Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Kategoria: Człowiek

Skąd się biorą nasze reakcje i co nami steruje?

Gdzie mieszczą się nasze intencje i skąd się biorą nasze reakcje? Z mózgu? A może źródła naszych zachowań powinniśmy szukać zupełnie gdzie indziej? W tym artykule wyjaśniam, dlaczego reagujemy w…

Gdzie mieszczą się nasze intencje i skąd się biorą nasze reakcje? Z mózgu? A może źródła naszych zachowań powinniśmy szukać zupełnie gdzie indziej? W tym artykule wyjaśniam, dlaczego reagujemy w dany sposób i co ma wpływ na nasze reakcje. Do poruszenia tego tematu zainspirowała mnie książka autorstwa Roberta Sapolsky’ego pt. „Zachowuj się. Jak biologia wydobywa z nas to, co najgorsze, i to, co najlepsze”.

Co sprawiło, że zrobiłeś to, co zrobiłeś? Odpowiedź zależy od dyscypliny nauki, bo wszystkie udzielą różnych odpowiedzi. Z jednej strony hormony, z drugiej ewolucja, z innej jeszcze doświadczenia z dzieciństwa albo geny, albo kultura. Wszystkie te odpowiedzi są ze sobą nierozerwalnie splecione, żadna nie jest najlepsza. Człowieka powinniśmy postrzegać interdyscyplinarnie.

To nie mózg steruje naszymi reakcjami?

Mózg w danej sytuacji nie zadziałał sam z siebie. Tuż przed Twoją reakcją dotarł do Ciebie jakiś bodziec, który wywołał taką a nie inną reakcję. Zadziałał przez kanały zmysłowe i dotarł do mózgu, chociaż mogłeś sobie tego nie uświadomić. Co nam to mówi o naszych najgorszych i najlepszych zachowaniach? Mózg pobudza do działania przeróżne informacje docierające ze zmysłów. Szczególnie wyraźnie widać ten mechanizm u innych gatunków. Zwierzęta potrafią wyczuwać rzeczy w zakresie dla nas niedostępnym albo za pomocą zmysłów, których w ogóle nie znamy.

U różnych gatunków dominująca forma sygnałów zmysłowych — wzrok, dźwięki i tak dalej — ma najbardziej bezpośredni dostęp do układu limbicznego, dlatego na przykład u gryzoni emocje są zazwyczaj wywołane przez węch. Ludzki układ węchowy jest w zaniku: około 40% mózgu szczura zajmuje się przetwarzaniem sygnałów zapachowych — u człowieka tylko 3%. Mimo to wciąż nieświadomie prowadzimy węchowe życie i podobnie jak u gryzoni nasz układ węchowy ma więcej bezpośrednich połączeń z układem limbicznym niż jakikolwiek inny zmysł.

Oprócz informacji dotyczących świata zewnętrznego nasze mózgi nieustannie odbierają informacje dotyczące „interocepcji”, czyli wewnętrznego stanu ciała, jak głód, ból, swędzenie, co też wpływa na nasze emocje. Jeśli czujemy się źle i coś nas boli, to nasza reakcja na bodźce będzie wyczulona. Ból wzmacnia już istniejącą skłonność do agresji, a więc osoby z natury agresywne stają się w takich momentach jeszcze bardziej agresywne.

Wrażliwość na konkretne sygnały pochodzące z różnych źródeł zmienia się. Kiedy jesteśmy głodni, rośnie nasza wrażliwość na zapach jedzenia. Sygnały pochodzące od zmysłów prowadzą do mózgu. Jednak mózg wysyła także połączenia neuronowe do narządów zmysłów. Na przykład niski poziom cukru we krwi może aktywować określone neurony w podwzgórzu. One z kolei wysyłają sygnały pobudzające neurony receptorów w nosie, które reagują na zapachy jedzenia. Sama stymulacja nie wystarczy, żeby w neuronach receptorowych pojawiły się potencjały czynnościowe, ale teraz wystarczy mniejsza liczba aromatycznych cząsteczek z żywności, żeby taki potencjał wyzwolić.

A może chodzi o hormony?

Testosteron — jak działa?

Najczęściej za sprawcę agresji uznaje się testosteron. Chociaż rzeczywiście między występowaniem agresji a obecnością testosteronu występuje pewna korelacja, to związek pomiędzy poziomem testosteronu a agresją u dorosłych mężczyzn jest słaby i niestały, a podawanie testosteronu ochotnikom zazwyczaj nie zwiększa u nich agresji. Mózg nie zwraca uwagi na wahania poziomu testosteronu, dopóki utrzymuje się on w normalnym zakresie, a różnice dotyczące poziomu testosteronu na ogół nie wyjaśniają, dlaczego jedne osoby są bardziej agresywne od innych.

Jak działa więc testosteron? Podnosi poziom pewności siebie i optymizmu, a obniża uczucia strachu i lęku. Testosteron zwiększa impulsywność i ryzykowne zachowania, skłaniając ludzi do robienia rzeczy łatwiejszej, nawet jeśli jest to głupie. Obniża aktywność w korze przedczołowej oraz osłabia jej współpracę z ciałem migdałowatym, za to zwiększa łączność ciała migdałowatego ze wzgórzem — czyli strukturą, przez którą informacje napływające ze zmysłów docierają skróconą drogą do ciała migdałowatego. W ten sposób rośnie wpływ impulsów działających w ułamku sekundy, ale nieprecyzyjnych, zaś maleje rola kory czołowej, która każe się na chwilę zatrzymać i zastanowić.

Dlatego działanie testosteronu zależy od kontekstu. Sam nie powoduje agresji, ale może pomóc ją wywoływać. Jeśli ciało migdałowate już wcześniej reaguje na jakiś aspekt wiedzy wyuczonej społecznie (gniewne twarze), to testosteron zwiększa intensywność jego reakcji. Mówi ona, że wyższy poziom testosteronu zwiększa agresję wyłącznie w reakcji na pojawiające się wyzwanie. Wzrost poziomu testosteronu towarzyszący zagrożeniu statusu wzmaga wszelkie zachowania zmierzające do utrzymania statusu. Gdyby status zdobywałoby się w zamian za szlachetne zachowania, nie byłoby bardziej prospołecznego hormonu niż testosteron.

Stres — jak wpływa na organizm i podejmowanie decyzji?

Czynnikiem, który za to bardzo silnie wpływa na nasze decyzje i zachowanie jest stres. Pojawia się on szczególnie przed podjęciem najważniejszych i obarczonych największymi konsekwencjami decyzji. Jest to dla zjawisko najczęściej niekorzystne, ale stres jest potrzebny, kiedy organizm potrzebuje się zmobilizować na krótko. Naszym przodkom pomagał zwiększyć wydajność organizmu w razie niebezpieczeństwa. Mięśnie potrzebowały wtedy dużej dawki energii, reakcja stresowa mobilizowała energię i przenosiła ją z zapasów organizmu do krwiobiegu. Co więcej, przy okazji stresu podnosi się tętno i ciśnienie krwi, dzięki czemu energia krążąca w krwiobiegu szybciej dociera do pracujących mięśni. Do tego w chwilach stresu organizm odkłada na potem rośnięcie, naprawianie tkanek czy reprodukcję. Dlatego długoterminowy stres powoduje różne problemy metaboliczne i osłabia odporność.

Długotrwały stres powoduje również, że ludzie nieświadomie stają się bardziej wyczuleni na gniewny wyraz twarzy. W chwilach stresu bardziej aktywny staje się neuronalny skrót, którym dane ze zmysłów przenoszą się przez wzgórze do ciała migdałowatego — jego synapsy robią się wrażliwsze. Nasze reakcje stają się szybsze, ale też mniej precyzyjne i przemyślane. W sytuacji budzącej strach ciało migdałowate panuje nad hipokampem i zmusza go do zapamiętania informacji dotyczących kontekstu zdarzenia (np. ciało migdałowate zapamiętuje nóż napastnika, a hipokamp — miejsce, w którym doszło do napadu rabunkowego). Stres wzmacnia ten efekt, ułatwia uczenie się skojarzeń lękowych i włączanie ich do pamięci długoterminowej.

hormon stresu

Z drugiej jednak strony pod wpływem stresu trudniej jest odzwyczaić się od odruchu warunkowego związanego ze skojarzeniem lękowym. Stres zaburza też działanie pamięci roboczej, ale też utrudnia synchronizację różnych obszarów kory czołowej. Dlatego trudniej jest przerzucić się od jednego zadania do drugiego. W sytuacji stresowej zacinamy się, włącza się autopilot, kierujemy się nawykiem. Co zwykle robimy w stresującym momencie, kiedy coś nie działa? Powtarzamy to samo wiele razy, tylko szybciej i mocniej. Osłabienie działania kory czołowej w połączeniu z nasilonym działaniem ciała migdałowatego w chwilach stresu powoduje, że źle oceniamy ryzyko.

Chociaż oczywiście każdy jest inny to obie płcie zarządzają stresem inaczej. Reakcja typu tend-and-befriend u kobiet to przeciwieństwo reakcji fight or flight bardziej charakterystycznej dla mężczyzn. Statystycznie kobiety w stresie skupiają się bardziej na trosce o dzieci (tend) oraz szukają przynależności społecznej (befriend). Jest tak najprawdopodobniej dlatego, że u kobiet w reakcji stresowej silniejszy jest element wydzielania oksytocyny, hormonu odpowiedzialnego zabudowanie relacji.

W ciągu ostatnich minut czy godzin przed jakimś zachowaniem hormony działają głównie w sposób warunkowy i ułatwiający. Hormony nie determinują, nie nakazują, nie powodują zachowań, ani ich nie tworzą. Sprawiają tylko, że stajemy się bardziej wrażliwi na czynniki społeczne, które wyzwalają zachowania silnie nacechowane emocjonalnie i wzmacniają w nas już istniejące skłonności w tych obszarach.

Ostatnio nagrałem film na swój kanał na YouTube na ten temat. Obejrzyj materiał:

 

Możliwość komentowania Skąd się biorą nasze reakcje i co nami steruje? została wyłączona

Przez przypadek odkryto, że dysortografia nie jest lżejszą formą dysleksji

Wbrew pozorom dysortografia nie jest lżejszą odmianą dysleksji. W każdym z tych zaburzeń praca mózgu wygląda inaczej. Zbadali to naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Naukowcy z…

Wbrew pozorom dysortografia nie jest lżejszą odmianą dysleksji. W każdym z tych zaburzeń praca mózgu wygląda inaczej. Zbadali to naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

Naukowcy z Instytutu Nenckiego zainteresowali się porównaniem dysortografii i dysleksji w kontekście pracy mózgu trochę przez przypadek. Przy okazji innych badań i poszukiwań dzieci z dysleksją, zdiagnozowanych przez specjalistyczne poradnie, okazało się, że 1/5 wszystkich dzieci, które skierowano do naukowców wcale nie miała dysleksji, lecz dysortografię. To skłoniło badaczy do tego, żeby porównać obie te przypadłości.

Naukowcy po raz pierwszy porównali pracę mózgu dzieci z dysortografią z pracą mózgu dzieci z dysleksją w trakcie czytania. Pokazali, że dysleksja i dysortografia mają różne mózgowe podłoża przetwarzania słów. Dzięki temu wyraźniej widać, że są to odmienne zaburzenia, a nie różne odmiany dysleksji.

Naukowcy z Instytutu Nenckiego prowadzili te badania we współpracy z austriackim Uniwersytetem w Grazu, a ich wyniki ukazały się w czasopiśmie „Brain Structure and Function”.

Dysortografia i dysleksja – co to jest?

W ramach uporządkowania wiedzy wyjaśnijmy, co to jest dysleksja i dysortografia.

O dysleksji można mówić wówczas, gdy dana osoba ma problemy zarówno z nauką czytania, jak i z czytaniem. Problemy te trwają od dzieciństwa aż po wiek dorosły. Osoby z dysleksją mają również trudności z poprawną pisownią, np. trudności sprawiają im dyktanda.. Nie jest to jednak reguła. Zdarzają się osoby z dysleksją, które nie popełniają błędów w pisaniu i mamy wówczas do czynienia tzw. izolowanym deficycie czytania.

Dysortografia dotyczy dzieci, które czytają na typowym poziomie, ale mimo znajomości zasad ortograficznych  mają problem z pisaniem i popełniają specyficzne błędy.  Mylą nie tylko  „ch” z „h” albo „ż” i „rz”, ale również przestawiają szyk liter w słowach albo zapisują odbicia lustrzane liter.

Przebieg i wyniki badania

Dzieci w wieku 9-13 lat, które wzięły udział w badaniu podzielono na trzy grupy:

  • grupa, która nie miała problemów z pisaniem ani czytaniem;
  • grupa osób z dysortografią, które mają problemy z pisaniem, ale nie z czytaniem;
  • grupa osób z dysleksją, które mają trudność zarówno z czytaniem, jak i pisaniem.

Dzieci badano funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI), na którego ekranie prezentowano  krótkie słowa często występujące w języku polskim. Dzieci patrząc na te słowa miały za zadanie odczytywać je w myślach. Dla porównania prezentowano też inne bodźce wzrokowe, np. szereg symboli niebędących literami, a następnie sprawdzano, jakie obszary mózgu się aktywowały.

Zaobserwowano, że u dzieci z dysleksją lewy zakręt wrzecionowaty aktywował się o wiele słabiej niż u dzieci z dysortografią i z grupy kontrolnej.

Obszar ten wykształca się, kiedy uczymy się czytać. Jego zadaniem jest zapamiętywanie, jak wyglądają całe słowa. To dzięki temu nie musimy każdorazowo literować wyrazu w głowie, ale bezproblemowo odczytać go w całości. Nasz mózg jest niesamowity – to pozwala nam na szybkie czytanie, a dodatkowo tekst nie przestaje być zrozumiały, nawet jeśli pojawiają się w nim literówki czy błędy.

Na pewno znacie tę grafikę, która mimo licznych błędów, nadal dla większości z nas jest czytelna. Jej odczytanie jest możliwe dzięki obszarowi w mózgu, który jest odpowiedzialny za wzrokowe rozpoznawanie obrazów.

A może u Ciebie jest inaczej? Przekonaj się i spróbuj przeczytać poniższy tekst:

Mimo błędów, możemy przeczytać ten tekst

Naukowcy wnioskują, że skoro wspomniany wyżej obszar słabo aktywował się u dzieci z dysleksją, ale nie z dysortografią, to jest on kluczowy dla umiejętności czytania.

W badaniu wzięto pod uwagę także inny obszar w mózgu, który (w odniesieniu do grupy kontrolnej) słabiej aktywował się zarówno u osób z dysleksją, jak i z dysortografią. Chodzi o zakręt skroniowy górny, który odpowiada za przetwarzanie fonologiczne, czyli umiejętność dzielenia wyrazów na dźwięki i manipulowania nimi.

Osoby z deficytami fonologicznymi mają kłopot z określeniem, czy dane słowa rymują się albo czy zaczynają się na tę samą głoskę. Nie potrafią też wyodrębnić głosek z wyrazów, a okazuje się, że to jest kluczowe dla nauki pisania. Problemy fonologiczne mają zarówno osoby z dysleksją, jak i osoby z dysortografią.

Mózg z zaznaczonymi obszarami dysortografii i dysleksji

Na pomarańczowo zaznaczony jest obszar wzrokowej formy słów w lewej półkuli, który miał mniejszą aktywność podczas czytania słów u dzieci z dysleksją w porównaniu do typowo czytających. Na różowo zaznaczony jest obszar w lewym zakręcie skroniowym górnym, który był mniej aktywny podczas czytania zarówno u dzieci z dysleksją jak i z dysortografią w porównaniu do grupy kontrolnej. Źródło: Instytut Nenckiego PAN

 

Od diagnozy do terapii

Badania pokazują, że wprawdzie istnieje związek między deficytem fonologicznym, a dysleksją i dysortografią, ale jeszcze ciężko stwierdzić, czy te wyniki mogłyby mieć przełożenie na terapię. Deficyt fonologiczny zaczyna się kształtować ok. 5-6 roku życia, a dysleksję diagnozuje się dopiero, kiedy dziecko osiąga wiek 9 lat. Można jednak obserwować dziecko i reagować nieco wcześniej. Jeśli około 6-7 roku życia dostrzeżemy u dziecka problemy z fonologią, możemy mu pomóc w nauce czytania poprzez wykonywanie z nim zadań na integrację głoski z literą czy rozróżnianie głosek. Terapię trzeba zacząć jednak szybciej niż można postawić diagnozę i taki jest paradoks dysleksji.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Przez przypadek odkryto, że dysortografia nie jest lżejszą formą dysleksji została wyłączona

Dlaczego wierzymy w bzdury?

W czasach, w których dostęp do informacji jest tak prosty, jak mrugnięcie okiem, coraz więcej osób wierzy w płaską Ziemię, szkodliwość DNA, samoloty rozpylające chemikalia, czy to, że nigdy nie…

W czasach, w których dostęp do informacji jest tak prosty, jak mrugnięcie okiem, coraz więcej osób wierzy w płaską Ziemię, szkodliwość DNA, samoloty rozpylające chemikalia, czy to, że nigdy nie wylądowaliśmy na Księżycu. W tym materiale staram się wytłumaczyć mechanizmy, które sprawiają, że czasem prościej jest uwierzyć w pseudonaukowe teorie, niż poparte wiedzą i badaniami twierdzenia naukowców.

Wiara w pseudonaukę

W komentarzach pod moimi filmami nie brakuje komentarzy, w których wiele osób wątpi, że człowiek postawił stopę na Księżycu. To zadziwiające, że osoby na kanale naukowym nie wierzą w to udowodnione i wielokrotnie powtórzone osiągnięcie ludzkości. Taka postawa to element szerszego zjawiska, które nazywam wiarą w pseudonaukę.

Jakiś czas temu zapytano Amerykanów w sondzie ulicznej, czy nie uważają, że żywność zawierająca DNA powinna być oznaczona? Większość odpowiadała, że oczywiście tak, bo DNA przecież jest groźne! (Chyba DNA pomyliło im się z GMO, choć i w tym przypadku nie ma żadnych dowodów na to, by GMO było dla nas groźne). Tylko jakie znaczenie ma opinia setek naukowców, jeśli w sieci pojawia się materiał, z którego wynika, że pewna rasa szczurów po podaniu żywności GMO gromadnie zachorowała na raka?

Jeszcze gorzej sprawa ma się ze szczepionkami. Tutaj emocje sięgają zenitu, a tam, gdzie emocje, tam nie ma miejsca na rzeczową dyskusję. Niestety kilka kłamliwych komentarzy środowisk antyszczepionkowców ma większe zasięgi niż dane, wykresy, mapy i można setki razy tłumaczyć, że szczepionki nie mają nic wspólnego z autyzmem i ich celem nie jest zniewolenie całych społeczeństw. Niestety ludzi negujących skuteczność szczepionek czy antybiotyków jest coraz więcej.

To, że jest sporo oszustów, którzy zarabiają na ludzkiej naiwności jest oczywiste. Zawsze tak było i będzie. To, że są tacy, którzy dzielą się alternatywnym opisem rzeczywistości to też żadna nowość. Pytanie brzmi, dlaczego coraz większa liczba osób daje się nabrać na te oszustwa?

Czy wszystkiemu winny jest nasz mózg?

Częściowo to wina naszego mózgu i mechanizmów fizjologicznych. Za prawdziwe wyrażenia uważamy te, które najbardziej rozumiemy. Mając więc dwa opisy rzeczywistości, większość z nas intuicyjnie wybierze ten łatwiejszy do zrozumienia. To właśnie dlatego argumenty pseudonaukowców opierają się na bardzo prostych analogiach i używają prostych wytłumaczeń do wyjaśnienia tego, co widzimy.

Dysonans poznawczy

Inny powód, dla którego ludzie wierzą w pseudonaukę to dysonans poznawczy. Wytłumaczę go na przykładzie. Wyobraźmy sobie, że mamy dom. Fundament jest jego podstawą i na nim budujemy resztę. Jeżeli ona nie pasuje do fundamentu, to ją odrzucamy. To zrozumiałe, bo przecież fundamentów się nie rusza, za to przebudować, rozebrać można ściany.

Plemienność

Jest jeszcze jeden mechanizm, który sprawia, że ludzie wierzą w alternatywną rzeczywistość. Chęć przynależności do jakiejś grupy – czyli plemienność. To jest uwarunkowane genetycznie i nie jest to zaskakujące. Chcemy należeć do jakiejś społeczności, mieć poczucie przynależności, identyfikacji z pewną grupą. Kiedyś ten mechanizm pozwalał przetrwać, ale dziś, gdy nie mamy świadomości ich istnienia, stajemy się wobec nich bezbronni.

Pseudonaukowcy tłumaczą świat prosto, a rzeczywistość nie zawsze taka jest. Poza tym bazują na emocjach, a te raczej przeszkadzają nam w zrozumieniu zjawisk niż pomagają. Gdy naukowiec mówi, że szczepienia są bezpieczne i pomagają, choć nie może wykluczyć komplikacji poszczepiennych u bardzo niewielkiej grupy dzieci, a antyszczepionkowiec pokaże zdjęcie sparaliżowanego dziecka twierdząc, że przyczyną jest szczepionka, komu damy wiarę?

Pseudonauki dają pocieszenie i fałszywe poczucie zrozumienia rzeczywistości. Nauka oparta na pomiarze i doświadczeniu bywa bezwzględna, bezduszna i skomplikowana. Która zatem – nauka czy pseudonauka może być źródłem frustracji, a czasami rozpaczy?

Zapraszam do obejrzenia filmu, w którym szerzej poruszam ten temat.

Możliwość komentowania Dlaczego wierzymy w bzdury? została wyłączona

Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty…

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty związane z jej podaniem to powód do strachu?

Gdy umawiałem się z moim gościem na rozmowę myślałem, że jej tematem będzie skuteczność szczepień w takich krajach, jak Izrael czy Wielka Brytania. Jednak w ciągu kilku ostatnich dni bardzo dużo się wydarzyło i nie mogę nie poświęcić dużej części naszej rozmowy brytyjskiej/oksfordzkiej szczepionce AstraZeneca. Kolejne kraje zawiesiły program jej wykorzystywania. Powstaje pytanie, czy ona jest niebezpieczna i jest się czego obawiać? Zapraszam do przeczytania materiału, który powstał w ramach opracowania rozmowy z doktorem Pawłem Grzesiowskim – pediatrą, nauczycielem akademickim i ekspertem Naczelnej Rady Lekarskiej. Rozmowę przeprowadziłem na antenie Radia 357.

