Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Kategoria: zdrowie

Dlaczego wierzymy w bzdury?

W czasach, w których dostęp do informacji jest tak prosty, jak mrugnięcie okiem, coraz więcej osób wierzy w płaską Ziemię, szkodliwość DNA, samoloty rozpylające chemikalia, czy to, że nigdy nie…

W czasach, w których dostęp do informacji jest tak prosty, jak mrugnięcie okiem, coraz więcej osób wierzy w płaską Ziemię, szkodliwość DNA, samoloty rozpylające chemikalia, czy to, że nigdy nie wylądowaliśmy na Księżycu. W tym materiale staram się wytłumaczyć mechanizmy, które sprawiają, że czasem prościej jest uwierzyć w pseudonaukowe teorie, niż poparte wiedzą i badaniami twierdzenia naukowców.

Wiara w pseudonaukę

W komentarzach pod moimi filmami nie brakuje komentarzy, w których wiele osób wątpi, że człowiek postawił stopę na Księżycu. To zadziwiające, że osoby na kanale naukowym nie wierzą w to udowodnione i wielokrotnie powtórzone osiągnięcie ludzkości. Taka postawa to element szerszego zjawiska, które nazywam wiarą w pseudonaukę.

Jakiś czas temu zapytano Amerykanów w sondzie ulicznej, czy nie uważają, że żywność zawierająca DNA powinna być oznaczona? Większość odpowiadała, że oczywiście tak, bo DNA przecież jest groźne! (Chyba DNA pomyliło im się z GMO, choć i w tym przypadku nie ma żadnych dowodów na to, by GMO było dla nas groźne). Tylko jakie znaczenie ma opinia setek naukowców, jeśli w sieci pojawia się materiał, z którego wynika, że pewna rasa szczurów po podaniu żywności GMO gromadnie zachorowała na raka?

Jeszcze gorzej sprawa ma się ze szczepionkami. Tutaj emocje sięgają zenitu, a tam, gdzie emocje, tam nie ma miejsca na rzeczową dyskusję. Niestety kilka kłamliwych komentarzy środowisk antyszczepionkowców ma większe zasięgi niż dane, wykresy, mapy i można setki razy tłumaczyć, że szczepionki nie mają nic wspólnego z autyzmem i ich celem nie jest zniewolenie całych społeczeństw. Niestety ludzi negujących skuteczność szczepionek czy antybiotyków jest coraz więcej.

To, że jest sporo oszustów, którzy zarabiają na ludzkiej naiwności jest oczywiste. Zawsze tak było i będzie. To, że są tacy, którzy dzielą się alternatywnym opisem rzeczywistości to też żadna nowość. Pytanie brzmi, dlaczego coraz większa liczba osób daje się nabrać na te oszustwa?

Czy wszystkiemu winny jest nasz mózg?

Częściowo to wina naszego mózgu i mechanizmów fizjologicznych. Za prawdziwe wyrażenia uważamy te, które najbardziej rozumiemy. Mając więc dwa opisy rzeczywistości, większość z nas intuicyjnie wybierze ten łatwiejszy do zrozumienia. To właśnie dlatego argumenty pseudonaukowców opierają się na bardzo prostych analogiach i używają prostych wytłumaczeń do wyjaśnienia tego, co widzimy.

Dysonans poznawczy

Inny powód, dla którego ludzie wierzą w pseudonaukę to dysonans poznawczy. Wytłumaczę go na przykładzie. Wyobraźmy sobie, że mamy dom. Fundament jest jego podstawą i na nim budujemy resztę. Jeżeli ona nie pasuje do fundamentu, to ją odrzucamy. To zrozumiałe, bo przecież fundamentów się nie rusza, za to przebudować, rozebrać można ściany.

Plemienność

Jest jeszcze jeden mechanizm, który sprawia, że ludzie wierzą w alternatywną rzeczywistość. Chęć przynależności do jakiejś grupy – czyli plemienność. To jest uwarunkowane genetycznie i nie jest to zaskakujące. Chcemy należeć do jakiejś społeczności, mieć poczucie przynależności, identyfikacji z pewną grupą. Kiedyś ten mechanizm pozwalał przetrwać, ale dziś, gdy nie mamy świadomości ich istnienia, stajemy się wobec nich bezbronni.

Pseudonaukowcy tłumaczą świat prosto, a rzeczywistość nie zawsze taka jest. Poza tym bazują na emocjach, a te raczej przeszkadzają nam w zrozumieniu zjawisk niż pomagają. Gdy naukowiec mówi, że szczepienia są bezpieczne i pomagają, choć nie może wykluczyć komplikacji poszczepiennych u bardzo niewielkiej grupy dzieci, a antyszczepionkowiec pokaże zdjęcie sparaliżowanego dziecka twierdząc, że przyczyną jest szczepionka, komu damy wiarę?

Pseudonauki dają pocieszenie i fałszywe poczucie zrozumienia rzeczywistości. Nauka oparta na pomiarze i doświadczeniu bywa bezwzględna, bezduszna i skomplikowana. Która zatem – nauka czy pseudonauka może być źródłem frustracji, a czasami rozpaczy?

Zapraszam do obejrzenia filmu, w którym szerzej poruszam ten temat.

Możliwość komentowania Dlaczego wierzymy w bzdury? została wyłączona

Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty…

Szczepionki na koronawirusa to temat, który budzi skrajne emocje. W dzisiejszej rozmowie z moim gościem porozmawiamy o tym, jakie są rodzaje szczepionek, czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna oraz czy incydenty związane z jej podaniem to powód do strachu?

Gdy umawiałem się z moim gościem na rozmowę myślałem, że jej tematem będzie skuteczność szczepień w takich krajach, jak Izrael czy Wielka Brytania. Jednak w ciągu kilku ostatnich dni bardzo dużo się wydarzyło i nie mogę nie poświęcić dużej części naszej rozmowy brytyjskiej/oksfordzkiej szczepionce AstraZeneca. Kolejne kraje zawiesiły program jej wykorzystywania. Powstaje pytanie, czy ona jest niebezpieczna i jest się czego obawiać? Zapraszam do przeczytania materiału, który powstał w ramach opracowania rozmowy z doktorem Pawłem Grzesiowskim – pediatrą, nauczycielem akademickim i ekspertem Naczelnej Rady Lekarskiej. Rozmowę przeprowadziłem na antenie Radia 357.

Nasze podejście do epidemii: 2020 vs 2021 rok

Tomasz Rożek: Panie doktorze dokładnie rok temu w trochę innej rzeczywistości radiowej rozmawialiśmy właśnie na temat epidemii. Ona się wtedy zaczynała, jeszcze specjalnie się do niej nie przywiązywaliśmy. Być może niektórzy słyszeli napływające zewsząd informacje, ale wielu jeszcze nie bardzo wierzyło, że w XXI wieku, w środku Europy, możliwa jest epidemia, która spowoduje taki bałagan, z jakim właśnie mamy do czynienia. Co dzisiaj wiemy, czego wtedy nie wiedzieliśmy? Albo jakie rok temu mogliśmy podjąć decyzje, żeby dzisiaj było lepiej?

dr Paweł Grzesiowski: To trudne pytanie, bo dzisiaj mamy doświadczenia z ostatniego roku. Rok temu nie mając doświadczeń nie mogliśmy przewidzieć takich komplikacji, z jakimi mamy do czynienia teraz. Niestety mimo dużych doświadczeń naukowych i medycznych, przewidzenie rozwoju pandemii nowego wirusa – podkreślam to z pełną świadomością – nowego wirusa w rozumieniu układu odporności człowieka, jest moim zdaniem niemożliwe. Moglibyśmy tylko odwoływać się do przeszłości, do innych pandemii, a pamiętajmy, że te poprzednie pandemie jednak dotyczyły wirusów już chociaż trochę znanych w naszemu układowi odporności. Np. grypa, odra, ospa prawdziwa, ebola czy HIV, który pojawił się w okolicach lat ’80.

Tomasz Rożek: Czy rok temu myślał Pan, że ten wirus będzie groźniejszy niż jest w rzeczywistości, czy przeciwnie, myślał Pan, że wszystko pójdzie łatwiej, a jak widać nie idzie łatwo.

dr Paweł Grzesiowski: Takie wątpliwości miałem w połowie stycznia, kiedy dostaliśmy pierwsze raporty z Chin, takie konkretne, bo przecież wiemy że Chiny dopiero  31 grudnia zgłosiły oficjalnie do WHO kilkanaście przypadków niewyjaśnionych zgonów z powodu jakiegoś ciężkiego zapalenia płuc, które nie było grypą. W połowie stycznia jeszcze mieliśmy wątpliwości, zastanawialiśmy się, czy nie jest to być może kolejna lokalna odmiana SARS lub może MERS. Na pewno jednak nie sądziliśmy, że to są wirusy o znaczeniu globalnym. Natomiast już w marcu, kiedy odnotowaliśmy przypadki poza Azją i epidemia rozpoczęła się w Europie – we Włoszech,  w Stanach Zjednoczonych (i były to ciężkie przypadki), to miałem przekonanie, że czeka nas bardzo poważny problem. Powiem szczerze, że wtedy bałem się bardziej niż teraz, bo wtedy raporty były znacznie bardziej dramatyczne, mimo że wykrywaliśmy mniej przypadków i współczynnik śmiertelności był szacowany na 10 proc. Gdybyśmy dzisiaj wyobrazili sobie, że zmarło nie 2,6 miliona, lecz 26 milionów ludzi, to bylibyśmy w zupełnie innym miejscu historycznie.

Strategiczny zwrot akcji – szczepionki!

Tomasz Rożek: W międzyczasie bardzo wiele się wydarzyło. Tak zwana pierwsza fala w Polsce w ogóle się nie zadziała (latami będziemy jeszcze analizować te liczby). Druga fala uderzyła w nas mocno, ale po niej pojawiły się szczepionki i wielu z nas kamień spadł z serca. Można byłoby powiedzieć, że wygraliśmy, ale mamy teraz do czynienia z trzecią falą. Mamy szczepionki, ale nagle się okazało, że wzbudzają one wiele emocji, także negatywnych. Rozumiem, że pan jako lekarz jak słyszy o tym, że szczepionki tylko szkodzą, to podnosi się panu ciśnienie. Nie wiadomo, jak to interpretować, ale pojawia się sporo kontrowersji wokół brytyjskiej, oksfordzkiej szczepionki AstraZeneca. Jak pan na to patrzy?

dr Paweł Grzesiowski: Nastawienie do szczepień zmieniło się radykalnie. Pamiętacie państwo pewnie te wyniki wstępnych szacunków z okolic października, listopada ubiegłego roku, które porównywały nastawienie do szczepień z okresu jeszcze przed wakacjami. Z 40 proc. zaufania do szczepień notowania wzrosły do pięćdziesięciu kilku proc., natomiast te same badania powtórzone dwa miesiące później pokazały, że już zaufanie do szczepień w momencie kiedy one weszły na rynek skoczyło do ponad 60 proc.

To pokazuje, że my, jako ludzkość, jednak dajemy wiarę i ufamy tej gałęzi przemysłu i nauki. I te procenty zaufania jeszcze bardziej wzrosły biorąc pod uwagę liczbę zgłaszających się na szczepienia. Ale tak jest z każdym dobrem. Jeżeli ono da się oswoić i jeśli minie moment, gdy wszyscy czegoś bardzo chcemy, to zaczynamy zyskiwać pewien dystans.

Myślę, że jesteśmy w tej chwili w momencie takiego dystansu, kiedy dotarła do nas informacja, że po jednej ze szczepionek coś się wydarzyło w jednym kraju, potem w następnym. W różnych środowiskach zawieszono szczepienia, ktoś zrobił to samo i w tej chwili obserwujemy dokładnie odwrotny efekt domina. Zauważmy, że o ile początkowo kolejny kraj po kraju, czy każda kolejna osoba po osobie nabierała zaufania do szczepień, tak w tej chwili widzimy, że zaufanie do szczepionek (bo to nie jest tylko problem szczepionki AstraZeneca) maleje i zauważamy, że kolejne kraje, mimo że nie dochodzi do kolejnych incydentów związanych, zawieszają stosowanie tej szczepionki. Czyli można powiedzieć, że jest to ewidentnie działanie bardziej emocjonalne i podyktowane niepokojem obywateli, niż faktami naukowymi, medycznymi.

Szczepionki na koronawirusa – czym się różnią?

