korzystających z tej technologii na co dzień; są też bezpieczne. „W tych centrach danych informacje bezpieczne są na 99,99 proc., nic im się nie stanie, nikt ich nie wykradnie, nie zostaną zniszczone np. przez pożar czy zalanie, bo jest ich kilka kopii. Owszem, zdarzają się ataki hakerskie czy awarie, ale zwykły Kowalski nie ma się czym przejmować. Bo on najprawdopodobniej nigdy nie stracił maili na Gmailu, nie zgubiły mu się pliki na Google Drive’ie – chyba że je sobie sam skasował. Dla zwykłego Kowalskiego jest to bezpieczne rozwiązanie do przechowywania danych” – podsumował dr Strzelecki.

PAP – Nauka w Polsce, Agnieszka Kliks-Pudlik

Możliwość komentowania Badanie: bezpieczeństwo i dostępność najważniejsze dla użytkowników chmur została wyłączona

Popioły powstające w wyniku spalania węgla mogą absorbować CO2

Popioły, powstające w procesach spalania węgla w energetyce, mogą być przetwarzane w zeolity – tzw. sita molekularne – o wysokiej skuteczności wychwytywania CO2 – wskazują naukowcy, którzy przez ponad trzy…

Popioły, powstające w procesach spalania węgla w energetyce, mogą być przetwarzane w zeolity – tzw. sita molekularne – o wysokiej skuteczności wychwytywania CO2 – wskazują naukowcy, którzy przez ponad trzy lata sprawdzali taką możliwość w ramach międzynarodowego projektu badawczego. 

Współfinansowane z europejskiego Funduszu Badawczego Węgla i Stali przedsięwzięcie pod nazwą Coalbypro skupiło instytucje badawcze i przedsiębiorstwa z Polski, Czech, Grecji i Niemiec. Ze strony polskiej w trwającym od 2017 r. projekcie uczestniczył Główny Instytut Górnictwa (GIG) w Katowicach.

Badacze sprawdzali możliwości ograniczenia emisji CO2 przy wykorzystaniu produktów odpadowych z procesu energetycznego spalania węgla, czyli popiołów lotnych – to uboczne produkty spalania, które obecnie najczęściej są składowane lub wykorzystywane, np. w budownictwie, drogownictwie czy górnictwie, jako materiał podsadzkowy. Alternatywnym sposobem zagospodarowania popiołów jest uczynienie z nich materiałów sorpcyjnych w postaci zeolitów.

Zeolity, nazywane również sitami molekularnymi, dzięki swoim właściwościom mogą być wykorzystywane do usuwania różnego typu zanieczyszczeń. To naturalne lub syntetyczne glinokrzemiany, charakteryzujące się wysoką zdolnością adsorpcji jonów i gazów – także dwutlenku węgla.

„Opracowaliśmy kilka metod syntezy zeolitów na bazie popiołów otrzymanych ze spalania węgla kamiennego i brunatnego, a wyniki badań pozwoliły nam określić, jaki jest potencjał ich gospodarczego wykorzystania. Zsyntetyzowane zeolity wykazywały stosunkowo dobrą wydajność wychwytu CO2 w porównaniu z innymi sorbentami – antracytem, węglem aktywnym oraz naturalnym zeolitem” – wyjaśniła w poniedziałek prof. Barbara Białecka, kierująca projektem w GIG.

„Otrzymany sorbent to stosunkowo tani materiał, którego proces syntezy prowadzony jest w stosunkowo niskiej temperaturze – maksymalnie 80 stopni Celsjusza – i cechuje się niskim śladem węglowym” – dodała profesor. Naukowcy oceniają, że mineralna sekwestracja może być jednym ze sposobów wychwytywania i wykorzystania CO2.

W ramach projektu potwierdzono też, że zeolity po procesie sorpcji dwutlenku węgla mogą być wykorzystane jako substytut kruszywa naturalnego np. w zaprawach cementowych stosowanych do wypełniania wyrobisk górniczych, jako materiały do usuwania metali ze ścieków czy jako dodatki do podłoży rekultywacyjnych terenów poprzemysłowych i zdegradowanych.

Badania wykazały, że dodatek zeolitu po sorpcji CO2 do zaprawy cementowej w ilości nie większej niż 10 proc. w stosunku do wagi kruszywa naturalnego (piasku) nie powoduje istotnego obniżenia wytrzymałości takiej zaprawy. Jednocześnie stosując zeolit po sorpcji CO2 uzyskano znaczną skuteczność usuwania metali ciężkich – głównie baru i strontu, żelaza, niklu i cynku oraz związków organicznych. Naukowcy udowodnili także, że dodanie takiego zeolitu do podłoża pozytywnie wpływa na rozwój i kondycję zasianych tam gatunków traw.

Innowacyjność międzynarodowego projektu, w którym uczestniczył GIG, polegała przede wszystkim na udowodnieniu, że jedną z dróg do redukcji emisji szkodzącego klimatowi dwutlenku węgla jest wykorzystanie ubocznych produktów spalania węgla, które mogą być sorbentami tego gazu.(PAP)

autor: Marek Błoński

Możliwość komentowania Popioły powstające w wyniku spalania węgla mogą absorbować CO2 została wyłączona

Symulatory lotnicze na uczelniach technicznych

Wirtualne loty pozwalają na kształcenie studentów w zakresie podstaw mechaniki lotniczej. Dzięki symulatorom lotniczym absolwenci uczelni technicznych dokładnie wiedzą, jakie przyrządy znajdują się w kabinach rzeczywistych statków powietrznych, jak działają,…

Wirtualne loty pozwalają na kształcenie studentów w zakresie podstaw mechaniki lotniczej. Dzięki symulatorom lotniczym absolwenci uczelni technicznych dokładnie wiedzą, jakie przyrządy znajdują się w kabinach rzeczywistych statków powietrznych, jak działają, jak mogą działać nieprawidłowo i z jakimi innymi systemami współpracują.

Zajęcia to często gry symulacyjne na niezwykłym sprzęcie, który można rozwijać o własną elektronikę i oprogramowanie.