Nasze podejście do epidemii: 2020 vs 2021 rok

Tomasz Rożek: Panie doktorze dokładnie rok temu w trochę innej rzeczywistości radiowej rozmawialiśmy właśnie na temat epidemii. Ona się wtedy zaczynała, jeszcze specjalnie się do niej nie przywiązywaliśmy. Być może niektórzy słyszeli napływające zewsząd informacje, ale wielu jeszcze nie bardzo wierzyło, że w XXI wieku, w środku Europy, możliwa jest epidemia, która spowoduje taki bałagan, z jakim właśnie mamy do czynienia. Co dzisiaj wiemy, czego wtedy nie wiedzieliśmy? Albo jakie rok temu mogliśmy podjąć decyzje, żeby dzisiaj było lepiej?

dr Paweł Grzesiowski: To trudne pytanie, bo dzisiaj mamy doświadczenia z ostatniego roku. Rok temu nie mając doświadczeń nie mogliśmy przewidzieć takich komplikacji, z jakimi mamy do czynienia teraz. Niestety mimo dużych doświadczeń naukowych i medycznych, przewidzenie rozwoju pandemii nowego wirusa – podkreślam to z pełną świadomością – nowego wirusa w rozumieniu układu odporności człowieka, jest moim zdaniem niemożliwe. Moglibyśmy tylko odwoływać się do przeszłości, do innych pandemii, a pamiętajmy, że te poprzednie pandemie jednak dotyczyły wirusów już chociaż trochę znanych w naszemu układowi odporności. Np. grypa, odra, ospa prawdziwa, ebola czy HIV, który pojawił się w okolicach lat ’80.

Tomasz Rożek: Czy rok temu myślał Pan, że ten wirus będzie groźniejszy niż jest w rzeczywistości, czy przeciwnie, myślał Pan, że wszystko pójdzie łatwiej, a jak widać nie idzie łatwo.

dr Paweł Grzesiowski: Takie wątpliwości miałem w połowie stycznia, kiedy dostaliśmy pierwsze raporty z Chin, takie konkretne, bo przecież wiemy że Chiny dopiero  31 grudnia zgłosiły oficjalnie do WHO kilkanaście przypadków niewyjaśnionych zgonów z powodu jakiegoś ciężkiego zapalenia płuc, które nie było grypą. W połowie stycznia jeszcze mieliśmy wątpliwości, zastanawialiśmy się, czy nie jest to być może kolejna lokalna odmiana SARS lub może MERS. Na pewno jednak nie sądziliśmy, że to są wirusy o znaczeniu globalnym. Natomiast już w marcu, kiedy odnotowaliśmy przypadki poza Azją i epidemia rozpoczęła się w Europie – we Włoszech,  w Stanach Zjednoczonych (i były to ciężkie przypadki), to miałem przekonanie, że czeka nas bardzo poważny problem. Powiem szczerze, że wtedy bałem się bardziej niż teraz, bo wtedy raporty były znacznie bardziej dramatyczne, mimo że wykrywaliśmy mniej przypadków i współczynnik śmiertelności był szacowany na 10 proc. Gdybyśmy dzisiaj wyobrazili sobie, że zmarło nie 2,6 miliona, lecz 26 milionów ludzi, to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu historycznie.

Strategiczny zwrot akcji – szczepionki!

Tomasz Rożek: W międzyczasie bardzo wiele się wydarzyło. Tak zwana pierwsza fala w Polsce w ogóle się nie zadziała (latami będziemy jeszcze analizować te liczby). Druga fala uderzyła w nas mocno, ale po niej pojawiły się szczepionki i wielu z nas kamień spadł z serca. Można byłoby powiedzieć, że wygraliśmy, ale mamy teraz do czynienia z trzecią falą. Mamy szczepionki, ale nagle się okazało, że wzbudzają one wiele emocji, także negatywnych. Rozumiem, że pan jako lekarz jak słyszy o tym, że szczepionki tylko szkodzą, to podnosi się panu ciśnienie. Nie wiadomo, jak to interpretować, ale pojawia się sporo kontrowersji wokół brytyjskiej, oksfordzkiej szczepionki AstraZeneca. Jak pan na to patrzy?

dr Paweł Grzesiowski: Nastawienie do szczepień zmieniło się radykalnie. Pamiętacie państwo pewnie te wyniki wstępnych szacunków z okolic października, listopada ubiegłego roku, które porównywały nastawienie do szczepień z okresu jeszcze przed wakacjami. Z 40 proc. zaufania do szczepień notowania wzrosły do pięćdziesięciu kilku proc., natomiast te same badania powtórzone dwa miesiące później pokazały, że już zaufanie do szczepień w momencie kiedy one weszły na rynek skoczyło do ponad 60 proc.

To pokazuje, że my, jako ludzkość, jednak dajemy wiarę i ufamy tej gałęzi przemysłu i nauki. I te procenty zaufania jeszcze bardziej wzrosły biorąc pod uwagę liczbę zgłaszających się na szczepienia. Ale tak jest z każdym dobrem. Jeżeli ono da się oswoić i jeśli minie moment, gdy wszyscy czegoś bardzo chcemy, to zaczynamy zyskiwać pewien dystans.

Myślę, że jesteśmy w tej chwili w momencie takiego dystansu, kiedy dotarła do nas informacja, że po jednej ze szczepionek coś się wydarzyło w jednym kraju, potem w następnym. W różnych środowiskach zawieszono szczepienia, ktoś zrobił to samo i w tej chwili obserwujemy dokładnie odwrotny efekt domina. Zauważmy, że o ile początkowo kolejny kraj po kraju, czy każda kolejna osoba po osobie nabierała zaufania do szczepień, tak w tej chwili widzimy, że zaufanie do szczepionek (bo to nie jest tylko problem szczepionki AstraZeneca) maleje i zauważamy, że kolejne kraje, mimo że nie dochodzi do kolejnych incydentów związanych, zawieszają stosowanie tej szczepionki. Czyli można powiedzieć, że jest to ewidentnie działanie bardziej emocjonalne i podyktowane niepokojem obywateli, niż faktami naukowymi, medycznymi.

Szczepionki na koronawirusa – czym się różnią?

Tomasz Rożek: Zanim przejdziemy do tych niepewnych albo pewnych faktów, chciałbym jeszcze Pana zapytać o to, czym różnią się szczepionki na koronawirusa? Mamy dzisiaj na rynku cztery firmy: Pfizer, Moderna, AstraZeneca i Johnson&Johnson. Czy różni je tylko i wyłącznie nazwa? Czy one się różnią jakoś zasadniczo od siebie?

dr Paweł Grzesiowski: Zdecydowanie różnią się bardzo mocno technologicznie. Natomiast z punktu widzenia działania na układ odpornościowy byłoby pewnym problemem, żeby rozróżnić efekty. Zarówno po szczepionkach mRNA, jak i wektorowych DNA powstają przeciwciała przeciwko białku S. Różnica polega na tym, że w różny sposób jest podawana informacja. Szczepionki mRNA, czyli szczepionki firmy Pfizer, Moderna, są szczepionkami, można powiedzieć, najbardziej czystymi w swojej istocie. Otóż jest zapisana informacja w mRNA, czyli w kodzie genetycznym, który jest bezpośrednio podłączony do naszych „drukarek” czyli naszych rybosomów, w których produkowane jest białko wirusa. Szczepionki wektorowe, żeby te informacje przekazać potrzebują właśnie tego wektora, czyli jakiegoś przekaźnika, a tym przekaźnikiem jest wirus małpi, którego znamy i jest nieszkodliwy dla człowieka. Jest to wirus małpi przeziębieniowy, więc de facto nie powinien u człowieka wywoływać żadnych istotnych objawów, jak również nie powinien powodować powikłań i różnica polega na tym, że w szczepionkach wektorowych czyli Astry i Johnson&Johnson ta informacja o wirusie jest zakodowana w kwasie DNA i rozpakowywana przez komórkę, która dopiero przepisuje ten kod na RNA i z tego powstaje białko. Czyli szczepionki wektorowe są bardziej skomplikowane w rozumieniu tego cyklu od podania do wytworzenia białka wirusa na powierzchni naszych komórek, natomiast efekt jest ten sam. W naszych komórkach pojawia się białko wirusowe, czyli można porównać do sytuacji, w której ktoś z nas nagle zaczął mieć jakąś cechę wroga i właśnie nasze komórki prezentują tę cechę wroga, będąc całkowicie nieszkodliwymi. Nasz organizm uczy się, że ten wróg wygląda właśnie tak i należy go atakować w momencie, kiedy on się pojawi w naturze.

Czyli te szczepionki, które w tej chwili mamy w Europie, te cztery, o których wspominaliśmy na początku, mają dokładnie takie mechanizmy. Mamy jeszcze inne szczepionki zarejestrowane na świecie, chociażby chińskie, gdzie wymyślono zupełnie inną koncepcję. Ona polega na tym, że hoduje się wirusa na liniach komórkowych, następnie się go zabija i umieszcza w szczepionce. Znamy takie szczepionki przecież od lat – są tworzone chociażby przeciwko polio.

Co z tą AstrąZenecą?

Tomasz Rożek: Czy ten inny mechanizm oznacza także inną skuteczność tych szczepionek? Sporo też mówiło się o tym, że AstraZeneca na przykład jest szczepionką, która ma niską skuteczność szczególnie dla osób w wieku starszym. Czy to ma jakieś pokrycie w faktach?

dr Paweł Grzesiowski: Moim zdaniem tu się pojawiły kwestie niemedyczne. Szczepionka Astra wystartowała fatalnie jeżeli chodzi o jej pijar. Może to przypadek, ale przecież pamiętajmy, że ta szczepionka wystartowała w Wielkiej Brytanii, która odłączyła się od Unii Europejskiej, więc już na samym początku świat był sceptyczny wobec tego, że Anglicy, którzy chcą się odłączyć od Unii, sami sobie wyprodukowali szczepionkę. I co jeszcze bardziej mogło rozzłościć wszystkich, mianowicie Brytyjczycy zarejestrowali ją zanim firmy przystąpiły do rejestracji swoich szczepionek w Unii Europejskiej. Czyli Anglicy zaczęli szczepić szczepionką, którą zarejestrowali sami u siebie, a dopiero potem ta szczepionka została przedstawiona do rejestracji w Unii Europejskiej. Już sam ten fakt moim zdaniem budził niedobre emocje wokół tej szczepionki, bo gdyby to się stało w Chinach, w Rosji czy w Indiach, to w ogóle to nie wzbudziłoby emocji.

To trochę wygląda tak, że Brytyjczycy, którzy nie dość, że się właśnie wyłamali ze Wspólnoty, to jeszcze sobie sami dosyć sprawnie radzą i wyprodukowali szczepionkę, którą zaczęli stosować jeszcze przed wszystkimi innymi krajami. Co więcej, z dużym powodzeniem, bo przecież wiemy, w jakim momencie ta szczepionka startowała. Fala trzecia brytyjska, grudniowa, była dramatyczna i tam był lock down piątego stopnia, co oznaczało, że właściwie nie wolno było wychodzić z domu. My tego w ogóle nie doświadczyliśmy jeszcze.

Natomiast ten początek dla szczepionki był fatalny jeszcze z innego powodu. Otóż Brytyjczycy, którzy są bardzo dokładni w badaniach, poddali tę szczepionkę 2-stopniowemu badaniu skuteczności. Otóż badano nie tylko objawy Covid-19 po szczepieniu, ale również bezobjawowych nosicieli wirusa. Okazało, że ta szczepionka rzeczywiście w stu procentach praktycznie chroni przed śmiercią lub ciężkim przebiegiem choroby. Ale w osiemdziesięciu kilku procentach po sześciu tygodniach chroni przed bezobjawową postacią – nie w stu procentach, nie w dziewięćdziesięciu kilku… Natomiast firmy Pfizer i Moderna w ogóle nie badały tego obszaru, czyli bezobjawowego nosicielstwa, tylko podawały skuteczność w zapobieganiu objawowemu covidowi. I tu skuteczność jest na poziomie 94 i 95 proc. Czyli już na starcie Brytyjczycy, którzy zrobili dokładniejsze badania przegrali, bo podali, że są słabsi. Skuteczność na poziomie 70 kilku proc vs. 90 kilku proc. szczepionek amerykańskich.

Dopiero dzisiaj tak naprawdę poznajemy dopiero badania Pfizera i Moderny w zakresie ochrony przed bezobjawowym przebiegiem choroby. Tych badań w ogóle oni nie mieli wcześniej. Wystarczyło spojrzeć na punkty końcowe badań klinicznych Pfizera i Astry, żeby się przekonać, że tam (AstraZeneca) te 70 proc. nie jest równe temu 95 proc nie dlatego, że jest mniej skuteczna, tylko dlatego, że badano inny proces, inne zjawisko biologiczne.

Mało tego. Proszę zwrócić uwagę, Pfizer i Moderna to firmy amerykańskie, które głównie produkują na rynek amerykański, niewielkimi zasobami wspomagając resztę świata. Pamiętajmy, że na 380 mln dawek na świecie podano 110 mln w Stanach Zjednoczonych, czyli jedna trzecia całego światowego obrotu szczepionkami włączając to chińskie i rosyjskie została podana w Stanach Zjednoczonych. Dlatego nie ma szczepionek Moderny czy Pfizera w nadmiarze w Europie, czy w innych krajach, bo one przede wszystkim zaopatrują rynek amerykański. Dodatkowo konkurencja między rynkami, na które szczepionki mają być dostarczane.

Tomasz Rożek: Ale chce Pan powiedzieć, Panie Doktorze, że szczepionka Astra Zeneca to jest najlepsze co mamy teraz? I to cała historia z skrzepami, z jakimiś zatorami, że to wszystko jest wyssane z palca? Czy było jednak coś na rzeczy?

dr Paweł Grzesiowski: Jak wchodziła szczepionka Pfizer i zaczęliśmy szczepić, to w pierwszych dwóch dniach mieliśmy 8 wstrząsów anafilaktycznych. Trzeba było podać adrenalinę, ale nikt z tych osób nie zmarł, bo zadziałano w porę podając im odpowiednie leki, ale początek był dramatyczny! Wchodzi nowa szczepionka, a my tu mamy ogromne odczyny poszczepienne. Potem mieliśmy problem w Norwegii – to był styczeń, kiedy zmarło kilkadziesiąt osób. W Polsce też kilka osób zmarło w domach opieki, a mieliśmy tylko szczepionkę Pfizera. Mówiło się o tym, ale nie tak dużo i nie tak źle, jak teraz wobec szczepionki AstraZeneca. Wyjaśniono, że to nie wina szczepionki w rozumieniu jej wady produkcyjnej, tylko trzeba bardzo ostrożnie kwalifikować starsze osoby do szczepienia. I właściwie te raporty znikły. Przestano o tym komunikować, a pojawiła się szczepionka Astra i tak samo zaczęto mówić o tym, że pojawiły się jakieś przypadki związane z jej działaniami niepożądanym. Jeżeli chodzi o ścisłe fakty medyczne, mamy 17 mln podanych szczepionek. Jeżeli chodzi o AstręZenecę, mamy łącznie 37 przypadków działań niepożądanych (w tym 4 lub 5 śmiertelnych) na 17 mln dawek.

W tej chwili te wszystkie przypadki są poddawane ścisłej analizie Znam już przebieg jednego z tych przypadków i jego historię, a okazało się, że przyczyną był covid. Po przebadaniu tkanek okazało się, że ten pacjent, który zmarł był zarażony wirusem.

Tomasz Rożek: Czy ja to w takim razie dobrze rozumiem, Panie Doktorze, że Pana zdaniem nie ma absolutnie żadnych merytorycznych powodów, żeby z tej szczepionki rezygnować? Czy mamy do czynienia z jakiegoś rodzaju rozgrywkami geopolitycznycmi, politycznymi pomiędzy krajami Unii Europejskiej, w których kraje, które zawieszają szczepienia, chcą pokazać Brytyjczykom, że stać ich na to, żeby nie kupować od Brytyjczyków szczepionek? Jesteśmy w sytuacji trzeciej fali, wiele krajów jest dalej zdewastowanych i czy jest miejsce na to, żeby zupełnie bez powodu rezygnować z szczepionki, która mogłaby przynajmniej częściowo odciążyć.

dr Paweł Grzesiowski: Te przypadki powikłań są faktem, to nie jest wymysł, więc nie chcę przez to powiedzieć, że to wszystko jest jakąś rozgrywką polityczną, ale musimy patrzeć na kontekst. Pierwszym krajem, który ogłosił jakiś problem była Austria, potem pojawiły się kolejne kraje, które wycofały się ze szczepienia bez zaistnienia nowych przypadków po prostu na zasadzie takiej procedury bezpieczeństwa. Być może to jest jakiś argument, że szczepienia tą szczepionką powinny być chwilowo zawieszone aż do momentu wyjaśnienia. Dopóki nie sprawdziłem, wolę nie stosować. Takie podejście jest zgodne z podstawową zasadą domniemania, że skoro nie mamy pewności, to jednak przyjmujemy, że to jest niepożądany odczyn poszczepienny i że lepiej nie podawać tej szczepionki niż prowokować kolejne efekty uboczne.

Tomasz Rożek: Nawet jeżeli prawdopodobieństwo tego odczynu, jak ktoś policzył na Twitterze, jest porównywalne z prawdopodobieństwem uderzenia meteorytu w centrum miasta?

dr Paweł Grzesiowski: Te kraje i też Europejska Agencja Leków czy WHO właśnie kalkulują to ryzyko. Jeżeli to ryzyko związane z wystąpieniem epizodu zatoru jest niższe po szczepieniu niż bez szczepionki, to jak można podejmować decyzje o wstrzymaniu obrotu jakiegoś leku?

Policzono, że te przypadki wśród zaszczepionych osób stanowią znaczącą mniejszość w stosunku do spontanicznie występującej choroby zatorowo-zakrzepowej. Dlaczego więc mielibyśmy wycofywać produkt, który tak naprawdę w grupie, w której jest stosowany redukuje ryzyko wystąpienia zatorów, a nie zwiększa. Więc to jest to drugie podejście, czyli dopóki nie udowodnimy, że coś źle działa, możemy to stosować. Myśmy dużo pracy włożyli w to, żeby wyjaśniać, jako lekarze, że te produkty są równoważne. Że jeżeli chodzi o szczepienie, to skutek, czyli uniknięcie choroby ciężkiej lub zgonu, właściwie są porównywalne.

Potem przyszło szczepienie nauczycieli. W tej grupie większość stanowią kobiety i to kobiety raczej młodsze niż starsze. Okazało się, że wiele osób miało poważne odczucia poszczepienne, czyli gorączka, dreszcze, bóle mięśniowe. Zaskutkowało to tym, że ok 30 proc. Kadry poszło po szczepieniu na zwolnienie, czyli kolejny argument za tym, że szczepionka jest zła, bo wywołuje tak silne działania uboczne, że ludzie muszą rezygnować z pracy i iść na zwolnienie. No więc ta masa negatywnych obserwacji wokół szczepionki Astra powolutku toczyła się jak kula śniegu, robiła coraz większa, aż wreszcie doszło do jeszcze kolejnych informacji, czyli o tych epizodach zatorów zakupowych. No i mamy to co mamy.

Dwie taktyki szczepień: Izrael i Wielka Brytania

Tomasz Rożek: Panie Doktorze, przejdźmy teraz do bardzo ważnego tematu, jakim jest Izrael i Wielka Brytania. To są dwa kraje, które mają wyszczepioną ogromną grupę społeczeństwa. Czy tam w statystykach już widać efekty szczepienia?

dr Paweł Grzesiowski: Bezwzględnie tak. Na szczęście mam same dobre wiadomości.

Izrael ma w tej chwili 99 procentową redukcję śmiertelności w grupie zaszczepionych w stosunku do wcześniejszej grupy niezaszczepionych. Czyli porównując, osoby 60+ o prawie 100 proc. spadła śmiertelność, czyli prawie do zera – to samo w kwestii hospitalizacji. Liczba zachorowań w grupie zaszczepionej spadła o 40 proc., przy zaszczepieniu ok. 80 proc. swojej populacji. Właściwie można powiedzieć, że osiągnęli próg odporności populacji.

Ostatnie zachorowania były na poziomie chyba 2000 przypadków dziennie, a przypomnę, że jeszcze dwa miesiące temu było to 10 tysięcy! Tam też oczywiście był lock down, nie można wszystkich sukcesów przypisywać szczepionkom, natomiast jeżeli chodzi o przypadki śmiertelne, to w styczniu wtedy, kiedy było tych przypadków tak dużo, umierało 100 osób dziennie, a w tej chwili 20. To pokazuje biologicznie, jaki jest efekt szczepienia.

Bardzo podobne wyniki są w Wielkiej Brytanii, przy czym Brytyjczycy szczepią pragmatycznie jedną dawką, natomiast Izrael szczepi dwoma dawkami. Mamy tu zderzenie dwóch koncepcji. Izrael postawił na jak najszybsze szczepienia dwoma dawkami, żeby uzyskać jak najszybciej ten efekt dziewięćdziesięciu kilku proc., natomiast Brytyjczycy postawili na to, żeby zaszczepić jak najwięcej ludzi pierwszą dawką, aby przerwać transmisję wirusa i zahamować liczbę zgonów. Wiemy, że jedna dawka po tych 12 tygodniach chroni prawie w 95 proc. przed śmiercią z powodu wirusa.

Tomasz Rożek: Panie doktorze. I teraz prośba do Pana o to, żeby udzielił Pan odpowiedzi tak lub nie. Czy gdyby to od Pana zależało, czy Pan w Polsce zawiesił szczepienia AstraZeneca?

dr Paweł Grzesiowski: Nie, absolutnie nie! Mało tego powiem jeszcze, że gdybym mógł jutro zaszczepić mojego syna tą szczepionką, to bym zrobił to bez zastanowienia. Proszę mi wierzyć, że ja mówię to, czego uczono mnie przez lata. Czyli dopóki nie udowodni się że coś jest, to tego nie ma. Rozumiem to drugie podejście, że dopóki nie udowodni się, że szczepionka jest bezpieczna, to jej nie wolno stosować, ale ja bym podszedł do tej sprawy od drugiej strony. Skoro wiem, że szczepionka jest bezpieczna na podstawie badań klinicznych, to dlaczego mam zawieszać jej podawanie? Wciąż możemy powiedzieć, że osoby szczepione tą szczepionką w absolutnej większości mają korzyść, a nie ponoszą ryzyko.