Tomasz Rożek: Zanim przejdziemy do tych niepewnych albo pewnych faktów, chciałbym jeszcze Pana zapytać o to, czym różnią się szczepionki na koronawirusa? Mamy dzisiaj na rynku cztery firmy: Pfizer, Moderna, AstraZeneca i Johnson&Johnson. Czy różni je tylko i wyłącznie nazwa? Czy one się różnią jakoś zasadniczo od siebie?

dr Paweł Grzesiowski: Zdecydowanie różnią się bardzo mocno technologicznie. Natomiast z punktu widzenia działania na układ odpornościowy byłoby pewnym problemem, żeby rozróżnić efekty. Zarówno po szczepionkach mRNA, jak i wektorowych DNA powstają przeciwciała przeciwko białku S. Różnica polega na tym, że w różny sposób jest podawana informacja. Szczepionki mRNA, czyli szczepionki firmy Pfizer, Moderna, są szczepionkami, można powiedzieć, najbardziej czystymi w swojej istocie. Otóż jest zapisana informacja w mRNA, czyli w kodzie genetycznym, który jest bezpośrednio podłączony do naszych „drukarek” czyli naszych rybosomów, w których produkowane jest białko wirusa. Szczepionki wektorowe, żeby te informacje przekazać potrzebują właśnie tego wektora, czyli jakiegoś przekaźnika, a tym przekaźnikiem jest wirus małpi, którego znamy i jest nieszkodliwy dla człowieka. Jest to wirus małpi przeziębieniowy, więc de facto nie powinien u człowieka wywoływać żadnych istotnych objawów, jak również nie powinien powodować powikłań i różnica polega na tym, że w szczepionkach wektorowych czyli Astry i Johnson&Johnson ta informacja o wirusie jest zakodowana w kwasie DNA i rozpakowywana przez komórkę, która dopiero przepisuje ten kod na RNA i z tego powstaje białko. Czyli szczepionki wektorowe są bardziej skomplikowane w rozumieniu tego cyklu od podania do wytworzenia białka wirusa na powierzchni naszych komórek, natomiast efekt jest ten sam. W naszych komórkach pojawia się białko wirusowe, czyli można porównać do sytuacji, w której ktoś z nas nagle zaczął mieć jakąś cechę wroga i właśnie nasze komórki prezentują tę cechę wroga, będąc całkowicie nieszkodliwymi. Nasz organizm uczy się, że ten wróg wygląda właśnie tak i należy go atakować w momencie, kiedy on się pojawi w naturze.

Czyli te szczepionki, które w tej chwili mamy w Europie, te cztery, o których wspominaliśmy na początku, mają dokładnie takie mechanizmy. Mamy jeszcze inne szczepionki zarejestrowane na świecie, chociażby chińskie, gdzie wymyślono zupełnie inną koncepcję. Ona polega na tym, że hoduje się wirusa na liniach komórkowych, następnie się go zabija i umieszcza w szczepionce. Znamy takie szczepionki przecież od lat – są tworzone chociażby przeciwko polio.

Co z tą AstrąZenecą?

Tomasz Rożek: Czy ten inny mechanizm oznacza także inną skuteczność tych szczepionek? Sporo też mówiło się o tym, że AstraZeneca na przykład jest szczepionką, która ma niską skuteczność szczególnie dla osób w wieku starszym. Czy to ma jakieś pokrycie w faktach?

dr Paweł Grzesiowski: Moim zdaniem tu się pojawiły kwestie niemedyczne. Szczepionka Astra wystartowała fatalnie jeżeli chodzi o jej pijar. Może to przypadek, ale przecież pamiętajmy, że ta szczepionka wystartowała w Wielkiej Brytanii, która odłączyła się od Unii Europejskiej, więc już na samym początku świat był sceptyczny wobec tego, że Anglicy, którzy chcą się odłączyć od Unii, sami sobie wyprodukowali szczepionkę. I co jeszcze bardziej mogło rozzłościć wszystkich, mianowicie Brytyjczycy zarejestrowali ją zanim firmy przystąpiły do rejestracji swoich szczepionek w Unii Europejskiej. Czyli Anglicy zaczęli szczepić szczepionką, którą zarejestrowali sami u siebie, a dopiero potem ta szczepionka została przedstawiona do rejestracji w Unii Europejskiej. Już sam ten fakt moim zdaniem budził niedobre emocje wokół tej szczepionki, bo gdyby to się stało w Chinach, w Rosji czy w Indiach, to w ogóle to nie wzbudziłoby emocji.

To trochę wygląda tak, że Brytyjczycy, którzy nie dość, że się właśnie wyłamali ze Wspólnoty, to jeszcze sobie sami dosyć sprawnie radzą i wyprodukowali szczepionkę, którą zaczęli stosować jeszcze przed wszystkimi innymi krajami. Co więcej, z dużym powodzeniem, bo przecież wiemy, w jakim momencie ta szczepionka startowała. Fala trzecia brytyjska, grudniowa, była dramatyczna i tam był lock down piątego stopnia, co oznaczało, że właściwie nie wolno było wychodzić z domu. My tego w ogóle nie doświadczyliśmy jeszcze.

Natomiast ten początek dla szczepionki był fatalny jeszcze z innego powodu. Otóż Brytyjczycy, którzy są bardzo dokładni w badaniach, poddali tę szczepionkę 2-stopniowemu badaniu skuteczności. Otóż badano nie tylko objawy Covid-19 po szczepieniu, ale również bezobjawowych nosicieli wirusa. Okazało, że ta szczepionka rzeczywiście w stu procentach praktycznie chroni przed śmiercią lub ciężkim przebiegiem choroby. Ale w osiemdziesięciu kilku procentach po sześciu tygodniach chroni przed bezobjawową postacią – nie w stu procentach, nie w dziewięćdziesięciu kilku… Natomiast firmy Pfizer i Moderna w ogóle nie badały tego obszaru, czyli bezobjawowego nosicielstwa, tylko podawały skuteczność w zapobieganiu objawowemu covidowi. I tu skuteczność jest na poziomie 94 i 95 proc. Czyli już na starcie Brytyjczycy, którzy zrobili dokładniejsze badania przegrali, bo podali, że są słabsi. Skuteczność na poziomie 70 kilku proc vs. 90 kilku proc. szczepionek amerykańskich.

Dopiero dzisiaj tak naprawdę poznajemy dopiero badania Pfizera i Moderny w zakresie ochrony przed bezobjawowym przebiegiem choroby. Tych badań w ogóle oni nie mieli wcześniej. Wystarczyło spojrzeć na punkty końcowe badań klinicznych Pfizera i Astry, żeby się przekonać, że tam (AstraZeneca) te 70 proc. nie jest równe temu 95 proc nie dlatego, że jest mniej skuteczna, tylko dlatego, że badano inny proces, inne zjawisko biologiczne.

Mało tego. Proszę zwrócić uwagę, Pfizer i Moderna to firmy amerykańskie, które głównie produkują na rynek amerykański, niewielkimi zasobami wspomagając resztę świata. Pamiętajmy, że na 380 mln dawek na świecie podano 110 mln w Stanach Zjednoczonych, czyli jedna trzecia całego światowego obrotu szczepionkami włączając to chińskie i rosyjskie została podana w Stanach Zjednoczonych. Dlatego nie ma szczepionek Moderny czy Pfizera w nadmiarze w Europie, czy w innych krajach, bo one przede wszystkim zaopatrują rynek amerykański. Dodatkowo konkurencja między rynkami, na które szczepionki mają być dostarczane.

Tomasz Rożek: Ale chce Pan powiedzieć, Panie Doktorze, że szczepionka Astra Zeneca to jest najlepsze co mamy teraz? I to cała historia z skrzepami, z jakimiś zatorami, że to wszystko jest wyssane z palca? Czy było jednak coś na rzeczy?

dr Paweł Grzesiowski: Jak wchodziła szczepionka Pfizer i zaczęliśmy szczepić, to w pierwszych dwóch dniach mieliśmy 8 wstrząsów anafilaktycznych. Trzeba było podać adrenalinę, ale nikt z tych osób nie zmarł, bo zadziałano w porę podając im odpowiednie leki, ale początek był dramatyczny! Wchodzi nowa szczepionka, a my tu mamy ogromne odczyny poszczepienne. Potem mieliśmy problem w Norwegii – to był styczeń, kiedy zmarło kilkadziesiąt osób. W Polsce też kilka osób zmarło w domach opieki, a mieliśmy tylko szczepionkę Pfizera. Mówiło się o tym, ale nie tak dużo i nie tak źle, jak teraz wobec szczepionki AstraZeneca. Wyjaśniono, że to nie wina szczepionki w rozumieniu jej wady produkcyjnej, tylko trzeba bardzo ostrożnie kwalifikować starsze osoby do szczepienia. I właściwie te raporty znikły. Przestano o tym komunikować, a pojawiła się szczepionka Astra i tak samo zaczęto mówić o tym, że pojawiły się jakieś przypadki związane z jej działaniami niepożądanym. Jeżeli chodzi o ścisłe fakty medyczne, mamy 17 mln podanych szczepionek. Jeżeli chodzi o AstręZenecę, mamy łącznie 37 przypadków działań niepożądanych (w tym 4 lub 5 śmiertelnych) na 17 mln dawek.

W tej chwili te wszystkie przypadki są poddawane ścisłej analizie Znam już przebieg jednego z tych przypadków i jego historię, a okazało się, że przyczyną był covid. Po przebadaniu tkanek okazało się, że ten pacjent, który zmarł był zarażony wirusem.

Tomasz Rożek: Czy ja to w takim razie dobrze rozumiem, Panie Doktorze, że Pana zdaniem nie ma absolutnie żadnych merytorycznych powodów, żeby z tej szczepionki rezygnować? Czy mamy do czynienia z jakiegoś rodzaju rozgrywkami geopolitycznycmi, politycznymi pomiędzy krajami Unii Europejskiej, w których kraje, które zawieszają szczepienia, chcą pokazać Brytyjczykom, że stać ich na to, żeby nie kupować od Brytyjczyków szczepionek? Jesteśmy w sytuacji trzeciej fali, wiele krajów jest dalej zdewastowanych i czy jest miejsce na to, żeby zupełnie bez powodu rezygnować z szczepionki, która mogłaby przynajmniej częściowo odciążyć.

dr Paweł Grzesiowski: Te przypadki powikłań są faktem, to nie jest wymysł, więc nie chcę przez to powiedzieć, że to wszystko jest jakąś rozgrywką polityczną, ale musimy patrzeć na kontekst. Pierwszym krajem, który ogłosił jakiś problem była Austria, potem pojawiły się kolejne kraje, które wycofały się ze szczepienia bez zaistnienia nowych przypadków po prostu na zasadzie takiej procedury bezpieczeństwa. Być może to jest jakiś argument, że szczepienia tą szczepionką powinny być chwilowo zawieszone aż do momentu wyjaśnienia. Dopóki nie sprawdziłem, wolę nie stosować. Takie podejście jest zgodne z podstawową zasadą domniemania, że skoro nie mamy pewności, to jednak przyjmujemy, że to jest niepożądany odczyn poszczepienny i że lepiej nie podawać tej szczepionki niż prowokować kolejne efekty uboczne.

Tomasz Rożek: Nawet jeżeli prawdopodobieństwo tego odczynu, jak ktoś policzył na Twitterze, jest porównywalne z prawdopodobieństwem uderzenia meteorytu w centrum miasta?

dr Paweł Grzesiowski: Te kraje i też Europejska Agencja Leków czy WHO właśnie kalkulują to ryzyko. Jeżeli to ryzyko związane z wystąpieniem epizodu zatoru jest niższe po szczepieniu niż bez szczepionki, to jak można podejmować decyzje o wstrzymaniu obrotu jakiegoś leku?

Policzono, że te przypadki wśród zaszczepionych osób stanowią znaczącą mniejszość w stosunku do spontanicznie występującej choroby zatorowo-zakrzepowej. Dlaczego więc mielibyśmy wycofywać produkt, który tak naprawdę w grupie, w której jest stosowany redukuje ryzyko wystąpienia zatorów, a nie zwiększa. Więc to jest to drugie podejście, czyli dopóki nie udowodnimy, że coś źle działa, możemy to stosować. Myśmy dużo pracy włożyli w to, żeby wyjaśniać, jako lekarze, że te produkty są równoważne. Że jeżeli chodzi o szczepienie, to skutek, czyli uniknięcie choroby ciężkiej lub zgonu, właściwie są porównywalne.

Potem przyszło szczepienie nauczycieli. W tej grupie większość stanowią kobiety i to kobiety raczej młodsze niż starsze. Okazało się, że wiele osób miało poważne odczucia poszczepienne, czyli gorączka, dreszcze, bóle mięśniowe. Zaskutkowało to tym, że ok 30 proc. Kadry poszło po szczepieniu na zwolnienie, czyli kolejny argument za tym, że szczepionka jest zła, bo wywołuje tak silne działania uboczne, że ludzie muszą rezygnować z pracy i iść na zwolnienie. No więc ta masa negatywnych obserwacji wokół szczepionki Astra powolutku toczyła się jak kula śniegu, robiła coraz większa, aż wreszcie doszło do jeszcze kolejnych informacji, czyli o tych epizodach zatorów zakupowych. No i mamy to co mamy.

Dwie taktyki szczepień: Izrael i Wielka Brytania

Tomasz Rożek: Panie Doktorze, przejdźmy teraz do bardzo ważnego tematu, jakim jest Izrael i Wielka Brytania. To są dwa kraje, które mają wyszczepioną ogromną grupę społeczeństwa. Czy tam w statystykach już widać efekty szczepienia?

dr Paweł Grzesiowski: Bezwzględnie tak. Na szczęście mam same dobre wiadomości.