„Działanie większości symulatorów jest oparte o grę komputerową. Na naszych stanowiskach zainstalowane są gry Microsoft Flight Simulator, Falcon BMS czy też Prepar3D – takie, które każdy może pobrać z internetu. Podstawowy sprzęt gracza można rozwinąć o joystick, klawiaturę, albo o autorską elektronikę, która pozwala podłączyć własne urządzenia. Zaawansowani użytkownicy mogą dodać oprogramowanie, które sprawia, że gra staje się bardziej realna i symuluje działanie prawdziwego samolotu” – tłumaczy dr inż. Krzysztof Kaźmierczak, jeden z inicjatorów powstania takiej pracowni w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie.

Na symulatorze bezzałogowego statku powietrznego można się nauczyć, jak wygląda współpraca pilota z operatorem systemów obserwacyjnych zainstalowanych na dronie. A jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak ląduje się śmigłowcem na pokładzie okrętu – pozwala na to symulator z wirtualną rzeczywistością.

PRACOWNIE ROZWIJANE PRZEZ PASJONATÓW

Jak wylicza naukowiec, na różnych uczelniach rozwijane są pracownie symulatorów, które umożliwiają studentom praktyczne zapoznanie się ze sprzętem lotniczym.

Politechnika Krakowska od kilku lat posiada symulator kokpitu myśliwca F-16 wykonany dzięki zaangażowaniu dra Dariusza Karpisza wraz z zespołem studentów. Politechnika Lubelska rozwija własne rozwiązanie oparte o okulary wirtualnej rzeczywistości.

Laboratorium Symulatorów znajduje się również w Zakładzie Automatyki i Osprzętu Lotniczego przy Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, gdzie jednym z najbardziej znanych studentom stanowisk jest symulator polskiego śmigłowca SW4. Na PW również kilkanaście lat temu został zbudowany przez studentów Koła Naukowego symulator lotu szybowca.

Najświeższą informacją w temacie studenckich symulatorów jest „Aviator AGH” – symulator lotniczy samolotu Cessna 172SP budowany przez studentów Akademii Górniczo-Hutniczej.

Część uczelni kupuje urządzenia treningowe bezpośrednio od producentów profesjonalnych symulatorów. Na przykład, komercyjne stanowiska zostały zakupione do Laboratorium Badań Symulatorowych przez Politechnikę Poznańską.

Na koniec rozmówca PAP wspomina o Akademickim Centrum Szkolenia Lotniczego w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie wyposażonym w certyfikowane urządzenia treningowe przeznaczone do szkolenia pilotów.

SZKOŁA MECHANIKÓW LOTNICZYCH

Pracownia Systemów Zobrazowania i Symulatorów WAT znajduje na Wydziale Mechatroniki, Uzbrojenia i Lotnictwa WAT. Studenci uczą się tu na przyrządach identycznych jak te, które są zainstalowane w rzeczywistych statkach powietrznych. Po co, skoro nie jest to „szkoła pilotów”?

„Mogą dzięki temu podjąć pracę mechaników w służbach lotniczych. We współczesnych statkach powietrznych usterki diagnozowane są w trakcie lotu, a komunikaty o nich wyświetlają się na urządzeniach w kabinie. Potem pilot zapisuje w dzienniku pokładowym wszelkie zaobserwowane usterki. Mechanik dokonuje tzw. odbioru oraz samodzielnej diagnozy i naprawy usterek. Wykorzystuje przy tym informacje generowane na przyrządach i wyświetlaczach w kabinie samolotu. Pomaga mu wiedza, którą zaczął zdobywać na symulatorach” – tłumaczy dr inż. Kaźmierczak w filmie nagranym z udziałem studentów. Film „Gdzie nie kończy się pasja, a zaczyna nauka” jest dostępny na kanale YT akademii.

Wyjaśnia, że symulatory to stanowiska, które zastępują fizyczny kontakt ze statkiem powietrznym. Obejrzenie kabiny pilotów nie jest łatwe w warunkach rzeczywistych. Zwiedzić można jedynie samolot stojący na płycie lotniska. Nie widać wówczas, jak działają przyrządy i jakie informacje się na nich wyświetlają.

„Airbus 320 i Boeing 737 to najpopularniejsze statki powietrzne, które nieco różnią się filozofią działania. Boeing 737 NG prezentuje tzw. starą szkołę, gdzie pilot do sterowania używa wolantu, przekazującego sygnały do hydraulicznych urządzeń wykonawczych. W Airbusie 320 mamy elektroniczny system sterowania lotem „Fly by wire”, wykorzystujący szereg czujników i układów elektronicznych oraz w roli sterownika – joystick. Pojawia się tu już zaawansowany system zobrazowania informacji pilotażowych, nawigacyjnych oraz usterek, który jest obsługiwany z komputera w kabinie” – opisuje naukowiec przykładowe symulatory, którymi dysponuje WAT.

Obok symulatorów statków typu General Aviation w pracowni jest także symulator użytkowanego przez Siły Powietrzne „Jastrzębia” F16, stanowiącego efekt prac 7-osobowej grupy w ramach projektu dla młodych naukowców. Ponadto do dyspozycji studentów jest Cessna i inne powszechnie znane samoloty. Niektóre stanowiska można certyfikować na 5 godzin rzeczywistej nauki dla pilotów. Podobne, niekomercyjne stanowiska do nauki, trudno jest znaleźć poza uczelniami.

„Producenci samolotów z reguły od symulatorów badawczych zaczynają prace nad kolejnymi modelami. Nie zajmują się jednak sprzedażą symulatorów lotu. Profesjonalne symulatory do szkolenia pilotów wykonują specjalne firmy. Pełne certyfikowane symulatory lotu mogą kosztować do 10 mln dolarów, przy cenie nowego samolotu 97 mln dolarów” – szacuje naukowiec.