 

Na koniec zachęcam do obejrzenia materiału na temat szczepionki AstraZeneca, w którym omawiam zagadnienia związane z bezpieczeństwem tego preparatu.

Możliwość komentowania Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim została wyłączona

Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji….

Wprowadzenia do polskiego systemu szkolnictwa wyższego kredytu na studia medyczne z obowiązkiem jego późniejszego odpracowania w publicznej ochronie zdrowia – zakłada projekt skierowany w środę przez Ministerstwo Zdrowia do konsultacji.

Chodzi o projekt nowelizacji ustaw Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce i ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty.

Przygotowane w Ministerstwie Zdrowia rozwiązanie to – jak wskazują jego autorzy – szansa na uzyskanie zawodu lekarza przez osoby uzdolnione, które mimo uzyskania wysokich wyników na egzaminie dojrzałości, nie dostały się na studia na kierunku lekarskim w trybie stacjonarnym, a które z braku wystarczających środków finansowych nie mogły podjąć takich studiów odpłatnie.

Założono, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci odbywający studia na kierunku lekarskim, prowadzone w języku polskim, na warunkach odpłatności w polskich uczelniach wyższych (studia niestacjonarne w uczelniach publicznych i studia stacjonarne w uczelniach niepublicznych).

Studenci, którzy zdecydują się na skorzystanie z kredytu na studia medyczne, uzyskają możliwość pokrycia częściowego albo całkowitego kosztu kształcenia na tych studiach ze środków pochodzących z budżetu państwa, a następnie, po spełnieniu określonych warunków, jego częściowego lub całkowitego umorzenia.

MZ podaje, że koszt kształcenia obejmujący okres 6-letnich studiów na kierunku lekarskim w kraju wynosi, zależnie od uczelni, od 200 tys. zł do 250 tys. zł.

Kredytowanie studiów odbywało się będzie w transzach wypłacanych przez podmiot udzielający kredytu na studia medyczne (bank) na wyodrębniony rachunek uczelni przez okres trwania studiów, nie dłużej jednak niż przez 6 lat. Kredyt będzie miał preferencyjny charakter, przejawiający się m.in.: niskim oprocentowaniem, możliwością wystąpienia przez kredytobiorcę o wcześniejsze rozpoczęcie spłaty kredytu, możliwością wydłużenia lub skrócenia okresu spłaty kredytu, możliwością obniżenia wysokości miesięcznej raty kredytu, a w przypadku trudnej sytuacji życiowej kredytobiorcy możliwością zawieszenia spłaty kredytu wraz z odsetkami na okres nie dłuższy niż 12 miesięcy.

Przewiduje się, że o kredyt na studia medyczne będą mogli ubiegać się studenci, którzy rozpoczęli studia przed rokiem akademickim 2021/2022, jak również podejmujący studia, począwszy od roku akademickiego 2021/2022. Skorzystanie z tej formy wsparcia studentów nie będzie mieć charakteru obligatoryjnego – studenci, którzy nie będą chcieli skorzystać z tej formy pomocy udzielonej z budżetu państwa, będą mogli podejmować i odbywać kształcenie na zasadach dotychczasowych.

Umorzenie kredytu w całości, na kierunku lekarskim, będzie możliwe pod warunkiem spełnienia łącznie dwóch warunków: obowiązku odpracowania studiów po ich ukończeniu przez okres nie krótszy niż 10 lat w okresie 12 kolejnych lat liczonych od dnia ukończenia studiów, w podmiotach wykonujących działalność leczniczą w Polsce i udzielających świadczeń finansowanych ze środków publicznych oraz obowiązku uzyskania w tym okresie tytułu specjalisty w dziedzinie medycyny uznanej za priorytetową w dniu rozpoczęcia przez lekarza szkolenia specjalizacyjnego.

Dodatkowo w ustawie przewidziano możliwość umorzenia kredytu na wniosek kredytobiorcy, w zależności od okresu wykonywania przez niego zawodu lekarza po ukończeniu studiów oraz liczby semestrów sfinansowanych z kredytu na studia medyczne. Możliwość ta zostanie szczegółowo przedstawiona w projekcie rozporządzenia do ustawy. (PAP)

Autor: Katarzyna Lechowicz-Dyl

Możliwość komentowania Projekt o kredycie na studia lekarskie z obowiązkiem odpracowania w publicznej służbie zdrowia została wyłączona

Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i…

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i morfologią.

Na 11 marca przypada Światowy Dzień Nerek, obchodzony w tym roku pod hasłem „Jak żyć dobrze z przewlekłą chorobą nerek?”. Według Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego na przewlekłą chorobę nerek cierpi od 11 do 13 proc. osób dorosłych. W Polsce choruje około 4 mln osób, często dlatego, że choroba została wykryta zbyt późno.

„Jeśli spojrzeć na wskaźniki Narodowego Funduszu Zdrowia czy Ministerstwa Zdrowia, można by pomyśleć, że osób z przewlekłą chorobą nerek jest w Polsce tylko 210 tys., a nie prawie 4 mln, jak wynikałoby z badań przesiewowych. To bardzo istotna rozbieżność. Wynika z tego, że bardzo często chorób nerek po prostu nie rozpoznajemy” – zwraca uwagę w informacji przekazanej PAP prof. Michał Nowicki, kierownik Kliniki Nefrologii, Hipertensjologii i Transplantologii Nerek w Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Jego zdaniem przyczyną tego jest fakt, że choroby nerek są w znacznym stopniu skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe. I tak jest do momentu, aż nastąpi ciężka niewydolność. „Wtedy zaczyna się pojawiać łatwe męczenie się i nietolerancja wysiłku. To jednak wciąż objawy ogólne, niecharakterystyczne. Trudno na ich podstawie sądzić, że szwankują akurat nerki, a nie na przykład serce czy jakiś inny narząd” – dodaje.

Na chorobę nerek może wskazywać nadciśnienie tętnicze, szczególnie u osób młodych i w średnim wieku, bo u nich najczęściej ma ono podłoże nefrologiczne. Niepokojące są też obrzęki, spowodowane wydalaniem dużej ilości białka w moczu, a także białkomocz lub krwiomocz i znaczne pienienie się moczu.

Niewydolność nerek rozwija się stopniowo i jest to proces nieodwracalny, dlatego tak istotne jest wczesne rozpoznanie schorzenia. Należy zatem – podkreśla specjalista – regularnie kontrolować ciśnienie tętnicze krwi oraz poddawać się rutynowym badaniom diagnostycznym, takim jak badanie ogólne moczu oraz morfologia.

„Często powtarzam, że pomiary ciśnienia i badanie moczu to takie +okno na nerki+, poprzez które możemy zobaczyć nasze superfiltry. W zakresie badania moczu szczególnie istotne są: białkomocz i krwinkomocz. Jeśli podejrzewamy niewydolność nerek, powinniśmy wykonać badanie krwi z oznaczeniem stężenia kreatyniny w surowicy. To najważniejszy i najprostszy do oznaczenia wskaźnik czynności wydalniczej nerek. Na podstawie stężenia kreatyniny, wieku i płci, wyliczane jest automatycznie w laboratorium tak zwane przesączanie kłębuszkowe, pokazujące czy i jak nerki pracują i filtrują” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Badania podstawowe można wykonać bezpłatnie na podstawie skierowania od lekarza rodzinnego. Regularnie powinni je wykonywać osoby najbardziej narażone na choroby nerek, czyli te z nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą, otyłością oraz miażdżycą. Szczególnie niebezpieczna jest choroba kłębuszków nerkowych, jedno z najcięższych schorzeń, często prowadząca do niewydolności nerek.

„Innymi jeszcze schorzeniami nefrologicznymi są choroby śródmiąższu nerki, rozwijające się najczęściej wskutek powtarzających się zakażeń dróg moczowych. Wyróżniamy także choroby naczyń nerkowych, powstających głównie z powodu zaawansowanej miażdżycy, a czasem także innych chorób ogólnoustrojowych. W odróżnieniu od chorób przewlekłych wyróżniamy schorzenia ostre. Mowa tu między innymi o ostrym uszkodzeniu nerek. Jeśli dojdzie do niedokrwienia nerek, na przykład wskutek spadku ciśnienia tętniczego, może dojść do ostrej niedomogi nerek, która jest na ogół odwracalna, jeśli ciśnienie uda się ustabilizować, a przez to zapewnić nerkom odpowiednią pracę” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Specjalista ostrzega, że gdy pojawia się przewlekła choroba nerek, bardzo pogarsza się ogólne rokowanie pacjenta. Jeśli ktoś ma chorobę układu krążenia, jest po zawale serca a ma niewydolność nerek – to ryzyko, że umrze z powodu różnego rodzaju powikłań, jest od kilku do kilkudziesięciu razy większe, niż gdyby nie miał niewydolności nerek. Jedynie wczesne wykrycie daje zaś szansę na dłuższe i lepszej jakości życie – podkreśla.

Nerki są najważniejszym narządem wydalniczym organizmu. Wytwarzają mocz, z którym wydalane są zbędne produkty przemiany materii, toksyny i metabolity leków. Ale pełnią one też wiele ważnych funkcji wydzielniczych.

„Nerki pełnią nie tylko rolę prostego filtra ale +naczelnego chemika+ ustroju. Zachodzi w nich bardzo wiele procesów chemicznych zmierzających do tego, żeby odkwaszać organizm, wydalać z niego elektrolity czy nadmiar wody. W nerkach dokonuje się wiele procesów metabolicznych i dzięki temu narządy te stoją na straży stałości środowiska wewnątrzustrojowego” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Nerki wytwarzają ważne hormony, takie jak renina regulująca ciśnienie tętnicze krwi. Z reniny wskutek kolejnych przemian powstaje aldosteron, hormon reguluje ciśnienie tętnicze, gospodarkę sodowo-potasową i kwasowo-zasadową ustroju. Nerki wytwarzają też erytropoetynę, która kontroluje szpik kostny w zakresie wytwarzania krwinek czerwonych. Dzięki nerkom powstaje także aktywna witamina D.

„To, co otrzymujemy w postaci tabletki musi być aktywowane przez nerki. Kiedy nie ma prawidłowej czynności nerek, nie ma też aktywnej witaminy D, a to właśnie ona reguluje gospodarkę, przede wszystkim stan kości, w organizmie” – dodaje profesor.

Dodaje, że w prewencji i terapii przewlekłej choroby nerek najważniejszym czynnikiem jest zdrowy styl życia. Regularne i dobrze zbilansowane posiłki, odpowiednie nawodnienie organizmu, codzienna aktywność fizyczna oraz ochrona przed zanieczyszczonym powietrzem. (PAP)

autor: Zbigniew Wojtasiński

Możliwość komentowania Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności została wyłączona

Specjalistka ds. przygotowań astronautów do misji: szukamy też 50-latków; zarobki ponad 8 tys. euro

50 lat – to górna granica dla kandydatów do udziału w misjach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) rozpocznie 31 marca rekrutację chętnych. Jak powiedziała w rozmowie z PAP dr Anna…

50 lat – to górna granica dla kandydatów do udziału w misjach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) rozpocznie 31 marca rekrutację chętnych. Jak powiedziała w rozmowie z PAP dr Anna Fogtman, specjalistka od medycznego przygotowywania astronautów do misji kosmicznych w ESA „wiek może być zaletą, a nie wadą”. 

„Osoby starsze mają niższe prawdopodobieństwo wystąpienia problemów zdrowotnych po przyjęciu zwiększonych dawek promieniowania jonizującego, na które narażone będą osoby w przestrzeni kosmicznej” – wyjaśniła dr Fogtman. ESA planuje przyjąć od 4 do 6 osób.

„To, że astronauta musi być osobą wyjątkowo silną fizycznie jest mitem pochodzącym z pionierskich misji kosmicznych. Zachęcamy do wzięcia udziału w rekrutacji na kosmonautów kobiety, a także osoby z niepełnosprawnościami”– mówiła specjalistka – „Pierwsze misje kosmiczne to były loty w nieznane; brali w nich udział przede wszystkim mężczyźni, najczęściej z zapleczem wojskowym. Dzisiaj mamy dużą wiedzę na temat wyzwań, jakie niosą ze sobą loty w kosmos. I takie myślenie nie ma uzasadnienia. Astronautki i astronauci to muszą być ludzie o dobrym stanie zdrowia, ale nie muszą biegać maratonów, posiadać ponadprzeciętnej siły czy wytrzymałości fizycznej” – podkreśliła dr Fogtman.

Aby zostać kosmonautą trzeba jednak mieć ukończone studia z obszaru nauk ścisłych. Preferowane, choć niekonieczne, jest posiadanie certyfikatu pilota testowego.

„W tej kampanii rekrutacyjnej nie faworyzujemy żadnej z grup, lecz kładziemy nacisk na komunikację o rekrutacji z dotychczas niedoreprezentowanymi grupami w gronie astronautek i astronautów, w tym szczególności z kobietami. W poprzedniej kampanii w 2008 r. jedynie 16 proc. zgłoszeń wysyłały kobiety, co skutkowało, tym, że na 6 przyjętych kandydatów wybrano zaledwie jedną kobietę. Kładziemy nacisk na różnorodność i kierujemy nasz przekaz do osób różnego pochodzenia, tożsamości seksualnej, orientacji seksualnej i o różnych przekonaniach. Po raz pierwszy w historii lotów załogowych ESA rekrutuje także osoby z fizyczną niepełnosprawnością” – powiedziała dr Fogtman.

Czy zatem na misję zostanie przyjęta osoba na wózku inwalidzkim? „Każda aplikacja zostanie oceniona indywidualnie. Na tym etapie studium wykonalności lotów w kosmos osób z niepełnosprawnościami dopuszczamy: osoby bez jednej lub dwóch stóp, jednej lub dwóch nóg poniżej kolana, osoby o nierównych kończynach oraz kandydatki i kandydatów o niskim wzroście poniżej 130 cm.”- sprecyzowała specjalistka i zacytowała słowa jednej z astronautek ESA, Samanthy Cristoforetti – „w kosmosie wszyscy jesteśmy niepełnosprawni”.

Astronauci i astronautki zostaną zatrudnieni na standardowych umowach ESA, a ich wynagrodzenie będzie uzależnione od wielu czynników, takich jak wykształcenie i doświadczenie zawodowe. Będzie mieściło się w zakresie oficjalnej skali wynagrodzeń ESA na poziomie A2-A4, co oznacza nawet ponad 8 tys. EUR na miesiąc. ESA jest organizacją międzynarodową, a astronauci mają status urzędników międzynarodowych i dlatego są zwolnieni z odprowadzania podatku dochodowego.

Aplikować na stanowisko astronauty można będzie od 31 marca. Oferta ukaże się pod linkiem https://www.esa.int/About_Us/Careers_at_ESA, gdzie zostaną podane wszystkie informacje w zakresie wymaganych dokumentów.

„Osoby, które ukończyły 50 rok życia, zapraszamy do wysyłania aplikacji na inne stanowiska w ESA” – zachęciła dr. Fogtman.

Z Paryża Katarzyna Stańko(PAP)

Możliwość komentowania Specjalistka ds. przygotowań astronautów do misji: szukamy też 50-latków; zarobki ponad 8 tys. euro została wyłączona

Sztuczna inteligencja wesprze w diagnozie schizofrenii, a może i autyzmu?

Język, którego używają osoby ze schizofrenią i osoby ze spektrum autyzmu, w pewien sposób różni się od języka innych osób. Naukowcy na przykładzie języka polskiego pokazują, że sztuczna inteligencja może…

Język, którego używają osoby ze schizofrenią i osoby ze spektrum autyzmu, w pewien sposób różni się od języka innych osób. Naukowcy na przykładzie języka polskiego pokazują, że sztuczna inteligencja może wspomóc psychiatrów i psychologów w rozpoznawaniu objawów schizofrenii, a kiedyś – może i autyzmu.

Badacze wzięli na warsztat wypowiedzi pochodzące ze standardowych wywiadów klinicznych (badań diagnostycznych) dorosłych osób ze schizofrenią oraz dzieci ze spektrum autyzmu. W przypadku schizofrenii algorytm uzyskiwał wysoką skuteczność – prawie 90 proc. (a więc mylił się raz na 10 ocen). A w przypadku autyzmu – wypadł słabiej – jego skuteczność wynosiła ok 65 proc. (trafnie rozpoznawał więc dwie na trzy osoby).

Wyniki badań na ten temat ukazały się w „Cognitive Computation” (https://doi.org/10.1007/s12559-021-09834-9). Autorami są małżonkowie dr Aleksander Wawer z Instytutu Podstaw Informatyki PAN i dr Justyna Sarzyńska-Wawer z Instytutu Psychologii PAN, a także dr Izabela Chojnicka z Wydziału Psychologii UW i dr hab. Łukasz Okruszek z IP PAN.

„Naszym narzędziem mogą się zainteresować psychiatrzy czy psychologowie kliniczni. Pomóc im może w diagnozie albo w analizie postępów terapii – zwłaszcza osób ze schizofrenią” – komentuje dr Justyna Sarzyńska-Wawer. A dr Aleksander Wawer dodaje, że takie badania prowadzono już wcześniej dla innych języków – choćby angielskiego, ale jeszcze nie było badane to na języku polskim.

Badacze tłumaczą, że algorytm szkolony był na tekstach zebranych przez psychiatrę podczas badań dotyczących poznania społecznego osób ze schizofrenią. Osoby te m.in. ustnie odpowiadały na pytania ogólne (o siebie i najbliższych), a także abstrakcyjne (np. dlaczego ludzie chorują, a dlaczego wierzą w Boga). Wypowiedzi te później spisano. W taki sam sposób zebrane były dane kontrolne – wypowiedzi innych osób z podobnych grup demograficznych.

W przypadku zaś badania autyzmu, algorytm uczył się na tekstach spisanych z częściowo ustrukturyzowanych wystandaryzowanych badań z udziałem dzieci, adolescentów i osób dorosłych.

„Na tych danych staraliśmy się nauczyć modele sztucznej inteligencji rozpoznawania, które z wypowiedzi to wypowiedzi osób z diagnozą” – mówi dr Aleksander Wawer.

A dr Sarzyńska-Wawer tłumaczy: „W przypadku badania dotyczącego schizofrenii nie były to osoby w aktywnej fazie psychozy. A różnice między osobami zdrowymi a zdiagnozowanymi były trudne do wychwycenia +gołym okiem+. Doświadczony psychiatra, którego poprosiliśmy, żeby na podstawie tych samych tekstów oceniał, czy to schizofrenia, czy nie, radził sobie gorzej niż algorytm”.

To, że język osób ze schizofrenią lub osób ze spektrum autyzmu różni się od języka innych osób wiadomo było od dawna. Naukowcy od wielu lat wyodrębniali cechy języka w autyzmie i schizofrenii. Wcześniejsze badania pokazały np., że osoby ze spektrum autyzmu używają mniej wyrazów nacechowanych emocjonalnie. Jest też różnica jeśli chodzi o stopień abstrakcyjności wypowiedzi. „Z kolei z innych badań wiadomo, że u osób ze schizofrenią jest więcej wypowiedzi o charakterze afektywnym, ale głównie określeń o negatywnym wydźwięku” – mówi psycholog.

Proces diagnostyczny obu tych jednostek bazuje jednak na subiektywnych wskaźnikach behawioralnych. „A my pokazujemy, że proces ten można zautomatyzować, zobiektywizować i usprawnić” – mówi dr Wawer. I dodaje, że akurat w psychiatrii nie ma tak wielu obiektywnych narzędzi jak w innych obszarach nauki, jak choćby badania krwi czy skan mózgu, które by powiedziały z dużą pewnością, że ktoś cierpi na daną chorobę lub zaburzenie, albo nie. „Duża jest więc tu rola psychiatry i psychologa, ich doświadczenie. A przecież zaburzeń, które mogą być do siebie podobne jest dużo. Dodatkowe narzędzie wspomagające diagnostykę może się więc tu przydać” – uważają rozmówcy PAP.

Naukowcy mają nadzieję, że kiedyś tego typu narzędzie mogłoby być stosowane zdalnie, w badaniach przesiewowych. Algorytm pomagałby więc psychiatrom i psychologom klinicznym – na podstawie przesłanych wypowiedzi pisemnych – wybrać osoby, które warto, aby zgłosiły się na dalsze specjalistyczne badania. Dzięki temu można byłoby wcześniej dokonywać diagnozy i zaczynać terapię.

„Nowinką z mojej perspektywy było zastosowanie w tych badaniach metody few-shot – mówi dr Aleksander Wawer. – Sieci neuronowe zwykle wymagają do treningu ogromnych baz. I tak np. żeby nauczyć algorytm rozpoznawania znaków drogowych, potrzeba milionów zdjęć. A my nie mamy milionów przypadków spisanych wypowiedzi osób ze zdiagnozowaną schizofrenią. Mieliśmy do dyspozycji tylko 50 takich tekstów. Wyzwaniem było więc zastosowanie takich metod trenowania sztucznej inteligencji, które wymagają niewielkiej bazy danych. To było unikalne z punktu widzenia informatycznego” – mówi.

PAP zapytała naukowców, czy nie boją się, że narzędzie to może zostać wykorzystane do analizy tekstów osób, które wcale by sobie diagnozy nie życzyły (choćby wypowiedzi osób publicznych). Dr Sarzyńska-Wawer zaznacza, że narzędzie nie zastąpi w diagnozie specjalisty. „Algorytm wykrywa tylko przejawy, które mogą być oznaką schizofrenii. Ale te przejawy wcale nie są równoznaczne z diagnozą” – zwraca uwagę. A dr Wawer dodaje: „Na razie braliśmy pod uwagę dane z wywiadów klinicznych. Jeszcze kawałek drogi, żeby brać pod uwagę dowolny tekst”.