Izrael ma w tej chwili 99 procentową redukcję śmiertelności w grupie zaszczepionych w stosunku do wcześniejszej grupy niezaszczepionych. Czyli porównując, osoby 60+ o prawie 100 proc. spadła śmiertelność, czyli prawie do zera – to samo w kwestii hospitalizacji. Liczba zachorowań w grupie zaszczepionej spadła o 40 proc., przy zaszczepieniu ok. 80 proc. swojej populacji. Właściwie można powiedzieć, że osiągnęli próg odporności populacji.

Ostatnie zachorowania były na poziomie chyba 2000 przypadków dziennie, a przypomnę, że jeszcze dwa miesiące temu było to 10 tysięcy! Tam też oczywiście był lock down, nie można wszystkich sukcesów przypisywać szczepionkom, natomiast jeżeli chodzi o przypadki śmiertelne, to w styczniu wtedy, kiedy było tych przypadków tak dużo, umierało 100 osób dziennie, a w tej chwili 20. To pokazuje biologicznie, jaki jest efekt szczepienia.

Bardzo podobne wyniki są w Wielkiej Brytanii, przy czym Brytyjczycy szczepią pragmatycznie jedną dawką, natomiast Izrael szczepi dwoma dawkami. Mamy tu zderzenie dwóch koncepcji. Izrael postawił na jak najszybsze szczepienia dwoma dawkami, żeby uzyskać jak najszybciej ten efekt dziewięćdziesięciu kilku proc., natomiast Brytyjczycy postawili na to, żeby zaszczepić jak najwięcej ludzi pierwszą dawką, aby przerwać transmisję wirusa i zahamować liczbę zgonów. Wiemy, że jedna dawka po tych 12 tygodniach chroni prawie w 95 proc. przed śmiercią z powodu wirusa.

Tomasz Rożek: Panie doktorze. I teraz prośba do Pana o to, żeby udzielił Pan odpowiedzi tak lub nie. Czy gdyby to od Pana zależało, czy Pan w Polsce zawiesił szczepienia AstraZeneca?

dr Paweł Grzesiowski: Nie, absolutnie nie! Mało tego powiem jeszcze, że gdybym mógł jutro zaszczepić mojego syna tą szczepionką, to bym zrobił to bez zastanowienia. Proszę mi wierzyć, że ja mówię to, czego uczono mnie przez lata. Czyli dopóki nie udowodni się że coś jest, to tego nie ma. Rozumiem to drugie podejście, że dopóki nie udowodni się, że szczepionka jest bezpieczna, to jej nie wolno stosować, ale ja bym podszedł do tej sprawy od drugiej strony. Skoro wiem, że szczepionka jest bezpieczna na podstawie badań klinicznych, to dlaczego mam zawieszać jej podawanie? Wciąż możemy powiedzieć, że osoby szczepione tą szczepionką w absolutnej większości mają korzyść, a nie ponoszą ryzyko.

 

Na koniec zachęcam do obejrzenia materiału na temat szczepionki AstraZeneca, w którym omawiam zagadnienia związane z bezpieczeństwem tego preparatu.

Możliwość komentowania Czy szczepionka AstraZeneca jest bezpieczna? Rozmowa z dr. Pawłem Grzesiowskim została wyłączona

Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i…

Choroby nerek są zwykle skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe, aż dojdzie ciężkiej niewydolności nerek – ostrzega prof. Michał Nowicki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Wcześnie można je wykryć badaniem moczu i morfologią.

Na 11 marca przypada Światowy Dzień Nerek, obchodzony w tym roku pod hasłem „Jak żyć dobrze z przewlekłą chorobą nerek?”. Według Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego na przewlekłą chorobę nerek cierpi od 11 do 13 proc. osób dorosłych. W Polsce choruje około 4 mln osób, często dlatego, że choroba została wykryta zbyt późno.

„Jeśli spojrzeć na wskaźniki Narodowego Funduszu Zdrowia czy Ministerstwa Zdrowia, można by pomyśleć, że osób z przewlekłą chorobą nerek jest w Polsce tylko 210 tys., a nie prawie 4 mln, jak wynikałoby z badań przesiewowych. To bardzo istotna rozbieżność. Wynika z tego, że bardzo często chorób nerek po prostu nie rozpoznajemy” – zwraca uwagę w informacji przekazanej PAP prof. Michał Nowicki, kierownik Kliniki Nefrologii, Hipertensjologii i Transplantologii Nerek w Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Jego zdaniem przyczyną tego jest fakt, że choroby nerek są w znacznym stopniu skąpoobjawowe albo w ogóle bezobjawowe. I tak jest do momentu, aż nastąpi ciężka niewydolność. „Wtedy zaczyna się pojawiać łatwe męczenie się i nietolerancja wysiłku. To jednak wciąż objawy ogólne, niecharakterystyczne. Trudno na ich podstawie sądzić, że szwankują akurat nerki, a nie na przykład serce czy jakiś inny narząd” – dodaje.

Na chorobę nerek może wskazywać nadciśnienie tętnicze, szczególnie u osób młodych i w średnim wieku, bo u nich najczęściej ma ono podłoże nefrologiczne. Niepokojące są też obrzęki, spowodowane wydalaniem dużej ilości białka w moczu, a także białkomocz lub krwiomocz i znaczne pienienie się moczu.

Niewydolność nerek rozwija się stopniowo i jest to proces nieodwracalny, dlatego tak istotne jest wczesne rozpoznanie schorzenia. Należy zatem – podkreśla specjalista – regularnie kontrolować ciśnienie tętnicze krwi oraz poddawać się rutynowym badaniom diagnostycznym, takim jak badanie ogólne moczu oraz morfologia.

„Często powtarzam, że pomiary ciśnienia i badanie moczu to takie +okno na nerki+, poprzez które możemy zobaczyć nasze superfiltry. W zakresie badania moczu szczególnie istotne są: białkomocz i krwinkomocz. Jeśli podejrzewamy niewydolność nerek, powinniśmy wykonać badanie krwi z oznaczeniem stężenia kreatyniny w surowicy. To najważniejszy i najprostszy do oznaczenia wskaźnik czynności wydalniczej nerek. Na podstawie stężenia kreatyniny, wieku i płci, wyliczane jest automatycznie w laboratorium tak zwane przesączanie kłębuszkowe, pokazujące czy i jak nerki pracują i filtrują” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Badania podstawowe można wykonać bezpłatnie na podstawie skierowania od lekarza rodzinnego. Regularnie powinni je wykonywać osoby najbardziej narażone na choroby nerek, czyli te z nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą, otyłością oraz miażdżycą. Szczególnie niebezpieczna jest choroba kłębuszków nerkowych, jedno z najcięższych schorzeń, często prowadząca do niewydolności nerek.

„Innymi jeszcze schorzeniami nefrologicznymi są choroby śródmiąższu nerki, rozwijające się najczęściej wskutek powtarzających się zakażeń dróg moczowych. Wyróżniamy także choroby naczyń nerkowych, powstających głównie z powodu zaawansowanej miażdżycy, a czasem także innych chorób ogólnoustrojowych. W odróżnieniu od chorób przewlekłych wyróżniamy schorzenia ostre. Mowa tu między innymi o ostrym uszkodzeniu nerek. Jeśli dojdzie do niedokrwienia nerek, na przykład wskutek spadku ciśnienia tętniczego, może dojść do ostrej niedomogi nerek, która jest na ogół odwracalna, jeśli ciśnienie uda się ustabilizować, a przez to zapewnić nerkom odpowiednią pracę” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Specjalista ostrzega, że gdy pojawia się przewlekła choroba nerek, bardzo pogarsza się ogólne rokowanie pacjenta. Jeśli ktoś ma chorobę układu krążenia, jest po zawale serca a ma niewydolność nerek – to ryzyko, że umrze z powodu różnego rodzaju powikłań, jest od kilku do kilkudziesięciu razy większe, niż gdyby nie miał niewydolności nerek. Jedynie wczesne wykrycie daje zaś szansę na dłuższe i lepszej jakości życie – podkreśla.

Nerki są najważniejszym narządem wydalniczym organizmu. Wytwarzają mocz, z którym wydalane są zbędne produkty przemiany materii, toksyny i metabolity leków. Ale pełnią one też wiele ważnych funkcji wydzielniczych.

„Nerki pełnią nie tylko rolę prostego filtra ale +naczelnego chemika+ ustroju. Zachodzi w nich bardzo wiele procesów chemicznych zmierzających do tego, żeby odkwaszać organizm, wydalać z niego elektrolity czy nadmiar wody. W nerkach dokonuje się wiele procesów metabolicznych i dzięki temu narządy te stoją na straży stałości środowiska wewnątrzustrojowego” – wyjaśnia prof. Michał Nowicki.

Nerki wytwarzają ważne hormony, takie jak renina regulująca ciśnienie tętnicze krwi. Z reniny wskutek kolejnych przemian powstaje aldosteron, hormon reguluje ciśnienie tętnicze, gospodarkę sodowo-potasową i kwasowo-zasadową ustroju. Nerki wytwarzają też erytropoetynę, która kontroluje szpik kostny w zakresie wytwarzania krwinek czerwonych. Dzięki nerkom powstaje także aktywna witamina D.

„To, co otrzymujemy w postaci tabletki musi być aktywowane przez nerki. Kiedy nie ma prawidłowej czynności nerek, nie ma też aktywnej witaminy D, a to właśnie ona reguluje gospodarkę, przede wszystkim stan kości, w organizmie” – dodaje profesor.

Dodaje, że w prewencji i terapii przewlekłej choroby nerek najważniejszym czynnikiem jest zdrowy styl życia. Regularne i dobrze zbilansowane posiłki, odpowiednie nawodnienie organizmu, codzienna aktywność fizyczna oraz ochrona przed zanieczyszczonym powietrzem. (PAP)

autor: Zbigniew Wojtasiński

Możliwość komentowania Ekspert: choroby nerek są często bezobjawowe, aż dojdzie do ciężkiej ich niewydolności została wyłączona

Gdańsk/ Współpraca uczelni i farmaceutów na rzecz e-zdrowia i opieki nad pacjentami

Eksperci z Politechniki Gdańskiej, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Gemini Polska połączą siły, by wspólnie pracować nad rozwiązaniami w zakresie e-zdrowia i kompleksowej opieki nad pacjentami. Strony podpisały list intencyjny o…

Eksperci z Politechniki Gdańskiej, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Gemini Polska połączą siły, by wspólnie pracować nad rozwiązaniami w zakresie e-zdrowia i kompleksowej opieki nad pacjentami. Strony podpisały list intencyjny o nawiązaniu współpracy.

Jak poinformowała w poniedziałek kierownik ds. public relations Gemini Polska Katarzyna Goch, uroczyste podpisanie dokumentu odbyło się 4 marca.

Wyjaśniła, wspólne działania zakładają przede wszystkim tworzenie zespołów badawczo-rozwojowych na rzecz profilaktyki i promocji zdrowia z wykorzystaniem nowoczesnych technologii w e-zdrowiu, a także udostępnianie pracownikom, studentom i doktorantom narzędzi oraz wiedzy przydatnych przy tworzeniu i wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań technologicznych w zakresie opieki farmaceutycznej.

Dodała, że pierwszy pilotażowy projekt dotyczyć będzie wsparcia pacjentów rozpoczynających przyjmowanie nowego leku w nadciśnieniu tętniczym.

Farmaceuci z Gemini Polska wspólnie z ekspertami z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wypracują standard postępowania możliwy do wdrożenia w ramach opieki farmaceutycznej.

„W dobie utrudnionego dostępu do przychodni i lekarzy, farmaceuci mogą pomóc w zapewnianiu pacjentom fachowej opieki i niezbędnego wsparcia merytorycznego. Nasza współpraca ma na celu wypracowanie efektywnych rozwiązań, które będą optymalne z perspektywy wyzwań, jakie stoją przed polską ochroną zdrowia. Jako uczelnia badawcza posiadamy potencjał i doświadczenie w tym zakresie. Jestem przekonany, że zaangażowanie środowiska naukowego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w projekty pilotażowe i badawczo-rozwojowe może przynieść dużą wartość”- powiedział cytowany w komunikacie prasowym prorektor ds. nauki GUMed prof. Michał Markuszewski.

Z kolei naukowcy z Politechniki Gdańskiej zaangażowani będą w przygotowanie propozycji rozwiązań informatycznych wspierających ten proces.

Jak zauważa prorektor ds. umiędzynarodowienia i innowacji PG prof. Janusz Nieznański, opieka zdrowotna potrzebuje dzisiaj narzędzi, które z jednej strony zapewniają bezpieczeństwo przetwarzanych danych, a z drugiej strony zwiększają stopień integracji poszczególnych aspektów opieki.