Dlatego pasjonaci muszą raczej liczyć na inicjatywy innych pasjonatów, których niemało wśród naukowców. I tak, w niektórych pracowniach na wydziałach lotniczych najpierw pojawiły się gry, potem dobudowywano do nich sprzęt, następnie płytki elektroniczne, do których można było podłączać przełączniki. A dalej wprowadzano takie aktualizacje tych gier, dzięki którym najwierniej oddają one specyfikę lotu danym typem samolotu. Dzięki temu obecnie sterować samolotem można w domu… lub na zajęciach na uczelni.

PAP – Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

Możliwość komentowania Symulatory lotnicze na uczelniach technicznych została wyłączona

Przełomowe badania polskich matematyków o symetriach wszystkich symetrii

Polskim matematykom udało się rozwiązać ważny problem dotyczący symetrii wszystkich symetrii. Był to nierozwiązany od kilku dekad problem – jedno z największych wyzwań geometrycznej teorii grup.  Wyniki pracy dr. Marka…

Polskim matematykom udało się rozwiązać ważny problem dotyczący symetrii wszystkich symetrii. Był to nierozwiązany od kilku dekad problem – jedno z największych wyzwań geometrycznej teorii grup. 

Wyniki pracy dr. Marka Kaluby (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza i Karlsruher Institut fur Technologie), prof. Dawida Kielaka (Uniwersytet Oksfordzki) i prof. Piotra Nowaka (Instytut Matematyczny PAN) ukazały się w jednym z najbardziej prestiżowych pism matematycznych Annals of Mathematics (https://annals.math.princeton.edu/2021/193-2/p03). A w historii tego czasopisma jest tylko kilka prac polskich matematyków.

Prof. Piotr Nowak to jeden z nielicznych w Polsce laureatów ważnego europejskiego grantu ERC (https://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,407601,laureat-grantu-erc-sprawdza-mosty-miedzy-odleglymi-obszarami-matematyki.html). „Kiedy składałem wniosek o grant nie odważyłbym się zaproponować rozwiązania problemu, który właśnie rozwiązaliśmy. Wydawało mi się, że na horyzoncie nikt nie widział wtedy takiej możliwości” – mówi.

Z podobną skromnością do tematu podchodzili dr Kaluba i prof. Kielak, którzy w swoich grantach też zakładali zdobycie innych, nieco mniejszych szczytów. Skoro jednak na swojej drodze naukowcy dostrzegli trasę na szczyt o wiele bardziej interesujący – Mount Everest geometrycznej teorii grup – nie zamierzali go ominąć.

O CO CHODZI W BADANIACH

„Rozwiązaliśmy pewien od dawna otwarty problem, pokazując, że pewna nieskończona rodzina obiektów algebraicznych – grup – ma własność T, a więc, że jest bardzo niekompatybilna z geometrią Euklidesa” – podsumowuje Nowak.

A dr Marek Kaluba dodaje: „Dzięki naszym badaniom zrozumieliśmy pewne geometryczne aspekty grup kodujących symetrie wszystkich symetrii”.

Obiekty z własnością T, których dotyczyły badania, mają bardzo egzotyczne właściwości geometryczne (nie daje się ich zrealizować jako symetrii w geometrii euklidesowej). Wydaje się to oderwane od rzeczywistości? Na pozór tak. Ale wiedza o tej skomplikowanej własności T znalazła już zastosowanie. Pozwala choćby konstruować ekspandery – grafy z dużą ilością połączeń wykorzystywane m.in. w algorytmach streamingujących. A takie algorytmy odpowiadają m.in. za wskazywanie trendów na Twitterze.

„Pytanie czy grupy, które badaliśmy, mają taką własność T, pojawiło się w druku w latach 90. Kiedy byłem doktorantem, to był to problem, o którym słyszałem na co drugim wykładzie i konferencji z teorii grup” – streszcza Piotr Nowak.

A Dawid Kielak dodaje: „Nasz wynik wyjaśnia działanie pewnego algorytmu. To algorytm Product Replacement używany, kiedy chce się losować elementy spośród ogromnych zbiorów np. liczących więcej elementów niż liczba cząsteczek we Wszechświecie. Ten algorytm istnieje od lat 90. i działa dużo lepiej, niż można się było spodziewać. Nasz artykuł tłumaczy, dlaczego on tak dobrze działa” – mówi prof. Kielak.

I dodaje: „informatyka to nowa fizyka. To, co nas otacza, to nie tylko cząsteczki, ale coraz częściej – również algorytmy. Naszym zadaniem jako matematyków będzie więc i to, by zrozumieć algorytmy, pokazywać, dlaczego one działają albo nie; dlaczego są szybkie lub wolne”.

KOMPUTER POMAGA SZUKAĆ DOWODU

Naukowcy w swoim matematycznym dowodzie wspomogli się obliczeniami komputerowymi. Używanie komputerów do dowodzenia twierdzeń w matematyce nie uchodziło dotąd raczej za eleganckie. Społeczność matematyków teoretycznych zwykle kręciła nosem na komputery. Tu jednak tu takie nowoczesne podejście spisało się wyjątkowo dobrze.

„Komputer wykonał tylko żmudną robotę. Ale nie zastąpił logiki. Naszym pomysłem było bowiem to, żeby zastosować redukcję nieskończonego problemu do problemu skończonego” – mówi prof. Kielak.

A dr Marek Kaluba dodaje: „zredukowaliśmy nasz problem do problemu optymalizacyjnego, a następnie użyliśmy do tej optymalizacji standardowych narzędzi – algorytmów, których inżynierowie używają do projektowania elementów konstrukcyjnych”.

Komputer dostał więc zadanie, by znaleźć tzw. macierz spełniającą określone kryteria. Maszyna tworzyła więc rozwiązanie, sprawdzała, jak dobrze ona spełnia ono zadane warunki i stopniowo poprawiała tę macierz, żeby dojść do jak najmniejszego poziomu błędu. Pytanie brzmiało tylko, jak niewielką skalę błędu jest w stanie uzyskać.

