Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: Układ Słoneczny

Uwaga: Spadające gwiazdy! Rój meteorów Perseidy

Przez najbliższych kilkanaście godzin Ziemia będzie nieustannie bombardowana przez rój meteorów – Perseid. Na nocnym niebie można będzie wtedy zaobserwować nawet kilkaset „błysków” na godzinę.

Przez najbliższych kilkanaście godzin Ziemia będzie nieustannie bombardowana przez rój meteorów – Perseid. Na nocnym niebie można będzie wtedy zaobserwować nawet kilkaset „błysków” na godzinę. Szczyt zjawiska widoczny bedzie we środę 12.08.2020!

4 komentarze do Uwaga: Spadające gwiazdy! Rój meteorów Perseidy

Co by się stało…

…gdyby uderzyła w nas asteroida albo kometa? Właśnie jedna z nich przelatuje rekordowo blisko Ziemi. Za pomocą prostych symulatorów (linki w tekście) można sobie wyobrazić rozmiar kataklizmu.

…gdyby uderzyła w nas asteroida albo kometa? Dzisiaj blisko Ziemi przeleci ich pięć! Jedna będzie miała średnicę kilku kilometrów. Skutki kolizji zależą od wielu czynników, w tym od struktury obiektu, jego wielkości, energii ale także kąta pod jakim obiekt wszedłby w ziemską atmosferę. Za pomocą prostych symulatorów można sobie wyobrazić rozmiar kataklizmu.

Co nam może grozić?

Obiekt (52768) 1998 OR2 to planetoida (asteroida), a największe jego zbliżenie z Ziemią nastąpi o 11:56 czasu polskiego. Wiadomo o jego istnieniu od 1998 roku, a jego wielkość (średnica) jest szacowana na od 1,8 do 4,1 km. Nie ma ryzyka, że asteroida uderzy w Ziemię, bo przeleci w odległości około 6 milionów kilometrów, czyli 16,36 razy dalej niż Księżyc. Ale dzisiejszego dnia przeleciały obok nas już dwa inne obiekty, z których jeden w odległości zaledwie 600 tysięcy kilometrów. Ten obiekt został odkryty zaledwie kilka tygodni temu, a jego średnica wynosi kilkanaście metrów. Jego zbliżenie nastąpiło około 3 nad ranem. Oprócz wspomnianej kilkukilometrowej asteroidy która zbliży się do nas niemal w południe, obok Ziemi przelecą jeszcze dwie, kilka minut przed godziną 14  i druga o 14:23. Obydwie miną planetę w odległościach około 4 milionów kilometrów. Pierwsza z nich ma średnicę kilkunastu, a druga kilkudziesięciu metrów.

Tylko ta największa – z dzisiejszych –  asteroida została zauważona wcześniej, pozostałe cztery zostały odkryte dopiero kilka tygodni temu. Na całym świecie funkcjonują teleskopy, które wypatrują obiektów, które mogą zagrozić Ziemi. Wspaniałą pracę robią tutaj także astronomowie amatorzy, którzy analizują zdjęcia zrobione przez „zawodowe” teleskopy. Jednakże te mniejsze obiekty bardzo trudno zobaczyć i często odkrywa się je w ostatniej chwili. Zresztą, czas odkrycia nie ma specjalnego znaczenia, bo i tak nie mamy technologii, która mogłaby nas uchronić przez kolizją z kosmiczną skałą.

Jak – w zależności od wielkości obiektu – wyglądają skutki zderzenia asteroidy z Ziemią? Gdyby asteroida miała średnicę do 25 metrów, takie obiekty uderzają w Ziemię średnio raz na 150 lat, najprawdopodobniej w całości spaliłaby się w ziemskiej atmosferze. Zagrożenie związane z takim „spotkaniem” byłoby zerowe. Meteor czelabiński, który wszedł w ziemską atmosferę 15 lutego 2013 roku miał nie więcej niż 20 metrów średnicy. W wyższych warstwach atmosfery obiekt rozpadł się na drobne kawałki i większość z nich wyparowała w drodze do powierzchni Ziemi. Te nieliczne, które „przetrwały” lekko uszkodziła kilka tysięcy budynków (w dość ciasno zabudowanym mieście) i spowodowały niewielkie obrażenia około tysiąca osób. W przeważającej większości, chodziło o rany spowodowane odłamkami szkła. Straty zostały spowodowane przez falę uderzeniową, a nie odłamki meteorytu.Tak duży obiekt jak meteor czelabiński ostatni raz wszedł w ziemską atmosferę w 1908 roku, czego skutkiem była katastrofa tunguska.

A co z większymi obiektami?

obiekt czas skutki
do 50 m co 1500 lat zniszczenia obejmują średniej wielkości miasto, pojawiają się pożary i fale tsunami
do 150 m co 20 000 lat zniszczenia obejmują kilkaset kilometrów kwadratowych
do 300 m co 100 000 lat totalne zniszczenia w promieniu 100 km, szkody w promieniu kilkuset kilometrów
do 600 m co 200 000 lat tsunami na całej planecie, zniszczenia obszaru porównywalnego z Polską
do 1000 m co 1 000 000 lat poważne zmiany klimatyczne odczuwalne na całej planecie, zniszczony obszar porównywalny z całą Europą
do 5000 m co 20 000 000 lat globalne zniszczenie, pyły powstałe w wyniku kolizji zasłaniają Słońce, wieloletnia zima na całej planecie
powyżej 10 000 m co 100 000 000 lat po nas…

W Układzie Słonecznym znajdują się miliony, miliardy obiektów, które potencjalnie mogłyby nam zagrozić. Grawitacyjną ochronę nad naszą małą planetą sprawuje jednak Słońce i dwa gazowe giganty, czyli Jowisz i Saturn. To one ściągają na siebie przeważającą większość obiektów, które mogłyby uderzyć w Ziemię. Warto także zdawać sobie sprawę z tego, że odległości w kosmosie są… prawdziwie kosmiczne. Nawet jeżeli mówimy o tak bliskim przelocie jak ten aktualny.

Dane w powyższej tabelce są mocno przybliżone, oddają jednak skalę zagrożenia. Dla osób bardziej zainteresowanych polecam dwa symulatory/kalkulatory, dzięki którym można policzyć i zobaczyć zagrożony przez kosmiczny obiekt obszar.

– Pierwszy symulator jest dla mniej zaawansowanych:

uderzenie

– Drugi dla osób, które nieco bardziej chcą się zagłębić w problem:

uderzenie2

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

4 komentarze do Co by się stało…

Polecimy na Trytona?

Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA zaproponowała przeprowadzenie misji na Trytona, największy księżyc Naptuna. Na tym globie, pod grubą warstwą lodu, mogą znajdować się wodne oceany a w nich życie.

Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA zaproponowała przeprowadzenie misji na Trytona, największy księżyc Naptuna. Na tym globie, pod grubą warstwą lodu, mogą znajdować się wodne oceany a w nich życie.

Tryton jest jednym z najmniej zbadanych globów Układu Słonecznego. W zasadzie mamy jego zdjęcia tylko dzięki misji Voyager2. Widać na nich lodowy świat, który jest… aktywny geologicznie. Sonda odkryła bowiem, że na księżycu funkcjonują kriowulkany (lodowe gejzery). Zdjęcia o których mowa zostały jednak zrobione 30 lat temu (w 1989 roku) przez urządzenie zaprojektowane i wybudowane prawie 50 lat temu. Najwyższy więc czas na zaktualizowanie danych, które mamy.

Kilka dni temu przedstawiciele NASA, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, zaproponowali wysłanie na Trytona niewielkiej (i co podkreślano – taniej) sondy, która zbadałaby niektóre parametry księżyca. Wśród nich możliwość istnienia na Trytonie (a w zasadzie pod jego powierzchnią) prostego, bakteryjnego życia.

Z powodu zestalonego azotu i dwutlenku węgla, Tryton jest bardzo jasny (odbija bardzo dużo światła słonecznego) i… wygląda jak melon. Przynajmniej na niektórych obszarach. Oprócz nich, powierzchnia księżyca poprzecinana jest głębokimi i długimi na setki kilometrów bruzdami. Księżyc jest aktywny geologicznie (a to w Układzie Słonecznym ewenement) i to właśnie z powodu tej aktywności powstają wspomniane bruzdy. A także lodowe wulkany. Tryton jest największym księżycem Neptuna, ale licząc od powierzchni planety, jest dopiero ósmy w kolejności. Co ciekawe, jest jedynym – z tych dużych – księżycem w naszym układzie, który porusza się ruchem wstecznym. Innymi słowy, obraca się w przeciwnym kierunku do kierunku obrotu planety. To znaczy, że Tryton nie powstawał razem z Neptunem, tylko został przez niego grawitacyjnie przechwycony później. Nie dość, że Tryton nie powstał razem ze swoją planetą, najpewniej, Neptun go „przeżyje”. Tryton powoli zbliża się do powierzchni planety i za od 1,5 do 3,5 mld lat zderzy się z nią. Księżyc w 25 proc. składa się z wody, a w pozostałych 75 proc. z materiału skalnego. W chwili zderzenia rozsypie się jak potłuczona szyba na wiele małych kawałków, tworząc wokół Neptuna pierścienie podobne do tych, które posiada np. Saturn.

 

Tryton jest jednym z najzimniejszych miejsc Układu Słonecznego. Co do wielkości, w zasadzie nie różni się od Plutona i jest tylko trochę mniejszy od naszego Księżyca. Wokół Neptuna porusza się w podobnej odległości co Księżyc od Ziemi. Ze zdjęć wykonanych przez sondę Voyager2 wynika, że pióropusze lodowych kawałków, płynnego azotu i metanu wyrzucane są na wysokość nawet 8 km ponad powierzchnię księżyca. Z tych lodowych erupcji pochodzą także gazy (metan, amoniak i dwutlenek węgla), które tworzą bardzo rzadką atmosferę. Jej skład bardzo różni się w zależności od pory roku. A te na Trytonie zmieniają się jednak dość rzadko, bo co kilkadziesiąt ziemskich lat.

Brak komentarzy do Polecimy na Trytona?

Chiny na Marsie, Mars w Chinach

Cóż tam, panie, w polityce? Chińczyki trzymają się mocno!? Oj mocno.
I to nie tylko w polityce, ale także w nauce. Chiny właśnie otwarły zaawansowany ośrodek w który będą symulowali warunki marsjańskie, kilka tygodni temu chiński lądownik Cheng4 wylądował na „odwrotnej” stronie Księżyca, a to dopiero początek!

W chińskim mieście Mang, położonym tuż przy granicy z Birmą, powstała bardzo zaawansowana makieta marsjańskiego miasta (bazy). W zasadzie tak zaawansowanej bazy nie ma chyba nigdzie indziej. Celem budowy tego ośrodka jest z jednej strony przyciągnięcie turystów i edukacja, z drugiej ćwiczenie ekspertów i symulowanie tego co czeka nas na czerwonej Planecie. W ośrodku będą także prowadzone badania naukowe, w tym badania człowieka. Równocześnie może w nim pracować około 60 osób.

Ośrodek otwarto w zeszły piątek, a koszt jego budowy wyniósł prawie 25 milionów dolarów. Pieniądze nie pochodziły jednak z kasy państwa. Wyłożył je prywatny donator.