Naukowcy zapowiadają, że jeśli chodzi o wsparcie w diagnozie schizofrenii, to ich narzędzie ma na tyle wysoką skuteczność, że chcieliby wkrótce udostępnić je psychiatrom. (PAP)

Autorka: Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Sztuczna inteligencja wesprze w diagnozie schizofrenii, a może i autyzmu? została wyłączona

Naukowcy z PAN: Polacy są zbyt mało aktywni fizycznie

Problem niedostatecznej aktywności fizycznej w Polsce dotyczy nie tylko osób zdrowych, ale chorych, m.in. pacjentów kardiologicznych i onkologicznych – konstatują naukowcy z Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk w obszernym…

Problem niedostatecznej aktywności fizycznej w Polsce dotyczy nie tylko osób zdrowych, ale chorych, m.in. pacjentów kardiologicznych i onkologicznych – konstatują naukowcy z Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk w obszernym raporcie poświęconym zdrowiu i aktywności fizycznej. 

Raport pt. „Niedostateczny poziom aktywności fizycznej w Polsce jako zagrożenie i wyzwanie dla zdrowia publicznego” opracowało ponad 50 członków zespołu, powołanego przez Komitet Zdrowia Publicznego PAN. Są wśród nich lekarze, m.in. specjaliści medycyny sportowej, kardiolodzy, pediatrzy, interniści, geriatrzy, specjaliści w dziedzinie zdrowia publicznego, socjolodzy, nauczyciele akademiccy, pedagodzy i sportowcy.

Autorzy raportu zaznaczają, że aktywność fizyczna wpływa na stan zdrowia i długość życia. Jej poziom w Polsce oceniają jako niedostateczny, uznając to za „zagrożenie i wyzwanie dla zdrowia publicznego fizycznego i psychicznego we wszystkich grupach wieku, a także w profilaktyce, leczeniu i rehabilitacji wielu chorób przewlekłych”. Jednocześnie piszą, że brak aktywności fizycznej wśród Polaków lub podejmowanie jej w stopniu niewystarczającym dla podtrzymania zdrowia stanowi coraz większe obciążenie dla całego społeczeństwa i gospodarki.

„Na przełomie XX i XXI wieku Polacy byli w gronie najmniej aktywnych społeczności europejskich. Mimo znaczącej poprawy w okresie ostatnich dwudziestu lat, kolejne badania wskazują na niedostateczny poziom regularnej aktywności fizycznej co najmniej 50 proc. dorosłych Polaków oraz bardzo dalekie miejsce Polski w sondażach porównujących poszczególne kraje Unii Europejskiej. Te niepokojące informacje dobrze korespondują z danymi wskazującymi na szybki wzrost częstości nadwagi i otyłości u dzieci, młodzieży oraz dorosłych Polek i Polaków. oraz wskazującymi na niepokojący spadek poziomu sprawności fizycznej dzieci i młodzieży” – alarmują specjaliści medyczni.

Ich zdaniem poziom rekreacyjnej aktywności fizycznej w Polsce jest zdecydowanie niższy od obserwowanego w większości krajów UE. Wyrównanie tego poziomu z przeciętnym w UE oznaczałoby zmniejszenie oczekiwanej liczby zgonów o 14,3 tys., co odpowiada umieralności niższej o 3,5 proc. Jednocześnie wiązałoby się z tym spodziewane wydłużenie trwania życia wyniosłoby 0,4 roku, tyle samo w przypadku obu płci.

Autorzy raportu przytaczają dane Special Eurobarometer 472 z 2018 r., według których aż 56 proc. Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. W stosunku do lat poprzednich odsetek nieaktywnych stale wzrasta: w 2004 r. było to 46 proc.; w 2008 – 49 proc., w 2013 – 52 proc. Zdaniem naukowców należy się spodziewać, że nadchodzące przemiany struktury wiekowej ludności alarmująco niski stopień aktywności fizycznej młodzieży oraz lockdown wynikający z pandemii przyniosą dalszy wzrost odsetka osób biernych fizycznie.

Naukowcy ostrzegają, że brak aktywności fizycznej powoduje wzrost ryzyka zachorowań na choroby niezakaźne, jak np. otyłość, cukrzyca, choroby układu krążenia, płuc i nowotwory. Pogarsza też zdrowie psychiczne, zwiększa podatność na stres, utrudnia relacje społeczne.

Wśród działań promujących aktywność fizyczną w Polsce autorzy raportu wymieniają aktywności lokalne. Podkreślają znaczenie działań adresowanych do dzieci i młodzieży, promocji aktywności fizycznej w zakładach pracy oraz zapobieganiu skutkom siedzącego trybu życia.

„Uważamy, co oczywiste, że problem niedostatecznej aktywności fizycznej dotyczy nie tylko osób zdrowych, lecz także bardzo licznej populacji osób chorych, w tym szczególnie licznej populacji pacjentów z chorobami serca i naczyń oraz chorobami nowotworowymi” – podkreślają naukowcy. W raporcie zajmują się kwestią aktywności fizycznej w prewencji i w rehabilitacji pacjentów kardiologicznych, a także w profilaktyce i leczeniu chorób nowotworowych.

Raport KZP PAN jest skierowany m.in. do środowisk naukowych i zawodowych zainteresowanych kwestią aktywności fizycznej i promocją zdrowia, a także do osób odpowiedzialnych za politykę zdrowotną, upowszechnianie sportu i kultury fizycznej, pedagogów, lekarzy i dziennikarzy.

Na swojej stronie internetowej umieścił go PZH – Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Naukowcy z PAN: Polacy są zbyt mało aktywni fizycznie została wyłączona

Gdzie zamieszkamy na Marsie?

Badania Marsa nabierają ostatnio dużego rozpędu. Niedawno do planety dotarły dwie nowe sondy. Misja arabska ma na celu zbadanie atmosfery i klimatu, chińska geologii i morfologii, a także poszukiwanie lodu…

Badania Marsa nabierają ostatnio dużego rozpędu. Niedawno do planety dotarły dwie nowe sondy. Misja arabska ma na celu zbadanie atmosfery i klimatu, chińska geologii i morfologii, a także poszukiwanie lodu pod powierzchnią Marsa. Dzisiaj na planecie wylądował amerykański łazik, który za jakiś czas pobierze próbki gruntu do badań, sprawdzi możliwość pozyskania tlenu z atmosfery planety, ale także zbada, czy na planecie występowało życie. Wszystkie te działania mają na celu zebrać jak najwięcej informacji o Czerwonej Planecie i przybliżyć nas do załogowej misji.

Jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed przyszłymi mieszkańcami Marsa będzie zaopatrzenie się w wodę. Dane zbierane przez kolejne orbitery i łaziki pozwalają nam coraz lepiej poznać tę planetę i warunki panujące na powierzchni. Jednym z ważnych aspektów do rozważenia pod kątem przyszłej misji jest obecność wody. Występuje ona w dużej ilości na Marsie w postaci lodu. Wyzwaniem jest natomiast wybranie takiej lokalizacji, w której dostępność wody łączy się z innymi optymalnymi warunkami do lądowania.  Bardzo duża ilość lodu leży się na biegunach tej planety, znajduje się jednak na zbyt dużej wysokości, żeby można było go wykorzystać. Poza tym w tym rejonie światło słoneczne jest zbyt słabe, żeby posłużyć jako źródło zasilania potrzebnych ludziom urządzeń. Dlatego wymyślono inne podejście. Lód może również znajdować się pod powierzchnią ziemi. Badania opublikowane w Nature Astronomy proponują kilka miejsc, w których prawdopodobne wydaje się znalezienie zamarzniętej wody na głębokości do kilku metrów.

Projekt Mars Subsurface Water Ice Mapping (SWIM) bazuje na danych zebranych przez poprzednie misje wysyłane na Marsa przez 20 lat. Przeanalizowano dostępne zestawy danych z pomiarów zebranych przez orbiter Mars Odyssey, Mars Reconnaissance Orbiter, oraz Mars Global Surveyor. Połączenie danych zebranych w czasie misji z nowoczesną techniką przetwarzania danych pozwoliło na oszacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia lodu pod powierzchnią Marsa.

„Każda z naszych pięciu technik skupia się na innej metodzie szukania oznak występowania lodu- mówi Gareth Morgan, badacz z Planetary Science Institute in Tucson, Arizona i główny autor publikacji.- Do technik tych zaliczamy termalne i geomorfologiczne mapowanie, które jest poszukiwaniem zmian w strukturze geologicznej powierzchni, spowodowanych przez lód położony na głębokości 5 metrów pod powierzchnią i płycej.”

Geomorfologiczne mapowanie to w tym przypadku badanie morfologii planety i dystrybucji form glacjalnych i peryglacjalnych w celu oszacowania, czy lód istniał lub czy wciąż istnieje pod powierzchnią. Analiza termalna opiera się na badaniu, w jaki sposób marsjańska gleba reaguje na chłodzenie i grzanie. Porowaty lód da się poznać po tym, że wolno się nagrzewa i chłodzi, a wbrew pozorom przewodzi ciepło lepiej niż gleba.

Morgan wraz z zespołem wyszukali kilka lokalizacji na półkuli północnej Marsa na średnich szerokościach geograficznych, które są najbardziej obiecujące. Wybrane przez nich obszary to niziny Arcadia Planiti oraz Deuteronilus Mensae. Pierwszy z nich to region z pozostałościami po wyciekach lawy, podejrzewa się, że dziesiątki milionów lat temu występowały w jego obszarze masywne opady śniegu. Nowe wyniki mogłyby sugerować, że złoża za pomocą powolnych ruchów przesunęły się płytko pod powierzchnię i dokopane się do nich mogłoby być stosunkowo łatwe.

Tymczasem Deuteronilus Mensae położony pomiędzy wyżyną pełną kraterów na południu i równinie na północy to miejsce występowania współczesnych lodowców. Lód występujący tutaj to pozostałość z prawdopodobnie o wiele bardziej rozległych struktur glacjalnych w przeszłości. Przypuszcza się, że jest on zlokalizowany pod dwumetrową warstwą marsjańskiej gleby oraz kilkumetrową warstwą skały lub innego porowatego materiału. W obu przypadkach dostęp do tych złóż powinien być w miarę łatwy dla przyszłych kolonistów.

Credit: U.S. Geological Survey

NASA sfinansowała analizę tylko półkuli północnej, ponieważ występują tam rozległe równiny, na których łatwiej jest wylądować statkiem kosmicznym. Są to więc bardziej strategiczne obszary pod kątem przyszłej kolonizacji Marsa i to na nich skupiają się poszukiwania. Naukowcy liczą jednak na to, że analiza półkuli południowej również dojdzie do skutku i tam też uda się znaleźć podpowierzchniowe złoża zamarzniętej wody. Celem badaczy jest teraz stworzenie lepszych map obecności lodu na głębokości od 0,5 do 12 metrów po powierzchnią, która to głębokość pozwoli na zdalne wydobycie lodu.

Źródło: https://www.technologyreview.com/

Możliwość komentowania Gdzie zamieszkamy na Marsie? została wyłączona

Eksperci: dzieci z poważną wadą wrodzą serca wymagają opieki przez całe życie

Wady wrodzone serca u dzieci rozpoznawane są już na etapie prenatalnym, ale po operacji wymagają one stałej opieki, przez całe życie – przypominają eksperci z okazji przypadającego 14 lutego Światowego…

Wady wrodzone serca u dzieci rozpoznawane są już na etapie prenatalnym, ale po operacji wymagają one stałej opieki, przez całe życie – przypominają eksperci z okazji przypadającego 14 lutego Światowego Dnia Świadomości Wad Wrodzonych Serca. 

W Polsce każdego roku diagnozowanych jest ok. 3 tys. dzieci z różnymi rodzajami wad serca. Codziennie w Polsce rodzi się 10 dzieci z wadą serca. Na świecie z taką wadą rodzi się 9 na 1000 noworodków. Jedna trzecia z nich wymaga operacji już w pierwszych dniach życia.

Konsultant Krajowy w dziedzinie kardiologii dziecięcej dr n. med. Maria Miszczak-Knecht wyjaśnia, że wrodzona wada serca powodowana jest nieprawidłową budową mięśnia sercowego. „Może ona polegać na obecności nieprawidłowych połączeń pomiędzy jamami serca lub uchodzącymi do nich dużymi naczyniami lub też na nieprawidłowościach w budowie i funkcjonowaniu zastawek serca” – dodaje.

Rozpoznanie najczęściej stawiane jest na etapie prenatalnym. Dla rodziców taka diagnoza jest szokiem. „Rodzice słysząc diagnozę: wrodzona wada serca, czują, że to dla nich koniec świata. Potrzebują pomocy i wsparcia. Nasza Fundacja udziela jej od 15 lat. Stawiamy przede wszystkim na rzetelną edukację. Bo wiedza to pierwszy krok do lepszego życia pacjenta z WWS i całej jego rodziny. Większość dzieci przechodzi we wczesnym okresie życia wiele skomplikowanych operacji ratujących życie. Potem czekają je lata leczenia i rehabilitacji. Ale to nie jest koniec świata” – przekonuje Katarzyna Parafianowicz, prezes Fundacji Serce Dziecka.

W początkowym etapie życia dziecka wrodzone wady serca mogą wiązać się z koniecznością przeprowadzenia nawet kilku operacji i częstymi hospitalizacjami. Dr n. med. Maria Miszczak-Knecht przyznaje, że jest to trudne dla małego pacjenta, jak i dla całej jego rodziny. Często konieczna jest operacja korygująca wadę, niezbędne jest też dalsze wieloletnie leczenie, również w okresie dorosłości.

„Na kolejnych etapach życia osoba z wadą wrodzą serca może wymagać reoperacji, powtarzanych interwencji kardiologicznych. Ponieważ jest to nowa grupa pacjentów, ich potrzeby są specyficzne. Bardzo ważna jest odpowiednia opieka nad nimi od momentu postawienia diagnozy aż do dorosłości” – podkreśla Konsultant Krajowy w dziedzinie kardiologii dziecięcej.

Dzieci i osoby dorosłe z wrodzonymi wadami serca częściej wykazują gorszą tolerancję wysiłku fizycznego, mają także problemy emocjonalne. „To wpływa na pogorszenie jakości życia. Wrodzone wady serca mogą wiązać się także ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia: arytmii, rozwoju niewydolności krążenia, nagłego zgonu sercowego, udaru i powikłań neurologicznych” – zaznacza dr n. med. Maria Miszczak-Knecht.

Osoby w wadami wrodzonymi serca mogą być jednak aktywne fizyczne. Jedynie rodzaj aktywność fizycznej musi być do nich odpowiednio dobrany przez lekarza prowadzącego. Wiele dzieci wspaniale spełnia się w sporcie – przekonuje Katarzyna Parafianowicz – choć początkowo najmniejsza nawet aktywność wydawała się w ich przypadku niedopuszczalna. Uważa, że z wadą wrodzoną serca można żyć normalnie.

Do tego jednak potrzebna jest odpowiednia wiedza. Ma w tym pomóc ogólnopolska kampania edukacyjna „Tydzień wiedzy o wrodzonych wadach serca”. Rozpocznie się ona 14 lutego z okazji Światowego Dnia Świadomości Wad Wrodzonych Serca.

„Organizujemy warsztaty, konferencje, liczne webinaria edukacyjne dla naszych pacjentów i ich bliskich. Edukujemy, integrujemy i wspieramy naszych podopiecznych. Przekonujemy, że wrodzone wady serca nie muszą wykluczać, że zdrowie i samopoczucie pacjenta w dużej mierze zależy od tego, czy będzie on żył aktywnie w gronie rówieśników” – zaznacza.

Dzięki lepszej opiece coraz więcej dzieci z wrodzonymi wadami wkracza w wiek dorosły. „W Polsce w obszarze diagnostyki i terapii wad wrodzonych serca dysponujemy dziś opcjami terapeutycznymi i technologiami na poziomie światowym” – zapewnia dr Maria Miszczak-Knecht. Jednak ośrodki referencyjne są przeciążone coraz większa grupą pacjentów.

„Aby odciążyć największe placówki, ośrodki regionalne wymagają wsparcia, przede wszystkim w zakresie kształcenia kadr. To istotne zwłaszcza w przypadku najbardziej złożonych przypadków, których terapia i prowadzenie nie są łatwe, ponieważ wymagają specjalistycznej, interdyscyplinarnej wiedzy i dużego doświadczenia” – wyjaśnia.

Przewlekła choroba dziecka to nie tylko sama operacja czy leki, ale także dodatkowe i to znaczne koszty dla rodziny. Są one związane z dojazdami do ośrodków i noclegami, z rehabilitacją, konsultacjami psychologicznymi – zwraca uwagę Katarzyna Parafianowicz. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Eksperci: dzieci z poważną wadą wrodzą serca wymagają opieki przez całe życie została wyłączona

Kto wierzy w fake newsy? Badacze chcą zwalczać szkodliwe informacje jak epidemie

Aby skutecznie zapobiegać epidemiom kolejnych fake newsów, warto znać profil osób na fake newsy najbardziej podatnych. A wtedy skuteczniej dobierać narzędzia powstrzymujące rozchodzenie się nieprawdziwych informacji – uważają naukowcy z…

Aby skutecznie zapobiegać epidemiom kolejnych fake newsów, warto znać profil osób na fake newsy najbardziej podatnych. A wtedy skuteczniej dobierać narzędzia powstrzymujące rozchodzenie się nieprawdziwych informacji – uważają naukowcy z projektu #Cyber_odporność.

„Walka z fake newsami pochłania mnóstwo zasobów, które można by było zagospodarować znacznie efektywniej. Środki, które mogłyby więc służyć na promocję zdrowego stylu życia czy profilaktyki zużywane są np. na to, by prostować fałszywe informacje dotyczące szczepień. A środki, które mogłyby iść na walkę z COVID-19 trzeba przeznaczać na przygotowanie i dystrybucję materiałów odkręcających teorie spiskowe” – mówi w rozmowie z PAP etyk dr Jan Piasecki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik projektu #Webimmunization (#Cyber_odporność).

Dlatego też między innymi interdyscyplinarny zespół z udziałem etyków, psychologów, neurobiologów, epidemiologów i informatyków chce poznać mechanizmy tej pochłaniającej środki „choroby”, jaką jest dezinformacja. Naukowcy w ramach swoich badań przygotowują m.in. profil psychologiczny osób najbardziej podatnych na wiarę w fałszywe informacje. A przez to będą mogli dowiedzieć się, jak wygaszać takie epidemie w zarodku.

Skąd porównanie rozprzestrzeniania się fake newsów do epidemii? „Wirus – nieożywiony fragment informacji – wykorzystuje luki w biochemicznych zabezpieczeniach organizmów żywych, aby za ich pomocą się namnażać. A dzięki temu może przenosić się na kolejne organizmy. Rozprzestrzenianie się fałszywych informacji możemy postrzegać podobnie: jako proces, w którym nieprawdziwe, złe informacje, wykorzystują słabe punkty w naszym systemie weryfikowania informacji i są przez nas reprodukowane” – mówi dr Jan Piasecki.

Tłumaczy, że wpływ na to, że fałszywa informacja może się replikować ma m.in. nasz aparat psychologiczny. Mniej skłonni jesteśmy więc, by weryfikować informacje apelujące do emocji czy pozwalające zbudować tożsamość w opozycji do innych grup. Bardziej jesteśmy też skłonni wierzyć w informacje zgodne z naszą wiedzą, spójne, wobec których jest konsensus wśród ludzi, którymi się otaczamy, informacje podawane przez wiarygodne naszym zdaniem źródła i poparte wieloma argumentami (które akurat jesteśmy w stanie przywołać).

Drugi element to system składający się z czynników ekonomicznych, politycznych i społecznych. Mogą więc następować czasy niepokoju, przełomu, gdzie jakieś grupy społeczne czują się zagrożone i wykluczone, czują, że tracą swoją tożsamość. A przez to są bardziej podatne na dezinformację.

Trzecim elementem mającym wpływ na replikację fake newsów jest czynnik technologiczny. „Co jakiś czas powstaje nowa technologia, która pozwala nam szybciej rozpowszechniać informacje. Kiedyś to był druk, później – radio, a teraz są to sieci społecznościowe” – mówi Piasecki. I zaznacza, że w mediach społecznościowych każdy z nas jest nie tylko odbiorcą, ale i producentem informacji. I są tu bardzo słabe filtry pozwalające odsiać nieprawdziwą informację. „Te sieci społecznościowe są pudłem rezonansowym, które pozwala wzmocnić te niesprawdzone informacje” – mówi.

Pytany, czy mamy już jako ludzkość szczepionkę na fake newsy, powiedział, że każdy z nas może takie przeciwciała na dezinformację zyskiwać: to krytyczne myślenie, umiejętność korzystania ze zweryfikowanych informacji i posługiwania się narzędziami naukowymi. „Możemy odwoływać się zarówno do nauk ścisłych, jak i do humanistycznych i społecznych, które dostarczają nam bogatej wiedzy o tym, jak funkcjonuje świat, umysł, jakie popełniamy błędy w rozumowaniu. To nie jest aż tak skomplikowane. Natomiast niestety rzadko mamy chęć włączania naszego krytycznego myślenia, bo jesteśmy wciąż bombardowani informacjami. Nie mamy czasu ani możliwości, żeby wszystkie je weryfikować. A w dodatku podlegamy uprzedzeniom, emocjom, przynależymy do różnego rodzaju obozów” – mówi.

Jego zdaniem, choć każdy z nas może wytworzyć w sobie „cyberodporność”, to jednak w sferze publicznej takiej uniwersalnej „szczepionki na dezinformację” jeszcze nie ma. I zaznacza, że fałszywe czy też zmanipulowane informacje (w angielskim określa się to pojemniejszym mianem misinformacji) to na tyle szerokie zjawisko, że nie ma tu jednego sposobu walki czy zapobiegania mu.

I tak rozróżniając informacje możemy kategoryzować ich prawdziwości oraz ich szkodliwość.

Informacja prawdziwa, ale rozpowszechniana ze złą intencją to tzw. Mal-informacja. Mal-informacja ma miejsce np. kiedy robi się komuś zdjęcie w sytuacji, która go ośmiesza (np. w sytuacji intymnej, z dziwną miną, kiedy się przewraca) i rozpowszechnia to zdjęcie, aby tę osobę oczernić, osłabić jej wiarygodność.