Komputer więc optymalizował, a matematycy, nieprzyzwyczajeni do tego, że maszyna wykonuje za nich pracę, co kilka minut chcieli wiedzieć, jaki jest poziom błędu. W pewnym momencie dr Kaluba, żeby koledzy nie zwracali mu ciągle głowy pytaniami, założył nawet konto na Twitterze (https://twitter.com/GimmeDaNumba), które na bieżąco pokazywało im, co wyliczył komputer. „Szkoda, że nasze tweety nie znalazły się w trendach na Twitterze” – mruga okiem prof. Nowak.

Nerwy się opłaciły. Okazało się, że błąd komputera w ostatnim przybliżeniu był bardzo, bardzo niewielki. Obliczenie komputera pozwalało więc – przy użyciu odpowiednich matematycznych argumentów – uzyskać ścisły dowód.

Macierz, którą „wypluł” komputer, miała 4,5 tysiąca kolumn i 4,5 tysięcy wierszy. – „Równie dobrze mogliśmy tej macierzy szukać ręcznie albo mogłaby się nam ona przyśnić, ale to musiałby być długi sen, co najmniej zimowy” – żartuje Dawid Kielak. I dodaje, że skoro komputerów używa się do robienia zakupów, to dlaczego miałyby nie pomagać i matematykom.

Marek Kaluba tłumaczy zaś, że problem, nad którym pracowali, był początkowo zbyt duży, żeby go rozwiązać dysponując nawet superkomputerem. „Wobec tego użyliśmy wewnętrznych symetrii tego problemu, aby ułatwić poszukiwania rozwiązania” – mówi. I tłumaczy, że analogiczne podejście będzie można stosować i w rozwiązywaniu innych problemów z zakresu optymalizacji obiektów, które cechują się geometrycznymi symetriami. „Te symetrie (w algebraicznej formie) będzie można zaobserwować również w problemie optymalizacyjnym i użyć ich do redukcji złożoności” – mówi dr Kaluba. I dodaje: „Chociaż więc zajmujemy się abstrakcyjną matematyką, to chcemy, by nasze oprogramowanie było przydatne również w inżynierskich zastosowaniach”.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Przełomowe badania polskich matematyków o symetriach wszystkich symetrii została wyłączona

W Kokonie Łabędzia potężny akcelerator cząstek

W samym sercu Łabędzia, jednego z najpiękniejszych gwiazdozbiorów letniego nieba, bije źródło cząstek promieniowania kosmicznego o dużych energiach: Kokon Łabędzia. Naukowcy z obserwatorium HAWC zdobyli dowody wskazujące, że ta rozległa…

W samym sercu Łabędzia, jednego z najpiękniejszych gwiazdozbiorów letniego nieba, bije źródło cząstek promieniowania kosmicznego o dużych energiach: Kokon Łabędzia. Naukowcy z obserwatorium HAWC zdobyli dowody wskazujące, że ta rozległa struktura astronomiczna jest najpotężniejszym z dotychczas poznanych naturalnych akceleratorów cząstek naszej galaktyki.

Ulokowane na zboczach meksykańskiego wulkanu Sierra Negra, obserwatorium rejestruje cząstki i fotony o wielkich energiach, napływające z otchłani kosmosu. Na niebie półkuli północnej ich najjaśniejszym źródłem jest region Kokonu Łabędzia. W HAWC ustalono, że z Kokonu nadlatują fotony o energiach nawet kilkadziesiąt razy większych od rejestrowanych przez wcześniejsze detektory Fermi-LAT i ARGO. Fakt ten sugeruje, że Kokon Łabędzia jest najpotężniejszym z dotychczas zidentyfikowanych akceleratorów cząstek w Drodze Mlecznej – informuje w prasowym komunikacie Instytut Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk (IFJ PAN).

Spektakularnym odkryciem mogą się pochwalić naukowcy z międzynarodowego obserwatorium promieniowania kosmicznego HAWC (High-Altitude Water Cherenkov Gamma-Ray Observatory). Wyniki badań, w których ważną rolę odegrali naukowcy z IFJ PAN w Krakowie, zaprezentowano na łamach prestiżowego czasopisma „Nature Astronomy”.

„Odkrycie dokonane dzięki obserwatorium HAWC to istotny element trwającej od ponad stu lat naukowej układanki, której celem jest rozszyfrowanie natury promieniowania kosmicznego, zwłaszcza w zakresie cząstek o największych energiach występujących w naszej galaktyce” – mówi dr hab. Sabrina Casanova (IFJ PAN), inicjatorka najnowszej analizy danych z regionu Kokonu Łabędzia i jej istotna współautorka.

Kokon Łabędzia, rozległa struktura astronomiczna o rozmiarach około 180 lat świetlnych, leży w odległości 4,6 tysiąca lat świetlnych od Słońca. Na niebie znajdziemy go niemal dokładnie w centrum gwiazdozbioru Łabędzia, gdzie zajmuje obszar o szerokości kątowej zbliżonej do czterech tarcz Księżyca. To region intensywnego formowania się masywnych (i w konsekwencji krótko żyjących) gwiazd, z dwiema młodymi gromadami gwiezdnymi Cygnus OB2 i NGC 6910.

„Detektor HAWC ma większą czułość i rozdzielczość kątową od wcześniejszych urządzeń tego typu. W ciągu 1343 dni obserwacji zarejestrowaliśmy za jego pomocą fotony promieniowania gamma o energiach dochodzących nawet do stu teraelektronowoltów, nadlatujące z kierunku gromady Cygnus OB2. Co mogło być źródłem tak wysokoenergetycznego promieniowania?” – zastanawia się dr Casanova, cytowana w komunikacie.

Z najnowszej analizy promieniowania gamma docierającego do Ziemi z Kokonu Łabędzia wyłania się ciekawy obraz zjawisk o złożonej, wieloetapowej naturze. Źródłem wysokoenergetycznego promieniowania kosmicznego zwykle są pozostałości supernowych, w tym pulsary. Protony bądź elektrony nie mają tu jednak wystarczająco dużo czasu, by rozpędzić się do energii kinetycznej sięgającej aż kilkuset teraelektronowoltów. Mogą jednak trafić do wnętrza młodej gromady masywnych gwiazd. Tutaj turbulencje oddziałujących ze sobą potężnych wiatrów gwiazdowych mogą przyspieszać cząstki przez miliony lat. Niektóre z tych cząstek mają wówczas szanse zyskać energie sięgające petaelektronowoltów.