„Nowe technologie mogą i powinny wspierać opiekę zdrowotną w zakresie pozyskiwania, gromadzenia i analizy danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, technologii chmurowych, aplikacji mobilnych, systemów wbudowanych itp. W ramach partnerstwa z GUMed i Gemini Polska będziemy poszukiwać najlepszych rozwiązań technologicznych spełniających oczekiwania podmiotów świadczących opiekę medyczną oraz pacjentów. Zakładamy szerokie uczestnictwo pracowników naukowych i studentów w tym procesie” – wskazał prof. Nieznański.

Jak podkreślono w komunikacie, kolejne wspólne przedsięwzięcia będą związane z rozwojem technologii wspierających opiekę nad pacjentami, podnoszeniem bezpieczeństwa przetwarzania danych oraz ograniczaniem negatywnych skutków nadużywania leków czy konfliktów lekowych. Inicjatorzy przedsięwzięcia chcą też skoncentrować się na odbudowywaniu zdrowia Polaków po pandemii, w szczególności w grupie osób po czterdziestce i pacjentów cierpiących z powodu chorób przewlekłych.

Według Artura Szneka z Gemini Polska, farmaceuci stanowią grupę zawodową, która na zasadach komplementarności z lekarzami i innymi pracownikami medycznymi, powinna uczestniczyć w sprawowaniu opieki nad pacjentami. Zwrócił uwagę, że mogą oni pomóc lekarzowi w monitorowaniu terapii lekowych oraz edukowaniu w zakresie profilaktyki zdrowotnej.

„W tym celu niezbędne jest wypracowanie mądrych, funkcjonalnych i bezpiecznych narzędzi cyfrowych. Wierzę, że nasza współpraca ze znakomitymi specjalistami i ekspertami z Politechniki Gdańskiej oraz Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego to właśnie krok w tym kierunku” – dodał Sznek. (PAP)

Autor: Anna Machińska

Możliwość komentowania Gdańsk/ Współpraca uczelni i farmaceutów na rzecz e-zdrowia i opieki nad pacjentami została wyłączona

Naukowcy z PAN: Polacy są zbyt mało aktywni fizycznie

Problem niedostatecznej aktywności fizycznej w Polsce dotyczy nie tylko osób zdrowych, ale chorych, m.in. pacjentów kardiologicznych i onkologicznych – konstatują naukowcy z Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk w obszernym…

Problem niedostatecznej aktywności fizycznej w Polsce dotyczy nie tylko osób zdrowych, ale chorych, m.in. pacjentów kardiologicznych i onkologicznych – konstatują naukowcy z Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk w obszernym raporcie poświęconym zdrowiu i aktywności fizycznej. 

Raport pt. „Niedostateczny poziom aktywności fizycznej w Polsce jako zagrożenie i wyzwanie dla zdrowia publicznego” opracowało ponad 50 członków zespołu, powołanego przez Komitet Zdrowia Publicznego PAN. Są wśród nich lekarze, m.in. specjaliści medycyny sportowej, kardiolodzy, pediatrzy, interniści, geriatrzy, specjaliści w dziedzinie zdrowia publicznego, socjolodzy, nauczyciele akademiccy, pedagodzy i sportowcy.

Autorzy raportu zaznaczają, że aktywność fizyczna wpływa na stan zdrowia i długość życia. Jej poziom w Polsce oceniają jako niedostateczny, uznając to za „zagrożenie i wyzwanie dla zdrowia publicznego fizycznego i psychicznego we wszystkich grupach wieku, a także w profilaktyce, leczeniu i rehabilitacji wielu chorób przewlekłych”. Jednocześnie piszą, że brak aktywności fizycznej wśród Polaków lub podejmowanie jej w stopniu niewystarczającym dla podtrzymania zdrowia stanowi coraz większe obciążenie dla całego społeczeństwa i gospodarki.

„Na przełomie XX i XXI wieku Polacy byli w gronie najmniej aktywnych społeczności europejskich. Mimo znaczącej poprawy w okresie ostatnich dwudziestu lat, kolejne badania wskazują na niedostateczny poziom regularnej aktywności fizycznej co najmniej 50 proc. dorosłych Polaków oraz bardzo dalekie miejsce Polski w sondażach porównujących poszczególne kraje Unii Europejskiej. Te niepokojące informacje dobrze korespondują z danymi wskazującymi na szybki wzrost częstości nadwagi i otyłości u dzieci, młodzieży oraz dorosłych Polek i Polaków. oraz wskazującymi na niepokojący spadek poziomu sprawności fizycznej dzieci i młodzieży” – alarmują specjaliści medyczni.

Ich zdaniem poziom rekreacyjnej aktywności fizycznej w Polsce jest zdecydowanie niższy od obserwowanego w większości krajów UE. Wyrównanie tego poziomu z przeciętnym w UE oznaczałoby zmniejszenie oczekiwanej liczby zgonów o 14,3 tys., co odpowiada umieralności niższej o 3,5 proc. Jednocześnie wiązałoby się z tym spodziewane wydłużenie trwania życia wyniosłoby 0,4 roku, tyle samo w przypadku obu płci.

Autorzy raportu przytaczają dane Special Eurobarometer 472 z 2018 r., według których aż 56 proc. Polaków nie podejmuje żadnej aktywności fizycznej. W stosunku do lat poprzednich odsetek nieaktywnych stale wzrasta: w 2004 r. było to 46 proc.; w 2008 – 49 proc., w 2013 – 52 proc. Zdaniem naukowców należy się spodziewać, że nadchodzące przemiany struktury wiekowej ludności alarmująco niski stopień aktywności fizycznej młodzieży oraz lockdown wynikający z pandemii przyniosą dalszy wzrost odsetka osób biernych fizycznie.

Naukowcy ostrzegają, że brak aktywności fizycznej powoduje wzrost ryzyka zachorowań na choroby niezakaźne, jak np. otyłość, cukrzyca, choroby układu krążenia, płuc i nowotwory. Pogarsza też zdrowie psychiczne, zwiększa podatność na stres, utrudnia relacje społeczne.

Wśród działań promujących aktywność fizyczną w Polsce autorzy raportu wymieniają aktywności lokalne. Podkreślają znaczenie działań adresowanych do dzieci i młodzieży, promocji aktywności fizycznej w zakładach pracy oraz zapobieganiu skutkom siedzącego trybu życia.

„Uważamy, co oczywiste, że problem niedostatecznej aktywności fizycznej dotyczy nie tylko osób zdrowych, lecz także bardzo licznej populacji osób chorych, w tym szczególnie licznej populacji pacjentów z chorobami serca i naczyń oraz chorobami nowotworowymi” – podkreślają naukowcy. W raporcie zajmują się kwestią aktywności fizycznej w prewencji i w rehabilitacji pacjentów kardiologicznych, a także w profilaktyce i leczeniu chorób nowotworowych.

Raport KZP PAN jest skierowany m.in. do środowisk naukowych i zawodowych zainteresowanych kwestią aktywności fizycznej i promocją zdrowia, a także do osób odpowiedzialnych za politykę zdrowotną, upowszechnianie sportu i kultury fizycznej, pedagogów, lekarzy i dziennikarzy.

Na swojej stronie internetowej umieścił go PZH – Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego.

PAP – Nauka w Polsce

Możliwość komentowania Naukowcy z PAN: Polacy są zbyt mało aktywni fizycznie została wyłączona

Eksperci: dzieci z poważną wadą wrodzą serca wymagają opieki przez całe życie

Wady wrodzone serca u dzieci rozpoznawane są już na etapie prenatalnym, ale po operacji wymagają one stałej opieki, przez całe życie – przypominają eksperci z okazji przypadającego 14 lutego Światowego…

Wady wrodzone serca u dzieci rozpoznawane są już na etapie prenatalnym, ale po operacji wymagają one stałej opieki, przez całe życie – przypominają eksperci z okazji przypadającego 14 lutego Światowego Dnia Świadomości Wad Wrodzonych Serca. 

W Polsce każdego roku diagnozowanych jest ok. 3 tys. dzieci z różnymi rodzajami wad serca. Codziennie w Polsce rodzi się 10 dzieci z wadą serca. Na świecie z taką wadą rodzi się 9 na 1000 noworodków. Jedna trzecia z nich wymaga operacji już w pierwszych dniach życia.

Konsultant Krajowy w dziedzinie kardiologii dziecięcej dr n. med. Maria Miszczak-Knecht wyjaśnia, że wrodzona wada serca powodowana jest nieprawidłową budową mięśnia sercowego. „Może ona polegać na obecności nieprawidłowych połączeń pomiędzy jamami serca lub uchodzącymi do nich dużymi naczyniami lub też na nieprawidłowościach w budowie i funkcjonowaniu zastawek serca” – dodaje.

Rozpoznanie najczęściej stawiane jest na etapie prenatalnym. Dla rodziców taka diagnoza jest szokiem. „Rodzice słysząc diagnozę: wrodzona wada serca, czują, że to dla nich koniec świata. Potrzebują pomocy i wsparcia. Nasza Fundacja udziela jej od 15 lat. Stawiamy przede wszystkim na rzetelną edukację. Bo wiedza to pierwszy krok do lepszego życia pacjenta z WWS i całej jego rodziny. Większość dzieci przechodzi we wczesnym okresie życia wiele skomplikowanych operacji ratujących życie. Potem czekają je lata leczenia i rehabilitacji. Ale to nie jest koniec świata” – przekonuje Katarzyna Parafianowicz, prezes Fundacji Serce Dziecka.

W początkowym etapie życia dziecka wrodzone wady serca mogą wiązać się z koniecznością przeprowadzenia nawet kilku operacji i częstymi hospitalizacjami. Dr n. med. Maria Miszczak-Knecht przyznaje, że jest to trudne dla małego pacjenta, jak i dla całej jego rodziny. Często konieczna jest operacja korygująca wadę, niezbędne jest też dalsze wieloletnie leczenie, również w okresie dorosłości.

„Na kolejnych etapach życia osoba z wadą wrodzą serca może wymagać reoperacji, powtarzanych interwencji kardiologicznych. Ponieważ jest to nowa grupa pacjentów, ich potrzeby są specyficzne. Bardzo ważna jest odpowiednia opieka nad nimi od momentu postawienia diagnozy aż do dorosłości” – podkreśla Konsultant Krajowy w dziedzinie kardiologii dziecięcej.

Dzieci i osoby dorosłe z wrodzonymi wadami serca częściej wykazują gorszą tolerancję wysiłku fizycznego, mają także problemy emocjonalne. „To wpływa na pogorszenie jakości życia. Wrodzone wady serca mogą wiązać się także ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia: arytmii, rozwoju niewydolności krążenia, nagłego zgonu sercowego, udaru i powikłań neurologicznych” – zaznacza dr n. med. Maria Miszczak-Knecht.

Osoby w wadami wrodzonymi serca mogą być jednak aktywne fizyczne. Jedynie rodzaj aktywność fizycznej musi być do nich odpowiednio dobrany przez lekarza prowadzącego. Wiele dzieci wspaniale spełnia się w sporcie – przekonuje Katarzyna Parafianowicz – choć początkowo najmniejsza nawet aktywność wydawała się w ich przypadku niedopuszczalna. Uważa, że z wadą wrodzoną serca można żyć normalnie.

Do tego jednak potrzebna jest odpowiednia wiedza. Ma w tym pomóc ogólnopolska kampania edukacyjna „Tydzień wiedzy o wrodzonych wadach serca”. Rozpocznie się ona 14 lutego z okazji Światowego Dnia Świadomości Wad Wrodzonych Serca.

„Organizujemy warsztaty, konferencje, liczne webinaria edukacyjne dla naszych pacjentów i ich bliskich. Edukujemy, integrujemy i wspieramy naszych podopiecznych. Przekonujemy, że wrodzone wady serca nie muszą wykluczać, że zdrowie i samopoczucie pacjenta w dużej mierze zależy od tego, czy będzie on żył aktywnie w gronie rówieśników” – zaznacza.

Dzięki lepszej opiece coraz więcej dzieci z wrodzonymi wadami wkracza w wiek dorosły. „W Polsce w obszarze diagnostyki i terapii wad wrodzonych serca dysponujemy dziś opcjami terapeutycznymi i technologiami na poziomie światowym” – zapewnia dr Maria Miszczak-Knecht. Jednak ośrodki referencyjne są przeciążone coraz większa grupą pacjentów.

„Aby odciążyć największe placówki, ośrodki regionalne wymagają wsparcia, przede wszystkim w zakresie kształcenia kadr. To istotne zwłaszcza w przypadku najbardziej złożonych przypadków, których terapia i prowadzenie nie są łatwe, ponieważ wymagają specjalistycznej, interdyscyplinarnej wiedzy i dużego doświadczenia” – wyjaśnia.