Z kolei dezinformacja – w rozumieniu naukowców – to informacja nieprawdziwa i podawana ze złą intencją. „Zazwyczaj za dezinformacją stoją zorganizowane grupy, które chcą siać w danej społeczności chaos. Tego typu informacje używane są też w walce politycznej czy w relacjach międzynarodowych, aby osłabić przeciwnika” – tłumaczy dr Piasecki.

Jest też misinformacja – informacja nieprawdziwa, ale rozpowszechniana bez złych intencji. Tu rozmówca PAP jako przykład podaje teorie spiskowe lub pseudonaukowe. „Np. antyszczepionkowcy są głęboko przekonani, że mówią prawdę i że chcą pomóc, ale w gruncie rzeczy rozpowszechniając nieprawdziwe informacje – szkodzą” – zwraca uwagę badacz.

Dodaje jednak, że do grona szkodliwych informacji w sieciach społecznościowych zaliczyć można też takie zjawiska jak: trollowanie (agresywne wypowiedzi na forach internetowych), mowa nienawiści (negatywne wypowiedzi dotyczące całych grup, bazujące na uprzedzeniach), rozpowszechnianie plotek i „legend miejskich”, cyberbullyng (znęcanie się psychiczne za pomocą sieci społecznosciowych) czy crowdturfing (sztuczne pompowanie czyjegoś wizerunku w mediach np. przez skupywanie użytkowników obserwujących jego konto).

„Każde z tych zjawisk wymaga innych środków zaradczych. Do walki z dezinformacją muszą być zaangażowani specjaliści od bezpieczeństwa, polityki kraju, spraw zagranicznych, którzy mają wiedzę i środki, by takie zjawiska wykrywać i im przeciwdziałać. A z kolei w cyberbullyingu trzeba już podjąć inne środki – edukacyjne, wychowawcze. I muszą się w to zaangażować pedagodzy, psycholodzy, ale i rodzice” – tłumaczy badacz.

Widać więc, że walka ze szkodliwymi informacjami może przybierać różne formy. Aby opracować najskuteczniejsze narzędzia do walki z poszczególnymi rodzajami szkodliwych informacji, badacze chcą przygotować psychologiczną skalę, która pozwoli ocenić indywidualną podatność na dezinformację. A następnie porównać z aktywnością użytkowników sieci. „Za pomocą narzędzi uczenia maszynowego chcemy potem stworzyć dokładny profil psychologiczny osób podatnych na dezinformację” – zapowiada.

Dzięki temu naukowcy chcą opracować różne rodzaje interwencji w sieciach społecznościowych – adekwatne do danych zagrożeń i najskuteczniejsze. Przydać się tu może właśnie wiedza z zakresu epidemiologii. Naukowiec porównuje, że w zapobieganiu epidemii nowotworów płuc – związanych z paleniem tytoniu – pomagają działania z bardzo różnych zakresów. Środkami zaradczymi może być np. nakaz stosowania filtrów (zmniejszenie szkodliwości dla samego użytkownika), wysoka akcyza (realne koszty dla użytkownika), podniesienie wieku, kiedy można kupować tytoń (ograniczenie dostępu do danego czynnika), informacje na etykietach (edukacja), zakaz palenia w miejscach publicznych (ograniczenie negatywnego wpływu danego zachowania na otoczenie) czy zakazy stosowania dodatkowych aromatów (uczynienie danego działania mniej atrakcyjnym). Dr Piasecki tłumaczy, że być może i w przypadku fake newsów trzeba będzie kiedyś zastosować analogiczne interwencje, które ograniczą szkodliwość takich nieprawdziwych informacji.

Czy jednak najskuteczniej działać będzie edukacja, restrykcje, kulturowe zmiany podejścia do sieci społecznościowych, na razie nie wiadomo, bo niewiele jeszcze wiemy o tym, kto i kiedy jest podatny na dezinformację – podsumowuje dr Piasecki.

Pytany o to, czy nie ma ryzyka, że w walce z fake newsami pojawi się cenzura, dr Piasecki odpowiada, że cenzury państwowej (kojarzonej z reżimami autorytarnymi) nie należy mylić z odpowiedzialnością za słowo.

„Dziennie na Twitterze publikuje się 500 milionów tweetów. Trudno z takiej ilości odsiać fałszywe informacje. Ci, których +ocenzurowano+, zawsze mogą pokazać palcem, że jest cała masa ludzi, których +system+ nie ukarał tak samo, zarzucając platformom stronniczość” – mówi. I zwraca uwagę na drugi problem, jakim jest powszechnie uznany system eliminacji fałszywych informacji. „W gazecie +cenzuruje+ autora redaktor, w czasopiśmie naukowym, praca jest oceniana przynajmniej przez dwóch recenzentów; jeśli ktoś jest lekarzem musi się liczyć z tym, że jego wypowiedzi mogą być ocenione przez środowisko naukowe. We wszystkich tych przypadkach istnieją standardy: rzetelności dziennikarskiej czy naukowej i procedury, które zachowanie tych standardów sprawdzają. W przypadku mediów społecznościowych nie ma takich standardów, nie ma też powszechnie akceptowanych transparentnych procedur. Dlatego osoby, których treści są +cenzurowane+ mogą mieć poczucie stronniczości i niesprawiedliwości. Z faktu jednak, że ktoś nie jest obecny na jakiejś platformie społecznościowej, nie można jednak wyciągać wniosku, że jest na niego cenzorski zapis” – uważa naukowiec.(PAP)

Autorka: Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Kto wierzy w fake newsy? Badacze chcą zwalczać szkodliwe informacje jak epidemie została wyłączona

Gra w szachy ustrzeże Cię przed Alzheimerem

Tradycja mówi, że gra w szachy powstała w Indiach ok. VII wieku. Do Polski dotarła w XII wieku. Od tamtej pory upowszechniła się i stanowi doskonałą gimnastykę umysłu dla młodszych…

Tradycja mówi, że gra w szachy powstała w Indiach ok. VII wieku. Do Polski dotarła w XII wieku. Od tamtej pory upowszechniła się i stanowi doskonałą gimnastykę umysłu dla młodszych i starszych. Najnowsze badania pokazują, że może ona mieć dla nas jeszcze więcej korzyści, niż myśleliśmy.

Szachy to gra o bardzo rozbudowanej strategii, wymaga ona opracowywania skomplikowanych taktyk, myślenia przestrzennego i logicznego. Dlatego często określa się je mianem siłowni dla mózgu. Tak jak aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na stan naszego ciała, tak gra w szachy przynosi wiele korzyści naszemu umysłowi. Powszechnie już wiadomo, że sport ten rozwija intelektualnie, emocjonalnie i społecznie.

Specjaliści wykazali jednak, że dodatkowo szachy mogą zapobiegać Alzheimerowi. Neurolodzy udowodnili, że istnieje zależność pomiędzy większym wysiłkiem i ćwiczeniami umysłowymi, a mniejszym ryzykiem zapadnięcia na demencję starczą oraz Alzheimera.

Obie półkule pracują

Szachy są doskonałe w roli umysłowych ćwiczeń. Zostało udowodnione, że obie półkule mózgu są zaktywizowane podczas gry. Lewa półkula odpowiada za identyfikację figur, a prawa za rozpoznawanie ruchów i schematów. Ćwiczymy pamięć dzięki zapamiętywaniu wcześniejszych rozgrywek oraz ich analizowaniu. Kolejna przydatna umiejętność rozwijana w grze to myślenie przestrzenne. Patrząc na planszę trzeba zrozumieć położenie wszystkich figur szachowych oraz możliwości ich ruchów. Potrzebne jest zapamiętywanie poprzedniego położenia i wizualizacja ich możliwych przyszłych pozycji.  Mózg w ten sposób świetnie przygotowuje się do analizy sytuacji, które spotykamy na co dzień i do podejmowania decyzji.

Szachy też dla młodych

Umysł szachowy pomaga nie tylko rozwijać racjonalne myślenie, ale też jego kreatywną część. Co więcej, poprawia też koncentrację. W tej grze każde posunięcie jest ważne i wymaga pełnej uwagi. Ciągłe skupienie na grze, obserwowanie wszystkich ruchów uczy cierpliwości, koncentracji i spokoju ducha. To szczególnie ważne dla młodych ludzi, którzy żyją w bardzo szybko zmieniającym się świecie i są otoczeni przez mnóstwo „rozpraszaczy uwagi”. Badania związane z szachami aktualnie skupiają się na korzyściach, jakie trening szachowy może przynieść dzieciom z ADHD. Ich celem jest stworzenie metody, w której szachy będą użyte jako narzędzie terapeutyczne do poznawczego i emocjonalnego treningu dzieci z ADHD. Metodologia zakłada spojrzenie na grę w szachy z dwóch perspektyw: tradycyjnej gry w szachy i użycia jej elementów – planszy, zegara oraz bierek do pracy terapeutycznej.

Istnieją badania pokazujące, że dzieci ćwiczące umysł graniem w szachy osiągają później lepsze wyniki w rozwiązywaniu problemów, czytaniu i matematyce. Gra w szachy zmusza do planowania ruchów i przewidywania ich konsekwencji. To pomaga w rozwijaniu kory przedczołowej, co z kolei umożliwia podejmowanie trafniejszych decyzji. Kora przedczołowa jest obszarem mózgu odpowiedzialnym za planowanie, rozstrzyganie i samokontrolę.

Prześledzić zmiany

Bardzo dużą zaletą szachów jest stymulacja dendrytów do wzrostu. Dendryty to rozgałęzione wypustki komórek nerwowych odpowiedzialnych za odbieranie bodźców i przekazywanie sygnałów między komórkami nerwowymi. Ich wzrost zwiększa prędkość i jakość komunikacji neuronalnej, co polepsza ogólnie procesy myślowe, a zatem zwiększa zdolności poznawcze.

Dzięki zaawansowanej nauce i technologii rozwijane są instrumenty pozwalające nam na poznawanie zarówno architektury mózgu, jak i jego funkcjonowania. Przez ostatnią dekadę naukowcy i psychologowie opublikowali wiele prac, które pokazują różnice w funkcjonowaniu mózgu graczy i osób niegrających. W umyśle gracza występuje większa aktywność w dolnej lewej części płata ciemieniowego, zakręcie hipokampa i zakręcie wrzecionowatym. Inni badacze zauważyli też większą dynamikę móżdżka i płata czołowego.

Badania przeprowadzone na Yeshiva University by The Albert Einstein School of Medicine  dowiodły, że umysł wyćwiczony grą w szachy jest mniej podatny na degenerację z powodu dużej ilości danych przetwarzanych w czasie ćwiczeń i znacząco zmniejsza ryzyko demencji.

Źródło: https://www.abcmoney.co.uk/

Możliwość komentowania Gra w szachy ustrzeże Cię przed Alzheimerem została wyłączona

Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak…

U neandertalczyków można znaleźć przykład opieki nad niepełnosprawnym, w starożytnym Egipcie szacunkiem darzono osoby niskiego wzrostu. W średniowieczu zaś polskie pochówki osób niepełnosprawnych nie różniły się od innych pochówków. Jak wyglądało w dziejach podejście do niepełnosprawności mówi archeolog dr Magdalena Matczak. 

„Teraz aż jedna ósma populacji ludzkiej to osoby uznawane za niepełnosprawne. W samej Unii Europejskiej stanowią one ok. 14 proc. społeczeństwa w wieku 15-64 lat. To spory odsetek. Również i w czasach prehistorycznych i historycznych w skład społeczeństwa wchodziły osoby niepełnosprawne i – choćby ze względu na słabszy rozwój medycyny – mogły też stanowić znaczącą grupę” – mówi w rozmowie z PAP dr Magdalena Matczak z University of Liverpool i Arizona State University.

Archeolożka kieruje interdyscyplinarnym projektem DIS-ABLED (wspólnie z dr Jessiką Pearson z Uniwersytetu w Liverpoolu, prof. Jane Buikstrą z Arizona State University i prof. Andrzejem Markiem Wyrwą z UAM w Poznaniu). Celem tych badań jest rekonstrukcja życia osób z niepełnosprawnościami w XIV-XVIII-wiecznej Europie Środkowej.

„Temat niepełnosprawności jest rzadko poruszany w archeologii. Jeśli zaś myślimy o historii jako o naszym dziedzictwie, nie możemy zrozumieć tego dziedzictwa w pełni, jeśli pomijać w niej będziemy historię tak dużej grupy osób – w tym przypadku osób niepełnosprawnych” – tłumaczy dr Matczak.

Badaczka pytana o to, jak zmieniało się podejście do osób niepełnosprawnych mówi: „W różnych miejscach i okresie dziejów podejście do osób niepełnosprawnych oscylowało od pełnej akceptacji, poprzez troskę i opiekę, aż do marginalizacji” – podsumowuje.

Podaje przykład amerykańskich badań dot. neandertalczyków ze starszej epoki kamienia zamieszkujących jaskinię Shanidar w dzisiejszym Iraku. „Znaleziono tam szczątki neandertalczyka z urazem czaszki. Był prawdopodobnie głuchy na prawe ucho, miał problemy ze wzrokiem, upośledzenie jednej z kończyn górnych i urazy powodujące nieprawidłowy chód. Jego schorzenia mogły bardzo utrudniać mu zdobywanie pokarmu – choćby udział w polowaniach. Mimo to żył ze swoimi schorzeniami długo – zmarł w wieku ok. 40-50 lat, skąd wniosek, że musiał przez dłuższy czas doświadczać pomocy i opieki osób ze swojej społeczności” – opowiada rozmówczyni PAP.

Jeśli z kolei chodzi o starożytny Egipt, to ok. 2 500 lat p.n.e. powstała rzeźba Seneba, który był dostojnikiem na dworze faraona i został pochowany wraz z żoną w Gizie. Dostojnik ten miał achondroplazję – był osobą niskiego wzrostu. „Część badaczy przychyla się do opinii, że w starożytnym Egipcie istniała wtedy tolerancja zarówno do osób z achondroplazją, jak i wobec osób niewidomych. Są jednak badacze, którzy uważają, że akurat osoby z upośledzeniem widzenia w starożytnym Egipcie mogły podlegać ostracyzmowi” – podsumowuje dr Matczak.

Przywołuje też badania z Bahrajnu dotyczące szczątków kobiety z przełomu III i II tysiąclecia p.n.e., która cierpiała na deformację prawej kości ramiennej, a także miała upośledzenie kończyn dolnych, przez co potrzebowała opieki i wsparcia. Niewielkie starcie zębów wskazuje, że kobieta jadła stosunkowo miękkie pokarmy. Została ona pochowana z cennymi przedmiotami. „To pokazuje, że przynajmniej wąska grupa społeczna, można przypuszczać, że jej rodzina, dobrze ją traktowała za życia, jak i zadbała o jej odpowiedni pochówek” – komentuje dr Matczak.

Dodaje jednak, że są i w historii przykłady na to, jak trudny bywał los osób niepełnosprawnych. Opowiada, że w XIX w. w USA w hrabstwie Oneida w stanie Nowy Jork osoby z ułomnościami fizycznymi lub psychicznymi trafiały do przytułku. „Terapia” polegała na wykonywaniu przez nie tak ciężkiej pracy fizycznej, że w niektórych wypadkach prowadziła do śmierci z wycieńczenia. A przytułek czerpał dochody z tej pracy. Niechlubnymi zgłoskami zapisały się też w XIX wieku kompletnie nieakceptowalne dziś objazdowe cyrki, w których osoby z niektórymi ułomnościami były prezentowane publiczności.

Z kolei jeśli chodzi o Polskę, to ciekawy jest przykład kobiety chorej na trąd z XIII w. pochowanej na cmentarzu w Kałdusie na Ziemi Chełmińskiej. Trąd nie tylko był chorobą zakaźną, ale mógł prowadzić do zaniku czucia, problemów ze wzrokiem i urazów, co mogło prowadzić do niepełnosprawności. „A kobieta ta żyła stosunkowo długo ze zmianami chorobowymi. Bez pomocy ze strony społeczności nie dałaby sama rady. Została też pochowana zgodnie z zasadami pochówku chrześcijańskiego, oraz z przedmiotami takimi jak pierścionek czy nóż. A stąd można pośrednio wnioskować, że cieszyła się stosunkowo dobrym statusem społecznym i mimo choroby nie była zepchnięta na margines społeczeństwa” – opisuje badaczka.

Dr Matczak w poprzednich badaniach, we współpracy z prof. Tomaszem Kozłowskim i prof. Wojciechem Chudziakiem na UMK, badała pochówki w X-XIII wieku z Kałdusa na polskim Pomorzu. Na 661 szkieletów, które badali naukowcy, 33 miały zmiany związane z niepełnosprawnościami. I były to częściej szkielety niepełnosprawnych dojrzałych mężczyzn niż kobiet. „To się wiąże z tym, że kobiety statystycznie częściej umierały we wczesnej dorosłości, w związku z między innymi infekcjami okołoporodowymi. A mężczyźni żyli dłużej i ciężko pracowali fizycznie, na ich szkieletach częściej więc udawało się ustalić niepełnosprawności związane ze zmianami zwyrodnieniowymi” – komentuje dr Matczak.

Polscy naukowcy badali też, czy szkielety świadczące o niepełnosprawności można znaleźć w przypadku pochówków atypowych (to groby zorientowane np. na osi północ-południe, zamiast typowej osi wschód-zachód, przypadki osób pochowanych na boku, w pozycji skurczonej) czy antywampirycznych (w przypadku osób pochowanych na brzuchu lub przygwożdżonych kamieniami).

Archelożka przywołuje przykład z USA, gdzie odnaleziono antywamipryczny pochówek z XIX wieku osoby ze śladami gruźlicy. „A związane z gruźlicą plucie krwią mogło dawniej być kojarzone właśnie z wampirami” – zwraca uwagę. „Dlatego chciałam sprawdzić, czy i w Polsce na Pomorzu niektóre choroby lub niepełnosprawność mogły sprawić, że za życia osób tych się bano, a przez to ich pochówek mógł wyglądać nietypowo” – mówi. I dodaje, że hipoteza ta się jednak nie potwierdziła. „To dobrze świadczy o wczesnośredniowiecznej społeczności. Jeśli oceniać po pochówkach – osoby chore nie były inaczej traktowane w społeczeństwie” – komentuje.

Badaczka zwraca jednak uwagę, że badania szkieletów nie pozwalają ostateczne rozstrzygnąć, czy dana osoba borykała się z niepełnosprawnością czy nie. Można dzięki nim wprawdzie poznać, że ktoś cierpiał na zmiany zwyrodnieniowe, trąd, zaawansowane stadia niektórych nowotworów, polio, przechodził amputację, miał źle złożone złamanie czy np. gruźlicę kręgosłupa. Wiele jednak niepełnosprawności i chorób nie pozostawia po sobie w szkielecie żadnego śladu. To choćby choroby psychiczne, przypadłości związane z utratą wzroku czy słuchu, czy choroby o ostrym przebiegu.

Dlatego w swoich najnowszych badaniach dotyczących postrzegania niepełnosprawności w XIV-XVIII wieku badaczka stawia na połączenie kilku dziedzin nauki: archeologii, historii, antropologii fizycznej oraz etnografii. „Badamy kroniki, żywoty świętych, pisma medyczne, teksty etnograficzne z czasów późniejszych, a także szkielety odnalezione na terenach Polski, aby zobaczyć, na co chorowano w XIV-XVIII w.” – wymienia.

Badaczka jednak zaznacza, że badanie niepełnosprawności w historii jest o tyle trudne, że słowo „niepełnosprawny” weszło do obiegu dopiero w XX wieku. „A niepełnosprawność według najnowszych definicji jest stanem, w którym osoba z jakąś ułomnością napotyka na bariery społeczne wynikające z tego, że kultura, przestrzeń, w której funkcjonujemy, jest dostosowana do osób w pełni sprawnych. Niepełnosprawność pojmowana jest więc jako stosunek pełnosprawnej części ludności do osób z okaleczeniami. Pytanie więc, w jaki sposób dawne społeczeństwa określały osoby z upośledzeniami i na ile dostosowywały się do ich potrzeb” – podsumowuje.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

1 komentarz do Jak postrzegano niepełnosprawność w historii? Bada to interdyscyplinarny zespół

„Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna…

Interdyscyplinarny zespół ekspertów przygotował podręcznik na temat zmiany klimatu, który może być pomocą dydaktyczną dla nauczycieli w szkołach średnich oraz na uczelniach. Książka „Klimatyczne ABC” w wersji elektronicznej jest dostępna bezpłatnie.

„Klimatyczne ABC. Interdyscyplinarne podstawy współczesnej wiedzy o zmianie klimatu” to pierwszy w Polsce interdyscyplinarny podręcznik poświęcony zmianie klimatu. Powstał jako odpowiedź naukowców na pilną potrzebę powszechnej edukacji o kryzysie klimatyczno-ekologicznym – poinformował w przesłanym PAP komunikacie Uniwersytet Warszawski.

Podręcznik pod redakcją naukową dr Magdaleny Budziszewskiej z Wydziału Psychologii UW, dr Aleksandry Kardaś z Wydziału Fizyki UW oraz Zbigniewa Bohdanowicza z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW to praca zbiorowa 16 badaczy, którzy reprezentują wiedzę z zakresu fizyki, chemii, biologii, ekologii, geografii, ekonomii, psychologii, wiedzy o społeczeństwie oraz inżynierii. Książkę przygotowali wspólnie naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechniki Warszawskiej, Instytutu Chemii Fizycznej PAN oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

„Wyedukowanie społeczeństwa w zakresie zmian klimatycznych jest nie tylko społecznym obowiązkiem szkół wyższych, ale także koniecznym krokiem w walce o zatrzymanie postępującej szybko degradacji środowiska naturalnego oraz niedopuszczenie do przekroczenia krytycznego punktu, po którym dojdzie do nieodwracalnej zmiany klimatu na Ziemi” – mówi cytowana w komunikacie UW dr Magdalena Budziszewska.

„Od czasów rewolucji przemysłowej, rozwijając przemysł i rolnictwo, zaczęliśmy emitować do atmosfery coraz więcej i więcej gazów cieplarnianych. Zaburzyliśmy naturalny obieg węgla w przyrodzie i doprowadziliśmy do globalnej zmiany klimatu. Zrozumienie przyczyn i konsekwencji tego zjawiska wymaga połączenia wiedzy o zjawiskach fizycznych w atmosferze i oceanie, ale też tych, w których biorą udział organizmy żywe i całe nasze uprzemysłowione społeczeństwo. W naszym podręczniku staraliśmy się pokazać, jak te wątki przeplatają się i łączą na wielu poziomach” – tłumaczy dr Aleksandra Kardaś.