„Sytuacja jest jednak bardzo skomplikowana” – zauważa dr Casanova i precyzuje: „Wewnątrz gromad masywnych gwiazd niektóre cząstki mogą być przyspieszane przez miliony lat, czas porównywalny z wiekiem samej gromady. Jednak im większa energia cząstek, tym krótszy staje się czas ich przyspieszania. Cząstki z największymi energiami opuszczą gromadę zanim wyemitują fotony gamma, które obserwujemy. Pojawia się więc pytanie, jakie jest maksimum energii, do której mogą się rozpędzić cząstki w gromadzie gwiazd?”.

Kluczowe pytanie dotyczy natury cząstek odpowiedzialnych za emisję wysokoenergetycznych fotonów, które zarejestrowano w obserwatorium HAWC. Gdyby źródłem fotonów były elektrony, ich energie musiałyby być kilkukrotnie większe od energii fotonów. Jeśli jednak źródłem były protony, ich energie musiałyby sięgać nawet petaelektronowolta. To wartość stukrotnie większa od energii zderzeń protonów w akceleratorze LHC.

„Nasza analiza nie przynosi jednoznacznego rozstrzygnięcia odnośnie do pochodzenia fotonów o energiach sięgających 100 TeV. Wskazuje jednak na wyraźnego faworyta: protony o ekstremalnych energiach, przyspieszane w zderzeniach wiatrów gwiazdowych, a następnie emitujące fotony gamma w trakcie zderzeń z materią międzygwiazdową” – mówi dr Casanova.

Jeśli przyszłe obserwacje potwierdzą obecną interpretację, gromada gwiazd Cygnus OB2 we wnętrzu Kokonu Łabędzia byłaby najpotężniejszym ze wszystkich dotychczas zidentyfikowanych akceleratorów naszej galaktyki.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania W Kokonie Łabędzia potężny akcelerator cząstek została wyłączona

Dr Mysłajek: podchodźmy ostrożnie do rewelacji o atakach wilków na ludzi

Do doniesień o obserwacjach wilków i ich atakach należy podchodzić ostrożnie. Zachowania wilków mogą być przez laików mylnie interpretowane. A w dodatku w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do…

Do doniesień o obserwacjach wilków i ich atakach należy podchodzić ostrożnie. Zachowania wilków mogą być przez laików mylnie interpretowane. A w dodatku w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do wilków podobne – zwraca uwagę badacz wilków dr hab. Robert Mysłajek.

Dr. hab. Robert Mysłajek z Zakładu Ekologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego i Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” jest specjalistą w dziedzinie ekologii i ochrony ssaków. Badaniami wilków zajmuje się od lat.

PAP: Czy rzeczywiście wilków jest w Polsce coraz więcej, czy po prostu więcej jest doniesień w mediach o spotkaniach z wilkami?

Dr hab. Robert Mysłajek: Wilki występują obecnie w całym kraju. Zamieszkują nie tylko zwarte kompleksy leśne, ale także mniejsze lasy poprzeplatane terenami rolniczymi, np. uprawami kukurydzy, dającymi zwierzętom sezonowo dobrą osłonę. Na dużą liczbę doniesień medialnych o wilkach wpływa jednak głównie dostępność urządzeń rejestrujących, np. monitoring kamerami i fotopułapkami, a także możliwość wykonania zdjęć i filmów przez każdą osobę posiadającą telefon. Materiały te są błyskawicznie publikowane w mediach społecznościowych, skąd dostają się do lokalnych mediów i dalej do mediów krajowych. Mamy też do czynienia ze zjawiskiem „dziennikarstwa stadnego”, gdzie każdy temat jest raportowany przez wszystkie media, bez jakiejkolwiek weryfikacji informacji źródłowej. W konsekwencji na skutek medialnego szumu nawet pojedyncze doniesienie o obserwacji wilka podnosi do problemu wielkoskalowego.

PAP: Jak pana zdaniem powinniśmy się odnosić do takich doniesień medialnych?

R.M.: Najważniejsza jest weryfikacja faktów u źródła. Świetnym przykładem są pojawiające się ostatnio masowo w Internecie filmiki z kamer monitoringu, rejestrujące ataki wilków na psy. Filmy te są rozsyłane jako pochodzące z Polski. W tym roku weryfikowaliśmy pięć takich filmów i wszystkie okazały się być kopiami materiałów publikowanych przez kanały rosyjskich telewizji – tyle że skadrowanymi w taki sposób, by nie było widać rosyjskich napisów i słychać rosyjskiego komentarza. Wystarczyło jednak, by w internetowych wyszukiwarkach wpisać cyrylicą odpowiednie słowa kluczowe i oryginalny materiał można było znaleźć w ciągu kilku minut.

Podobnie winniśmy podchodzić do rewelacji mówiących o atakach wilków na ludzi. Interpretacja zachowań wilków podana przez laików musi być weryfikowana przez eksperta, a medialne relacje nie mogą się opierać tylko na czyichś odczuciach. To są zawsze subiektywne opinie. Dla jednych osób obserwacja wilka ze 100 m będzie już sytuacją niebezpieczną, a dla innych nie. Pomocne kryteria w ocenie potencjalnego zagrożenia opracowała grupa ekspertów Large Carnivore Initiative for Europe działająca w ramach IUCN (Światowej Unii Ochrony Przyrody) – (więcej tutaj).

PAP: Jak pan skomentuje sprawę z okolic Brzozowa, gdzie do pilarzy – według ich relacji – w miejscu, w którym pracowali, podeszły na niedużą odległość dwa wilki?