Miejsce w którym ośrodek powstał, jego otoczenie, przypomina to czego można się będzie spodziewać na Marsie. Sucha, piaszczysto-kamienista okolica ułatwi prowadzenie treningów i urealni symulacje. Oczywiście na powierzchni Marsa będzie znacznie, znacznie trudniej, z powodu bardzo rzadkiej atmosfery, niskiego ciśnienia i nieporównywalnie większej amplitudy temperatury. I być może najważniejsze. na Marsie panuje wysoki poziom promieniowania kosmicznego, przed którym, na Ziemi chroni nas atmosfera i pole magnetyczne planety. Te różnice nie zmieniają jednak tego, że zdobycie Marsa przez człowieka musi być poprzedzone budowaniem ośrodków szkoleniowych i baz na Ziemi. Jest jeszcze jeden cel ich budowy. Takie miejsca inspirują młodych ludzi. A to bardzo ważne przy budowaniu planu podboju kosmosu. Te inspiracje u niektórych zostaną wykorzystane i rozwinięte w życiu zawodowym, a u innych przekonają że rozwój nauki i technologii ma ogromny sens.

Odwrócona strona Księżyca. Zdjęcie zrobione z pokładu lądownika Cheng4. Widać na nim łazik Yutu-2 zmierzający w kierunku krateru Aitken.

Kto pierwszy będzie na Marsie? Amerykanin? Chińczyk? A może zostanie zorganizowana wspólna misja? W to ostatnie najtrudniej mi uwierzyć. Chiński program kosmiczny rozwija się w zawrotnym tempie. Sukces goni sukces. Żeby to zrozumieć, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że pierwszy Chińczyk znalazł się na orbicie dopiero w 2003 roku, 42 lata później niż pierwszy Rosjanin (Gagarin) i pierwszy Amerykanin (Shepard). Dzisiaj, Chiny dawno wyprzedziły Rosję i gonią Amerykę. Kilka tygodni temu, chiński lądownik Cheng4, wylądował na „odwrotnej” stronie Księżyca. W miejscu w którym wcześniej nikt nie lądował. To nie był błachy sukces. Odwrócona od Ziemi strona Księżyca jest jedynym miejscem w całym Układzie Słonecznym (a może i całym kosmosie), do którego nigdy bezpośrednio nie dotrą fale radiowe z Ziemi. A to oznacza, że komunikacja z Cheng4 musiała się odbywać za pomocą satelitów pośredniczących.

To lądowanie pokazuje, że dzisiaj Chińczyków stać już na oryginalność. Nie budują swojego programu kosmicznego na wzór i podobieństwo innych (choć na początku ich rozbiegu tak właśnie było). To jasne jak Słońce, że chcąc lądować na obcych globach, trzeba to poćwiczyć na naszym Księżycu. Jest najbliżej, więc jest oczywistym poligonem testowym. W kierunku Księżyca swoje sondy wysyłali Amerykanie, Rosjanie, ale także Chińczycy, Japończycy, Irańczycy, a w przyszłym miesiącu ma tam lecieć sonda izraelska. Na powierzchni globu lądowali Amerykanie i Rosjanie (Japończycy i Irańczycy swoje sondy rozbijali o powierzchnię Księżyca). Wszyscy jednak wybierali widoczną stronę naszego satelity. Choć nie wszystkie jej kawałki zostały zbadane, generalnie jest ona bardzo dobrze poznana. Chińczycy swoje pierwsze lądowanie także odbyli po widocznej stronie Księżyca, ale kolejne, to sprzed kilku tygodni, postanowili zrobić po stronie niewidocznej. Amerykanie czy Rosjanie lądowali na Srebrnym Globie wielokrotnie. Chińczycy teraz zrobili to po raz drugi. I podnieśli sobie poprzeczkę lądując tam, gdzie nikt inny nie wylądował. Samo lądowanie to jedno, ale misja ma bardzo ciekawy i oryginalny program naukowy. Łącznie z testowaniem czy na Księżycu mogłyby się rozwijać rośliny i zwierzęta.

Tamta strona Księżyca jest wciąż zagadką i choć sam satelita jest blisko Ziemi a jego zdjęcia (a więc i mapy) są bardzo wysokiej jakości, odwrócona strona Księżyca jest niezbadana. Biorąc pod uwagę, że jest inna niż ta strona którą widzimy, w pewnym sensie, Chińczycy wylądowali na zupełnie innym globie.

Co teraz? Jeszcze w tym roku na Księżyc poleci kolejna sonda, której celem będzie przywiezienie księżycowych próbek. W kolejnym roku zaplanowane jest lądowanie na Marsie. Z kolei za 2,5 roku, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, na orbitę zostaną wyniesione i złożone elementy chińskiej stacji orbitalnej Tiangong. Stacji, która będzie miała stałą załogę.

Program kosmiczny Chin to typowy przykład syndromu młodszego brata. Młodsze rodzeństwo rozwija się szybciej i często dochodzi dalej, bo przyglądając się starszemu, nie popełnia błędów i korzysta z doświadczeń. Ma też większy rozmach i stać je na większą fantazję i oryginalność. Zdarza się, że takie podejście pozwala młodszemu prześcignąć starszego. Mimo tego, że ten starszy ma większe doświadczenie.

Brak komentarzy do Chiny na Marsie, Mars w Chinach

Ile mamy planet?

Odpowiedź na pytanie o to ile mamy planet w Układzie Słonecznym, wcale nie jest prosta. Wydaje się, że 9. Z tym, że o tej ostatniej wiemy z matematycznych wyliczeń a nie z obserwacji.

W 2006 roku, Międzynarodowa Unia Astronomiczna, pozbawiła Plutona miana planety. W sumie, tak na chłodno, bez emocji, należało mu się. Jest inny niż wszystkie pozostałe. Na tyle inny, że są uzasadnione podejrzenia, że nie powstawał razem z resztą, że ma inna historię i przybył do nas „z zewnątrz”. 
I gdy już się wydawało, że wszystko jest jasne, kilka lat temu, odżyła stara koncepcja, która mówi, że na obrzeżach Układu jest dziewiąta planeta. Nikt jej nie widział, ale gdyby rzeczywiście tam była, tłumaczyłoby to „dynamikę Układu Słonecznego”. O co chodzi?
Obiektem, który rozdaje grawitacyjne karty u nas w Układzie jest Słońce. Jego masa wynosi ponad 99 proc. masy całego Układu. Od masy zależy siła grawitacji, więc nie dziwota, że grawitacja słoneczna kształtuje wszystko co dzieje się na naszym podwórku. No prawi wszystko. Bo gdyby dokładnie się przyjrzeć, szczególnie gdy patrzymy na obszary oddalone od Słońca, widać wyraźnie że na ruch obiektów (szczególnie tych małych) wpływ mają także pola grawitacyjne innych planet. Szczególnie Jowisza i Saturna. Gdy przyglądamy się jeszcze bliżej… coś nam się nie zgadza. Bo albo czegoś nie rozumiemy z lekcji grawitacji, albo daleko, na obrzeżach Układy znajduje się jeszcze jeden, dość masywny obiekt. Jest tak daleko, że nieprędko go zobaczymy, ale czujemy jego obecność. A właściwie widzimy efekty tej obecności w ruchach niewielkich obiektów na dalekich orbitach.
Teraz okazuje się, że z wyliczeń jakie przeprowadzili naukowcy z California Institute of Technology (Caltech) wynika, że jeżeli ta planeta rzeczywiście istnieje, jej masa może wynosić około 5 razy więcej niż masa Ziemi. To oczywiście znacznie, znacznie mniej niż wynosi masa Jowisza czy Saturna, ale więcej niż zsumowana masa Merkurego, Wenus, Ziemii i Marsa. Z tych samych wyliczeń wynika, że odległość Dziewiątej Planety od Słońca jest kilkaset razy większa niż odległość Ziemi od Słońca (dla porównania, dla Jowisza to 5x większa odległość, dla Saturna 10x większa).
 
Podobno to co najciekawsze w Układzie Słonecznym, jeszcze nie zostało odkryte. Peryferia, zawsze skrywają najwięcej tajemnic. Peryferia świata w którym żyjemy są zimne, mroczne i tak odległe, że w zasadzie długo jeszcze będą niedostępne. Przynajmniej dla naszych oczu. Całe szczęście matematyka może sięgać, gdzie wzrok nie sięga.
6 komentarzy do Ile mamy planet?

Co gdzie pada? Diamenty na Uranie!

U nas słowo deszcz, albo śnieg kojarzy się z wodą, bo w zasadzie tylko woda spada na naszą głowę. Na innych planetach i księżycach z nieba spada kwas siarkowy, metan, krople żelaza, ciekłe szkło, a nawet diamenty.

U nas słowo deszcz, albo śnieg kojarzy się z wodą, bo w zasadzie tylko woda spada na naszą głowę. W rzeczywistości sprawa jest bardziej złożona bo woda wodzie nierówna. Mamy grad, mamy śnieg, mamy szadź, szron, krupy no i kropelki ciekłej wody. To jednak tylko różne fizyczne postaci wody, z chemicznego punktu widzenia woda to woda. H2O. A co spada na powierzchnię innych globów? Na razie nie znaleźliśmy planety czy księżyca, na których byłyby wodne deszcze czy wodny śnieg. Ale to wcale nie znaczy, że poza Ziemia nie pada. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy spojrzeć na naszą siostrzaną planetę Wenus na której z chmur pada kwas siarkowy 1.

Chmury

No właśnie. Z chmur. Po to żeby cokolwiek padało na powierzchnię globu, muszą być spełnione pewne warunki. Po pierwsze na takim globie musi istnieć atmosfera. A w niej chmury. W zależności od tego z czego te chmury się składają, jaki jest skład całej atmosfery, jakie panuje w niej ciśnienie oraz temperatura, mogą powstawać deszcze np. kwasu siarkowego. Tutaj warto zwrócić uwagę na pewien wyjątek. Gdy jakiś glob jest aktywny geologicznie czy sejsmicznie i występują na nim wulkany albo gejzery, możliwa jest sytuacja w której na niewielką powierzchnię tego globu, mimo braku atmosfery, pada to, co wyrzuciły gejzery. Tak jest np. na jednym z księżyców Saturna, Enceladusie 2. Na jego powierzchni wybuchają lodowe gejzery. Ale nie takie jak te ziemskie, z których na wysokość najwyżej kilkudziesięciu metrów strzela gorąca woda. W przypadku Enceladusa w przestrzeń – księżyc nie ma atmosfery – wylatują kryształki lodu. Tylko bardzo niewielka ich część opada na powierzchnię księżyca, większość zasila pierścienie Saturna. Konkretnie pierścień E Saturna. W dłuższej perspektywie, rzędu tysięcy lat, materiał wyrzucany przez Enceladusa opada na powierzchnię samego Saturna. Gejzery wyrzucają maleńkie kryształki lodu z prędkością ponad 1400 km/h na wysokość 1500 kilometrów nad powierzchnię księżyca.

Kwas na Wenus

A wracając do Wenus. Większość informacji o ukształtowaniu powierzchni Wenus czerpiemy ze zdjęć radarowych. Atmosfera Wenus jest prawie 100 razy cięższa niż ziemska, mimo że Ziemia i Wenus to planety o bardzo podobnej wielkości. Ciśnienie przy powierzchni planety jest ponad 90 razy wyższe niż ciśnienie przy powierzchni ziemi 3. Co ciekawe, uważa się, że kiedyś atmosfery ziemi i Wenus były do siebie bardzo podobne, a na powierzchni Wenus była ciekła woda 4. Z jakiegoś jednak powodu tam rozpoczął się galopujący efekt cieplarniany. Dzisiaj przy powierzchni planety panuje temperatura 460 st C, a atmosfera to głównie dwutlenek węgla i trochę azotu. Grube chmury, zakrywają Wenus tak szczelnie, że do jej powierzchni trafia zaledwie 1proc. światła słonecznego które pada na planetę. Te chmury zbudowane są z dwutlenku siarki. W wensujańskiej atmosferze zdarzają się burze a nawet wyładowania atmosferyczne. Wydaje się, że nawet jeżeli coś pada z tych chmur, nie dolatuje do powierzchni planety. Wyjątkiem są szczyty pasm górskich, gdzie panuje niższa temperatura 1.  Sonda Magellan wykryła na szczytach górskich jakąś odbijającą światło substancję. Coś, co na ziemi bez wątpienia byłoby śniegiem. Biorąc pod uwagę skomplikowaną chemię wenusjańskiej atmosfery nie ma pewności czy tym czymś jest siarczek ołowiu, metaliczny tellur czy właśnie kwas siarkowy.