Przewlekła choroba dziecka to nie tylko sama operacja czy leki, ale także dodatkowe i to znaczne koszty dla rodziny. Są one związane z dojazdami do ośrodków i noclegami, z rehabilitacją, konsultacjami psychologicznymi – zwraca uwagę Katarzyna Parafianowicz. (PAP)

Autor: Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Eksperci: dzieci z poważną wadą wrodzą serca wymagają opieki przez całe życie została wyłączona

Gra w szachy ustrzeże Cię przed Alzheimerem

Tradycja mówi, że gra w szachy powstała w Indiach ok. VII wieku. Do Polski dotarła w XII wieku. Od tamtej pory upowszechniła się i stanowi doskonałą gimnastykę umysłu dla młodszych…

Tradycja mówi, że gra w szachy powstała w Indiach ok. VII wieku. Do Polski dotarła w XII wieku. Od tamtej pory upowszechniła się i stanowi doskonałą gimnastykę umysłu dla młodszych i starszych. Najnowsze badania pokazują, że może ona mieć dla nas jeszcze więcej korzyści, niż myśleliśmy.

Szachy to gra o bardzo rozbudowanej strategii, wymaga ona opracowywania skomplikowanych taktyk, myślenia przestrzennego i logicznego. Dlatego często określa się je mianem siłowni dla mózgu. Tak jak aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na stan naszego ciała, tak gra w szachy przynosi wiele korzyści naszemu umysłowi. Powszechnie już wiadomo, że sport ten rozwija intelektualnie, emocjonalnie i społecznie.

Specjaliści wykazali jednak, że dodatkowo szachy mogą zapobiegać Alzheimerowi. Neurolodzy udowodnili, że istnieje zależność pomiędzy większym wysiłkiem i ćwiczeniami umysłowymi, a mniejszym ryzykiem zapadnięcia na demencję starczą oraz Alzheimera.

Obie półkule pracują

Szachy są doskonałe w roli umysłowych ćwiczeń. Zostało udowodnione, że obie półkule mózgu są zaktywizowane podczas gry. Lewa półkula odpowiada za identyfikację figur, a prawa za rozpoznawanie ruchów i schematów. Ćwiczymy pamięć dzięki zapamiętywaniu wcześniejszych rozgrywek oraz ich analizowaniu. Kolejna przydatna umiejętność rozwijana w grze to myślenie przestrzenne. Patrząc na planszę trzeba zrozumieć położenie wszystkich figur szachowych oraz możliwości ich ruchów. Potrzebne jest zapamiętywanie poprzedniego położenia i wizualizacja ich możliwych przyszłych pozycji.  Mózg w ten sposób świetnie przygotowuje się do analizy sytuacji, które spotykamy na co dzień i do podejmowania decyzji.

Szachy też dla młodych

Umysł szachowy pomaga nie tylko rozwijać racjonalne myślenie, ale też jego kreatywną część. Co więcej, poprawia też koncentrację. W tej grze każde posunięcie jest ważne i wymaga pełnej uwagi. Ciągłe skupienie na grze, obserwowanie wszystkich ruchów uczy cierpliwości, koncentracji i spokoju ducha. To szczególnie ważne dla młodych ludzi, którzy żyją w bardzo szybko zmieniającym się świecie i są otoczeni przez mnóstwo „rozpraszaczy uwagi”. Badania związane z szachami aktualnie skupiają się na korzyściach, jakie trening szachowy może przynieść dzieciom z ADHD. Ich celem jest stworzenie metody, w której szachy będą użyte jako narzędzie terapeutyczne do poznawczego i emocjonalnego treningu dzieci z ADHD. Metodologia zakłada spojrzenie na grę w szachy z dwóch perspektyw: tradycyjnej gry w szachy i użycia jej elementów – planszy, zegara oraz bierek do pracy terapeutycznej.

Istnieją badania pokazujące, że dzieci ćwiczące umysł graniem w szachy osiągają później lepsze wyniki w rozwiązywaniu problemów, czytaniu i matematyce. Gra w szachy zmusza do planowania ruchów i przewidywania ich konsekwencji. To pomaga w rozwijaniu kory przedczołowej, co z kolei umożliwia podejmowanie trafniejszych decyzji. Kora przedczołowa jest obszarem mózgu odpowiedzialnym za planowanie, rozstrzyganie i samokontrolę.

Prześledzić zmiany

Bardzo dużą zaletą szachów jest stymulacja dendrytów do wzrostu. Dendryty to rozgałęzione wypustki komórek nerwowych odpowiedzialnych za odbieranie bodźców i przekazywanie sygnałów między komórkami nerwowymi. Ich wzrost zwiększa prędkość i jakość komunikacji neuronalnej, co polepsza ogólnie procesy myślowe, a zatem zwiększa zdolności poznawcze.

Dzięki zaawansowanej nauce i technologii rozwijane są instrumenty pozwalające nam na poznawanie zarówno architektury mózgu, jak i jego funkcjonowania. Przez ostatnią dekadę naukowcy i psychologowie opublikowali wiele prac, które pokazują różnice w funkcjonowaniu mózgu graczy i osób niegrających. W umyśle gracza występuje większa aktywność w dolnej lewej części płata ciemieniowego, zakręcie hipokampa i zakręcie wrzecionowatym. Inni badacze zauważyli też większą dynamikę móżdżka i płata czołowego.

Badania przeprowadzone na Yeshiva University by The Albert Einstein School of Medicine  dowiodły, że umysł wyćwiczony grą w szachy jest mniej podatny na degenerację z powodu dużej ilości danych przetwarzanych w czasie ćwiczeń i znacząco zmniejsza ryzyko demencji.

Źródło: https://www.abcmoney.co.uk/

Możliwość komentowania Gra w szachy ustrzeże Cię przed Alzheimerem została wyłączona

Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię…

Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. To jednak nie powód, by wpadać w histerię – podkreślił dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

„Jeszcze nie okrzepliśmy po wieściach o brytyjskim wariancie SARS-CoV-2 znanym jako B.1.1.7, a już słyszymy o kolejnym – tym razem w RPA. Gdyby na całym świecie postępować tak jak na Wyspach, gdzie regularnie przeprowadza się sekwencjonowanie genomu wirusa w 5-10 proc. przypadków COVID-19, to prawdopodobnie wykrywalibyśmy jeszcze więcej jego wariantów, z różnymi układami mutacji. Ale to jednak nie powód, by wpadać w histerię” – zaznaczył ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski.

Ekspert tłumaczył, że na pojawiające się obawy przed nowymi wariantami koronawirusa wpływ ma bardzo często mylenie pojęć. Jak wskazał: szczep, wariant, czy mutacja wirusa – to zupełnie inne pojęcia.

„Czytając informacje prasowe napotykamy kompletne pomieszanie pojęć. Czytamy bowiem o +nowym koronawirusie+, +nowym szczepie+, wariantach i mutacjach. Warto to wyjaśnić. Nie ma żadnego nowego koronawirusa – jest wciąż SARS-CoV-2” – podkreślił.

Dodał, że nie ma również żadnych dowodów, by mówić o tym, że istnieją szczepy tego wirusa.

„SARS-CoV-2 należy do tego samego gatunku betakoronawirusa, co SARS-CoV, który powodował chorobę SARS w latach 2002-2004. Gatunek ten nazywa się Severe acute respiratory syndrome–related coronavirus, a SARS-CoV i SARS-CoV-2 są jego szczepami. Z kolei warianty SARS-CoV-2 to po prostu te formy wirusa, które kumulują poszczególne mutacje. I wreszcie mutacje, czyli nagłe skokowe zmiany w materiale genetycznym. Niektóre nie mają żadnego wpływu na wirusa, niektóre bywają dla niego niekorzystne, a te, które przynoszą mu korzyść oczywiście się upowszechniają” – mówił.

Rzymski zaznaczył, że na tę chwilę powinno nas interesować w zasadzie tylko jedno, czy mutacje mogą wpływać na skuteczność szczepionki na COVID-19.

„Jeżeli proponowane preparaty oparte byłyby o inaktywowanego wirusa, czyli o jedno z klasycznych rozwiązań szczepionkowych, to możliwe, że niekoniecznie zabezpieczałyby przed wszystkimi izolatami SARS-CoV-2. Ale szczepionki Pfizera, Moderny czy AstraZeneca mają na celu wymuszenie produkcji tylko i wyłącznie białka S wirusa, czyli tzw. kolca, dzięki któremu wirus ten może wnikać do komórek” – mówił.

„Takie szczepionki powinny więc być skuteczne wobec wielu wariantów. Produkowane w odpowiedzi przeciwciała mogą wiązać wiele regionów tego białka, a nie tylko jeden – drobne zmiany w tym białku, którego łańcuch liczy ponad 1270 aminokwasów, nie powinny mieć żadnego znaczenia dla unieszkodliwiania wirusa” – dodał.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformowano 14 grudnia. Według władz brytyjskich, nowy wariant wirusa rozprzestrzenia się o ok. 70 proc. szybciej, ale nie wydaje się, by powodował on poważniejszy przebieg choroby. Eksperci wskazują także, że nie ma przesłanek, by brytyjski wariant wirusa wpływał na skuteczność szczepionek. Zakażenia tym wariantem zdiagnozowano również m.in. w Danii, Holandii, Australii, czy we Włoszech.

O odkryciu nowego wariantu SARS-CoV-2 poinformowały w ostatnich dniach także władze RPA. Według południowoafrykańskich ekspertów nowy wariant jest pod niektórymi względami podobny do wariantu brytyjskiego; dzieli z nim kilka mutacji. (PAP)

Autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: informacje o nowych wariantach SARS-CoV-2 to nie powód, by wpadać w histerię została wyłączona

Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie….

Nad tomografem pozwalającym na zobrazowanie całego ciała, który będzie w stanie wykryć jednocześnie nowotwory w całym organizmie, a nawet stwierdzić stopień ich złośliwości, pracują naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

„Dążymy do tego, aby lekarz miał jak najwięcej informacji bez konieczności wykonywania operacji. Teraz, aby dowiedzieć się czy w danym miejscu są tkanki nowotworowe, trzeba wykonać biopsję, potem badania histopatologiczne” – powiedział prof. Paweł Moskal, który wraz z dr hab. Ewą Stępień pracuje nad nowym rozwiązaniem.

W nagraniu internetowym, opublikowanym przez UJ, profesor poinformował, że przygotowanie nowej metody, nowego urządzenia, jest celem na najbliższych kilka lat.

Zgodnie z zapowiedziami, dzięki nowemu rozwiązaniu lekarz będzie mógł na filmie zobaczyć, jak substancja podana pacjentowi jest przyjmowana przez ciało, jak jest metabolizowana. Teraz lekarze oglądają na zdjęciach pojedyncze części ciała, ze zmianami nowotworowymi.

Naukowcy, którzy dążą do stworzenia innowacyjnej technologii, pracują na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. (PAP)

autor: Beata Kołodziej

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

1 komentarz do Naukowcy UJ pracują nad tomografem, który dokładnie wykryje nowotwory

Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia…

W medycynie nuklearnej sztuczna inteligencja wkroczyła już na III i IV poziom w pięciostopniowej skali. Oznacza ona oszczędność czasu, szansę uniknięcia błędów ludzkich i skuteczniejsze terapie dla pacjentów – ocenia prof. Janusz Braziewicz z Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Wkraczająca do nowoczesnej medycyny sztuczna inteligencja budzi skrajne emocje: w środowisku medycznym jak i w społeczeństwie jedni wiążą z nią duże nadzieje, inni mają obawy i wątpliwości. Tak jest np. z medycyną nuklearną, w której wykorzystywane są nowoczesne technologie.

Prof. Janusz Braziewicz – kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej z Ośrodkiem PET w Świętokrzyskim Centrum Onkologii twierdzi, że zaawansowanie automatyzacji i sztucznej inteligencji w medycynie nuklearnej jest już na tyle duże, ze wkroczyło na III i IV poziom w pięciostopniowej skali.

Pierwszy poziom oznacza jedynie działania manualne, drugi – maszynowo-manualne, a trzeci – zautomatyzowane działania maszynowo-manualne. Na czwartym poziomie pojawia się automatyzacja, ale „z ludzką ręką”, piąty oznacza pełną automatyzację.

W diagnostyce obrazowej wygląda to w ten sposób, że na poziomie III (warunkowej automatyzacji) skaner czy system opisowy pod wpływem operatora dostosowuje się do narzucanych mu warunków i wykonuje zlecone zadanie.

„Obecnie obserwujemy duże przyspieszenie technologiczne i wejście na poziom IV (wysokiej automatyzacji), kiedy to system automatycznie przetwarza samodzielnie pozyskane dane i dostarcza specjaliście wstępnie przeanalizowane informacje. Ma to miejsce na przykład wówczas, kiedy system zeskanuje ułożonego na stole skanera PET/TK pacjenta i na podstawie swego rodzaju skanu topogramowego, w oparciu o analizę danych anatomicznych chorego zaproponuje wykonanie skanu PET i tomografu komputerowego z uwzględnieniem wskazania klinicznego i sylwetki pacjenta” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Braziewicz, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Odbywa się to z użyciem automatycznie dostosowanych parametrów akwizycji, z minimum wymaganej dawki promieniowania ze strony tomografu komputerowego. Algorytm po stronie PET ustala: szybkość przesuwu łóżka podczas płynnego skanowania różnych części ciała pacjenta, zastosowanie różnych matryc rekonstrukcyjnych, zastosowanie bramkowania oddechowego dla odpowiedniego obszaru klatki piersiowej i tułowia.