R.M.: To dobry przykład pochopnych interpretacji zachowania wilków. W opinii pilarzy zachowanie wilków było agresywne, ale z ich relacji wynikało też, że nie doszło do bezpośredniego ataku. Ich wypowiedzi podchwyciły lokalne media, które relację pilarzy przedstawiły jako twardy dowód na agresję i atak na ludzi. Sprawę błyskawicznie, w podobnym tonie, zaczęły prezentować media krajowe, co zapewne wpłynęło na szybkie podjęcie decyzji o odstrzale. Zabite wilki okazały się być dziesięciomiesięcznymi samicami, o stosunkowo niskiej jak na ten wiek masie ciała. Trudno oczekiwać od pilarzy wiedzy, jak odróżnić podrośnięte szczenię od dorosłego wilka, a zachowania agresywne – od strachu, u wilków wygląda to podobnie. Sekcja wykazała, że jedna z młodocianych samic w przewodzie pokarmowym miała obierki i marchew, co wskazuje na poszukiwanie przez nie pokarmu na nęciskach lub wysypiskach odpadków gospodarskich. Takie młode wilki powinny być w tym czasie pod opieką dorosłych osobników rodzicielskich; to para rodzicielska dostarcza im w tym wieku pokarm, bo same jeszcze nie polują. Należy zatem wyjaśnić, dlaczego te młode wilki od dłuższego czasu były bez opieki, co spowodowało żerowanie na padlinie i poszukiwanie pokarmu w obrębie zabudowań. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że para rodzicielska została nielegalnie zabita.

PAP: Czy wilki stanowią zagrożenie dla człowieka? W jakich warunkach mogą być niebezpieczne?

R.M.: Wilki w środowisku naturalnym traktują ludzi z dużą ostrożnością i unikają bezpośrednich kontaktów. Kłopoty sprawiają najczęściej osobniki młodociane, chore, zranione lub zhabituowane (przyzwyczajone do ludzkiej obecności – przyp. PAP). Co roku zdarzają się przypadki zabierania szczeniąt wilków z lasu i prób ich nielegalnego utrzymywania. Podrośnięte szczenięta sprawiają jednak dużo problemów i nierzadko są przez nielegalnie trzymających ich ludzi uwalniane z powrotem do środowiska naturalnego. Takie wilki są jednak socjalnymi kalekami, niepotrafiącymi nawiązać naturalnych relacji z przedstawicielami własnego gatunku. Trzymają się blisko ludzi i mogą generować sytuacje konfliktowe. Bardzo ważne jest więc uświadamianie ludziom, jak należy się zachowywać w stosunku do dużych drapieżników – dbać o utylizację odpadków mięsnych i padłych zwierząt z gospodarstw hodowlanych, unikać pozostawiania odpadków spożywczych w lasach. I zdecydowanie ścigać oraz karać ludzi, zabierających szczenięta z lasów.

PAP: Przewodniczący PZŁ – Łowczy Krajowy Paweł Lisiak wyraża potrzebę rozpatrzenia koncepcji kontrolowanego zabijania wilków. Ocenia on, że kontrolę liczebności wilków mogą sprawować wyłącznie myśliwi i tylko przez ściśle kontrolowany odstrzał. Wychodzi z założenia, że konieczne jest odtworzenie u wilków „pożytecznego dla obu stron lęku przed człowiekiem”. Czy to możliwe?

R.M.: To stwierdzenie wiele mówi o tym, jak myśliwi chcieliby kształtować relacje ludzi z dzikimi zwierzętami. W ich mniemaniu mają się one opierać na „lęku przed człowiekiem”. W mojej opinii relacje z dzikimi zwierzętami winniśmy opierać na wiedzy i wdrażaniu pragmatycznych i skutecznych rozwiązań, a nie na oczekiwaniu, czy też wymuszaniu u zwierząt „lęku”. Wilki to zwierzęta socjalne, o złożonych relacjach pomiędzy osobnikami w obrębie grup rodzinnych. Ich ostrożność w kontaktach z ludźmi nie bierze się z jakiegoś wrodzonego lęku przed człowiekiem, lecz z osobniczego doświadczenia. Z natury rzeczy szczenięta i osobniki młodociane są mniej doświadczone, a co za tym idzie – ostrożne, a osobniki dorosłe są bardziej doświadczone i mniej ufne w stosunku do ludzi. Zastrzelony wilk żadnego doświadczenia już nie uzyska, ani tym bardziej dalej go nie przekaże. Najlepszym przykładem braku przełożenia intensywnych odstrzałów na wytworzenie strachu przed człowiekiem jest lis, który jest gatunkiem łownym, a jednocześnie pojawia się wszędzie, jest aktywny także za dnia i nie wykazuje szczególnego strachu przed ludźmi. To samo dotyczy saren, dzików i innych zwierząt łownych, które możemy codziennie obserwować, także na terenach zurbanizowanych.

PAP: Czy liczba konfliktów na linii wilk-człowiek wzrasta?

R.M.: Należy pamiętać, że w tego typu „konfliktach” stroną poszkodowaną mogą być zarówno ludzie, jak i wilki. Ludzie mogą ponosić np. straty w zwierzętach hodowlanych, natomiast wilki giną z rąk kłusowników, czy też stają się ofiarami kolizji z pojazdami. O ile jednak nie obserwujemy gwałtownego wzrostu szkód wśród zwierząt hodowlanych wyrządzanych przez wilki, to same wilki coraz częściej padają ofiarami wypadków samochodowych i giną nielegalnie zastrzelone lub złapane we wnyki.

PAP: A ile z doniesień o dostrzeżeniu wilka w mieście jest prawdziwych? Czy ludzie mogą pomylić wilka z innym zwierzęciem?

R.M.: Zdarzają się przypadki zabłąkania się dzikich zwierząt, w tym i wilków, na tereny zabudowane. Niemniej jednak do doniesień o obserwacjach wilków należy podchodzić ostrożnie, dlatego, że w Polsce utrzymywane są rasy psów łudząco do wilków podobne, np. wilczaki czechosłowackie. Każde tego typu doniesienie powinien więc weryfikować ekspert, najlepiej na podstawie zdjęć i filmów.

PAP: Ile jest faktycznie wilków w Polsce?