Metan i diamenty

Na Wenus panuje prawdziwe gorące piekło, z kolei zimne piekło panuje na Tytanie, jednym z księżyców Saturna. To jedyny księżyc w naszym układzie planetarnym, który ma gęstą atmosferę. Ta atmosfera jest zresztą gęstsza od atmosfery ziemskiej. Jest jeszcze coś. Tytan jest jedynym nam znanym globem, na którym jest znajdują się zbiorniki ciekłej substancji 5. Tą substancją jest metan. Atmosfera Tytana składa się z azotu z niewielką ilością argonu, metanu, etanu i acetylenu . Ta niewielka ilość jednak wystarczy, by z gęstych chmur padał ciekły metan i etan. Na zdjęciach z powierzchni księżyca widać rzeki i kanały, widać dopływy do jezior a nawet delty rzek. Największy znany zbiornik Kraken Mare ma wielkość Morza Kaspijskiego. Tytan jest znacznie mniejszy od Ziemi i tylko trochę większy od naszego Księżyca, a to znaczy, że w skali globu Kraken Mare jest prawdziwym oceanem. Na powierzchni którego widać zresztą wyspy i całe atole. Gdyby na powierzchni księżyca był tlen, cały glob wyleciałby w powietrze… Tlenu tam jednak nie ma.

Obserwowanie opadów na Tytanie jest dość skomplikowane, bo najpewniej pojawiają się one sezonowo a pory roku zmieniają się tam co wiele ziemskich lat.  Jeszcze trudniejsza jest jednak obserwacja tego co dzieje się w atmosferze Naptuna. To gazowy olbrzym, o którego twardej powierzchni trudno nawet spekulować. Na Neptunie chmury zbudowane są w zależności od wysokości i ciśnienia z amoniaku, siarkowodoru, wodorosiarczku amonu, siarkowodoru i wody 6. Bardzo skomplikowana fizyka i chemia jaka stoi za procesami które dzieją się w grubych atmosferach gazowych olbrzymów takich jak Neptun, Saturn, Jowisz czy Uran nie jest jeszcze zrozumiała, ale przypuszcza się, że wchodząc coraz głębiej w atmosferę Neptuna temperatura wzrasta do bardzo wysokich wartości liczonych w tysiącach stopni. Przypuszcza się, że na głębokości kilku tysięcy kilometrów, w głąb atmosfery Neptuna wysokie ciśnienie i temperatura powodują rozkład metanu w wyniku którego powstają kryształy węgla, czyli diamenty7 . Te diamenty – zdaniem naukowców – opadają w kierunku twardego jądra planety tak jak kryształy wody, opadają na powierzchnię Ziemi jako śnieg.

Jeszcze głębiej atmosfery Neptuna jest woda jonowa, która jeszcze głębiej staje się przewodnikiem superjonowym i skrystalizowany tlen.  A wracając do deszczy diamentów, te mogą występować nie tylko w supergęstej atmosferze Neptuna ale także na Uranie. Atmosfery tych dwóch gigantów muszą się jednak od siebie różnić składem, bo choć w obydwu znajduje się sporo metanu, Neptun jest niebieski, a Uran ma kolor cyjanu.

Szkło i żelazo

I jeszcze dwie planety pozasłoneczne na koniec. Ich bezpośrednia obserwacja jest ekstremalnie trudna. Owszem możemy zarejestrować ich istnienie, masę, okres obiegu wokół swoich gwiazd i odległość od tych gwiazd. Z tych informacji można wyciągać pewne wnioski na temat warunków jakie panują na tych planetach. W przypadku niektórych planet udaje się o nich powiedzieć nieco więcej. Jedną z takich planet jest HD 189733 b, która znajdującej się w odległości około 60 lat świetlnych od Ziemi8. Obserwując spolaryzowane światło rozpraszane przez atmosferę tej planety odkryto w niej metan, dwutlenek węgla i krzem. Wiatr na powierzchni planety wieje z prędkością kilkukrotnie większą, niż prędkość dźwięku. Zdaniem naukowców z NASA na tej planecie padają deszcze płynnego krzemu, czyli w pewnym przybliżeniu deszcze roztopionego szkła9. I druga planeta OGLE-TR-56b odkryta zresztą przez Polaka Macieja Konackiego10. Planeta krąży wokół swojej gwiazdy w odległości 17 krotnie mniejszej niż odległość Merkurego od Słońca. Jest bez wątpienia gazowym olbrzymem, dużo większym od Jowisza. Została odkryta metodą tranzytu. Nie ma na to żadnych dowodów, ale naukowcy spekulują, że na planecie padają deszcze płynnego żelaza11.

Patrząc na to wszystko, żelazo, metan, kwas siarkowy, jakoś przestaje mi przeszkadzać wodny deszcz. Nawet jak leje kilka dni z rzędu 😉

 

źródła:

  1. phys.org/news/2016-12-weather-venus.html
  2. www.space.com/32844-saturn-moon-enceladus-surprising-plumbing-mystery.html
  3. hyperphysics.phy-astr.gsu.edu/hbase/Solar/venusenv.html
  4. www.universetoday.com/22551/venus-compared-to-earth/
  5. www.nasa.gov/feature/jpl/cassini-explores-a-methane-sea-on-titan
  6. https://www.space.com/18922-neptune-atmosphere.html
  7. https://www.sciencealert.com/scientists-recreate-the-diamond-rains-of-neptune-and-uranus-in-the-lab
  8. https://en.wikipedia.org/wiki/HD_189733_b
  9. https://www.nasa.gov/image-feature/rains-of-terror-on-exoplanet-hd-189733b
  10. https://en.wikipedia.org/wiki/OGLE-TR-56b
  11. https://www.astrobio.net/meteoritescomets-and-asteroids/new-world-of-iron-rain/

 

1 komentarz do Co gdzie pada? Diamenty na Uranie!

Fizyk który nie znał granic

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

A granice, akurat Hawking powinien znać doskonale. Od wczesnej młodości cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne. Choroba doprowadziła go do stanu, w którym w żadnym aspekcie życia nie był samodzielny. W żadnym, z wyjątkiem myślenia. I tutaj znowu wracamy do braku granic. Stephen Hawking był matematykiem i fizykiem teoretykiem. Zajmował się tematami tak abstrakcyjnymi, że nawet dla kolegów po fachu jego prace były niezwykle skomplikowane. Przez 40 lat swojej naukowej kariery opracował hipotezę parowania czarnych dziur, zajmował się grawitacją kwantową i opracował twierdzenie dotyczące osobliwości. Czyli takich obszarów, miejsc w których przyspieszenie grawitacyjne, albo gęstość materii mają nieskończoną wartość. W osobliwości mają nie działać prawa przyrody które znamy z naszego nie-osobliwego otoczenia.

Jak wszyscy mylił się i błądził. Wielu z tych rzeczy którymi się zajmował, nie potwierdziło się eksperymentalnie. Ale tak właśnie działa nauka. Teoretycy szukają, fizycy eksperymentalni, próbują podważyć. Zresztą podważaniem zajmował się i sam Hawking. Wielokrotnie mówił, że zabawa sztuczną inteligencję jest bardzo groźna. Mówił też, że nie mamy wyjścia, w dłuższej perspektywie, musimy opuścić Ziemię. Zresztą uważał, że kosmos jest pełen życia. „Na mój matematyczny rozum, same liczby sprawiają, że myślenie o istotach pozaziemskich jest całkowicie racjonalne. Prawdziwym wyzwaniem jest dowiedzieć się, jak te istoty mogą wyglądać – powiedział kiedyś.

Dla szerszego odbiorcy Stephen Hawking nie był jednak znany ani z prac o czarnych dziurach, ani z rachunków dotyczących osobliwości, ani tym bardziej z hipotez dotyczących grawitacji kwantowej. Był znany jako autor książki Krótka Historia Czasu, którą wydał w 1988 roku. Krótko po jej wydaniu powiedział, że jego marzeniem było napisanie książki o fizyce, którą będą sprzedawali na lotniskach. I dopiął swego. Jego książka przez wiele tygodni nie schodziła z listy bestsellerów w wielu krajach świata.

Dziesięć lat temu, obchodząc swoje 65 urodziny Hawking powiedział, że weźmie udział w suborbitalnym locie, że chce poczuć nieważkość. I poczuł. Zaledwie kilka miesięcy później fizyk znalazł się na pokładzie specjalnie dostosowanego do tego typu eksperymentów Boeinga 727. Samolot 8 razy wznosił się na wysokość około 8 kilometrów, a następnie „wyłączał” silniki i spadał w dół. Dzięki temu, biorący udział w eksperymencie ludzie, czuli w nim nieważkość. W ten sposób szkoli się ludzi, którzy zostaną wysłani w kosmos. Hawking nie zdążył polecieć na orbitę, ale spełnił swoje marzenie. W wielu wywiadach później wspominał, że w nieważkości, po raz pierwszy od 40 lat mógł się poruszać bez wózka inwalidzkiego. I znowu przekroczył granicę, która dla osób całkowicie sparaliżowanych, byłą dotychczas nieprzekraczalna.

7 komentarzy do Fizyk który nie znał granic

Czerwony wulkan

Przeglądając internet, mignęło mi zdjęcie z powierzchni Marsa. Zdjęcie największego w Układzie Słonecznym wulkanu. Gdyby był na Ziemi, stożek pokryłby prawie całą Francję. Olympus Mons – prawdziwa Góra Olimp.

Przeglądając internet, mignęło mi zdjęcie z powierzchni Marsa. Zdjęcie największego w Układzie Słonecznym wulkanu. Gdyby był na Ziemi, stożek pokryłby prawie całą Francję. Olympus Mons – prawdziwa Góra Olimp.

Do niedawna uważano, że Mars od (niemal) zawsze jest martwy geologicznie. Niemal, znaczy od bardzo długiego czasu. Ale być może ta planeta wygasłych wulkanów, jeszcze tętniła (geologicznym) życiem jeszcze kilkadziesiąt milionów lat temu. To w skali geologicznej okres dość bliski. Być może płynęła tam lawa, a wulkany wyrzucały w przestrzeń pył i głazy. Do takich wniosków doszli badacze, którzy analizowali np. dane z sondy Mars Global Surveyor (MGS). Badacze z Planetary Science Institute w Tucson w Arizonie oraz z Uniwersytetu w Arizonie wiek lawy na zboczach wulkanu Elysium Mons ocenili na około 20 milionów lat. W innych miejscach lawa może być jeszcze młodsza. Trudno – bez pobrania próbek – oceniać dokładny wiek lawy. Pozostaje szacowanie.