Według prof. Braziewicza bezzasadne są zatem obawy, że komputery zastąpią lekarzy. W przypadku diagnostyki obrazowej stają się one wręcz niezbędne. Powodem jest choćby lawinowy wzrost diagnostycznych badań obrazowych, w tym również z zakresu medycyny nuklearnej. Jedynie w latach 2000-2010 liczba badań tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego wzrosła dziesięciokrotnie. Z kolei w medycynie nuklearnej taki gwałtowny wzrost liczby badań SPECT i PET przypada na okres po 2010 r.

„W ślad za tym nie następuje niestety proporcjonalny wzrost liczby dostępnych lekarzy specjalistów, którzy mogliby je szybko i rzetelnie przeprowadzić. Brakuje także wyszkolonych techników, korzystających z zaawansowanych metod akwizycji z zastosowaniem narzędzi, jakie oferuje dany skaner. Efektem jest przeciążenie ilością pracy poszczególnych grup specjalistów i często coraz dłuższy czas oczekiwania na opisanie badań. Co istotne, presja obniża jakość pracy. Jak pokazują badania, jeśli skróci się o 50 proc. czas na interpretację badania radiologicznego, to stosunek błędów interpretacyjnych wzrośnie o niemal 17 proc.” – zaznacza prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja w coraz bardziej skomplikowanej i wymagającej diagnostyce obrazowej może zatem usprawnić i wspomóc pracę lekarza. „Wdrożenia algorytmów opartych na Artificial Intelligence (AI) przynoszą oszczędność czasu i szansę na pełną standaryzację procedur, ale także na uniknięcie błędów ludzkich i skuteczniejsze, spersonalizowane terapie dla pacjentów” – twierdzi specdjalista.

Obecnie medycy nuklearni rozwijają nowy trend teranostyki, który wydaje się być przyszłością personalizowanej medycyny poprzez ścisłe połączenie diagnostyki i terapii w celu dobrania do potrzeb konkretnego pacjenta celowanego leczenia. „W obszarze sztucznej inteligencji medycy nuklearni coraz częściej wspierają proces terapii, pomagając w ocenie trafności i zasadności zaleconego leczenia już w początkowej jego fazie. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście wykorzystywanie hybrydowych badań PET/CT na przykład w planowaniu radioterapii” – tłumaczy prof. Janusz Braziewicz.

Sztuczna inteligencja określa proces, w którym maszyna, czyli komputer, uczy się i naśladuje funkcje poznawcze specyficzne dla człowieka, aby wykonywać zadania, jakie zwyczajowo wykonywane są przez ludzki umysł: rozpoznawanie obrazów, identyfikacja różnic czy stawianie logicznych wniosków i prognozowanie. W procesie deep learning komputer już nie organizuje danych i nie wykonuje wcześniej zdefiniowanych ciągów równań, ale zbiera podstawowe parametry dotyczące tych danych i jest tak zaprogramowany, że przygotowuje się do samodzielnego uczenia się przez rozpoznawanie wzorców przy użyciu wielu kolejnych warstw przetwarzania.

„Trzeba mieć zatem świadomość, że algorytmy AI będą tak dobre, jak dane, na których były trenowane. Wyzwaniem będzie zatem zgromadzenie odpowiednio opracowanych dużych zestawów danych oraz odpowiednio wydajnych centrów obliczeniowych” – uważa przedstawiciel Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Jego zdaniem szanse zastosowania sztucznej inteligencji w medycynie to przede wszystkim digitalizacja wszystkich danych dotyczących konkretnego pacjenta, z uwzględnieniem takich aspektów, jak miejsce zamieszkania, historia chorób w rodzinie, dotychczasowe hospitalizacje, podejmowane wcześniej terapie lekowe i obecnie przyjmowane leki, styl życia, rodzaj wykonywanej pracy, kondycja psychofizyczna.

Ta ilość danych może być przetworzona przez wydajne komputery. Jeśli maszyny będą miały zaimplementowane algorytmy deep learning, jest szansa, że wesprą specjalistów w szybszej i trafniejszej diagnostyce oraz lepszej opiece farmakologicznej. Korzyści z wdrożeń sztucznej inteligencji może odnieść zatem cały system opieki zdrowotnej, w tym: świadczeniodawca, lekarz, ale przede wszystkim – sam pacjent” – uważa specjalista.

Podkreśla, że lekarze, którzy będą używać z dużą rozwagą i odpowiedzialnością systemów opartych na sztucznej inteligencji zastąpią tych, którzy ich nie będą używać. Tym bardziej, że w nowoczesnych rozwiązaniach nie mówimy już o wielkości danych generowanych przy badaniach i dalej poddawanych processingowi w gigabajtach, terabajtach czy nawet petabajtach. Bardzo szybko nadchodzi era exabajtów danych – dodaje prof. Janusz Braziewicz. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: AI w medycynie nuklearnej wkroczyła na III i IV poziom 5-stopniowej skali została wyłączona

Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą…

Za rozwój chłoniaków odpowiada źle działające białko BCL6. Międzynarodowy zespół naukowców, z udziałem Polaków, odkrył mechanizm eliminacji chorobotwórczego białka. Wykorzystał do tego związek chemiczny, który sprawia, że szkodliwe białka łączą się w długą polimerową nić, ulegając szybkiej degradacji.

BCL6 to jedno z niezliczonych białek ludzkiego organizmu. Jest kluczowe w różnicowaniu komórek krwi i regulacji pracy wielu innych białek. Zbyt duża ilość BCL6 może spowodować rozpoczęcie procesu nowotworzenia i rozwój nowotworów układu limfatycznego, m.in. chłoniaków. Badania na modelach komórkowych i zwierzęcych chłoniaka pokazały, że inaktywacja właśnie tego białka prowadzi do zaniku choroby.

Przez wiele lat próbowano więc opracować lekarstwo, które obniżyłoby poziom „złego” BCL6, ale testowane związki nie były wystarczająco efektywne. „Problem polega na tym, że obecnie duża część leków nowotworowych, to tzw. inhibitory, które blokują konkretne funkcje białek. A niestety tylko część chorobotwórczych białek reaguje na ich działanie. BCL6 się do nich nie zalicza” – tłumaczy PAP Mikołaj Słabicki z Broad Institute of MIT and Harvard w Cambridge, Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie, USA i niemieckiego Centrum Badań nad Rakiem w Heidelbergu.

W laboratorium, w którym pracuje, poszukiwane są nowe metody pozwalające na unieszkodliwienie właśnie tych chorobotwórczych białek, których blokowanie klasycznymi inhibitorami jest nieefektywne lub wręcz niemożliwe. Takie leki już istnieją, działają np. na zasadzie „klejów molekularnych”, czyli degraderów łączących źle działające białko z innym białkiem (zwanym ligazą ubikwityny), które je unieszkodliwia. Do nich zalicza się np. Lenalidomid, stosowany m.in. w leczeniu szpiczaka mnogiego, jak również niedawno opisany związek CR8.

Trzy lata temu firma farmaceutyczna Boehringer Ingelheim szukając substancji, która zablokowałaby działanie białka BCL6, przeanalizowała prawie 2 miliony związków chemicznych znajdujących się w jej zasobach. Jednym ze zidentyfikowanych związków był niezwykle efektywny degrader białka BCL6. Ta niewielka molekuła inicjuje proces niszczenia BCL6, powodując specyficzną śmierć komórek nowotworowych. Nie był jednak znany dokładny mechanizm tego procesu, przez co trudno było taki związek udoskonalić do wykorzystania w potencjalnych terapiach.

Wyjaśnienia poszukali więc badacze pod kierownictwem prof. Benjamina Eberta i prof. Erica Fischera z Dana-Farber Cancer Institute. Zagadkowy dotąd mechanizm udało im się wyjaśnić, a jego opis opublikowało prestiżowe „Nature”. Głównymi autorami pracy są: Mikołaj Słabicki, Hojong Yoon, Jonas Koeppel.

Aby prześledzić co dzieje się z białkiem BCL6 po podaniu związku-degradera, naukowcy oznaczyli je białkiem fluorescencyjnym umożliwiającym jego obserwację w komórkach. Dzięki temu zauważyli, że degrader powoduje powstawanie agregatów (skupienia komórek) BLC6, które po kilkudziesięciu minutach znikają. „Podczas badania tychże agregatów okazało się, że białko BCL6 pod wpływem degradera ulega najpierw procesowi polimeryzacji, czyli jego kolejne molekuły sklejają się w długą, polimerową nić” – wyjaśnia Radosław Nowak, współautor badań z Dana-Farber Cancer Institute w Bostonie. Badacze zidentyfikowali też ostatni element układanki: odkryli ligazę ubikwityny (o nazwie SIAH1), która efektywnie niszczy spolimeryzowane białko BCL6.

„Nigdy nie szukano lekarstw, które powodowałyby polimeryzację źle działających białek. Teraz już wiemy, że coś takiego jest możliwe – opisuje Słabicki. – Mamy nadzieję, że tę samą metodę można by wykorzystać do pozbycia się innych białek, których deregulacja może prowadzić do procesów nowotworzenia” – podkreśla.

Więcej można zobaczyć tutaj:

autorka: Ewelina Krajczyńska

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Nowy mechanizm eliminacji białka odpowiedzialnego za rozwój chłoniaków odkryty m.in. przez Polaków została wyłączona

WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D…

Zabieg wszczepienia stymulatora serca z zastosowaniem nowatorskiego systemu elektroanatomicznego u pacjentki w 18. tygodniu ciąży przeprowadzili specjaliści Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowatorska metoda zabiegu polegała na użyciu mapowania serca w 3D zamiast standardowej skopii rentgenowskiej. Dzięki temu kobieta ciężarna nie była narażona na potencjalnie szkodliwe dla płodu promieniowanie, a precyzja zabiegu została zachowana – informuje uczelnia.

Specjaliści Katedry i Kliniki Kardiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zaimplantowali pacjentce w 18. tygodniu ciąży stymulator serca z zastosowaniem systemu elektroanatomicznego do nawigacji śródzabiegowej.

Zabieg przeprowadził zespół w składzie: prof. Marcin Grabowski, dr n. med. Piotr Lodziński, dr Jakub Kosma Rokicki, mgr Małgorzata Kotowicz, mgr Dorota Świątek, mgr Dorota Dużyńska i mgr Elżbieta Świętoń.

„W przypadku standardowej techniki zabiegowej operator do określenia położenia cewników i elektrod wewnątrznaczyniowych używa promieniowania rentgenowskiego. Z uwagi na to, że nasza pacjentka była w 18. tygodniu ciąży, a promieniowanie rentgenowskie może mieć potencjalnie szkodliwe działanie na rozwijający się płód, podjęliśmy decyzję o zastosowaniu innej metody – z wykorzystaniem systemu elektroanatomicznego. Dzięki niej możliwa była bezpieczna kontrola lokalizacji wprowadzanych do serca ciężarnej elementów układu stymulującego serce. Na zaplanowane postępowanie uzyskaliśmy zgodę Komisji Bioetycznej WUM” – wyjaśnia prof. Marcin Grabowski, kierownik Oddziału Elektrokardiologii WUM.

Jesienią 2020 r. 28-letnia pacjentka została przyjęta do ośrodka w 13. tygodniu ciąży z powodu nawracających omdleń o nieustalonej przyczynie. Wszczepiono jej wówczas podskórny rejestrator rytmu serca (ILR), umożliwiający ciągły zapis pracy serca oraz wykrycie arytmii nawet na przestrzeni kilku lat. Jak wyjaśniają kardiolodzy, zabieg ten nie wymaga zastosowania promieniowania rentgenowskiego.

Po zabiegu pacjentka była pod nadzorem zespołu Pracowni Kontroli i Telemonitoringu Urządzeń Wszczepialnych Serca. Zastosowano u niej telemonitoring zapewniający zdalną transmisję danych z wszczepionego urządzenia do szpitala. To właśnie wtedy lekarze śledząc zdalnie pracę serca pacjentki wykryli zaburzenie będące bezpośrednim zagrożeniem jej życia i płodu. Konieczne było pilne wszczepienie stymulatora serca.