R.M.: W Polsce za monitoring gatunków chronionych zgodnie z Ustawą o ochronie przyrody odpowiada Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Na ustalenie liczebności i rozmieszczenia wilka wydano ok. 3 mln zł. Wyniki raportu dostępne są tu. Dane podawane przez GIOŚ wykazują liczebność ok. 2 tys. osobników.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

Możliwość komentowania Dr Mysłajek: podchodźmy ostrożnie do rewelacji o atakach wilków na ludzi została wyłączona

Jak rozwijać biznes w rzeczywistości postpandemicznej?

IBM Institute for Business Value we współpracy z Oxford Economics, przeprowadził wywiady z 3000 dyrektorów generalnych z prawie 50 krajów i 26 branż. Następnie przeprowadzono dodatkowo wnikliwe rozmowy z 24…

IBM Institute for Business Value we współpracy z Oxford Economics, przeprowadził wywiady z 3000 dyrektorów generalnych z prawie 50 krajów i 26 branż. Następnie przeprowadzono dodatkowo wnikliwe rozmowy z 24 wybranymi prezesami reprezentującymi 11 branż z 11 krajów. Badania i wywiady miały pokazać sposób myślenia, tematy i wyzwania, z którymi borykają się teraz czołowi liderzy w nowej rzeczywistości związanej z pandemią koronawirusa.

Nie zdarzyło się do tej pory tak, aby zaszła konieczność zreorganizowania życia całej Planety, jednak pandemia pokazała, że wcale nie mamy świata pod ścisłą kontrolą i wiele zmian jest koniecznych. W marcu 2020 roku rozpoczął się bardzo trudny okres dla firm i rządów – czas globalnej kwarantanny, społecznego dystansu i wielkich ograniczeń. Przyszłość zaczęła przybierać ciemne barwy i mnożyć zagrożenia, ale z drugiej strony pozwoliła dostrzec również nowe możliwości.

Postawiono sobie najważniejsze w tym momencie pytanie, co od teraz będzie liczyć się dla klientów, pracowników i inwestorów? Dyrektorzy generalni, z którymi przeprowadzono wywiady przemawiali niemal jednym głosem i podkreślali, że teraz należy skupić się na najmocniejszych stronach działalności przedsiębiorstwa oraz tym, co je wyróżnia i zapewnia największą wartość. Dotyczyć by to miało zarówno produktów i usług zewnętrznych, jak i tych wewnątrz firmy.

Raport podzielony został na 3 rozdziały, które kolejno omawiają zagadnienia związane z nowymi priorytetami dla współczesnych firm, atutami, które zapewniły przedsiębiorstwom przetrwanie w trudnym okresie oraz na czym skupiły się firmy, które najlepiej radziły sobie w rzeczywistości pandemicznej. Zapraszamy do lektury – poniżej, a o tym jak radzą sobie polskie przedsiębiorstwa będzie można posłuchać podczas wirtualnej konferencji Cloud and AI Forum by IBM już 17 marca br, od 10:00 – zapraszamy do rejestracji.

I. Podstawowe priorytety w organizacji przedsiębiorstwa

Po rewolucji, którą przyniósł 2020 rok, prezesi zdecydowanie podkreślają wagę sprawności organizacyjnej. Jako najważniejszą cechę liderów uznają zdolność do szybkiego reagowania na zaistniałą sytuację i dostosowywania się do warunków, jednocześnie bez utraty jakości działania. Dla 56 proc. CEO w ciągu najbliższych 2-3 lat liczyć się będzie elastyczność.

Nie jest zaskoczeniem, że dla 3000 ankietowanych prezesów najważniejszą zewnętrzną siłą, która będzie miała wpływ na ich przedsiębiorstwa w ciągu najbliższych kilku lat jest technologia. Według CEO to właśnie cyfrowa dojrzałość przedsiębiorstwa przekłada się na wyniki finansowe firmy. Rezultaty przeprowadzonego badania na podium plasują takie technologie jak IoT (Internet rzeczy), przetwarzanie danych w chmurze oraz sztuczną inteligencję.

Dyrektorzy generalni zostali poproszeni o wskazanie, którzy z pozostałych członków kadry kierowniczej będą odgrywać kluczową rolę dla ich organizacji w ciągu najbliższych 2-3 lat. Wybór padł na szefów zarządzających obszarami technicznymi (Chief Information Officers [CIO] i Chief Technology Officers [CTO]), a ich wartość oceniono dwukrotnie wyżej niż przykładowo dyrektorów marketingu.

 

II. Pięć czynników, które wyróżniają Outperformers

Mianem „Outperformers” określono tych właścicieli firm, które radzą sobie lepiej na rynku.

Na podstawie badania i przeprowadzonych rozmów wyodrębniono 5 obszarów w organizacji przedsiębiorstwa, które charakteryzują najlepszych graczy na rynku:

  • Najważniejsze jest przywództwo. Badanie pokazało, że bardziej elastyczne struktury (które są mniej biurokratyczne) odnoszą sukces, a osoby, które mają poczucie celu i misji osiągają lepsze wyniki.
  • Technologia, czyli coś więcej niż narzędzie. Bardzo istotna okazała się dojrzałość technologiczna, która gwarantuje wydajność pracy. Organizacje, które zainwestowały w przetwarzanie danych w chmurze lub sztuczną inteligencję, radziły sobie lepiej niż inne firmy podczas okoliczności związanych z pandemią, która wybuchła w 2020 roku.
  • „Hybrydowi” pracownicy. Nie ma wątpliwości, że praca zdalna będzie stałym elementem hybrydowego modelu pracy. Zmieni to kulturę organizacyjną i będzie wymagała nowego podejścia do zarządzania. Około 50 proc. dyrektorów generalnych, którzy wzięli udział w badaniu podkreśla, że praca zdalna będzie w najbliższym czasie wyzwaniem.
  • Dyrektorzy generalni spodziewają się mniejszej liczby partnerstw, ale o wyższym znaczeniu strategicznym. Wychodzą z założenia, że po co robić wszystko samemu, skoro można podjąć współpracę z kimś, kto realizuje dane zadania znacznie lepiej, i razem otwierać nowe możliwości?
  • Cyberbezpieczeństwo. Analiza wywiadów z CEO 3000 firm pokazała, że dyrektorzy zarządzający najlepiej prosperującymi organizacjami przykładają większą wagę do ochrony przed cyberzagrożeniami i ujawnieniem danych. Zdają sobie sprawę, że zaufanie stało się walutą ekosystemów biznesowych.