Wspomniany wulkan Elysium Mons mierzy 700 kilometrów średnicy i ok. 13 kilometrów wysokości. W porównaniu z ziemskimi wulkanami, a nawet z najwyższymi szczytami, to gigant. Ale w porównaniu z innymi wulkanami na Marsie, to zaledwie średniak. Bo na przykład wulkan Olympus Mons ma aż 27 kilometrów wysokości ponad otaczającą go równinę (prawie 3 razy więcej niż Mont Everest). To największy – znany – wulkan w Układzie Słonecznym. Naukowcy oceniają, że wygasł około 100 milionów lat temu. I choć – z oczywistych względów – nie ma żadnych zdjęć z tamtego okresu, sama jego obserwacja daje całkiem sporo informacji. To, że jego zbocza są nachylone pod bardzo małym kątem (średnio 5 st) oznacza, że wyciek lawy był bardzo powolny i długotrwały. Nie jest wykluczone, że kiedyś wystawał z dna dużego zbiornika z wodą, bo stożek u podstawy zakończony jest skarpą o wysokości nawet 6 kilometrów. Na szczycie wulkanu znajduje się ogromny krater o średnicy około 70 kilometrów i głębokości 3 kilometrów.

Dlaczego na Marsie wulkany są znacznie wyższe niż te na Ziemi? Mars jest planetą mniejszą a więc jego wewnętrzna energia wyczerpała się dość szybko. Ziemia we wnętrzu ma wciąż bardzo dużo energii. To wychładzanie miało swoje ogromne konsekwencje. Jedną z nich był zanik pola magnetycznego planety i zniknięcie tarczy. To mogło spowodować zdmuchnięcie atmosfery Marsa i wyparowanie całej znajdującej się na powierzchni wody. Inną konsekwencją mogło być zatrzymanie ruchu płyt kontynentalnych. Na Ziemi erupcje nawet najbardziej aktywnych wulkanów trwają – w geologicznej skali – bardzo krótko. Na Marsie raz otwarty „kanał” mógł być drożny przez długi czas. Gdy wulkan zaczął „wylewać” lawę, ten proces nie miał końca. Być może właśnie dlatego stożki wulkanów na Czerwonej Planecie są tak wysokie. To jednak tylko nasze przypuszczenia. O aktywności wewnętrznej innych planet, nie wiemy zbyt wiele.

Brak komentarzy do Czerwony wulkan

Planety z innej galaktyki!

Naukowcom z Uniwersytetu w Oklahomie (USA) udało się znaleźć planety, które znajdują się poza galaktyką Drogi Mlecznej. To pierwsze takie odkrycie w historii.

Po raz kolejny pokazano jak potężną metodą badawczą jest mikrosoczewkowanie grawitacyjne. Naukowcy z University of Oklahoma, korzystając z danych zebranych przez orbitalny teleskop Chandra, po raz pierwszy w historii odkryli planety pozasłoneczne w innej galaktyce niż nasza Droga Mleczna. Te które znaleziono znajdują się w galaktyce odległej od nas o 3,8 miliarda lat świetlnych. Odkrycie zostało opisane w Astrophysical Journal Letters.

Mikrosoczewkowanie  grawitacyjne to jedna z kilku metod poszukiwania obiektów, które same nie są źródłem światła, ale same „zniekształcają” jego bieg. To też metoda, której udoskonalenie zawdzięczamy polskim uczonym z grupy profesora Andrzeja Udalskiego.

Promień światła niekoniecznie musi poruszać się po linii prostej. Gdy biegnie przez wszechświat i przelatuje w pobliżu dużej masy, zmienia swój bieg. Polscy uczeni tę metodę zastosowali w skali mikro. Tą masą, która ugina promień światła może być np. planeta. Metodą mikrosoczewkowania można odkrywać nawet planety mniejsze od Ziemi. Żadną z pozostałych znanych metod nie potrafimy wykrywać tak małych globów.

Uginanie promieni światła pod wpływem masy postulował Albert Einstein w opublikowanej w 1916 roku Ogólnej Teorii Względności . Eksperymentalnie ten efekt potwierdzono dopiero w 1979 roku, na podstawie obserwacji kwazaru Q0957+561. Dzisiaj mikrosoczewkowanie pomaga łowić planety, a soczewkowanie grawitacyjne pomaga ocenić np. rozkład ciemnej materii we wszechświecie. Czym większa masa, tym ugięcie światła będzie większe, ale nawet to bardzo subtelne, jest przez astronomów (a w zasadzie zaawansowane urządzenia astronomiczne) zauważalne.

A wracając do odkrytych planet. Zbyt wiele o nich nie wiadomo, poza tym, że ich masa mieści się pomiędzy masą Księżyca i Jowisza. Co więcej, na razie nie zanosi się na to, by dało się w jakikolwiek sposób powiększyć wiedzę o nowych planetach. Nie znamy technologii, która by to umożliwiała. – Ta galaktyka znajduje się 3,8 miliarda lat świetlnych stąd i nie ma najmniejszej szansy na obserwowanie tych planet bezpośrednio, nawet z najlepszym teleskopem, jaki można sobie wyobrazić w scenariuszu science fiction. Jednak jesteśmy w stanie je badać, odkrywać ich obecność, a nawet mieć wyobrażenie o ich masach – powiedział Eduardo Guerras, członek grupy badawczej, która dokonała odkrycia.

Wiele lat temu intuicja podpowiadała, że Układ Słoneczny nie może być jedynym miejscem w którym znajdują się planety. I rzeczywiście, badania polskiego astrofizyka, prof. Aleksandra Wolszczana z początku lat 90tych XX wieku pokazały, że Słońce nie jest jedyną gwiazdą z planetami. Dzisiaj planet innych niż słoneczne znamy wiele tysięcy. Ta sama intuicja podpowiadała, że w innych galaktykach niż nasza Droga Mleczna także muszą istnieć planety. No i właśnie – po raz pierwszy – takie odkryto.

 

Więcej informacji:

http://www.ou.edu/web/news_events/articles/news_2018/ou-discover-planets.html

http://iopscience.iop.org/article/10.3847/2041-8213/aaa5fb

For the First Time Ever, Scientists Found Alien Worlds in Another Galaxy

3 komentarze do Planety z innej galaktyki!

Nobel z fizyki za fale

Prace nad wykrywaniem i analizą fal grawitacyjnych musiały kiedyś zostać uhonorowane Nagrodą Nobla. No i stało się.

Kosmiczny detektor, kosmiczne zagadnienie. W świecie fizyków i kosmologów po raz kolejny będzie mówiło się o falach grawitacyjnych. Kilkanaście dni temu dzięki pracy kolaboracji LIGO/VIRGO zmarszczki przestrzeni były w czołówkach serwisów na całym świecie. Dzisiaj też będą. Z powodu Nagrody Nobla z fizyki.

Rainer Weiss, Barry C. Barich, Kip S. Thorne

„for decisive contributions to the LIGO detector and the observation of gravitational waves”

waves-101-1222750-1600x1200

Fale grawitacyjne to kompletny odlot. Człowiekiem który sprawę rozumiał, ba, który ją wymyślił, a w zasadzie wyliczył był nie kto inny tylko Albert Einstein (swoją drogą powinien dostać nagrodę za odkrycie najbardziej nieintuicyjnych zjawisk we wszechświecie). Z napisanej przez niego 100 lat temu Ogólnej Teorii Względności wynika, że ruch obiektów obdarzonych masą,  jest źródłem rozchodzących się w przestrzeni fal grawitacyjnych (lub inaczej – choć nie mniej abstrakcyjnie – zaburzeń czasoprzestrzennych). Jak to sobie wyobrazić? No właśnie tu jest problem. Bardzo niedoskonała analogia to powstające na powierzchni wody kręgi, gdy wrzuci się do niej kamień. W przypadku fal grawitacyjnych zamiast wody jest przestrzeń, a zamiast kamienia poruszające się obiekty. Czym większa masa i czym szybszy ruch, tym łatwiej zmarszczki przestrzeni powinny być zauważalne. Rejestrując największe fale grawitacyjne, tak jak gdybyśmy bezpośrednio obserwowali największe kosmiczne kataklizmy: zderzenia gwiazd neutronowych, czarnych dziur czy wybuchy supernowych. Trzeba przyznać, że perspektywa kusząca gdyby nie to… że fale grawitacyjne to niezwykle subtelne zjawiska. Nawet te największe, bardziej będą przypominały lekkie muśnięcia piórkiem niż trzęsienie ziemi. W książce „Zmarszczki na kosmicznym morzu” (Ripples on a Cosmic Sea: The Search for Gravitational Waves) australijski fizyk, prof. David Blair, poszukiwanie fal grawitacyjnych porównuje do nasłuchiwania wibracji wywołanych przez pukanie do drzwi z odległości dziesięciu tysięcy kilometrów. Detektory zdolne wykryć fale grawitacyjne powinny być zdolne zarejestrować wstrząsy sejsmiczne wywołane przez upadek szpilki po drugiej stronie naszej planety. Czy to w ogóle jest możliwe? Tak! Od 2002 roku działa w USA Laser Interferometer Gravitational Wave Observatory w skrócie LIGO czyli Laserowe Obserwatorium Interferometryczne Fal Grawitacyjnych. Zanim budowa ruszyła, pierwszy szef laboratorium prof. Barry Barrish na dorocznym posiedzeniu AAAS (American Association for the Advancement of Science) oświadczył, że pomimo wielu trudności nadszedł w końcu czas na zrobienie czegoś, co można nazwać prawdzią nauką (swoją drogą, odważne słowa na zjeździe najlepszych naukowców na świecie).

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

This_visualization_shows_what_Einstein_envisioned

Symulacja łączenia się czarnych dziur – jedno ze zjawisk, które wytwarza najsilniejsze fale grawitacyjne

Z falami grawitacyjnymi jest jednak ten problem, że przez dziesięciolecia, mimo prób, nikomu nie udało się ich znaleźć. Gdyby komuś zaświtała w głowie myśl, że być może w ogóle ich nie ma, spieszę donieść, że gdyby tak było naprawdę, runąłby fundament współczesnej fizyki – Ogólna Teoria Względności, a kosmologię trzeba byłoby przepisać od początku. Dzisiaj głośno mówi się, że fale grawitacyjne zostały przez LIGO zarejestrowane. Panuje raczej atmosfera lekkiego podniecenia i oczekiwania na to, co stanie się za chwilę. Potwierdzenie istnienia fal grawitacyjnych nie będzie kolejnym odkryciem, które ktoś odfajkuje na długiej liście spraw do załatwienia.  Zobaczymy otaczający nas wszechświat z całkowicie innej perspektywy.