Książka podzielona jest na cztery części, przedstawiające mechanizmy i przyczyny globalnego ocieplenia, jego konsekwencje oraz działania, które mogą zapobiec najbardziej negatywnym skutkom zmiany klimatu.

Publikacja zawiera 13 lekcji oraz 25 pytań i odpowiedzi eksperckich z podaniem źródeł, raportów międzynarodowych organizacji, artykułów naukowych czy linków do listów otwartych naukowców z całego świata. Duży nacisk położono na przystępność treści oraz spójny podział materiału.

Podręcznik może być wykorzystywany jako materiał dydaktyczny dla uczniów i studentów. Publikację można pobrać bezpłatnie ze strony Wydawnictw UW. Materiały edukacyjne, w formacie przyjaznym nauczycielom, podzielone na poszczególne lekcje można również pobrać ze strony https://klimatyczneabc.uw.edu.pl/.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do „Klimatyczne ABC” – polscy eksperci przygotowali darmowy podręcznik o klimacie

Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie…

Szaleńcze zakochanie, oddawanie się bez reszty pracy, pasji czy idei… Tam, gdzie jedna potrzeba zaślepia człowieka na pozostałe potrzeby, w grę wchodzą zachowania ekstremalne. Mają one różne oblicza i nie są czymś unikalnym – uważa zespół psychologów. I proponuje nowe spojrzenie na to, czym są ekstremizmy.

„Do tej pory zachowania ekstremalne łączono z ekstremizmem politycznym, terroryzmem, stosowaniem przemocy. My pokazujemy zupełnie nowe spojrzenie: jest wiele innych zachowań – w tym również pożądanych społecznie, które mają podobną psychologiczną dynamikę” – mówi w rozmowie z PAP psycholog dr Ewa Szumowska z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Badaczka weszła w skład zespołu Arie’ego Kuglanskiego, który opracował nowy model zachowań ekstremalnych. Badania ukazały się w czasopiśmie Psychological Review https://doi.apa.org/doiLanding?doi=10.1037%2Frev0000260. W świetle tego nowego podejścia, do zachowań ekstremalnych zaliczyć można tak różne zachowania jak np. obsesyjne pasje, uprawianie sportów ekstremalnych, wycieńczające diety, poświęcanie swojego życia dla niesienia pomocy innym, trenowanie jakichś umiejętności do upadłego, fanatyczne promowanie jakichś idei, stalking, bycie niezwykle wiernym kibicem albo fanem jakiegoś zespołu, czy nawet ślepe zauroczenie się jakąś osobą…

A przy takiej definicji możemy uznać, że ekstremizm cechował nie tylko Herostratesa czy Unabombera, ale i Marię-Skłodowską Curie, Venus i Serenę Williams, Matkę Teresę, Pabla Picassa, Joannę d’Arc, a w literaturze Romea i Julię czy Wertera. Te postaci nie byłyby przecież znane, gdyby nie poświęciły bardzo wiele w swoim życiu dla jednej idei.

„W naszym modelu zakładamy, że działania ekstremalne wynikają z zaburzenia równowagi między naszymi celami i potrzebami” – streszcza dr Szumowska. I dodaje, że do takiej nierównowagi może dojść u dowolnej osoby. „To, że dana osoba wykazuje zachowania ekstremalne, nie oznacza więc, że ma ona jakieś zaburzenia. Albo że ma jakieś niewiarygodne predyspozycje. To mechanizm wspólny dla nas wszystkich” – podsumowuje dr Szumowska.

Wyjaśnia, że ludzie mają wiele potrzeb, to m.in potrzeby fizjologiczne, związku z innymi ludźmi, kompetencji, autonomii. „Na ogół dąży się do tego, by wszystkie potrzeby były zaspokojone, a żadna nie była zsunięta na dalszy plan. To tzw. funkcjonowanie zrównoważone, umiarkowane. Zdarza się jednak, że jedna z potrzeb staje się u kogoś tak ważna, że przez dłuższy czas przyćmiewa inne. A to właśnie prowadzić może do zachowań ekstremalnych” – tłumaczy psycholog.

Jeśli jakaś potrzeba jest przez dłuższy czas niezaspokojona, to normalnym mechanizmem jest to, że czasowo przejmuje ona wpływ na zachowanie człowieka. „Im bardziej jesteśmy głodni, tym mniej zwracamy uwagę na wszystkie inne nasze potrzeby. A wtedy, żeby się najeść, jesteśmy w stanie zrobić rzeczy, których nie zrobilibyśmy wcześniej: zjeść coś, co uważamy za niesmaczne, a nawet wstrętne, ukraść jedzenie, zrobić komuś krzywdę, jeść rzeczy, które nie nadają się do jedzenia, a w skrajnych przypadkach nawet posunąć się do kanibalizmu” – mówi. Jedna potrzeba sprawić więc może, że staniemy się ślepi na inne swoje potrzeby i wywodzące się z nich cele i zaczniemy zachowywać się w sposób nieoczekiwany również dla siebie.

To samo dotyczy też jednak bardziej złożonych potrzeb. Dr Szumowska zaznacza, że w biografiach ludzi sukcesu, władców czy geniuszy częstym powodem zachowań ekstremalnych jest chęć zaspokojenia potrzeby bycia kimś znaczącym. „Wszyscy mają taką potrzebę, ale mają i potrzebę postępowania moralnie, potrzebę bezpieczeństwa czy przynależności. Jeśli jednak ktoś skupi się na tej jednej potrzebie, może u niego dochodzić do zaniedbywania lub aktywnego podkopywania innych potrzeb. Np. jeśli ekstremalnie ważne jest dla mnie to, żeby zrobić w życiu coś ważnego, to jestem to w stanie zrobić nawet kosztem innych osób, kosztem swoich zasad etycznych, swojego zdrowia, przyjaciół, rodziny” – opowiada.

To, czy do zachowania ekstremalnego dojdzie, zależy od różnych czynników. Po pierwsze – wymienia psycholog – musi zaistnieć bardzo silna potrzeba, która zdominuje pozostałe. Po drugie musi pojawić się narracja, która pokaże danej osobie drogę do zaspokojenia tej potrzeby. Narracje te często zapożyczane są z kultury, w której żyjemy. I tak np. jeśli chodzi o potrzebę bycia kimś znaczącym, w niektórych przekazach drogą jest ciężka praca i samodoskonalenie, w innych – pomoc innym osobom, w innych – dążenie do sławy, a w innych – walka z osobami o odmiennych niż my poglądach.

Trzecim czynnikiem mającym wpływ na powstanie zachowań ekstremalnych jest grupa, do której się należy i z którą się identyfikuje. Ona może bowiem wzmacniać ekstremalne zachowania lub je hamować. Dr Szumowska zwraca uwagę, że grupy terrorystyczne, sekty, ale również i formacje przygotowujące zawodników do zawodów sportowych nie bez powodu odcinają się od świata, często mają swoje siedziby w miejscach oddalonych od cywilizacji. Przez to ich członkowie tracą z oczu wszystko, czego mogą pragnąć, a co jest poza tą grupą. I mogą sią skupić na jednym – dążeniu do pożądanego przez grupę celu. Jeśli zaś ktoś traci motywację, zadaniem innych członków grupy jest ją przywrócić. „Samemu również można podjąć zachowania ekstremalne, ale zdecydowanie łatwiejsze jest to, kiedy są ludzie w otoczeniu, którzy do tych zachowań zachęcają, pochwalają je i również się im poświęcają” – mówi dr Szumowska.

W zachowaniach ekstremalnych kluczowa jest przedłużająca się dominacja jednej potrzeby. Może ona wynikać z długotrwałej deprywacji (a więc niemożności zaspokojenia potrzeby). Osoba podejmuje różne, również szkodliwe działania, aby tę potrzebę zaspokoić. Może również próbować zaspokoić inne potrzeby – na zasadzie kompensacji. Dr Szumowska opowiada, że dana osoba może mieć bardzo wiele niezaspokojonych potrzeb w różnych sferach życia i nie widzi możliwości ich zaspokojenia. Np. nie ma bezpieczeństwa finansowego, jest samotna, niedoceniana, ma niski status społeczny i małe szanse na znalezienie prestiżowej pracy. I wtedy niezaspokojone potrzeby kanalizowane są w jeden obszar – potrzebę, którą daje się zaspokoić. „Tak często budzą się obsesyjne pasje” – komentuje dr Szumowska.

A jeśli taka „obsesja” jest dla kogoś szkodliwa, to jak się od niej uwolnić? Dr Szumowska podaje przykład programów z zakresu deradykalizacji członków grup terrorystycznych. Pokazuje się w nich uczestnikom, jak dostrzegać różne swoje potrzeby i jak je zaspokajać w nieszkodliwy, konstruktywny sposób. Uczy się tam np. podopiecznych nowego zawodu, pomaga znaleźć lepszą pracę, nowe hobby czy grupę odniesienia, w której dana osoba będzie mogła zaspokoić swoje zaniedbywane potrzeby. Sposobu na uwolnienie się od szkodliwych ekstremalnych zachowań szukać można też w terapiach dla osób z uzależnieniami behawioralnymi (jak pracoholizm, zakupoholizm, seksoholizm). Tam również pomaga się osobom odzyskać równowagę pomiędzy różnymi potrzebami i aspektami życia.

„Poświęcanie się dla jednej idei kosztuje wiele energii. To przecież – zgodnie z naszym spojrzeniem – funkcjonowanie w nierównowadze. Wymaga dużego zaangażowania i jest zachowaniem trudnym do utrzymania przez dłuższy czas” – mówi badaczka.

Bardzo szerokie spojrzenie na ekstremizmy, zaproponowane przez badaczy być może pozwoli lepiej zrozumieć, skąd się one biorą i szerzej spojrzeć na to, jak można regulować procesy przechodzenia od zachowań ekstremalnych do zrównoważonych. A w dodatku wypracować skuteczniejsze formy wsparcia dla osób i grup, które mają problem ze swoimi zachowaniami ekstremalnymi.

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Wszyscy możemy być ekstremistami? Co łączy zauroczenie, pasję twórczą, fanatyzm

Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię…

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię – podkreślił dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

„Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. Gdyby na całym świecie postępować tak jak na Wyspach, gdzie regularnie przeprowadza się sekwencjonowanie genomu wirusa w 5-10 proc. przypadków COVID-19, to prawdopodobnie wykrywalibyśmy jeszcze więcej jego wariantów, z różnymi układami mutacji. Ale to jednak nie powód, by wpadać w histerię” – zaznaczył ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski.

Ekspert tłumaczył, że na pojawiające się obawy przed nowymi wariantami koronawirusa wpływ ma bardzo często mylenie pojęć. Jak wskazał: szczep, wariant, czy mutacja wirusa – to zupełnie inne pojęcia.

„Czytając informacje prasowe napotykamy kompletne pomieszanie pojęć. Czytamy bowiem o +nowym koronawirusie+, +nowym szczepie+, wariantach i mutacjach. Warto to wyjaśnić. Nie ma żadnego nowego koronawirusa – jest wciąż SARS-CoV-2” – podkreślił.

Dodał, że nie ma również żadnych dowodów, by mówić o tym, że istnieją szczepy tego wirusa.

„SARS-CoV-2 należy do tego samego gatunku betakoronawirusa, co SARS-CoV, który powodował chorobę SARS w latach 2002-2004. Gatunek ten nazywa się Severe acute respiratory syndrome–related coronavirus, a SARS-CoV i SARS-CoV-2 są jego szczepami. Z kolei warianty SARS-CoV-2 to po prostu te formy wirusa, które kumulują poszczególne mutacje. I wreszcie mutacje, czyli nagłe skokowe zmiany w materiale genetycznym. Niektóre nie mają żadnego wpływu na wirusa, niektóre bywają dla niego niekorzystne, a te, które przynoszą mu korzyść oczywiście się upowszechniają” – mówił.

Rzymski zaznaczył, że na tę chwilę powinno nas interesować w zasadzie tylko jedno, czy mutacje mogą wpływać na skuteczność szczepionki na COVID-19.

„Jeżeli proponowane preparaty oparte byłyby o inaktywowanego wirusa, czyli o jedno z klasycznych rozwiązań szczepionkowych, to możliwe, że niekoniecznie zabezpieczałyby przed wszystkimi izolatami SARS-CoV-2. Ale szczepionki Pfizera, Moderny czy AstraZeneca mają na celu wymuszenie produkcji tylko i wyłącznie białka S wirusa, czyli tzw. kolca, dzięki któremu wirus ten może wnikać do komórek” – mówił.

„Takie szczepionki powinny więc być skuteczne wobec wielu wariantów. Produkowane w odpowiedzi przeciwciała mogą wiązać wiele regionów tego białka, a nie tylko jeden – drobne zmiany w tym białku, którego łańcuch liczy ponad 1270 aminokwasów, nie powinny mieć żadnego znaczenia dla unieszkodliwiania wirusa” – dodał.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformowano 14 grudnia. Według władz brytyjskich, nowy wariant wirusa rozprzestrzenia się o ok. 70 proc. szybciej, ale nie wydaje się, by powodował on poważniejszy przebieg choroby. Eksperci wskazują także, że nie ma przesłanek, by brytyjski wariant wirusa wpływał na skuteczność szczepionek. Zakażenia tym wariantem zdiagnozowano również m.in. w Danii, Holandii, Australii, czy we Włoszech.

O odkryciu nowego wariantu SARS-CoV-2 poinformowały w ostatnich dniach także władze RPA. Według południowoafrykańskich ekspertów nowy wariant jest pod niektórymi względami podobny do wariantu brytyjskiego; dzieli z nim kilka mutacji. (PAP)

Autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię została wyłączona

Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie….

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

„Dążymy do tego, aby lekarz miał jak najwięcej informacji bez konieczności wykonywania operacji. Teraz, aby dowiedzieć się czy w danym miejscu są tkanki nowotworowe, trzeba wykonać biopsję, potem badania histopatologiczne” – powiedział prof. Paweł Moskal, który wraz z dr hab. Ewą Stępień pracuje nad nowym rozwiązaniem.

W nagraniu internetowym, opublikowanym przez UJ, profesor poinformował, że przygotowanie nowej metody, nowego urządzenia, jest celem na najbliższych kilka lat.

Zgodnie z zapowiedziami, dzięki nowemu rozwiązaniu lekarz będzie mógł na filmie zobaczyć, jak substancja podana pacjentowi jest przyjmowana przez ciało, jak jest metabolizowana. Teraz lekarze oglądają na zdjęciach pojedyncze części ciała, ze zmianami nowotworowymi.

Naukowcy, którzy dążą do stworzenia innowacyjnej technologii, pracują na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. (PAP)

autor: Beata Kołodziej

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia…

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia prof. Janusz Braziewicz z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Wkraczająca do nowoczesnej medycyny sztuczna inteligencja budzi skrajne emocje: w środowisku medycznym jak i w społeczeństwie jedni wiążą z nią duże nadzieje, inni mają obawy i wątpliwości. Tak jest np. z medycyną nuklearną, w której wykorzystywane są nowoczesne technologie.

Prof. Janusz Braziewicz – kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej z Ośrodkiem PET w Świętokrzyskim Centrum Onkologii twierdzi, że zaawansowanie automatyzacji i sztucznej inteligencji w medycynie nuklearnej jest już na tyle duże, ze wkroczyło na III i IV poziom w pięciostopniowej skali.

Pierwszy poziom oznacza jedynie działania manualne, drugi – maszynowo-manualne, a trzeci – zautomatyzowane działania maszynowo-manualne. Na czwartym poziomie pojawia się automatyzacja, ale „z ludzką ręką”, piąty oznacza pełną automatyzację.

W diagnostyce obrazowej wygląda to w ten sposób, że na poziomie III (warunkowej automatyzacji) skaner czy system opisowy pod wpływem operatora dostosowuje się do narzucanych mu warunków i wykonuje zlecone zadanie.

„Obecnie obserwujemy duże przyspieszenie technologiczne i wejście na poziom IV (wysokiej automatyzacji), kiedy to system automatycznie przetwarza samodzielnie pozyskane dane i dostarcza specjaliście wstępnie przeanalizowane informacje. Ma to miejsce na przykład wówczas, kiedy system zeskanuje ułożonego na stole skanera PET/TK pacjenta i na podstawie swego rodzaju skanu topogramowego, w oparciu o analizę danych anatomicznych chorego zaproponuje wykonanie skanu PET i tomografu komputerowego z uwzględnieniem wskazania klinicznego i sylwetki pacjenta” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Braziewicz, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Odbywa się to z użyciem automatycznie dostosowanych parametrów akwizycji, z minimum wymaganej dawki promieniowania ze strony tomografu komputerowego. Algorytm po stronie PET ustala: szybkość przesuwu łóżka podczas płynnego skanowania różnych części ciała pacjenta, zastosowanie różnych matryc rekonstrukcyjnych, zastosowanie bramkowania oddechowego dla odpowiedniego obszaru klatki piersiowej i tułowia.

Według prof. Braziewicza bezzasadne są zatem obawy, że komputery zastąpią lekarzy. W przypadku diagnostyki obrazowej stają się one wręcz niezbędne. Powodem jest choćby lawinowy wzrost diagnostycznych badań obrazowych, w tym również z zakresu medycyny nuklearnej. Jedynie w latach 2000-2010 liczba badań tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego wzrosła dziesięciokrotnie. Z kolei w medycynie nuklearnej taki gwałtowny wzrost liczby badań SPECT i PET przypada na okres po 2010 r.

„W ślad za tym nie następuje niestety proporcjonalny wzrost liczby dostępnych lekarzy specjalistów, którzy mogliby je szybko i rzetelnie przeprowadzić. Brakuje także wyszkolonych techników, korzystających z zaawansowanych metod akwizycji z zastosowaniem narzędzi, jakie oferuje dany skaner. Efektem jest przeciążenie ilością pracy poszczególnych grup specjalistów i często coraz dłuższy czas oczekiwania na opisanie badań. Co istotne, presja obniża jakość pracy. Jak pokazują badania, jeśli skróci się o 50 proc. czas na interpretację badania radiologicznego, to stosunek błędów interpretacyjnych wzrośnie o niemal 17 proc.” – zaznacza prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja w coraz bardziej skomplikowanej i wymagającej diagnostyce obrazowej może zatem usprawnić i wspomóc pracę lekarza. „Wdrożenia algorytmów opartych na Artificial Intelligence (AI) przynoszą oszczędność czasu i szansę na pełną standaryzację procedur, ale także na uniknięcie błędów ludzkich i skuteczniejsze, spersonalizowane terapie dla pacjentów” – twierdzi specdjalista.

Obecnie medycy nuklearni rozwijają nowy trend teranostyki, który wydaje się być przyszłością personalizowanej medycyny poprzez ścisłe połączenie diagnostyki i terapii w celu dobrania do potrzeb konkretnego pacjenta celowanego leczenia. „W obszarze sztucznej inteligencji medycy nuklearni coraz częściej wspierają proces terapii, pomagając w ocenie trafności i zasadności zaleconego leczenia już w początkowej jego fazie. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście wykorzystywanie hybrydowych badań PET/CT na przykład w planowaniu radioterapii” – tłumaczy prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja określa proces, w którym maszyna, czyli komputer, uczy się i naśladuje funkcje poznawcze specyficzne dla człowieka, aby wykonywać zadania, jakie zwyczajowo wykonywane są przez ludzki umysł: rozpoznawanie obrazów, identyfikacja różnic czy stawianie logicznych wniosków i prognozowanie. W procesie deep learning komputer już nie organizuje danych i nie wykonuje wcześniej zdefiniowanych ciągów równań, ale zbiera podstawowe parametry dotyczące tych danych i jest tak zaprogramowany, że przygotowuje się do samodzielnego uczenia się przez rozpoznawanie wzorców przy użyciu wielu kolejnych warstw przetwarzania.

„Trzeba mieć zatem świadomość, że algorytmy AI będą tak dobre, jak dane, na których były trenowane. Wyzwaniem będzie zatem zgromadzenie odpowiednio opracowanych dużych zestawów danych oraz odpowiednio wydajnych centrów obliczeniowych” – uważa przedstawiciel Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Jego zdaniem szanse zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie to przede wszystkim digitalizacja wszystkich danych dotyczących konkretnego pacjenta, z uwzględnieniem takich aspektów, jak miejsce zamieszkania, historia chorób w rodzinie, dotychczasowe hospitalizacje, podejmowane wcześniej terapie lekowe i obecnie przyjmowane leki, styl życia, rodzaj wykonywanej pracy, kondycja psychofizyczna.

Ta ilość danych może być przetworzona przez wydajne komputery. Jeśli maszyny będą miały zaimplementowane algorytmy deep learning, jest szansa, że wesprą specjalistów w szybszej i trafniejszej diagnostyce oraz lepszej opiece farmakologicznej. Korzyści z wdrożeń sztucznej inteligencji może odnieść zatem cały system opieki zdrowotnej, w tym: świadczeniodawca, lekarz, ale przede wszystkim – sam pacjent” – uważa specjalista.

Podkreśla, że lekarze, którzy będą używać z dużą rozwagą i odpowiedzialnością systemów opartych na sztucznej inteligencji zastąpią tych, którzy ich nie będą używać. Tym bardziej, że w nowoczesnych rozwiązaniach nie mówimy już o wielkości danych generowanych przy badaniach i dalej poddawanych processingowi w gigabajtach, terabajtach czy nawet petabajtach. Bardzo szybko nadchodzi era exabajtów danych – dodaje prof. Janusz Braziewicz. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali została wyłączona

Prof. Kucharski: matematyka pokonuje ślepy los, algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera

Inteligentne algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera, a gracze coraz częściej pokonują kasyna i bukmacherów. Wszystko dzięki matematyce i komputerom – twierdzi prof. Adam Kucharski z Londynu. Prof. Kucharski jest…

Inteligentne algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera, a gracze coraz częściej pokonują kasyna i bukmacherów. Wszystko dzięki matematyce i komputerom – twierdzi prof. Adam Kucharski z Londynu.