III. Azymut na klienta, produkt, a może na operacje?

Stosując analizę segmentacyjną opartą na danych, IBV wytypował trzy naturalne grupy, które wyodrębniły się na podstawie odpowiedzi 3000 respondentów: skoncentrowane na kliencie (ok. 50 proc.), zorientowane na produkt (30 proc.) albo na operacje (20 proc.). Udało się wysnuć pewne wnioski na temat różnic w działaniu między najlepiej a gorzej radzącymi sobie firmami.

Z analizy możemy się dowiedzieć m.in., że to, co jest ważne dla jednego kierunku, niekoniecznie takim jest dla innego. Badanie pokazało, że nie można skupiać się wyłącznie na jednym z tych trzech segmentów, zaniedbując jednocześnie pozostałe. Tak firmy działały dawniej, ale współcześnie nie ma miejsca na taki model w znaczących organizacjach. Liderzy firm przekonują, że należy wziąć każdy z tych 3 segmentów pod uwagę, ale jeden z nich traktować priorytetowo.

Ustalenia raportu kończą się przewodnikiem, który wskazuje, w jaki sposób można wykorzystać zawarte w nim ustalenia w pracy swojej organizacji.

Stagnacja i powielanie utartych schematów to droga donikąd. Aby zagwarantować przetrwanie i prosperowanie na szybko zmieniającym się rynku, firmy poniekąd zmuszone są do nieustannych zmian. Co w przyszłości będzie się liczyć dla klientów, pracowników firm i inwestorów? Jakimi cechami powinny charakteryzować się przedsiębiorstwa, aby miały szansę na przetrwanie? Między innimi te pytania postawili sobie organizatorzy Cloud and AI Forum by IBM. Podczas konferencji będzie można posłuchać reprezentantów polskich przedsiebiorstw, innowatorów, ekspertów z branży – serdecznie zapraszamy po garść inspiracji – rejestracja obowiązkowa.

 

Partnerem publikacji jest Cloud and AI Forum by IBM.

Możliwość komentowania Jak rozwijać biznes w rzeczywistości postpandemicznej? została wyłączona

Ekohydrolog: prawdopodobieństwo suszy wiosną – mniejsze niż przed rokiem

Po dość wilgotnym lecie i opadach śniegu zimą rezerwy wody są znacznie większe niż przed rokiem, a prawdopodobieństwo suszy wiosną jest dużo niższe – ocenił ekohydrolog prof. Maciej Zalewski z…

Po dość wilgotnym lecie i opadach śniegu zimą rezerwy wody są znacznie większe niż przed rokiem, a prawdopodobieństwo suszy wiosną jest dużo niższe – ocenił ekohydrolog prof. Maciej Zalewski z Uniwersytetu Łódzkiego.

„W tym roku prawdopodobieństwo wystąpienia suszy jest zdecydowanie niższe niż przed rokiem. Już ubiegłoroczne lato było bardziej wilgotne niż poprzednie, tej zimy spadł śnieg, dzięki któremu rezerwa wody w glebie się znacznie odbudowała, ale poziom wód gruntowych jest stosunkowo niski, niższy niż jeszcze kilkanaście lat temu” – powiedział ekspert.

„Jednak jeżeli przez trzy następne miesiące nie będzie opadów, to problem powróci. Ale i tak sytuacja nie powinna być tak krytyczna jak przed rokiem” – dodał dyrektor Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk.

Pokrywa śnieżna – bardzo mała w poprzednich latach – odgrywa kluczową rolę przy odbudowie zasobów wód podziemnych. „W zatrzymywaniu tej wody w glebie pomocne są m.in. drzewa. Zimą topniejąca woda ze śniegu wykorzystuje korzenie drzew jako przewody, dzięki którym dostaje się w głąb ziemi. Wody podziemne w coraz większym stopniu będą wykorzystywane do m.in. nawadniania pól, dlatego ich odbudowa jest tak ważna” – podkreślił.

Prof. Zalewski przypomniał, że skutki globalnych zmian klimatu odczuwalne są na poziomie regionalnym czy nawet lokalnym – powodując anomalnie temperaturowe czy opadowe.

Jak wskazał, klimat i opady w Europie zależą w dużym stopniu od tego, jak woda krąży w Atlantyku. Jako przykład podał ciepły prąd z Zatoki Meksykańskiej, który podnosi temperaturę w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech. „Teraz ten prąd słabnie m.in. w wyniku bardzo intensywnego topnienia lodów na północy i zasilania wodami o niskim zasoleniu; wpływ ten ocenia się na kilkanaście procent. To z kolei może powodować, że susze i opady nawalne będą występowały coraz częściej, a zimą – napływ zimnego powietrza arktycznego” – tłumaczył ekspert.

„Dla kreowania bezpiecznej przyszłości, procesy zmian klimatycznych nie powinny być nasilane, o co musimy wszyscy zadbać np. poprzez korzystanie ze źródeł energii odnawialnej, docieplanie domów, zmianę samochodu na zasilany elektrycznie, a także redukcję ilości spożywanego mięsa, gdyż jego produkcja wiąże się z wycinaniem lasów, emisją metanu i dwutlenku węgla. Każde z tych działań przyczynia się do osiągnięcia pożądanej wizji przyszłości” – podsumował prof. Zalewski.

(PAP) – https://naukawpolsce.pap.pl/

Agnieszka Kliks-Pudlik

Możliwość komentowania Ekohydrolog: prawdopodobieństwo suszy wiosną – mniejsze niż przed rokiem została wyłączona

Type on the field below and hit Enter/Return to search

Skip to content