Jako pierwszy falowe zmiany pola grawitacyjnego, w latach 60 XX wieku próbował zarejestrować amerykański fizyk Jaseph Weber. Budowane przez niego aluminiowe cylindry obłożone detektorami nie zostały jednak wprawione w drgania. Co prawda Weber twierdził, że złapał zmarszczki wszechświata, ale tego wyniku nie udało się potwierdzić. Dalsze poszukiwania trwały bez powodzenia, aż do 1974 roku, gdy dwóch radioastronomów z Uniwersytetu w Princeton (Joseph Taylor i Russel Hulse) obserwując krążące wokół siebie gwiazdy (PSR1913+16) stwierdziło, że układ powoli traci swoją energię, tak jak gdyby wysyłał … fale grawitacyjne. Mimo, że samych fal nie zaobserwowano, za pośrednie potwierdzenie ich istnienia autorzy dostali w 1993 roku Nagrodę Nobla. Uzasadnienie Komitetu Noblowskiego brzmiało: „za odkrycie nowego typu pulsara, odkrycie, które otwiera nowe możliwości badania grawitacji”.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

virgoviewInstalacja, która z lotu ptaka wygląda jak wielka litera L, to dwie rury o długości 4 km każda, stykające się końcami pod kątem prostym. Choć całość przypomina przepompownię czy oczyszczalnię ścieków jest jednym z najbardziej skomplikowanych urządzeń kiedykolwiek wybudowanych przez człowieka. Każde z ramion tworzy betonowa rura o średnicy 2 metrów. W jej wnętrzu – jak w bunkrze – znajduje się druga ze stali nierdzewnej, która jest granicą pomiędzy światem zewnętrznym a bardzo wysoką próżnią. Z miejsca w którym rury się stykają, „na skrzyżowaniu”, dokładnie w tym samym momencie wysyłane są wiązki lasera. Ich celem są zwierciadła umieszczone na końcu każdej z rur. 2000px-Ligo.svgOdbijane przez zwierciadła tam i z powrotem około 100 razy promienie, wpadają z powrotem do centralnego laboratorium i tam zostają do siebie porównane. Dzięki zjawisku interferencji możliwe jest wyliczenie z wielką dokładnością różnicy przebytych przez obydwie wiązki światła dróg. A drogi te powinny być identyczne, no chyba że… chyba że w czasie pomiaru przez Ziemie – podobnie jak fala na powierzchni wody – przejdzie fala grawitacyjna. Wtedy jedno z ramion będzie nieco dłuższe, a efekt natychmiast zostanie wychwycony w czasie porównania dwóch wiązek. Tyle tylko, że nawet największe zaburzenia zmienią długość ramion o mniej niż jedną tysięczną część średnicy protonu (!). To mniej więcej tak, jak gdyby mierzyć zmiany średnicy Drogi Mlecznej (którą ocenia się na ok. 100 tys. lat świetlnych) z dokładnością do jednego metra. Czy jesteśmy w stanie tak subtelne efekty w ogóle zarejestrować ? Lustra na końcach każdego z korytarzy (tuneli) mogą zadrgać (chociażby dlatego, że przeleciał nad nimi samolot, albo w okolicy przejechał ciężki samochód). By tego typu efekty nie miały wpływu na pomiar zdecydowano się na budowę nie jednej, ale dwóch instalacji, w Handford w stanie Waszyngton i w Livingston w stanie Luizjana. Są identyczne, choć oddalone od siebie o ponad 3 tys. kilometrów. Ich ramiona maja takie same wymiary i maja takie same układy optyczne. Nawet gdy w jednym LIGO zwierciadło nieoczekiwanie zadrga, niemożliwe by to samo w tej samej chwili stało się ze zwierciadłem bliźniaczej instalacji. Zupełnie jednak inaczej będzie gdy przez Ziemię przejdzie z prędkością światła fala grawitacyjna. Zmiany jakie wywoła zajdą w dokładnie tej samej chwili w obydwu ośrodkach.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

A kończąc, pozwólcie na ton nieco nostalgiczny. Wszechświat jest areną niezliczonych kataklizmów a dramatyczne katastrofy, to naturalny cykl jego życia. To nic, że od tysięcy lat na naszym niebie królują te same gwiazdozbiory. W skali kosmicznej taki okres czasu to nic nieznacząca chwila, a nawet w czasie jej trwania widoczne były wybuchy gwiazd. Z bodaj największego kataklizmu – Wielkiego Wybuchu – „wykluło” się to co dzisiaj nazywamy kosmosem. Obserwatoria grawitacyjne (np. takie jak LIGO) otworzą oczy na inne wielkie katastrofy, i to nie tylko te które będą, ale także te które były. Już prawie słychać zgrzyt przekręcanego klucza w drzwiach. Już za chwilę się otworzą. Najpierw przez wąską szparę, a później coraz wyraźniej i coraz śmielej będziemy obserwowali wszechświat przez nieznane dotychczas okulary. Ocenia się, że to co widzą „zwykłe” teleskopy (tzw. materia świecąca) to mniej niż 10% całej masy Wszechświata. A gdzie pozostałe 90% ? Na to pytanie nie znaleziono dotychczas odpowiedzi. Tzw. ciemna materia powinna być wszędzie, a nie widać jej nigdzie. Przypisuje się jej niezwykłe właściwości, łączy się ją z nie mniej tajemniczą ciemną energią. Czy LIGO, pomoże w rozwiązaniu tej intrygującej zagadki? Czy będzie pierwszym teleskopem, przez który będzie widać ciemną materię? Jeżeli obserwatoria grawitacyjne będą w stanie „zobaczyć” obiekty, które można obserwować także w świetle widzialnym (np. wybuch supernowej), a nie będą widziały ani grama ciemnej materii, to zagadka staje się jeszcze bardziej tajemnicza. Bo albo ta materia nie podlega prawom grawitacji, albo nie ma żadnej ciemnej materii. Konsekwencje obydwu tych scenariuszy są trudne do przewidzenia. Czy teraz rozumiecie dlaczego odkrycie fal grawitacyjnych jest tak ważne? 

9 komentarzy do Nobel z fizyki za fale

Ciemno to widzę

Dzisiaj nad ranem agencje prasowe podały smutną wiadomość. W wieku 88 lat, z powodów naturalnych, zmarła Vera Rubin. Amerykańska astrofizyk, odkrywczyni ciemnej materii. Tej jest znacznie więcej niż materii, która nas buduje. Czym jest? Ciemna materia to jedna z największych zagadek współczesnej nauki.

Dzisiaj nad ranem agencje prasowe podały smutną wiadomość. W wieku 88 lat, z powodów naturalnych, zmarła Vera Rubin. Amerykańska astrofizyk, odkrywczyni ciemnej materii. Tej jest znacznie więcej niż materii, która nas buduje. Czym jest? Ciemna materia to jedna z największych zagadek współczesnej nauki.

 

Gdyby zważyć cały wszechświat, wszystkie gwiazdy, planety, mgławice, komety, asteroidy,… wszystkie te obiekty stanowiłyby zaledwie kilka procent masy całości. Większość, przeważającą większość stanowiłaby nieznana forma materii i jeszcze bardziej tajemnicza forma energii.

Uparta dziewczyna

Co takiego może być tajemniczego w materii? Cóż, problem polega na tym, że my nie mamy pojęcia czy ciemna materia wygląda tak jak nasza, czy jest zbudowana tak jak nasza. Więcej, nie wiemy czy obowiązują ją te same prawa przyrody co materię naszą. Naszą czyli tą, z której jesteśmy zbudowani my i wszystko co nas otacza. Patrząc w niebo, nawet jeżeli używamy największych teleskopów nie widzimy ciemnej materii. Skąd zatem wiemy, że ona w ogóle istnieje? Z odpowiedzią na to pytanie wiąże się historia pewnej upartej młodej naukowiec.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

W 1970 roku młoda doktorantka jednego z amerykańskich uniwersytetów, Vera Rubin, postanowiła zmierzyć prędkość gwiazd w standardowej galaktyce spiralnej. Badania nie zapowiadały się ciekawie, bo wiedza o tym, że gwiazdy w galaktyce spiralnej poruszają się jak woda w wirze, była wtedy powszechna. Uważano, że te gwiazdy, które znajdują się dalej od centrum galaktyki powinny poruszać się wolniej, niż gwiazdy, które znajdują się bliżej jej środka. Verze odradzano zajmowanie się tym tematem.

q-100No bo w końcu po co robić pomiary, skoro wiadomo jaki będzie ich wynik? Vera uparła się jednak, że chce swoje obserwacje przeprowadzić. I odkryła… że niezależnie od odległości od centrum galaktyki, gwiazdy mają taką samą prędkość. Ta jedna obserwacja zburzyła fundament na którym stała wiedza o galaktykach. Od teraz nic się nie zgadzało. Takie galaktyki nie miały prawa istnieć. A przecież istniały. Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwość, mógł spojrzeć przez teleskop. Próba wyjaśnienia tego fenomenu była jeszcze bardziej zaskakująca niż samo odkrycie.  Nikt – z Verą Rubin włącznie – nie miał wątpliwości, że za ruch gwiazd w galaktyce odpowiedzialna jest grawitacja. Problem polegał na tym, że jej źródło głównie znajduje się w centrum galaktyki. Tak przynajmniej myślano. Tymczasem Vera Rubin uznała, że centrum galaktyki wcale nie musi być jedynym miejscem silnie przyciągającym gwiazdy. Uznała, że pomiędzy gwiazdami musi być jakaś masa dodatkowa, taka, która nie świeci (i jej nie widać). To ona jest źródłem siły grawitacyjnej, która powoduje, że wszystkie gwiazdy w galaktyce mają taką samą prędkość. Jak taką masę sobie wyobrazić? Może jako chmurę niewidocznej dla nas materii w której galaktyka jest zanurzona? Może gwiazdy na tej chmurze się unoszą tak jak oka tłuszczu unoszą się na powierzchni rosołu?

Coś się odkleiło

Potem zaczęto się przyglądać innym galaktykom, gromadom galaktyk i jeszcze większym strukturom. Wszędzie widziano efekt działania ogromnej siły grawitacji. Tyle tylko, że źródła tej siły, czyli samej masy nigdzie nie dostrzeżono. Szybko policzono, że gdyby nie ciemna materia, galaktyki rozsypałyby się. Siła grawitacji jest za mała by duże kosmiczne struktury utrzymywać w porządku, potrzeba kleju, czegoś co to wszystko scala. No i to jest największa tajemnica, czym ten klej jest? Jak wygląda, co jest jego źródłem? I czy stosuje się do praw natury, które obowiązują w naszym świecie?

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Co do tego można mieć wątpliwości po ostatnich obserwacjach zespołu naukowców z największych na świecie ośrodków, w tym NASA, ESA (Europejska Agencja Kosmiczna) oraz kilku amerykańskich uniwersytetów. Korzystając z danych obserwacyjnych teleskopu kosmicznego Hubble’a oraz teleskopu VLT należącego do Europejskiego Obserwatorium Południowego, udało się sfotografować zderzenie czterech galaktyk wchodzących w skład gromady galaktyk Abell 3827. Dokładna obserwacja ruchu gwiazd wchodzących w skład tych galaktyk, dokładna obserwacja biegu promieni światła pozwoliła astronomom stwierdzić, że ciemna materia oderwała się od jednej ze zderzających się galaktyk. Brzmi co najmniej abstrakcyjnie, ale tak rzeczywiście jest. Za jedną z galaktyk, w odległości kilku tysięcy lat świetlnych ciągnie się obłok czegoś, czego co prawda nie widać, ale co wpływa grawitacyjnie na całe otoczenie. Tego „czegoś” nie powinno tam być! To „coś”, czyli ciemna materia, powinno być we wnętrzu galaktyki, pomiędzy gwiazdami, które galaktykę tworzą. Co takiego się stało, że materia „zwykła” i ciemna, w tym konkretnym przypadku odłączyły się od siebie? Na to pytanie nie ma dzisiaj odpowiedzi, trudno też powiedzieć czy takie sytuacje zdarzają się często. Ta jest pierwszą tego typu. Choć szczerze mówiąc, o niczym nie musi to świadczyć, nie jesteśmy zbyt dobrze w obserwowaniu czegoś… czego nie widać.