Prof. Kucharski jest matematykiem, pracownikiem w London School of Hygiene and Tropical Medicine. Zajmuje się przewidywaniem tego, czego – jak się wydawało – nie można przewidzieć, na przykład przebieg pandemii groźnych chorób zakaźnych. Pisał o tym w książce „Prawa Pandemii”.

W najnowszej książce „Perfekcyjny zakład” pokazuje jak nauka, przede wszystkim matematyka, próbuje okiełznać ślepy los, czyli hazard i zakłady bukmacherskie. I robi to z coraz większym powodzeniem. Stąd podtytuł tego pasjonującego opracowania: „Jak matematyka i nauka pozbawiają hazard ślepego szczęścia”.

Hazardem zajmowali się nie tylko oszuści i spekulanci, również najwięksi uczeni. Oczywiście na swój sposób. Galileusz badał dlaczego niektóre kombinacje ścianek kostek zdarzają się częściej niż inne. Również Johannes Kepler poza ruchem planet pisał o grze w kości.

Zauważono, że gry losowe można analizować za pomocą liczb. I zaczęto tworzyć pierwsze zasady rachunku prawdopodobieństwa. Zajmowali się tym Blaise Pascal i Pierre Fermat. Ale główna w tym zasługa zdolnych hazardzistów, takich jak Gerolamo Cardano z czasów renesansu, który najpierw roztrwonił majątek, a potem zaczął się zastanawiać jak przechytrzyć los i się odegrać.

Do tego potrzebna jest wyższa matematyka i duże moce obliczeniowe, jakie dają najlepsze, niekoniecznie największe komputery. Bo nie warto polegać na prostych zasadach, takich jak obstawianie tylko przeciwko faworytom albo tzw. strategia martyngałowa.

W ruletce martyngał polega na obstawianiu wszystkiego co w czerni lub czerwieni, kolor nie ma znaczenia, trzeba jedynie podwajać stawkę po każdej przegranej. Gdy wreszcie trafi się wygrana, bo los musi się wreszcie odwrócić, wszystko odzyskamy, i to z nawiązką. Jest jeden kłopot: że obstawiający zdąży zbankrutować zanim trafi wielką wygraną. Chyba, że ochłonie i sięgnie po matematykę.

Grając w pokera można liczyć karty. Podobno w ten sposób niewielkie fortuny zbili niektórzy studenci kierunków ścisłych. „Ostatnimi czasy techniki te jednak zostały usunięte w cień przez bardziej złożone koncepcje. Od statystyków przewidujących wyniki sportowe po wynalazców inteligentnych algorytmów, które wygrywają z ludźmi w pokera, gracze znajdują nowe sposoby na wygrywanie z kasynami i bukmacherami” – pisze prof. Kucharski.

Te nowe metody to doping elektroniczny przydatny na przykład w szachach. Do gry w pokera w internecie potajemnie próbuje się wykorzystać boty, oprogramowania podszywające się pod gracza. Ale hazard odwdzięcza się też nauce. „Naukowcy – pisze prof. Kucharski – używają pokera by zbadać sztuczną inteligencję, tworząc komputery, które potrafią blefować, uczyć się i zaskakiwać tak samo jak ludzie”.

Algorytmy wykorzystuje się na giełdzie papierów wartościowych, pomagają firmom automatycznie zawierać zakłady i transakcje.

Niemal każdą grę można pokonać i każdego gracza – twierdzi prof. Kucharski. To kwestia środków, jakich użyjemy. Nie ślepego losu, lecz odpowiedniej liczby danych i umiejętnego ich przetworzenia. Coraz częściej lepsze są w tym komputery i algorytmy, ale za nimi i przed nimi zawsze jest człowiek. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

3 komentarze do Prof. Kucharski: matematyka pokonuje ślepy los, algorytmy wygrywają z ludźmi w pokera

Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą…

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą się w długą polimerową nić, ulegając szybkiej degradacji.

BCL6 to jedno z niezliczonych białek ludzkiego organizmu. Jest kluczowe w różnicowaniu komórek krwi i regulacji pracy wielu innych białek. Zbyt duża ilość BCL6 może spowodować rozpoczęcie procesu nowotworzenia i rozwój nowotworów układu limfatycznego, m.in. chłoniaków. Badania na modelach komórkowych i zwierzęcych chłoniaka pokazały, że inaktywacja właśnie tego białka prowadzi do zaniku choroby.

Przez wiele lat próbowano więc opracować lekarstwo, które obniżyłoby poziom „złego” BCL6, ale testowane związki nie były wystarczająco efektywne. „Problem polega na tym, że obecnie duża część leków nowotworowych, to tzw. inhibitory, które blokują konkretne funkcje białek. A niestety tylko część chorobotwórczych białek reaguje na ich działanie. BCL6 się do nich nie zalicza” – tłumaczy PAP Mikołaj Słabicki z Broad Institute of MIT and Harvard w Cambridge, Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie, USA i niemieckiego Centrum Badań nad Rakiem w Heidelbergu.

W laboratorium, w którym pracuje, poszukiwane są nowe metody pozwalające na unieszkodliwienie właśnie tych chorobotwórczych białek, których blokowanie klasycznymi inhibitorami jest nieefektywne lub wręcz niemożliwe. Takie leki już istnieją, działają np. na zasadzie „klejów molekularnych”, czyli degraderów łączących źle działające białko z innym białkiem (zwanym ligazą ubikwityny), które je unieszkodliwia. Do nich zalicza się np. Lenalidomid, stosowany m.in. w leczeniu szpiczaka mnogiego, jak również niedawno opisany związek CR8.

Trzy lata temu firma farmaceutyczna Boehringer Ingelheim szukając substancji, która zablokowałaby działanie białka BCL6, przeanalizowała prawie 2 miliony związków chemicznych znajdujących się w jej zasobach. Jednym ze zidentyfikowanych związków był niezwykle efektywny degrader białka BCL6. Ta niewielka molekuła inicjuje proces niszczenia BCL6, powodując specyficzną śmierć komórek nowotworowych. Nie był jednak znany dokładny mechanizm tego procesu, przez co trudno było taki związek udoskonalić do wykorzystania w potencjalnych terapiach.

Wyjaśnienia poszukali więc badacze pod kierownictwem prof. Benjamina Eberta i prof. Erica Fischera z Dana-Farber Cancer Institute. Zagadkowy dotąd mechanizm udało im się wyjaśnić, a jego opis opublikowało prestiżowe „Nature”. Głównymi autorami pracy są: Mikołaj Słabicki, Hojong Yoon, Jonas Koeppel.

Aby prześledzić co dzieje się z białkiem BCL6 po podaniu związku-degradera, naukowcy oznaczyli je białkiem fluorescencyjnym umożliwiającym jego obserwację w komórkach. Dzięki temu zauważyli, że degrader powoduje powstawanie agregatów (skupienia komórek) BLC6, które po kilkudziesięciu minutach znikają. „Podczas badania tychże agregatów okazało się, że białko BCL6 pod wpływem degradera ulega najpierw procesowi polimeryzacji, czyli jego kolejne molekuły sklejają się w długą, polimerową nić” – wyjaśnia Radosław Nowak, współautor badań z Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie. Badacze zidentyfikowali też ostatni element układanki: odkryli ligazę ubikwityny (o nazwie SIAH1), która efektywnie niszczy spolimeryzowane białko BCL6.

„Nigdy nie szukano lekarstw, które powodowałyby polimeryzację źle działających białek. Teraz już wiemy, że coś takiego jest możliwe – opisuje Słabicki. – Mamy nadzieję, że tę samą metodę można by wykorzystać do pozbycia się innych białek, których deregulacja może prowadzić do procesów nowotworzenia” – podkreśla.

Więcej można zobaczyć tutaj:

autorka: Ewelina Krajczyńska

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków została wyłączona

WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D…

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D zamiast standardowej skopii rentgenowskiej. Dzięki temu kobieta ciężarna nie była narażona na potencjalnie szkodliwe dla płodu promieniowanie, a precyzja zabiegu została zachowana – informuje uczelnia.

Specjaliści Katedry i Kliniki Kardiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zaimplantowali pacjentce w 18. tygodniu ciąży stymulator serca z zastosowaniem systemu elektroanatomicznego do nawigacji śródzabiegowej.

Zabieg przeprowadził zespół w składzie: prof. Marcin Grabowski, dr n. med. Piotr Lodziński, dr Jakub Kosma Rokicki, mgr Małgorzata Kotowicz, mgr Dorota Świątek, mgr Dorota Dużyńska i mgr Elżbieta Świętoń.

„W przypadku standardowej techniki zabiegowej operator do określenia położenia cewników i elektrod wewnątrznaczyniowych używa promieniowania rentgenowskiego. Z uwagi na to, że nasza pacjentka była w 18. tygodniu ciąży, a promieniowanie rentgenowskie może mieć potencjalnie szkodliwe działanie na rozwijający się płód, podjęliśmy decyzję o zastosowaniu innej metody – z wykorzystaniem systemu elektroanatomicznego. Dzięki niej możliwa była bezpieczna kontrola lokalizacji wprowadzanych do serca ciężarnej elementów układu stymulującego serce. Na zaplanowane postępowanie uzyskaliśmy zgodę Komisji Bioetycznej WUM” – wyjaśnia prof. Marcin Grabowski, kierownik Oddziału Elektrokardiologii WUM.

Jesienią 2020 r. 28-letnia pacjentka została przyjęta do ośrodka w 13. tygodniu ciąży z powodu nawracających omdleń o nieustalonej przyczynie. Wszczepiono jej wówczas podskórny rejestrator rytmu serca (ILR), umożliwiający ciągły zapis pracy serca oraz wykrycie arytmii nawet na przestrzeni kilku lat. Jak wyjaśniają kardiolodzy, zabieg ten nie wymaga zastosowania promieniowania rentgenowskiego.

Po zabiegu pacjentka była pod nadzorem zespołu Pracowni Kontroli i Telemonitoringu Urządzeń Wszczepialnych Serca. Zastosowano u niej telemonitoring zapewniający zdalną transmisję danych z wszczepionego urządzenia do szpitala. To właśnie wtedy lekarze śledząc zdalnie pracę serca pacjentki wykryli zaburzenie będące bezpośrednim zagrożeniem jej życia i płodu. Konieczne było pilne wszczepienie stymulatora serca.

Zabieg przeprowadzono w dwóch etapach. „W pierwszej fazie sporządziliśmy mapę dużych naczyń i serca w 3D z wykorzystaniem elektrod mapujących. Następnie na bazie uzyskanych trójwymiarowych obrazów elementy układu stymulującego zostały wprowadzone do docelowych jam serca. Ich bieżące położenie obserwowaliśmy na ekranie monitora. Podczas zabiegu wykorzystaliśmy system do elektronawigacji Ensite Precision, umożliwiający lokalizację elektrod z zastosowaniem pola elektromagnetycznego o niewielkim natężeniu. Dzięki temu procedura była bezpieczna dla matki i dziecka” – wyjaśnia dr n. med. Piotr Lodziński z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kardiolodzy twierdzą, że zabiegi w technice bez zastosowania promieniowania rentgenowskiego na całym świecie wykonywane są coraz częściej w wiodących ośrodkach elektrofizjologii serca. (PAP)

źródło:

Możliwość komentowania WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki została wyłączona

Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie –…

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie – podkreślił w rozmowie PAP dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformował 14 grudnia brytyjski minister zdrowia Matt Hancock. Przekazał, że odnotowano ponad 6 tys. zakażeń nową odmianą, głównie w południowej i południowo-wschodniej Anglii. Infekcje nowym wariantem koronawirusa potwierdzono także m.in. w Danii, we Włoszech, a pojedyncze przypadki również w Holandii i Australii.

W związku z potwierdzeniem nowego wariantu koronawirusa, część państw – w tym Polska – zawiesiły połączenia lotnicze z Wielką Brytanią. Jak tłumaczył PAP ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski, takie działanie „to rozwiązanie drastyczne, natomiast pozwoli na przeprowadzenie dogłębnych analiz i udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące m.in. wpływu tego wariantu na dynamikę pandemii”.

„To brutalny środek zapobiegawczy, ale jesteśmy na takim etapie walki z pandemią, że nikt nie chciałby popełnić błędu przeoczenia czegoś istotnego. Pod tym względem decyzja o charakterze +zamykamy i sprawdzamy+ jest bardzo dobra” – zaznaczył.

Ekspert podkreślił, że na tę chwilę nie może jednoznacznie stwierdzić, że nowy wariant koronawirusa, o nazwie B.1.1.7, jest bardziej zakaźny. Nic nie wskazuje również, by był odpowiedzialny za cięższy przebieg choroby.

Jak wskazał, „sam fakt, że obserwujemy wzrost liczby zakażeń w pewnym regionie świata, w tym przypadku w Wielkiej Brytanii, i jednocześnie obserwujemy większą częstotliwość występowania tego wariantu – to jest jedynie wykazanie korelacji. Ale nie każda korelacja ma przecież charakter przyczynowo-skutkowego. By w sposób bezpośredni dowiedzieć się czy B.1.1.7 jest bardziej zakaźny, trzeba przeprowadzić badania w modelach eksperymentalnych z udziałem linii komórkowych lub/i zwierząt”.

Ekspert podał przykład wariantu B.1.177 zaobserwowanego w Hiszpanii w okresie letnim, który także – jak wskazywano – rozprzestrzeniał się dość szybko po całej Europie.

„W tym przypadku okazało się, że rozprzestrzenianie się tego wariantu najprawdopodobniej nie było rezultatem większej zakaźności, ale po prostu wzmożonego ruchu turystycznego do i z Hiszpanii, a więc to nie mutacje w genomie wirusa zdecydowały o tym, że się on upowszechnił, ale przemieszczanie się ludzi” – mówił.

Dodał, że „na ten moment nie wiemy, czy za upowszechnianiem się brytyjskiego wariantu nie stoją inne czynniki niż kombinacja mutacji, które skumulował”.

„Odpowiedź na to pytanie zostanie oczywiście udzielona – ale do tego potrzebujemy trochę cierpliwości, czasu i przede wszystkim bezpośrednich badań. Do tego momentu należy się wstrzymać z definitywnymi stwierdzeniami co do natury zachowania się tego wariantu koronawirusa pod kątem dynamiki pandemii” – zaznaczył Rzymski. (PAP)

autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie została wyłączona

Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii…

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Specjalista, który jest kierownikiem Kliniki Ginekologii Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, przyznaje, że w przypadku raka szyjki macicy zgłaszalność na cytologię była zawsze bardzo niska i nie przekraczała 30 proc., i to w najlepszych latach. Jednak ostatni raport na ten temat – uwzględniający czas pandemii – wskazuje spadek zgłaszalności kobiet kwalifikujących się do takiego badania do aż 14 proc.

„Trzeba jednak brać pod uwagę, że ta statystyka nie jest pełna. W naszym raportowaniu uwzględnione są tylko te dane, które podaje Narodowy Fundusz Zdrowia. Natomiast wiadomo, że część badań, chociażby cytologicznych, wykonywanych jest w placówkach nieuspołecznionych, gabinetach prywatnych, które nie są uwzględniane w statystykach NFZ-owskich” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Mariusz Bidziński.

Badania przesiewowe (screeningowe) są jednymi z najważniejszych badań profilaktycznych i mają na celu zmniejszenie śmiertelności, w tym wypadku bardzo groźnej choroby, jaką jest rak szyjki macicy u kobiet. „Tu widzimy bardzo niewielkie obniżanie się wskaźników (śmiertelności – PAP). Dlatego wydaje się, że ten program badań profilaktycznych (…) nie przynosi zdecydowanego efektu w odniesieniu do nakładów” – uważa.

Specjalista przypomina, że w Skandynawii zgłaszalność na badania przesiewowe, zarówno cytologię jak i mammografię (pozwalającą wcześnie wykryć raka piersi), sięga 70-80 procent. „Dolny margines – dodaje – efektywnego programu badań profilaktycznych powinien wynosić nie mniej niż 65-70 proc. Wtedy program jest efektywny. Poniżej tych wartości, program nie przyniesie spodziewanych efektów”.

W Polsce rak szyjki macicy często wykrywany jest w późnym stadium, gdy skuteczne leczenie jest już znacznie utrudnione. Wskutek tego efekty leczenia są gorsze niż w krajach Europy Zachodniej.

„Rak szyjki macicy to jest nasza niesławna wizytówka. Mamy w tej chwili bardzo wysoką umieralność na tego raka, bo około 60 proc. pacjentek trafia do nas w bardzo zaawansowanych stadiach. Nie ma się co dziwić, że nasze wyniki leczenia są zdecydowanie gorsze niż na Zachodzie. Tam liczba zgonów, w porównaniu z Polską, jest niska. To pokazuje, jaki dystans nas dzieli” – stwierdza prof. Mariusz Bidziński.

Dodaje, że polska medycyna naprawcza jest na niezłym poziomie, ale profilaktyka – podkreśla – „kładzie nas na łopatki, zarówno w zakresie raków szyjki macicy, piersi czy jelita grubego”. „To jest problem, którego nie potrafimy na razie przełamać w naszym społeczeństwie” – dodaje.

Pandemia jeszcze bardziej pogorszyła sytuację w całej onkologii. „Pandemia powoduje, że wielu potencjalnych pacjentów nie zgłasza się z powodu lęku przed zakażeniami. Trudno jednoznacznie określić, jakie to są liczby, ale sądzę, że w granicach 30-35 proc. tych chorych w ogóle nie korzysta teraz z opieki medycznej. Jak wiadomo, placówki ochrony zdrowia mają pewien potencjał infekcyjny. Jeżeli chodzi o badania profilaktyczne to był czas, również w instytucie, w którym pracuję, że procedury były zawieszone z powodu innych priorytetów. Liczba badań wyraźnie spadła w każdym programie profilaktycznym” – przyznaje. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych została wyłączona

Domy na palach sprzed 4 tys. lat bada geoarcheolog z UŁ

Budowali domy na drewnianych palach usytuowane ponad poziomem jeziora i jedli gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach – życie neolitycznych mieszkańców palafitowej osady w dolinie rzeki Serteji w obwodzie smoleńskim…

Budowali domy na drewnianych palach usytuowane ponad poziomem jeziora i jedli gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach – życie neolitycznych mieszkańców palafitowej osady w dolinie rzeki Serteji w obwodzie smoleńskim bada międzynarodowy zespół z udziałem Polaków.

W pracach wykopaliskowych uczestniczy dr hab. Piotr Kittel z Wydziału Nauk Geograficznych Uniwersytetu Łódzkiego. Międzynarodowy zespół rekonstruuje szczegóły życia osady położonej nad dawnym jeziorem w dolinie Serteji. Łódzki geoarcheolog bada również wpływ zmian klimatycznych na funkcjonowanie dawnego osadnictwa. W związku z wahaniami klimatycznymi w trzecim tysiącleciu p.n.e. zmieniał się poziom wód jezior i przekształcał roślinność.

Jak wykazują badania neolitycznej osady, jej mieszkańcy potrafili dobrze wykorzystać znajdujący się nieopodal akwen. Jezioro zapewniało im pożywienie oraz surowce niezbędne do przetrwania. Domy budowali na drewnianych palach, w ten sposób sytuując je ponad poziomem wody, lub na brzegu płytkiego jeziora.

Naukowcy odkryli w osadzie kosze do przechowywania zapasów, fragmenty tkanin z łyka, pułapki i sieci na ryby oraz pozostałości bogato zdobinowej ceramiki. Ustalili, że ludność zamieszkująca wtedy te tereny, utrzymywała się z rybołówstwa, zaś z ryb przygotowywano gęsty wywar gotowany w glinianych garnkach, które odkryto podczas prac wykopaliskowych.

Jak wyjaśnia dr hab. Piotr Kittel, archeolodzy z Państwowego Muzeum Ermitaż w St. Petersburgu prowadzą badania w rejonie doliny rz. Sertejki od lat 70. XX w. Od kilkunastu lat kierownikiem badań jest dr Andrey Mazurkevich. Od 2013 r. biorą w nich udział ekspedycje z Polski. Polacy prowadzą badania studia z zakresu geologii, geomorfologii i paleogeografii obszaru.

„Bardzo ważnym elementem tych prac są analizy paleoekologiczne kolejnych rdzeni osadów biogenicznych. Zaangażowani są w nie specjaliści z Polski, Rosji, Niemiec, Francji, Finlandii, Wielkiej Brytanii. Obecnie nasze wysiłki skupione są na rekonstrukcji warunków środowiskowych funkcjonowania osad palafitowych z III tys. p.n.e. zamieszkiwanych przez grupy myśliwych-zbieraczy, którzy na szeroką skalę zajmowali się również rybołówstwem. Badania realizowane są w ramach grantu NCN” – mówi kierownik polskich ekspedycji, dr hab. Kittel.

Wśród najważniejszych dotychczasowych osiągnięć naukowiec wymienia badania paleogenetyczne szczątków kostnych dwóch młodych kobiet. Osadniczki zmarły w wieku ok. 14–16 i 18–20 lat. Radiowęglowo określono, że żyły około 2700–2500 lat p.n.e. Pierwsze rezultaty badań paleogenetycznych dowodzą, że obie kobiety były spokrewnione ze sobą, a jednocześnie zbliżone genetycznie do neolitycznych społeczności zamieszkujących obszary dzisiejsze Szwecji, Łotwy i Węgier.

Ponadto polscy badacze udokumentowali lokalizację badanych palafitów, czyli „domów na palach” na dnie zbiornika dawnego jeziora w okresie obniżenia poziomu wody zbiornika. Relikty osady przykryte zostały osadami jeziornymi w okresie ponownej transgresji, która miała miejsce około 4,2 tys. lat temu, w okresie globalnym wahań klimatycznych.

Prace nie potwierdziły, że na badanym obszarze III-II tys. p.n.e. powstała już gospodarka wytwórcza z rolnictwem. W dalszym ciągu dominowała wówczas gospodarka przyswajalna. Naukowcy opisali wpływ społeczności prowadzących ten rodzaj gospodarki na otaczające środowisko. Wyniki badań paleoekologicznych pozwolą szczegółowo zrekonstruować wahania poziomu wody w nieczynnym współcześnie zbiorniku jeziornym w okresie od około 9,5 do ok. 3,5 tys. lat temu.