Zabieg przeprowadzono w dwóch etapach. „W pierwszej fazie sporządziliśmy mapę dużych naczyń i serca w 3D z wykorzystaniem elektrod mapujących. Następnie na bazie uzyskanych trójwymiarowych obrazów elementy układu stymulującego zostały wprowadzone do docelowych jam serca. Ich bieżące położenie obserwowaliśmy na ekranie monitora. Podczas zabiegu wykorzystaliśmy system do elektronawigacji Ensite Precision, umożliwiający lokalizację elektrod z zastosowaniem pola elektromagnetycznego o niewielkim natężeniu. Dzięki temu procedura była bezpieczna dla matki i dziecka” – wyjaśnia dr n. med. Piotr Lodziński z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Kardiolodzy twierdzą, że zabiegi w technice bez zastosowania promieniowania rentgenowskiego na całym świecie wykonywane są coraz częściej w wiodących ośrodkach elektrofizjologii serca. (PAP)

źródło:

Możliwość komentowania WUM: Nowatorski zabieg wszczepienia stymulatora serca u ciężarnej pacjentki została wyłączona

Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie –…

Zawieszenie lotów z i do Wielkiej Brytanii w związku z potwierdzonym tam nowym wariantem SARS-CoV-2 to rozwiązanie drastyczne, ale z punktu widzenia ryzyka można powiedzieć, że to dobre rozwiązanie – podkreślił w rozmowie PAP dr hab. Piotr Rzymski z UM w Poznaniu.

O wykryciu w Wielkiej Brytanii nowego wariantu wirusa SARS-CoV-2 poinformował 14 grudnia brytyjski minister zdrowia Matt Hancock. Przekazał, że odnotowano ponad 6 tys. zakażeń nową odmianą, głównie w południowej i południowo-wschodniej Anglii. Infekcje nowym wariantem koronawirusa potwierdzono także m.in. w Danii, we Włoszech, a pojedyncze przypadki również w Holandii i Australii.

W związku z potwierdzeniem nowego wariantu koronawirusa, część państw – w tym Polska – zawiesiły połączenia lotnicze z Wielką Brytanią. Jak tłumaczył PAP ekspert w dziedzinie biologii medycznej i badań naukowych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu dr hab. Piotr Rzymski, takie działanie „to rozwiązanie drastyczne, natomiast pozwoli na przeprowadzenie dogłębnych analiz i udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące m.in. wpływu tego wariantu na dynamikę pandemii”.

„To brutalny środek zapobiegawczy, ale jesteśmy na takim etapie walki z pandemią, że nikt nie chciałby popełnić błędu przeoczenia czegoś istotnego. Pod tym względem decyzja o charakterze +zamykamy i sprawdzamy+ jest bardzo dobra” – zaznaczył.

Ekspert podkreślił, że na tę chwilę nie może jednoznacznie stwierdzić, że nowy wariant koronawirusa, o nazwie B.1.1.7, jest bardziej zakaźny. Nic nie wskazuje również, by był odpowiedzialny za cięższy przebieg choroby.

Jak wskazał, „sam fakt, że obserwujemy wzrost liczby zakażeń w pewnym regionie świata, w tym przypadku w Wielkiej Brytanii, i jednocześnie obserwujemy większą częstotliwość występowania tego wariantu – to jest jedynie wykazanie korelacji. Ale nie każda korelacja ma przecież charakter przyczynowo-skutkowego. By w sposób bezpośredni dowiedzieć się czy B.1.1.7 jest bardziej zakaźny, trzeba przeprowadzić badania w modelach eksperymentalnych z udziałem linii komórkowych lub/i zwierząt”.

Ekspert podał przykład wariantu B.1.177 zaobserwowanego w Hiszpanii w okresie letnim, który także – jak wskazywano – rozprzestrzeniał się dość szybko po całej Europie.

„W tym przypadku okazało się, że rozprzestrzenianie się tego wariantu najprawdopodobniej nie było rezultatem większej zakaźności, ale po prostu wzmożonego ruchu turystycznego do i z Hiszpanii, a więc to nie mutacje w genomie wirusa zdecydowały o tym, że się on upowszechnił, ale przemieszczanie się ludzi” – mówił.

Dodał, że „na ten moment nie wiemy, czy za upowszechnianiem się brytyjskiego wariantu nie stoją inne czynniki niż kombinacja mutacji, które skumulował”.

„Odpowiedź na to pytanie zostanie oczywiście udzielona – ale do tego potrzebujemy trochę cierpliwości, czasu i przede wszystkim bezpośrednich badań. Do tego momentu należy się wstrzymać z definitywnymi stwierdzeniami co do natury zachowania się tego wariantu koronawirusa pod kątem dynamiki pandemii” – zaznaczył Rzymski. (PAP)

autor: Anna Jowsa

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: zawieszenie lotów z Wielkiej Brytanii wz. z nowym wariantem SARS-CoV-2 to drastyczne, ale dobre rozwiązanie została wyłączona

Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii…

W czasie pandemii, w ramach badań przesiewowych tylko 14 proc. kobiet zgłosiło się na cytologię, pozwalającą wcześnie wykryć raka szyjki macicy – twierdzi prof. Mariusz Bidziński z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Specjalista, który jest kierownikiem Kliniki Ginekologii Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, przyznaje, że w przypadku raka szyjki macicy zgłaszalność na cytologię była zawsze bardzo niska i nie przekraczała 30 proc., i to w najlepszych latach. Jednak ostatni raport na ten temat – uwzględniający czas pandemii – wskazuje spadek zgłaszalności kobiet kwalifikujących się do takiego badania do aż 14 proc.

„Trzeba jednak brać pod uwagę, że ta statystyka nie jest pełna. W naszym raportowaniu uwzględnione są tylko te dane, które podaje Narodowy Fundusz Zdrowia. Natomiast wiadomo, że część badań, chociażby cytologicznych, wykonywanych jest w placówkach nieuspołecznionych, gabinetach prywatnych, które nie są uwzględniane w statystykach NFZ-owskich” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Mariusz Bidziński.

Badania przesiewowe (screeningowe) są jednymi z najważniejszych badań profilaktycznych i mają na celu zmniejszenie śmiertelności, w tym wypadku bardzo groźnej choroby, jaką jest rak szyjki macicy u kobiet. „Tu widzimy bardzo niewielkie obniżanie się wskaźników (śmiertelności – PAP). Dlatego wydaje się, że ten program badań profilaktycznych (…) nie przynosi zdecydowanego efektu w odniesieniu do nakładów” – uważa.

Specjalista przypomina, że w Skandynawii zgłaszalność na badania przesiewowe, zarówno cytologię jak i mammografię (pozwalającą wcześnie wykryć raka piersi), sięga 70-80 procent. „Dolny margines – dodaje – efektywnego programu badań profilaktycznych powinien wynosić nie mniej niż 65-70 proc. Wtedy program jest efektywny. Poniżej tych wartości, program nie przyniesie spodziewanych efektów”.

W Polsce rak szyjki macicy często wykrywany jest w późnym stadium, gdy skuteczne leczenie jest już znacznie utrudnione. Wskutek tego efekty leczenia są gorsze niż w krajach Europy Zachodniej.

„Rak szyjki macicy to jest nasza niesławna wizytówka. Mamy w tej chwili bardzo wysoką umieralność na tego raka, bo około 60 proc. pacjentek trafia do nas w bardzo zaawansowanych stadiach. Nie ma się co dziwić, że nasze wyniki leczenia są zdecydowanie gorsze niż na Zachodzie. Tam liczba zgonów, w porównaniu z Polską, jest niska. To pokazuje, jaki dystans nas dzieli” – stwierdza prof. Mariusz Bidziński.

Dodaje, że polska medycyna naprawcza jest na niezłym poziomie, ale profilaktyka – podkreśla – „kładzie nas na łopatki, zarówno w zakresie raków szyjki macicy, piersi czy jelita grubego”. „To jest problem, którego nie potrafimy na razie przełamać w naszym społeczeństwie” – dodaje.

Pandemia jeszcze bardziej pogorszyła sytuację w całej onkologii. „Pandemia powoduje, że wielu potencjalnych pacjentów nie zgłasza się z powodu lęku przed zakażeniami. Trudno jednoznacznie określić, jakie to są liczby, ale sądzę, że w granicach 30-35 proc. tych chorych w ogóle nie korzysta teraz z opieki medycznej. Jak wiadomo, placówki ochrony zdrowia mają pewien potencjał infekcyjny. Jeżeli chodzi o badania profilaktyczne to był czas, również w instytucie, w którym pracuję, że procedury były zawieszone z powodu innych priorytetów. Liczba badań wyraźnie spadła w każdym programie profilaktycznym” – przyznaje. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: tylko 14 proc. kobiet w pandemii zgłosiło się na cytologię w ramach badań przesiewowych została wyłączona

Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz. Według…

Kaszel może być objawem krztuśca, podobnie jak COVID-19, gdy jednak pojawiają się duszności i gorączka powodem zakażenia jest koronawirus – wyjaśnia konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

Według Światowej Organizacji Zdrowia rocznie na świecie odnotowuje 40 mln przypadków krztuśca, z czego około 400 tys. osób umiera. W Polsce rocznie rejestruje się około 2 tys. zakażeń, ale podejrzewa się, że jest ich więcej, bo część nie jest zgłaszana. Wspólnym objawem tej choroby i COVID-19 jest kaszel.

„Kaszel w krztuścu może być bardzo silny, uciążliwy i utrzymywać się nawet przez co najmniej dwa tygodnie. Jeśli chodzi o wirusa SARS-CoV-2, kaszel również może być objawem zwiastunowym, może się utrzymywać i narastać, ale może także powodować duszności. I to powinien być sygnał ostrzegawczy, który należy skonsultować z lekarzem. Ponadto w przypadku zakażenia koronawirusem w większości przypadków występuje gorączka, której nie ma w przypadku krztuśca” – wyjaśnia w informacji przekazanej PAP prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH w Warszawie.

Specjalistka ostrzega, że krztusiec to ostra choroba zakaźna układu oddechowego, nazywana też kokluszem, charakteryzująca się ciężkimi napadami kaszlu. I podobnie jak COVID-19 przenosi się drogą kropelkową.

„Patogen, który ją wywołuje (Bordetella pertussis) wytwarza toksyny, z których najsilniejsza jest tzw. toksyna krztuścowa. Powoduje ona martwicę nabłonka dróg oddechowych, a w konsekwencji wydzielanie i zaleganie gęstego śluzu, co jest przyczyną kaszlu i występowania trudności z oddychaniem z charakterystycznym ‚pianiem’. Nawracający, ostry i ciężki kaszel jest typowy dla dzieci, u dorosłych ma charakter przewlekły i męczący, istnieje więc większe ryzyko przeoczenia lub pomyłki w różnicowaniu jego przyczyn” – tłumaczy konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii.

Podstawą diagnostyki tej choroby jest wywiad lekarski dotyczący objawów choroby oraz to czy pacjent był szczepiony przeciw krztuścowi (jeśli był szczepiony, wskazuje to na inną infekcję). Zachorowania na krztusiec często występują w tzw. ogniskach zakażeń, np. w szkołach.

Specjalistka uważa, że wprawione ucho lekarza może rozpoznać krztusiec po typowym charakterze kaszlu u małych dzieci. U dorosłych może to być trudniejsze i wymaga dodatkowych badań, bo przyczyn przewlekłego kaszlu może być u nich wiele, np. palenie papierosów.

„W postawieniu ostatecznej diagnozy pomaga pozytywny wynik badania PCR, wykonany z wymazu pobranego od pacjenta przez nozdrza z tylnej ściany gardła, gdyż pałeczki krztuśca bytują pomiędzy jamą nosową a gardłem. Można również zastosować inne metody np. wyhodowanie pałeczek krztuśca na określonym podłożu, czy badanie poziomu przeciwciał we krwi” – zwraca uwagę.

W przypadku krztuśca grupami ryzyka są najmłodsze dzieci, które jeszcze nie otrzymały pierwszych dawek szczepionki przeciw krztuścowi, a także nastolatki, kobiety w ciąży oraz osoby dorosłe i starsze, czyli praktycznie wszyscy, bo ta choroba nie patrzy na wiek. Przebycie krztuśca pozostawia kilkuletnią odporność, niemniej zdarzają się powtórne zachorowania.

„Podobnie wygląda sytuacja po szczepieniach – podanie pełnego cyklu, łącznie z dawkami przypominającymi powoduje, że odporność utrzymuje się przez 5–7 lat, a według niektórych doniesień naukowych – do 10 lat. Z tego powodu po 10 latach zalecane jest dla wszystkich szczepienie przypominające” – podkreśla prof. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

W Polsce według Programu Szczepień Ochronnych obowiązuje podanie pełnokomórkowej szczepionki przeciw krztuścowi DTPw w: 2, 3-4, 5-6 miesiącu życia oraz dawki uzupełniającej w 2 roku życia, zazwyczaj w 16-18 miesiącu życia (cykl podstawowy). Dzieciom po ukończeniu 5. roku życia (w wieku 6 lat) podaje się dawkę przypominającą szczepionką acelularną (DTPa). Szczepionkę o obniżonej zawartości antygenów błonicy i krztuśca (dTap) otrzymuje w ramach szczepień obowiązkowych młodzież w 14 roku życia (kolejna dawka przypominająca). Od 2017 r. dodano zalecenie szczepienia przeciw krztuścowi (dTap) osób w 19. roku życia, w miejsce obowiązkowego szczepienia przeciw błonicy i tężcowi.