Pajęczyna

Jednym z pomysłów na wyjaśnienie zaobserwowanego zjawiska jest to, że ciemna materia nie stosuje się do praw, które nas obowiązują, że grawitacja działa na nią inaczej niż na obiekty „zwykłej” materii. Na razie, to zwykłe gdybanie. Ale to nie znaczy, że kosmolodzy i astrofizycy nie próbują ciemnej materii złapać. Jednym ze sposobów na jej poznanie jest tworzenie map jej rozmieszczenia. To bardzo trudna sztuka, ale czasami się udaje. Takie mapy tworzy się po to, by znaleźć klucz, by zobaczyć gdzie ciemna materia szczególnie chętnie się grupuje. To może pomóc w określeniu jej właściwości.

seqD_063Takie trójwymiarowe  mapy różnych części kosmosu powstają od wielu lat. Właśnie opublikowano kolejną, dokładniejszą niż poprzednie. Pracował nad nią zespół trzystu naukowców z całego świata. I została zaprezentowana podczas ostatniego spotkania Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego w Baltimore. Mapa jest dość spora, zawiera miliardy gwiazd i obejmuje całe… cztery dziesiąte procent nieba. Co ciekawe, na wielu mapach nieba, na których zaznacza się występowanie ciemnej materii, jest ona uformowana w postaci włókien. Po raz pierwszy udało się to zauważyć kilka lat temu, gdy dzięki użyciu Obserwatorium Kecka na Hawajach astrofizycy obserwowali kwazar UM287. Wyniki ich prac były opublikowane w Nature. Kwazar o którym mowa oddalony jest od Ziemi o około 10 miliardów lat świetlnych. Kwazary przypominają gwiazdy, ale w rzeczywistości są bardzo aktywnymi galaktykami, które „wyrzucają” w przestrzeń ogromne ilości energii. Badacze wykorzystali to promieniowanie tak, jak wykorzystuje się światło latarki, wchodząc do ciemnego pokoju. Światło kwazaru UM287 padało na ogromną, mającą średnicę dwóch milionów lat świetlnych chmurę gazu. Ile to jest 2 miliony lat świetlnych? Trudno to sobie wyobrazić. Układ Słoneczny ma średnicę około 30 dni świetlnych, a cała Galaktyka Drogi Mlecznej nieco ponad 100 tys. lat świetlnych. Oświetlana przez kwazar chmura pyłu była więc 20 razy większa od naszej galaktyki.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Wracając jednak do ciemnej materii. Astronomowie analizując rozchodzenie się światła w tej chmurze, zauważyli, że materia nie jest w niej równomiernie rozłożona, że tworzy coś w rodzaju włókien. Podali hipotezę, że to włókna ciemnej materii. Obserwacja jest w zgodzie z modelami teoretycznymi, które mówią, że ciemna materia nie jest posklejana jak materia widzialna w obiekty takie jak np. planety czy gwiazdy, czyli w struktury kuliste. Przypomina raczej pajęczynę na której „utkany” jest cały wszechświat. Kawałek tej pajęczyny właśnie zauważono. Nigdy wcześniej nie widziano bezpośrednio takich włókien.

Przegrana grawitacja

Ciemna materia – zdaniem astronomów – ma w odpowiadać za kształt dużych obiektów, takich jak np. galaktyki czy ogromne chmury gazu i materii. Trudno powiedzieć, czy może budować całe (ciemne) galaktyki. Pewne jednak jest, że wszechświat składa się z ciemnej materii w około 24 proc. Materia widzialna, taka z której i my jesteśmy zbudowani tworzy go w około 4 procentach. Razem 28 proc. Gdzie jest reszta? Czym jest reszta? I to jest chyba największa zagadka kosmologii. 72 proc. wszechświata to ciemna energia. Nie wiadomo czym jest, nie wiadomo gdzie jest. Być może wszędzie dookoła, być może jest gdzieś skupiona. Wydaje się, że na małych odległościach nie widać efektów jej działania. Być może są one tak ulotne, że nie potrafimy ich zarejestrować. Gdy jednak spojrzeć na kosmos w dużej skali, skali nawet nie galaktyk, tylko gromad galaktyk czy supergromad… Galaktyki oddalają się od siebie. Czym dalej są, tym szybciej się oddalają. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego grawitacja, przyciąganie, nie powoduje, że zaczną się do siebie przybliżać? Dzisiaj uważa się, że to właśnie ciemna energia powoduje puchnięcie wszechświata. A to znaczy, że w pewnym sensie działa przeciwko grawitacji. Ta ostatnia na małych dystansach tą walkę wygrywa. Ale w dużych skalach, to ciemna energia króluje.

Wszechświat jest fascynujący! I wciąż tajemniczy.

Tomasz Rożek

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

1 komentarz do Ciemno to widzę

Jak fotografować SUPERKsiężyc?

Każda pełnia Księżyca jest doskonałą okazją do fotografowania. W zasadzie to może być wstęp do astrofotografii. Po pierwsze Księżyca nie da się na nocnym niebie pomylić z jakimkolwiek obiektem niebieskim….

Każda pełnia Księżyca jest doskonałą okazją do fotografowania. W zasadzie to może być wstęp do astrofotografii. Po pierwsze Księżyca nie da się na nocnym niebie pomylić z jakimkolwiek obiektem niebieskim. Po drugie, po to by fotografować pełnię, nie trzeba inwestować w drogi sprzęt. Prawdę mówiąc nie trzeba inwestować wcale. Wystarczy aparat, który wielu z nas i tak ma w domu. 14 listopada nałożą się na siebie dwa zjawiska. Pełnia Księżyca i jego maksymalne zbliżenie do Ziemi. Choć tarcza Srebrnego Globu nie będzie zauważalnie większa, to jego jasność zwiększy się o 20 – 30 proc. Tylko jak zrobić zdjęcie, które byłoby dla nas powodem do domy (a nie wstydu)?

Oprócz aparatu, w zasadzie jedynym sprzętem o jaki warto się zatroszczyć, jest statyw. Zachęcam do ustawienia aparatu w tryb manualny. W trybie automatycznym wszystkie zdjęcia będą bardzo do siebie podobne. Na „manualu” możesz poeksperymentować.

No to do rzeczy:

Ostrość. Jeżeli mamy aparat w trybie manualnym, ostrość trzeba ustawić na nieskończoność. W trybie manualnym powinna się ustawić automatycznie (autofocus).

Czułość. Jeżeli aparat umożliwia ustawianie czułości (ISO), tym parametrem można się nieco pobawić, uzyskując czasami bardzo ciekawe efekty. Czym niższa czułość tym wyraźniejsze będzie zdjęcie (niższy poziom szumów). Niestety czym niższa czułość, tym dłuższy musi być czas naświetlania, a to może być problemem np. gdy nie mamy statywu albo gdy w kadrze są szybko poruszające się obiekty. Ich rozmazanie może być dodatkowy atutem zdjęcia. No ale to już kwestia gustu fotografa. Jeżeli chcemy by czas otwarcia migawki był jak najkrótszy, trzeba ustawić wysoką czułość. W takim wypadku na zdjęciu pojawiają się szumy („ziarno”). Może ono dodać artyzmu, ale znowu, to kwestia gustu. Dobra rada: Jak tylko będzie odpowiednia pogoda, Księżyc w pełni będzie można obserwować na tyle długo, że bez pośpiechu i stresu warto poeksperymentować. Ustawiaj różne czułości. Zawsze lepiej mieć więcej zdjęć (z których część wyląduje w koszu), niż żałować, że zrobiło się za mało.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Czas naświetlania. Bardzo trudno zrobić zdjęcie „z ręki” gdy czas otwarcia migawki wynosi mniej niż 1/30 s. Tym bardziej że mówimy o fotografowaniu bardzo odległego obiektu. Stąd jeszcze raz sugestia, by zaopatrzyć się w statyw, nawet gdyby miał być najprostszy. Jeżeli nie masz, obserwuj SUPERKsiężyc z miejsca w którym możesz oprzeć aparat o drzewo, krzesło czy chociażby słup ogrodzenia.

Podobnie jak w przypadku ustawiania czułości, warto poeksperymentować ustawiając różne wartości czasów otwarcia migawki. Zdziwisz się jak różne mogą być zdjęcia tego samego obiektu. Czym krótszy czas migawki, tym bardziej otwarta musi być przysłona aparatu, gdy czas jest długi, przysłona musi być „domknięta”. I tylko z pozoru nie robi to różnicy. Gdy Księżyc będzie nisko nad horyzontem, gdy w kadrze będzie nie tylko jego tarcza ale także np. drzewa albo budynki, domknięta przysłona (wartości od 11 w górę) umożliwi zrobienie zdjęcia na którym ostre będą wszystkie obiekty. Otwarta przysłona (o wartości do 4,5) spowoduje że ostre będą tylko te obiekty na które ustawiona zostanie ostrość. Reszta będzie rozmazana. Jeżeli nie czujesz się na siłach operować przysłoną, ustaw jej automatykę i operuj czasem migawki. Zdziwisz się jak różne zdjęcia uzyskasz.

Ogniskowa. Wszystko zależy od kompozycji zdjęcia, a wiec od tego co chcesz na nim mieć. Jeżeli tylko tarczę Księżyca, ustaw jak najdłuższą ogniskową (jak najbardziej przyzoomuj). Unikaj zoomu cyfrowego, zdjęcie zawsze możesz skadrować na komputerze.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Napisałem to już tutaj kilka razy, ale napisze jeszcze raz. EKSPERYMENTUJ. Masz sporo czasu. Nie ma sensu robienie kilkunastu czy kilkudziesięciu zdjęć przy takich samych parametrach. Baw się ustawieniami czasu, baw przysłoną i czułością. Jeżeli masz zmienne obiektywy, korzystaj z tego. Spróbuj zmienić lokalizację. Na długich czasach pięknie na tle Księżyca wyglądają np. jadące samochody, albo panorama oświetlonego miasta. Ponadto:

– Robiąc zdjęcie korzystaj z samowyzwalacza albo ze zdalnie uruchamianej migawki. W ten sposób nie poruszysz aparatu w czasie robienia zdjęcia.

– Spróbuj zrobić kilka zdjęć przy tych samych parametrach po to by potem nałożyć je na siebie. Zobaczysz, że uzyskasz ciekawy efekt.

– Spróbuj zrobić kilkanaście tak samo skadrowanych zdjęć (nie ruszając aparatu) np. co kilka minut. Nakładając je na siebie uzyskasz… prostą animację.
A jak już zrobisz dobre zdjęcie, pochwal się nim na FB.com/NaukaToLubie 

Powodzenia !!!

Brak komentarzy do Jak fotografować SUPERKsiężyc?

NASA nie zmienia horoskopu!!!

Ta wiadomość przeorała dzisiejsze internety. NASA zmienia znaki zodiaku. Co za bzdura! Astrologia nie jest żadną nauką, a NASA nie zajmuje się gusłami. Wiara w magiczną moc dnia, w którym się urodziło, jest kompletną bzdurą.

Ta wiadomość przeorała dzisiejsze internety. NASA zmienia znaki zodiaku. Co za bzdura! Astrologia nie jest żadną nauką, a NASA nie zajmuje się gusłami. Wiara w magiczną moc dnia, w którym się urodziło, jest kompletną bzdurą.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

O zmianie znaków zodiaku słyszę regularnie od kilku już lat. Tak jak gdyby „znak zodiaku” to było coś, co ma swoje miejsce albo coś, co da się precyzyjnie określić. Tak nie jest, choć kiedyś tak było. Astronomia i astrologia były jak dwie siostry bliźniaczki. Dorastały razem i uczyły się razem. Z tą tylko różnicą, że jedna z sióstr była pilną uczennicą, która czasami musiała iść pod prąd swojej epoki, a druga była wygodna i pragmatyczna. Druga siostra, Astrologia, była konformistką. W efekcie Astronomia i Astrologia rozeszły się ponad dwa tysiące lat temu. Astronomia szła naprzód, a astrologia stała w miejscu.