PAP – Nauka w Polsce

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Domy na palach sprzed 4 tys. lat bada geoarcheolog z UŁ została wyłączona

Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz. Według…

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

Według Światowej Organizacji Zdrowia rocznie na świecie odnotowuje 40 mln przypadków krztuśca, z czego około 400 tys. osób umiera. W Polsce rocznie rejestruje się około 2 tys. zakażeń, ale podejrzewa się, że jest ich więcej, bo część nie jest zgłaszana. Wspólnym objawem tej choroby i COVID-19 jest kaszel.

„Kaszel w krztuścu może być bardzo silny, uciążliwy i utrzymywać się nawet przez co najmniej dwa tygodnie. Jeśli chodzi o wirusa SARS-CoV-2, kaszel również może być objawem zwiastunowym, może się utrzymywać i narastać, ale może także powodować duszności. I to powinien być sygnał ostrzegawczy, który należy skonsultować z lekarzem. Ponadto w przypadku zakażenia koronawirusem w większości przypadków występuje gorączka, której nie ma w przypadku krztuśca” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH w Warszawie.

Specjalistka ostrzega, że krztusiec to ostra choroba zakaźna układu oddechowego, nazywana też kokluszem, charakteryzująca się ciężkimi napadami kaszlu. I podobnie jak COVID-19 przenosi się drogą kropelkową.

„Patogen, który ją wywołuje (Bordetella pertussis) wytwarza toksyny, z których najsilniejsza jest tzw. toksyna krztuścowa. Powoduje ona martwicę nabłonka dróg oddechowych, a w konsekwencji wydzielanie i zaleganie gęstego śluzu, co jest przyczyną kaszlu i występowania trudności z oddychaniem z charakterystycznym ‚pianiem’. Nawracający, ostry i ciężki kaszel jest typowy dla dzieci, u dorosłych ma charakter przewlekły i męczący, istnieje więc większe ryzyko przeoczenia lub pomyłki w różnicowaniu jego przyczyn” – tłumaczy konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii.

Podstawą diagnostyki tej choroby jest wywiad lekarski dotyczący objawów choroby oraz to czy pacjent był szczepiony przeciw krztuścowi (jeśli był szczepiony, wskazuje to na inną infekcję). Zachorowania na krztusiec często występują w tzw. ogniskach zakażeń, np. w szkołach.

Specjalistka uważa, że wprawione ucho lekarza może rozpoznać krztusiec po typowym charakterze kaszlu u małych dzieci. U dorosłych może to być trudniejsze i wymaga dodatkowych badań, bo przyczyn przewlekłego kaszlu może być u nich wiele, np. palenie papierosów.

„W postawieniu ostatecznej diagnozy pomaga pozytywny wynik badania PCR, wykonany z wymazu pobranego od pacjenta przez nozdrza z tylnej ściany gardła, gdyż pałeczki krztuśca bytują pomiędzy jamą nosową a gardłem. Można również zastosować inne metody np. wyhodowanie pałeczek krztuśca na określonym podłożu, czy badanie poziomu przeciwciał we krwi” – zwraca uwagę.

W przypadku krztuśca grupami ryzyka są najmłodsze dzieci, które jeszcze nie otrzymały pierwszych dawek szczepionki przeciw krztuścowi, a także nastolatki, kobiety w ciąży oraz osoby dorosłe i starsze, czyli praktycznie wszyscy, bo ta choroba nie patrzy na wiek. Przebycie krztuśca pozostawia kilkuletnią odporność, niemniej zdarzają się powtórne zachorowania.

„Podobnie wygląda sytuacja po szczepieniach – podanie pełnego cyklu, łącznie z dawkami przypominającymi powoduje, że odporność utrzymuje się przez 5–7 lat, a według niektórych doniesień naukowych – do 10 lat. Z tego powodu po 10 latach zalecane jest dla wszystkich szczepienie przypominające” – podkreśla prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

W Polsce według Programu Szczepień Ochronnych obowiązuje podanie pełnokomórkowej szczepionki przeciw krztuścowi DTPw w: 2, 3-4, 5-6 miesiącu życia oraz dawki uzupełniającej w 2 roku życia, zazwyczaj w 16-18 miesiącu życia (cykl podstawowy). Dzieciom po ukończeniu 5. roku życia (w wieku 6 lat) podaje się dawkę przypominającą szczepionką acelularną (DTPa). Szczepionkę o obniżonej zawartości antygenów błonicy i krztuśca (dTap) otrzymuje w ramach szczepień obowiązkowych młodzież w 14 roku życia (kolejna dawka przypominająca). Od 2017 r. dodano zalecenie szczepienia przeciw krztuścowi (dTap) osób w 19. roku życia, w miejsce obowiązkowego szczepienia przeciw błonicy i tężcowi.

Kto jeszcze powinien się szczepić? Zdaniem konsultant krajowej w dziedzinie epidemiologii osoby starsze, żeby chronić przed infekcją najmłodsze dzieci, z którymi mają kontakt, a które nie zostały jeszcze zaszczepione. A ponadto kobiety w ciąży, bo nowonarodzone dziecko zyskuje odporność dzięki przeciwciałom wytworzonym w organizmie matki. W celu ustalenia optymalnego terminu takiego szczepienia należy skonsultować się z lekarzem. W przypadku dorosłych są to szczepienia zalecane, a więc odpłatne.

Chorobę tę można leczyć antybiotykami (głównie makrolidami), bo jest to infekcja bakteryjna. „Mimo wyzdrowienia zanikający kaszel może się utrzymywać przez kilka tygodni, a w skrajnych przypadkach nawet przez kilka miesięcy. Osoba przyjmująca antybiotyk makrolidowy po pięciu dniach już nie zakaża innych” – zapewnia specjalistka.

Powikłania krztuśca mogą występować u 6 na 100 chorych i najczęściej dotyczą dzieci, które nie ukończyły 6. miesiąca życia. Najczęstsze powikłania to: zapalenia płuc (najczęstsza przyczyna zgonu u dzieci), a ponadto odma płuca, zapalenie ucha środkowego, głuchota, złamanie żeber, pęknięcie wrodzonego tętniaka, przepuklina, nietrzymanie moczu oraz powikłania neurologiczne – drgawki, obrzęk mózgu, krwawienie wewnątrzczaszkowe itd. „Najlepszą metodą uniknięcia tych ciężkich powikłań jest szczepienie, ponieważ daje odporność indywidualną i populacyjną” – przekonuje prof. Paradowska-Stankiewicz.

Dodaje, że w przypadku koronawirusa SARS-CoV-2 mamy dwa rodzaje profilaktyki – tzw. swoistą i nieswoistą. Na tę pierwszą, najbardziej skuteczną jak szczepienia – musimy jeszcze poczekać, pierwsze mogą się pojawić w I kwartale przyszłego roku. Pozostaje nam więc nieswoista profilaktyka, której podstawą jest zdrowy styl życia, maseczki, dezynfekcja i dystans społeczny.

„Nikt z nas nie miał odporności na koronawirusa, natomiast dzięki szczepieniom prowadzonym od wielu już lat możemy i powinniśmy się szczepić przeciw krztuścowi” – podkreśla konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności została wyłączona

Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra…

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra dr Tomasz Szafrański.

W czasie pandemii często wymagana jest praca zdalna, jeśli jest oczywiście możliwa; musimy też ograniczać kontakty bezpośrednie z innymi osobami, zarówno znajomymi, jak i najbliższymi krewnymi. Negatywnie wpływa to na nasze samopoczucie i pogarsza zdrowie psychiczne.

Dr Tomasz Szafrański z Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie oraz Kliniki Psychiatrii Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego w Warszawie podczas webinarium dla dziennikarzy doradzał, jak sobie radzić w tak trudnej sytuacji.

„Na odczuwanie lęku bardziej narażone są dzieci i osoby starsze, ludzie z chorobami somatycznymi i zaburzeniami psychicznymi, jak również osoby uzależnione od używek, np. od alkoholu. Dotyczy to również osób, które z powodu wykonywanej pracy częściej mają kontakt z ludźmi zakażonymi i chorymi, przede wszystkim pracownicy służby zdrowia, policji i innych służb społecznych” – zwraca uwagę specjalista. Jego zdaniem aż połowa z tych osób doświadcza lęku, depresji i zaburzeń snu.

Jak sobie radzić? Według specjalisty, trzeba postarać się o to, by wzmocnić naszą odporności na nadmierny stres. Picie alkoholu nie jest korzystne, choć jego spożycie się zwiększyło. Lepiej zadbać o stały rytm dobowy, regularne pory kładzenia się spać i wstawania. Poza alkoholem należy unikanie zbyt częstego spożycia kofeiny i innych stymulantów. Należy też ograniczyć narażenie na niebieski światła ekranów w drugiej połowie dnia, choć jest to trudne do spełnienia.

Bardzo ważna jest aktywność fizyczna we wszelkiej postaci. W domu warto się gimnastykować, na przykład codziennie rano przed rozpoczęciem pracy. Do pracy zdalnej trzeba się przygotować, czyli odpowiednio ubrać, nie wolno siedzieć cały dzień w piżamie albo pracować w łóżku. Musi to być inne miejsce, jeśli to możliwe najlepiej w innym pomieszczeniu.

Warto też ćwiczyć na zewnątrz, oczywiście przy zachowaniu dystansu. Trzeba również dbać o dietę, o zbilansowane odżywiania się. Pomocne są techniki relaksacyjne, pomaga na przykład głębokie oddychanie i kontynuowanie tych aktywności, które zawsze lubiliśmy.

„Nie wolno poddawać się negatywnym myślom, szczególnie takim, że czeka nas katastrofa. Należy też stronić od myślenia o tym, co będzie, lepiej się skupić na wykonywanej czynności. Każdego dnia warto poszukiwać jakiegoś nowego pomysłu i zastanawiać się, jak go wykorzystać. Najlepiej wyznaczać sobie małe cele do osiągnięcia. A także ćwiczyć pozytywne myślenia, że uda się nam przez to wszystko przejść. Pomocne jest zapisywanie pozytywnych wydarzeń w minionym tygodniu lub takich, za które możemy być wdzięczni” – sugeruje dr Tomasz Szafrański.

Uważa, że dobrze jest ograniczyć dopływ informacji na temat pandemii. To pomaga – przekonuje. I apeluje, by nie zaglądać ciągle do internetu i telewizji – lepiej jest robić to tylko raz dziennie. Im więcej informacji o tym ilu jest chorych i zgonów oraz ile pozostało jeszcze wolnych respiratorów, tym bardziej narażamy się na przeżywanie lęku – wskazuje.

Mimo oddalenia bardzo ważne jest wirtualne bycie razem. Na odległość można razem wykonywać wiele czynności. Przed ekranem komputera można na przykład razem ćwiczyć, rozmawiać, odbywać praktyki religijne i utrzymywać kontakt z osobami bliskimi.

„Trzeba przede wszystkim rozmawiać o tym, co się dzieje, jak się czujemy, bo nie należy wstydzić się mówić o tym, co przeżywam, nawet z przełożonymi. Z dziećmi należy rozmawiać o tym, czy coś je niepokoi. Jeśli tak, to należy je uspokoić, że przeżywanie lęku jest czymś naturalnym. Pamiętajmy, rozmowa jest uzdrawiająca” – przekonuje dr Tomasz Szafrański.

Niepokojące jest nadmierne zamartwianie się, ciągłe czuwanie oraz takie objawy somatyczne jak kołatanie serca i drżenie rąk. Sygnałem wypalenia psychicznego jest nadmierny smutek, przygnębienie i zobojętnieniu, apatia, łatwe irytowanie się, wpadanie we frustracje oraz obwinianie innych osób, a także zaniedbywanie higieny i wyglądu.

Kiedy warto zwrócić się po pomoc do psychiatry? Głównie wtedy, gdy wszystkim te objawy się nasilą i upośledzają nasze codzienne funkcjonowanie. Niepokojące są wszelkie myśli rezygnacyjne, szczególnie takie, że nie warto żyć. Wtedy trzeba skonsultować z lekarzem.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

 

Możliwość komentowania Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko została wyłączona

Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie. W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej…

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie.

W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej śmiertelności oraz stanowią pierwszą przyczynę trwałej niepełnosprawności wśród osób po 40. roku życia. Coraz częściej występują jednak również u osób młodych, u trzydziesto-, a nawet dwudziestolatków.

Eksperci w ramach kampanii edukacyjnej #MłodziPoUdarze realizowanej przez Stowarzyszenie Udarowcy – Liczy się Wsparcie zwracają uwagę, że nigdy nie należy bagatelizować objawów udaru mózgu, nawet u osób młodych. Szybkie rozpoznanie udaru i wezwanie pomocy decyduje o powodzeniu leczenia, co ma szczególne znacznie u ludzi młodych.

Z danych przedstawionych w ramach kampanii wynika, że błyskawiczna pomoc i leczenie w specjalistycznej placówce aż czterokrotnie zwiększa szanse pacjenta na przeżycie udaru mózgu i późniejsze normalne funkcjonowanie. W takich placówkach chory powinien mieć zapewnioną kompleksową opiekę medyczną realizowaną przez zespół neurologów, fizjoterapeutów, pielęgniarki oraz logopedów.

„Każdy z nas powinien umieć rozpoznać podstawowe objawy udaru, a także wiedzieć, jak zareagować, jeśli zaobserwujemy takie objawy u siebie lub u swoich bliskich” – przekonuje w informacji przesłanej PAP prof. Mariusz Baumgart z Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy.

Objawy udaru można zapamiętać wykorzystując chociażby akronim słowa UDAR: U – utrudniona mowa, D – dłoń/ręka opadająca, A – asymetria ust, R – reaguj natychmiast! Dzwoń pod 999 lub 112.

Prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Neurologicznego prof. Konrad Rejdaka wyjaśniał podczas webinarium dla dziennikarzy, że udar mózgu to ogniskowe uszkodzenie mózgu, wywołane zatkaniem światła naczyń lub ich pęknięciem, którego skutkiem jest nagły deficyt neurologiczny. Skutkiem tego mogą być niedowłady prawej lub lewej strony ciała, a nawet porażenie, jak również zaburzenie mowy, utrata zdolności wypowiadania sensownych treści, jak też ich rozumienia. Zdarzają się zaburzenia przytomności, gdy dojdzie np. do uszkodzenia pnia mózgu, albo naprzemienne niedowłady prawej i lewej strony ciała.

Według organizatorów kampanii #MłodziPoUdarze szybkość rozpoznania pierwszych objawów i natychmiastowe udzielenie pomocy medycznej, może znacząco ograniczyć uszkodzenia układu nerwowego i zakres niepełnosprawności dotkniętych udarem mózgu osób.

Ważne jest też wczesne wdrożenie fizjoterapii po udarze, jeszcze w szpitalu, kiedy tylko jest to już możliwe. Rehabilitacja zwiększa szanse odzyskania sprawności i powrotu do aktywnego życia zawodowego i społecznego.

Udarom mózgu można też zapobiegać. Trzeba przede wszystkim leczyć nadciśnienie tętnicze krwi, zaburzenia rytmu serca, zmniejszyć spożycie alkoholu i pozbyć się nałogu palenia tytoniu. Są to najczęściej występujące czynniki ryzyka udaru, ale też innych chorób sercowo-naczyniowych, zwiększających ryzyko zachorowania na udar mózgu, takich jak zawały serca.

„Wiele zależy od nas samych. Prawie 90 proc. wszystkich czynników ryzyka jest modyfikowalnych, czyli takich, na którą mamy realny wpływ. Właściwy styl życia, który niweluje ryzyko udaru mózgu w dużej mierze bazuje na prawidłowej diecie, aktywności fizycznej, zaniechaniu używek, a także regularnym wysypianiu się” – przekonuje Prezes Stowarzyszenia Udarowcy – Liczy się Wsparcie dr Sebastian Szyper.

Specjalista podkreśla, że wzrost liczby udarów mózgu wśród ludzi młodych jest szczególnie niepokojący. „W dobie pandemii niezwykle ważne jest, aby szukać zarówno szybkiej pomocy lekarskiej jak i dostępu do wczesnej rehabilitacji po udarze mózgu” – dodaje dr Sebastian Szyper.

Do udaru mózgu co roku dochodzi u prawie 90 tys. Polaków, spośród których 30 tys. umiera w ciągu pierwszego miesiąca od zachorowania, z kolei pacjenci, którzy przeżyli są często niepełnosprawni. 85 proc. wszystkich udarów mózgu stanowią udary niedokrwienne, spowodowane ostrym zamknięciem lub krytycznym zwężeniem tętnicy wewnątrzczaszkowej lub domózgowej.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

2 komentarze do Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Grupa naukowców postuluje dobrowolność szczepień przeciwko koronawirusowi

Dziesięciu profesorów tytularnych, z czego pięciu profesorów nauk medycznych, podpisało się pod listem otwartym do prezydenta i rządu apelując, by szczepienia przeciwko koronawirusowi miały charakter dobrowolny.  Członkowie rządu, m.in. premier…

Dziesięciu profesorów tytularnych, z czego pięciu profesorów nauk medycznych, podpisało się pod listem otwartym do prezydenta i rządu apelując, by szczepienia przeciwko koronawirusowi miały charakter dobrowolny.

 Członkowie rządu, m.in. premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski akcentują od dawna, że szczepienia nie będą obowiązkowe; zapowiadają kampanie informacyjne zachęcające do skorzystania ze szczepień.

W udostępnionym PAP w środę liście, grupa osób podpisana pod nim wyraziła „zaniepokojenie perspektywą masowych szczepień na koronawirusa SARS-CoV-2 szczepionkami, które nie zostały właściwie zbadane i których zastosowanie może doprowadzić do nieoczekiwanych zmian zarówno na poziomie komórkowym, w tym zmian szlaków sygnałowych i zmiany ekspresji genów”.

„Apelujemy do prezydenta i rządu RP, aby szczepienia planowane w Polsce miały wyłącznie charakter dobrowolny, z wykluczeniem jakichkolwiek form przymusu. Apelujemy ponadto o ochronę podstawowych zasad demokracji i o poszanowanie wolności wynikających z Konstytucji RP oraz z umów międzynarodowych podpisanych przez Polskę” – głosi list.

Oceniono w nim, że „wprowadzane obecnie pośpiesznie szczepionki mają charakter eksperymentu na wielką skalę”.

„Ponieważ mogą obniżyć naszą odporność na inne choroby, na skutek masowych szczepień może więc umrzeć więcej ludzi niż obecnie na COVID-19. Ponadto zmiany genetyczne wywołane przez szczepionki mogą wpłynąć na przyszłe pokolenia” – twierdzą sygnatariusze listu.

„Długofalowych skutków szczepień nie jesteśmy dzisiaj w stanie przewidzieć. O tych zagrożeniach społeczeństwo polskie powinno być właściwie poinformowane i powinna się na ten temat odbyć otwarta debata publiczna. Na bazie rzetelnej informacji każdy polski obywatel powinien mieć prawo do decyzji, czy przyjąć szczepionkę i nie powinien być do tego zmuszany” – wskazano w liście.

„W przypadku dobrowolnych szczepień powinny być przewidziane gwarantowane przez rząd RP rekompensaty dla osób, które na skutek szczepień poniosą utratę na zdrowiu” – uważają osoby, które podpisały się pod listem.

Są to m.in. filozof i politolog prof. Uniwersytetu Opolskiego dr hab. W. Julian Korab-Karpowicz; specjalista chorób wewnętrznych, alergolog z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku prof. dr hab. n. med. Ryszard Rutkowski i fizyk prof. dr hab. dr h.c. Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz z Uniwersytetu im Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Pod listem podpisali się również m.in. prof. dr hab. n. med. Stanisław Sulkowski z Zakładu Patomorfologii Ogólnej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, patomorfolog z tej samej uczelni prof. dr hab. n. med. Maria Sobaniec-Łotowska oraz kierownik Zakładu Histologii i Cytofizjologii w białostockim UM prof. dr hab. n. med. Irena Kasacka.

Jako sygnatariusze listu widnieją także m.in. prof. dr hab. Jacek Bartyzel z Wydziału Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz historyk literatury i kultury prof. dr hab. Jakub Z. Lichański z Uniwersytetu Warszawskiego w Warszawie.

Pod listem widnieją także podpisy m.in. genetyków i biologów prof. dr hab. Romana Zielińskiego i prof. dr Kornelii Polok z Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution.

Pod listem podpisali się także prof. KUL z Wydziału Historii Filozofii w Polsce dr hab. Ryszard Zajączkowski, okulistka dr hab. n. med. Lidia Puchalska-Niedbał, z PUM oraz kierownik Zakładu Propedeutyki, Fizykodiagnostyki i Fizjoterapii Stomatologicznej PUM dr hab. n. med. Danuta Lietz-Kijak.

W środę Wielka Brytania jako pierwszy kraj na świecie dopuściła do użycia szczepionkę przeciwko Covid-19 opracowaną przez Pfizera i BioNTech. W ostatniej fazie przygotowań są także szczepionki Moderny, AstraZeneca, Sputnik V oraz kilka projektów chińskich.

Minister zdrowia Adam Niedzielski powiedział w środę w TOK FM, że pierwsze dostawy szczepionek do Polski będą na przełomie stycznia i lutego. SZeF MZ od długiego czasu informuje, że szczepienia nie będą obowiązkowe, a w pierwszej kolejności będą mogli skorzystać z nich m.in. pracownicy medyczni i seniorzy. (PAP)

Auotr: Katarzyna Lechowicz-Dyl

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

4 komentarze do Grupa naukowców postuluje dobrowolność szczepień przeciwko koronawirusowi

Ekspert: co piąty Polak ma problemy z tarczycą, częściej chorują kobiety

Choroby tarczycy są jednymi z najczęstszych schorzeń, aż co piąty Polak ma jakieś problemy z tym narządem. Najczęściej chorują kobiety, u których dolegliwości związane z tarczycą występują dziewięć razy częściej…

Choroby tarczycy są jednymi z najczęstszych schorzeń, aż co piąty Polak ma jakieś problemy z tym narządem. Najczęściej chorują kobiety, u których dolegliwości związane z tarczycą występują dziewięć razy częściej niż u mężczyzn – ostrzega prof. Marcin Barczyński z Collegium Medicum UJ.

Możliwość komentowania Ekspert: co piąty Polak ma problemy z tarczycą, częściej chorują kobiety została wyłączona

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content