Kto jeszcze powinien się szczepić? Zdaniem konsultant krajowej w dziedzinie epidemiologii osoby starsze, żeby chronić przed infekcją najmłodsze dzieci, z którymi mają kontakt, a które nie zostały jeszcze zaszczepione. A ponadto kobiety w ciąży, bo nowonarodzone dziecko zyskuje odporność dzięki przeciwciałom wytworzonym w organizmie matki. W celu ustalenia optymalnego terminu takiego szczepienia należy skonsultować się z lekarzem. W przypadku dorosłych są to szczepienia zalecane, a więc odpłatne.

Chorobę tę można leczyć antybiotykami (głównie makrolidami), bo jest to infekcja bakteryjna. „Mimo wyzdrowienia zanikający kaszel może się utrzymywać przez kilka tygodni, a w skrajnych przypadkach nawet przez kilka miesięcy. Osoba przyjmująca antybiotyk makrolidowy po pięciu dniach już nie zakaża innych” – zapewnia specjalistka.

Powikłania krztuśca mogą występować u 6 na 100 chorych i najczęściej dotyczą dzieci, które nie ukończyły 6. miesiąca życia. Najczęstsze powikłania to: zapalenia płuc (najczęstsza przyczyna zgonu u dzieci), a ponadto odma płuca, zapalenie ucha środkowego, głuchota, złamanie żeber, pęknięcie wrodzonego tętniaka, przepuklina, nietrzymanie moczu oraz powikłania neurologiczne – drgawki, obrzęk mózgu, krwawienie wewnątrzczaszkowe itd. „Najlepszą metodą uniknięcia tych ciężkich powikłań jest szczepienie, ponieważ daje odporność indywidualną i populacyjną” – przekonuje prof. Paradowska-Stankiewicz.

Dodaje, że w przypadku koronawirusa SARS-CoV-2 mamy dwa rodzaje profilaktyki – tzw. swoistą i nieswoistą. Na tę pierwszą, najbardziej skuteczną jak szczepienia – musimy jeszcze poczekać, pierwsze mogą się pojawić w I kwartale przyszłego roku. Pozostaje nam więc nieswoista profilaktyka, której podstawą jest zdrowy styl życia, maseczki, dezynfekcja i dystans społeczny.

„Nikt z nas nie miał odporności na koronawirusa, natomiast dzięki szczepieniom prowadzonym od wielu już lat możemy i powinniśmy się szczepić przeciw krztuścowi” – podkreśla konsultant krajowa w dziedzinie epidemiologii. (PAP)

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

Możliwość komentowania Ekspert: krztusiec objawia się kaszlem podobnie jak COVID-19, ale nie powoduje duszności została wyłączona

Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra…

W czasie pandemii wciąż stykamy się z wieloma wyzwaniami, dużo jednak zależy od bycia razem, nawet zdalnie, jeśli fizycznie jesteśmy od siebie daleko. Rozmowa ma moc uzdrawiająca – przekonuje psychiatra dr Tomasz Szafrański.

W czasie pandemii często wymagana jest praca zdalna, jeśli jest oczywiście możliwa; musimy też ograniczać kontakty bezpośrednie z innymi osobami, zarówno znajomymi, jak i najbliższymi krewnymi. Negatywnie wpływa to na nasze samopoczucie i pogarsza zdrowie psychiczne.

Dr Tomasz Szafrański z Wolskiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Warszawie oraz Kliniki Psychiatrii Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego w Warszawie podczas webinarium dla dziennikarzy doradzał, jak sobie radzić w tak trudnej sytuacji.

„Na odczuwanie lęku bardziej narażone są dzieci i osoby starsze, ludzie z chorobami somatycznymi i zaburzeniami psychicznymi, jak również osoby uzależnione od używek, np. od alkoholu. Dotyczy to również osób, które z powodu wykonywanej pracy częściej mają kontakt z ludźmi zakażonymi i chorymi, przede wszystkim pracownicy służby zdrowia, policji i innych służb społecznych” – zwraca uwagę specjalista. Jego zdaniem aż połowa z tych osób doświadcza lęku, depresji i zaburzeń snu.

Jak sobie radzić? Według specjalisty, trzeba postarać się o to, by wzmocnić naszą odporności na nadmierny stres. Picie alkoholu nie jest korzystne, choć jego spożycie się zwiększyło. Lepiej zadbać o stały rytm dobowy, regularne pory kładzenia się spać i wstawania. Poza alkoholem należy unikanie zbyt częstego spożycia kofeiny i innych stymulantów. Należy też ograniczyć narażenie na niebieski światła ekranów w drugiej połowie dnia, choć jest to trudne do spełnienia.

Bardzo ważna jest aktywność fizyczna we wszelkiej postaci. W domu warto się gimnastykować, na przykład codziennie rano przed rozpoczęciem pracy. Do pracy zdalnej trzeba się przygotować, czyli odpowiednio ubrać, nie wolno siedzieć cały dzień w piżamie albo pracować w łóżku. Musi to być inne miejsce, jeśli to możliwe najlepiej w innym pomieszczeniu.

Warto też ćwiczyć na zewnątrz, oczywiście przy zachowaniu dystansu. Trzeba również dbać o dietę, o zbilansowane odżywiania się. Pomocne są techniki relaksacyjne, pomaga na przykład głębokie oddychanie i kontynuowanie tych aktywności, które zawsze lubiliśmy.

„Nie wolno poddawać się negatywnym myślom, szczególnie takim, że czeka nas katastrofa. Należy też stronić od myślenia o tym, co będzie, lepiej się skupić na wykonywanej czynności. Każdego dnia warto poszukiwać jakiegoś nowego pomysłu i zastanawiać się, jak go wykorzystać. Najlepiej wyznaczać sobie małe cele do osiągnięcia. A także ćwiczyć pozytywne myślenia, że uda się nam przez to wszystko przejść. Pomocne jest zapisywanie pozytywnych wydarzeń w minionym tygodniu lub takich, za które możemy być wdzięczni” – sugeruje dr Tomasz Szafrański.

Uważa, że dobrze jest ograniczyć dopływ informacji na temat pandemii. To pomaga – przekonuje. I apeluje, by nie zaglądać ciągle do internetu i telewizji – lepiej jest robić to tylko raz dziennie. Im więcej informacji o tym ilu jest chorych i zgonów oraz ile pozostało jeszcze wolnych respiratorów, tym bardziej narażamy się na przeżywanie lęku – wskazuje.

Mimo oddalenia bardzo ważne jest wirtualne bycie razem. Na odległość można razem wykonywać wiele czynności. Przed ekranem komputera można na przykład razem ćwiczyć, rozmawiać, odbywać praktyki religijne i utrzymywać kontakt z osobami bliskimi.

„Trzeba przede wszystkim rozmawiać o tym, co się dzieje, jak się czujemy, bo nie należy wstydzić się mówić o tym, co przeżywam, nawet z przełożonymi. Z dziećmi należy rozmawiać o tym, czy coś je niepokoi. Jeśli tak, to należy je uspokoić, że przeżywanie lęku jest czymś naturalnym. Pamiętajmy, rozmowa jest uzdrawiająca” – przekonuje dr Tomasz Szafrański.

Niepokojące jest nadmierne zamartwianie się, ciągłe czuwanie oraz takie objawy somatyczne jak kołatanie serca i drżenie rąk. Sygnałem wypalenia psychicznego jest nadmierny smutek, przygnębienie i zobojętnieniu, apatia, łatwe irytowanie się, wpadanie we frustracje oraz obwinianie innych osób, a także zaniedbywanie higieny i wyglądu.

Kiedy warto zwrócić się po pomoc do psychiatry? Głównie wtedy, gdy wszystkim te objawy się nasilą i upośledzają nasze codzienne funkcjonowanie. Niepokojące są wszelkie myśli rezygnacyjne, szczególnie takie, że nie warto żyć. Wtedy trzeba skonsultować z lekarzem.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

 

Możliwość komentowania Ekspert: w czasie pandemii dużo zależy od bycia razem, nawet jeśli jesteśmy od siebie daleko została wyłączona

Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie. W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej…

Wśród ludzi młodych niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu – alarmują eksperci w ramach ogólnopolskiej kampanii #MłodziPoUdarze. Chorują nawet trzydziesto- i dwudziestolatkowie.

W Polsce udary zajmują trzecie miejsce pod względem ogólnej śmiertelności oraz stanowią pierwszą przyczynę trwałej niepełnosprawności wśród osób po 40. roku życia. Coraz częściej występują jednak również u osób młodych, u trzydziesto-, a nawet dwudziestolatków.

Eksperci w ramach kampanii edukacyjnej #MłodziPoUdarze realizowanej przez Stowarzyszenie Udarowcy – Liczy się Wsparcie zwracają uwagę, że nigdy nie należy bagatelizować objawów udaru mózgu, nawet u osób młodych. Szybkie rozpoznanie udaru i wezwanie pomocy decyduje o powodzeniu leczenia, co ma szczególne znacznie u ludzi młodych.

Z danych przedstawionych w ramach kampanii wynika, że błyskawiczna pomoc i leczenie w specjalistycznej placówce aż czterokrotnie zwiększa szanse pacjenta na przeżycie udaru mózgu i późniejsze normalne funkcjonowanie. W takich placówkach chory powinien mieć zapewnioną kompleksową opiekę medyczną realizowaną przez zespół neurologów, fizjoterapeutów, pielęgniarki oraz logopedów.

„Każdy z nas powinien umieć rozpoznać podstawowe objawy udaru, a także wiedzieć, jak zareagować, jeśli zaobserwujemy takie objawy u siebie lub u swoich bliskich” – przekonuje w informacji przesłanej PAP prof. Mariusz Baumgart z Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy.

Objawy udaru można zapamiętać wykorzystując chociażby akronim słowa UDAR: U – utrudniona mowa, D – dłoń/ręka opadająca, A – asymetria ust, R – reaguj natychmiast! Dzwoń pod 999 lub 112.

Prezes-elekt Polskiego Towarzystwa Neurologicznego prof. Konrad Rejdaka wyjaśniał podczas webinarium dla dziennikarzy, że udar mózgu to ogniskowe uszkodzenie mózgu, wywołane zatkaniem światła naczyń lub ich pęknięciem, którego skutkiem jest nagły deficyt neurologiczny. Skutkiem tego mogą być niedowłady prawej lub lewej strony ciała, a nawet porażenie, jak również zaburzenie mowy, utrata zdolności wypowiadania sensownych treści, jak też ich rozumienia. Zdarzają się zaburzenia przytomności, gdy dojdzie np. do uszkodzenia pnia mózgu, albo naprzemienne niedowłady prawej i lewej strony ciała.

Według organizatorów kampanii #MłodziPoUdarze szybkość rozpoznania pierwszych objawów i natychmiastowe udzielenie pomocy medycznej, może znacząco ograniczyć uszkodzenia układu nerwowego i zakres niepełnosprawności dotkniętych udarem mózgu osób.

Ważne jest też wczesne wdrożenie fizjoterapii po udarze, jeszcze w szpitalu, kiedy tylko jest to już możliwe. Rehabilitacja zwiększa szanse odzyskania sprawności i powrotu do aktywnego życia zawodowego i społecznego.

Udarom mózgu można też zapobiegać. Trzeba przede wszystkim leczyć nadciśnienie tętnicze krwi, zaburzenia rytmu serca, zmniejszyć spożycie alkoholu i pozbyć się nałogu palenia tytoniu. Są to najczęściej występujące czynniki ryzyka udaru, ale też innych chorób sercowo-naczyniowych, zwiększających ryzyko zachorowania na udar mózgu, takich jak zawały serca.

„Wiele zależy od nas samych. Prawie 90 proc. wszystkich czynników ryzyka jest modyfikowalnych, czyli takich, na którą mamy realny wpływ. Właściwy styl życia, który niweluje ryzyko udaru mózgu w dużej mierze bazuje na prawidłowej diecie, aktywności fizycznej, zaniechaniu używek, a także regularnym wysypianiu się” – przekonuje Prezes Stowarzyszenia Udarowcy – Liczy się Wsparcie dr Sebastian Szyper.

Specjalista podkreśla, że wzrost liczby udarów mózgu wśród ludzi młodych jest szczególnie niepokojący. „W dobie pandemii niezwykle ważne jest, aby szukać zarówno szybkiej pomocy lekarskiej jak i dostępu do wczesnej rehabilitacji po udarze mózgu” – dodaje dr Sebastian Szyper.

Do udaru mózgu co roku dochodzi u prawie 90 tys. Polaków, spośród których 30 tys. umiera w ciągu pierwszego miesiąca od zachorowania, z kolei pacjenci, którzy przeżyli są często niepełnosprawni. 85 proc. wszystkich udarów mózgu stanowią udary niedokrwienne, spowodowane ostrym zamknięciem lub krytycznym zwężeniem tętnicy wewnątrzczaszkowej lub domózgowej.

PAP – Nauka w Polsce, Zbigniew Wojtasiński

źródło:

www.naukawpolsce.pap.pl

2 komentarze do Eksperci: niepokojąco wzrasta liczba udarów mózgu wśród osób młodych

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content