Dwie latarki 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Układ Słoneczny znajduje się w galaktyce Drogi Mlecznej, w jednej z jej odnóg, zwanych Ramieniem Oriona. Choć kosmos to głównie pustka, zdarzają się w nim niewielkie (w porównaniu z tą pustką) wyspy materii. Są nimi właśnie galaktyki. Jesteśmy otoczeni gwiazdami. Są daleko, ale nie aż tak, by nie były widoczne. Na niebie w pogodną noc można zobaczyć kilka tysięcy świetlnych punktów. Wyobraźnia człowieka już tysiące lat temu te punkty pogrupowała w kształty, czyli konstelacje. Jedną z najbardziej znanych jest Wielki Wóz (część gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy), który składa się z siedmiu gwiazd.  Gwiazdozbiory to grupa gwiazd, które nie są ze sobą nijak związane, ich bliskość jest pozorna, zajmują po prostu określony obszar sfery niebieskiej. Jak to rozumieć? Wyobraźmy sobie dwie latarki zapalone w ciemną noc. Tak ciemną, że innych elementów krajobrazu nie byłoby widać. Nie jesteśmy w stanie ocenić, która latarka jest bliżej, a która dalej.  Tym bardziej że latarka bliższa może świecić słabszym światłem, a ta dalsza może być potężnym reflektorem. Tak właśnie jest z gwiazdami. Na oko wszystkie gwiazdy nocnego nieba są w takiej samej odległości od nas. Niektóre z nich układają się w figury, postacie, a nawet całe sceny. Trzeba do tego sporej wyobraźni, ale tej nigdy ludziom nie brakowało. I tak niebo dla starożytnych było teatrem, sceną, na której w różnych częściach roku pojawiały się mityczne stwory, zwierzęta, herosi i bóstwa.

12 czy 13? 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Dla obserwatorów nieba szczególne znaczenie odgrywały gwiazdozbiory znajdujące się w tzw. zodiaku, a więc w pasie nieba, po którym poruszają się Słońce, Księżyc i inne planety. W starożytnej Babilonii czy Asyrii wyobrażano sobie, że gwiazdozbiory leżące na zodiaku są śladami na drodze, po której porusza się nasza dzienna gwiazda. Że dzielą tę drogę na etapy, a każdy z tych etapów jest w jakimś sensie charakterystyczny. Gwiazdozbiorów leżących w zodiaku jest 13 i tutaj pojawia się pierwszy problem. Znaków zodiaku jest 12. Ten brakujący to Wężownik. Ale o tym za chwilę. 12 gwiazdozbiorów w zodiaku podzieliło rok na 12 części. Chciałoby się napisać: na „równe części”, ale… gwiazdozbiory są różnej wielkości. Z kalendarza wynika, że okresy odpowiadające poszczególnym znakom zodiaku są mniej więcej równe. Tymczasem… Słońce przez gwiazdozbiór Panny przechodzi 42 dni, a przez Skorpiona tylko 6 dni. Na dodatek granice między gwiazdozbiorami są czysto umowne. Trudno rozstrzygnąć, czy Słońce jest wciąż na tle gwiazdozbioru Skorpiona czy już Strzelca. Okresy, gdy Słońce przechodzi przez kolejne gwiazdozbiory (choć jest to ruch pozorny, bo to Ziemia się obraca i dlatego widzimy Słońce na różnym tle), są uzależnione od tego, jak zostaną wyznaczone granice między nimi. W wyniku dosyć pokrętnego podziału Słońce jest w znaku Panny przez 30 dni, choć w rzeczywistości powinno być przez wspomniane 42, a w Skorpionie przez 29 dni, choć w rzeczywistości na tle tego gwiazdozbioru znajduje się tylko 6 dni. Od czego więc zależeć mają cechy człowieka? Od rzeczywistego znaku zodiaku, w którym było Słońce w dniu urodzenia, czy od znaku uznanego zwyczajowo? To ważne pytanie, bo z tablic astronomicznych wynika, że Słońce przechodzi na tle gwiazdozbioru Panny od 16 września do 30 października. Astrologowie uważają jednak, że Słońce jest w Pannie od 23 sierpnia do 22 września. Ktoś, kto urodził się, powiedzmy, 25 sierpnia, kalendarzowo (astrologicznie) jest więc Panną, ale Słońce w dniu jego urodzin było w znaku Lwa. Nawet przyjmując, że dzień urodzin ma jakiekolwiek znaczenie, przeważająca większość z tych, którzy czytają horoskopy, czyta nie ten, który powinna.

Wężownik wyleciał 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Dokładne granice między gwiazdozbiorami (nie tylko tymi z zodiaku) ustalono dopiero w 1928 r. w czasie kongresu generalnego Międzynarodowej Unii Astronomicznej. Teraz – można by pomyśleć – skończą się nieporozumienia. Przeciwnie. Dopiero od tego momentu widać, jak bardzo astrologia oddaliła się od astronomii. Astronomia idzie naprzód, a astrologia stoi w miejscu. Mimo znanych i ustalonych raz na zawsze granic astrolodzy nie zdecydowali się skorygować okresów, w jakich Słońce znajduje się na tle poszczególnych gwiazdozbiorów w zodiaku. Co więcej, w wyniku prac astronomów z Unii Astronomicznej do gwiazdozbiorów zodiakalnych powinna być zaliczona kolejna, 13. konstelacja Wężownika. Słońce wchodzi w jej „obszar” 30 listopada, a opuszcza go 17 grudnia. W astrologicznych znakach zodiaku po Wężowniku nie ma nawet śladu. A to dlatego, że starożytni, Wężownika nie widzieli. Gwiazdy z których „się składa” za słabo świecą. Ale jest jeszcze jeden powód bałaganu. Obrót Ziemi wokół własnej osi zajmuje jej dobę. Dlatego mamy dzień i noc. Na to nakłada się trwający rok bieg Ziemi wokół Słońca, którego skutkiem są pory roku. Ale Ziemia ma przynajmniej jeszcze jeden rodzaj ruchu regularnego, powtarzalnego. Oś Ziemi zatacza w przestrzeni koła, a pełny jej obrót zajmuje około 26 tys. lat i zwany jest rokiem platońskim. Wirującą Ziemię można porównać do wirującego zabawkowego bąka. I tak jak bąk nie wiruje w pozycji „pionowej”, tak samo oś obrotu Ziemi jest nachylona i zatacza w przestrzeni koła. Ten ruch to tzw. precesja. Ziemska precesja jest wynikiem przyciągania przez inne planety Układu Słonecznego, a także przez oddziaływanie grawitacyjne samego Słońca i Księżyca.

Zabawa dla naiwnych 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ten dodatkowy ruch powoduje, że – co prawda powoli – zmienia się „widok” nocnego nieba. Nie są to zmiany duże, ale w ciągu setek lat… Gwiazdozbiory były znane przynajmniej 2–3 tys. lat przed Chrystusem. Od tamtego czasu naprawdę wiele się zmieniło. 2 tys. lat temu Słońce w dniu równonocy wiosennej wchodziło w gwiazdozbiór Barana (chodzi o wiosnę na półkuli północnej, ta na półkuli południowej jest przesunięta o pół roku). Dzisiaj jest w gwiazdozbiorze Ryb. Za około 600 lat w pierwszym dniu wiosny Słońce będzie w gwiazdozbiorze Wodnika. Co na to astrologia? Nic. Nie bierze w ogóle pod uwagę faktu precesji Ziemi. Tak jak gdyby nasza wiedza zatrzymała się kilka tysięcy lat temu. Równonoc wiosenna następuje z 20 na 21 marca. I właśnie wtedy według astrologów Słońce wchodzi w gwiazdozbiór Barana. W rzeczywistości znajdzie się w nim dopiero 29 dni później. W magiczną moc dnia urodzenia wierzy sporo osób. W telewizjach kablowych funkcjonują całe kanały, w których wróżki i wróżbici odczytują przyszłość ze szklanych kul, z kart czy z gwiazd. Horoskopy publikuje wiele gazet, a niektóre z nich z okazji Nowego Roku dołączają do swoich tytułów całe wkładki temu poświęcone. Gdy prowadzono badania nad sprawdzalnością horoskopów, okazywało się, że sprawdzają się one w takiej samej mierze zarówno wtedy, gdy czyta się horoskop swój, jak i wtedy, gdy zapoznaje się z przeznaczonym dla kogoś innego. Cała sztuka pisania horoskopów nie polega bowiem na tym, żeby cokolwiek przepowiedzieć, tylko na tym, by pasowało wszystkim i w każdej sytuacji. Gwiazdy, planety czy komety nie mają nic do tego.

A co z NASA? Cóż, agencja kosmiczna co jakiś przypomina, że astrologia to nie nauka cytując to, co napisałem powyżej. O niezauważonym gwiazdozbiorze, o precesji czy o nieregularnych granicach pomiędzy gwiazdozbiorami. Tylko tyle i aż tyle.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Brak komentarzy do NASA nie zmienia horoskopu!!!

„Ziemia” w sąsiedztwie

Jest skalista, jest bliziutko nas i ma wielkość podobną do wielkości Ziemi. Co jednak najważniejsze, znajduje się w tzw. strefie życia, czyli ani nie za blisko, ani nie za daleko od swojej gwiazdy. Właśnie odkryto nową planetę.

Jest skalista, jest bliziutko nas i ma wielkość podobną do wielkości Ziemi. Co jednak najważniejsze, znajduje się w tzw. strefie życia, czyli ani nie za blisko, ani nie za daleko od swojej gwiazdy. Właśnie odkryto nową planetę.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Planeta krąży wokół czerwonego karła Proxima Centauri, czyli gwiazdy, która jest naszą najbliższą gwiazdową sąsiadką. Na odkrytej planecie woda może być w stanie ciekłym. Proxima b została złapana dzięki obserwacjom prowadzonym w Chile. Krąży wokół swojej gwiazdy macierzystej nieco ponad 11 ziemskich dni. Tak jak wspomniałem Proxima Centauri jest naszą najbliższą sąsiadką, a to oznacza, że planeta, która wokół niej krąży jest najbliższą nam planetą pozasłoneczną. Czy jest na niej życie? Tego nie wiadomo i trudno nawet powiedzieć w jaki sposób moglibyśmy się tego dowiedzieć. Bardzo dokładne obserwacje mogą nam udzielić inf. o składzie atmosfery albo nawet związków na powierzchni planety, ale na przelot na Proxima b będzie trzeba jeszcze poczekać. Gwiazda i planeta oddalone sa od nas o około 4 lata świetlne, czyli około 38 bilionów kilometrów.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Dla tych, którzy gwiazdę i planetę będą próbowali wypatrzyć na nocnym niebie, także nienajlepsza wiadomość. Obserwacja pozasłonecznych planet jest ekstremalnie trudna nawet przez profesjonalne teleskopy nie mówiąc już o amatorskich. Gołym okiem wcale nie da się ich zobaczyć. Niestety gołym okiem nie widać nawet gwiazdy Proxima Centauri. Jest czerwonym karłem, który świeci za słabym światłem. – Po raz pierwszy zaczęliśmy podejrzewać, że wokół tej [Proxima Centauri] gwiazdy krąży planeta już w 2013 roku. Od tamtego czasu obserwowaliśmy gwiazdę kilkoma różnymi teleskopami – powiedział Guillem Anglada-Escude, szef zespołu astronomów zaangażowanych w projekt badawczy Pale Red Dot.

Masa odkrytej planety to 1,3 masy Ziemi. Planeta krąży wokół swojego słońca w odległości 7 mln kilometrów, a to wielokrotnie mniej niż odległość Ziemia – Słońce. To znacznie mniej niż odległość Słońce – Merkury. Proxima Centauri jest jednak inną gwiazdą niż ta nasza. Świeci słabym światłem i dlatego mimo małej odległości gwiazda – planeta, na powierzchni tej drugiej może znajdować się woda w stanie ciekłym.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Teraz, te Proxima b będzie głównym celem obserwacji tych astronomów, którzy będą poszukiwali życia na obcych planetach. Jeżeli kiedykolwiek (a to na pewno nastąpi) zorganizujemy międzygwiezdną misję, na pewno pierwszym jej celem będzie właśnie nowo odkryta planeta.

Tomasz Rożek

Brak komentarzy do „Ziemia” w sąsiedztwie

(wszech)Świat się marszczy !!!

Lada dzień gruchnie wiadomość na którą czekamy od kilku dziesięcioleci. Wszechświat, przestrzeń marszczy się. W LIGO podobno odkryto fale grawitacyjne.

Kosmiczny detektor, kosmiczne zagadnienie. W świecie fizyków i kosmologów od kilku dni nie mówi się o niczym innym niż fale grawitacyjne, które miał podobno wykryć LIGO. O co chodzi?

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

waves-101-1222750-1600x1200

Fale grawitacyjne to kompletny odlot. Człowiekiem który sprawę rozumiał, ba, który ją wymyślił, a w zasadzie wyliczył był nie kto inny tylko Albert Einstein (swoją drogą powinien dostać nagrodę za odkrycie najbardziej nieintuicyjnych zjawisk we wszechświecie). Z napisanej przez niego 100 lat temu Ogólnej Teorii Względności wynika, że ruch obiektów obdarzonych masą,  jest źródłem rozchodzących się w przestrzeni fal grawitacyjnych (lub inaczej – choć nie mniej abstrakcyjnie – zaburzeń czasoprzestrzennych). Jak to sobie wyobrazić? No właśnie tu jest problem. Bardzo niedoskonała analogia to powstające na powierzchni wody kręgi, gdy wrzuci się do niej kamień. W przypadku fal grawitacyjnych zamiast wody jest przestrzeń, a zamiast kamienia poruszające się obiekty. Czym większa masa i czym szybszy ruch, tym łatwiej zmarszczki przestrzeni powinny być zauważalne. Rejestrując największe fale grawitacyjne, tak jak gdybyśmy bezpośrednio obserwowali największe kosmiczne kataklizmy: zderzenia gwiazd neutronowych, czarnych dziur czy wybuchy supernowych. Trzeba przyznać, że perspektywa kusząca gdyby nie to… że fale grawitacyjne to niezwykle subtelne zjawiska. Nawet te największe, bardziej będą przypominały lekkie muśnięcia piórkiem niż trzęsienie ziemi. W książce „Zmarszczki na kosmicznym morzu” (Ripples on a Cosmic Sea: The Search for Gravitational Waves) australijski fizyk, prof. David Blair, poszukiwanie fal grawitacyjnych porównuje do nasłuchiwania wibracji wywołanych przez pukanie do drzwi z odległości dziesięciu tysięcy kilometrów. Detektory zdolne wykryć fale grawitacyjne powinny być zdolne zarejestrować wstrząsy sejsmiczne wywołane przez upadek szpilki po drugiej stronie naszej planety. Czy to w ogóle jest możliwe? Tak! Od 2002 roku działa w USA Laser Interferometer Gravitational Wave Observatory w skrócie LIGO czyli Laserowe Obserwatorium Interferometryczne Fal Grawitacyjnych. Zanim budowa ruszyła, pierwszy szef laboratorium prof. Barry Barrish na dorocznym posiedzeniu AAAS (American Association for the Advancement of Science) oświadczył, że pomimo wielu trudności nadszedł w końcu czas na zrobienie czegoś, co można nazwać prawdzią nauką (swoją drogą, odważne słowa na zjeździe najlepszych naukowców na świecie).

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

This_visualization_shows_what_Einstein_envisioned

Symulacja łączenia się czarnych dziur – jedno ze zjawisk, które wytwarza najsilniejsze fale grawitacyjne

Z falami grawitacyjnymi jest jednak ten problem, że przez dziesięciolecia, mimo prób, nikomu nie udało się ich znaleźć. Gdyby komuś zaświtała w głowie myśl, że być może w ogóle ich nie ma, spieszę donieść, że gdyby tak było naprawdę, runąłby fundament współczesnej fizyki – Ogólna Teoria Względności, a kosmologię trzeba byłoby przepisać od początku. Dzisiaj głośno mówi się, że fale grawitacyjne zostały przez LIGO zarejestrowane. Panuje raczej atmosfera lekkiego podniecenia i oczekiwania na to, co stanie się za chwilę. Potwierdzenie istnienia fal grawitacyjnych nie będzie kolejnym odkryciem, które ktoś odfajkuje na długiej liście spraw do załatwienia.  Zobaczymy otaczający nas wszechświat z całkowicie innej perspektywy.

Jako pierwszy falowe zmiany pola grawitacyjnego, w latach 60 XX wieku próbował zarejestrować amerykański fizyk Jaseph Weber. Budowane przez niego aluminiowe cylindry obłożone detektorami nie zostały jednak wprawione w drgania. Co prawda Weber twierdził, że złapał zmarszczki wszechświata, ale tego wyniku nie udało się potwierdzić. Dalsze poszukiwania trwały bez powodzenia, aż do 1974 roku, gdy dwóch radioastronomów z Uniwersytetu w Princeton (Joseph Taylor i Russel Hulse) obserwując krążące wokół siebie gwiazdy (PSR1913+16) stwierdziło, że układ powoli traci swoją energię, tak jak gdyby wysyłał … fale grawitacyjne. Mimo, że samych fal nie zaobserwowano, za pośrednie potwierdzenie ich istnienia autorzy dostali w 1993 roku Nagrodę Nobla. Uzasadnienie Komitetu Noblowskiego brzmiało: „za odkrycie nowego typu pulsara, odkrycie, które otwiera nowe możliwości badania grawitacji”.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

virgoviewInstalacja, która z lotu ptaka wygląda jak wielka litera L, to dwie rury o długości 4 km każda, stykające się końcami pod kątem prostym. Choć całość przypomina przepompownię czy oczyszczalnię ścieków jest jednym z najbardziej skomplikowanych urządzeń kiedykolwiek wybudowanych przez człowieka. Każde z ramion tworzy betonowa rura o średnicy 2 metrów. W jej wnętrzu – jak w bunkrze – znajduje się druga ze stali nierdzewnej, która jest granicą pomiędzy światem zewnętrznym a bardzo wysoką próżnią. Z miejsca w którym rury się stykają, „na skrzyżowaniu”, dokładnie w tym samym momencie wysyłane są wiązki lasera. Ich celem są zwierciadła umieszczone na końcu każdej z rur. 2000px-Ligo.svgOdbijane przez zwierciadła tam i z powrotem około 100 razy promienie, wpadają z powrotem do centralnego laboratorium i tam zostają do siebie porównane. Dzięki zjawisku interferencji możliwe jest wyliczenie z wielką dokładnością różnicy przebytych przez obydwie wiązki światła dróg. A drogi te powinny być identyczne, no chyba że… chyba że w czasie pomiaru przez Ziemie – podobnie jak fala na powierzchni wody – przejdzie fala grawitacyjna. Wtedy jedno z ramion będzie nieco dłuższe, a efekt natychmiast zostanie wychwycony w czasie porównania dwóch wiązek. Tyle tylko, że nawet największe zaburzenia zmienią długość ramion o mniej niż jedną tysięczną część średnicy protonu (!). To mniej więcej tak, jak gdyby mierzyć zmiany średnicy Drogi Mlecznej (którą ocenia się na ok. 100 tys. lat świetlnych) z dokładnością do jednego metra. Czy jesteśmy w stanie tak subtelne efekty w ogóle zarejestrować ? Lustra na końcach każdego z korytarzy (tuneli) mogą zadrgać (chociażby dlatego, że przeleciał nad nimi samolot, albo w okolicy przejechał ciężki samochód). By tego typu efekty nie miały wpływu na pomiar zdecydowano się na budowę nie jednej, ale dwóch instalacji, w Handford w stanie Waszyngton i w Livingston w stanie Luizjana. Są identyczne, choć oddalone od siebie o ponad 3 tys. kilometrów. Ich ramiona maja takie same wymiary i maja takie same układy optyczne. Nawet gdy w jednym LIGO zwierciadło nieoczekiwanie zadrga, niemożliwe by to samo w tej samej chwili stało się ze zwierciadłem bliźniaczej instalacji. Zupełnie jednak inaczej będzie gdy przez Ziemię przejdzie z prędkością światła fala grawitacyjna. Zmiany jakie wywoła zajdą w dokładnie tej samej chwili w obydwu ośrodkach.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

A kończąc, pozwólcie na ton nieco nostalgiczny. Wszechświat jest areną niezliczonych kataklizmów a dramatyczne katastrofy, to naturalny cykl jego życia. To nic, że od tysięcy lat na naszym niebie królują te same gwiazdozbiory. W skali kosmicznej taki okres czasu to nic nieznacząca chwila, a nawet w czasie jej trwania widoczne były wybuchy gwiazd. Z bodaj największego kataklizmu – Wielkiego Wybuchu – „wykluło” się to co dzisiaj nazywamy kosmosem. Obserwatoria grawitacyjne (np. takie jak LIGO) otworzą oczy na inne wielkie katastrofy, i to nie tylko te które będą, ale także te które były. Już prawie słychać zgrzyt przekręcanego klucza w drzwiach. Już za chwilę się otworzą. Najpierw przez wąską szparę, a później coraz wyraźniej i coraz śmielej będziemy obserwowali wszechświat przez nieznane dotychczas okulary. Ocenia się, że to co widzą „zwykłe” teleskopy (tzw. materia świecąca) to mniej niż 10% całej masy Wszechświata. A gdzie pozostałe 90% ? Na to pytanie nie znaleziono dotychczas odpowiedzi. Tzw. ciemna materia powinna być wszędzie, a nie widać jej nigdzie. Przypisuje się jej niezwykłe właściwości, łączy się ją z nie mniej tajemniczą ciemną energią. Czy LIGO, pomoże w rozwiązaniu tej intrygującej zagadki? Czy będzie pierwszym teleskopem, przez który będzie widać ciemną materię? Jeżeli obserwatoria grawitacyjne będą w stanie „zobaczyć” obiekty, które można obserwować także w świetle widzialnym (np. wybuch supernowej), a nie będą widziały ani grama ciemnej materii, to zagadka staje się jeszcze bardziej tajemnicza. Bo albo ta materia nie podlega prawom grawitacji, albo nie ma żadnej ciemnej materii. Konsekwencje obydwu tych scenariuszy są trudne do przewidzenia. Czy teraz rozumiecie dlaczego odkrycie fal grawitacyjnych jest tak ważne? 

10 komentarzy do (wszech)Świat się marszczy !!!

Śpiewające piaski

„Powszechnie wiadomym jest, że pustynię zamieszkują złe duchy, prowadząc podróżników do zguby przez najbardziej złośliwe sztuczki” – pisał w 1295 roku Marco Polo. Dzisiaj wiadomo, że to nie duchy straszą na pustyni tylko dźwięki produkowane przez wydmy.

„Powszechnie wiadomym jest, że pustynię zamieszkują złe duchy, prowadząc podróżników do zguby przez najbardziej złośliwe sztuczki”

– pisał w dzienniku ze swoich podróży Marco Polo. Był rok  w 1295 roku i o mechanice materiałów sypkich wiedziano wtedy niewiele (a i dzisiaj nie wszystko jest jasne i oczywiste). Dzisiaj wiadomo, że to nie duchy straszą na pustyni podróżników, tylko śpiewające wydmy. O co chodzi? O lawiny piasku.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Samochód jadący po tzw. kocich łbach hałasuje, bo koła raz wjeżdżają na kamień, raz z niego zjeżdżają. I tak w kółko, wjeżdżają i zjeżdżają, wjeżdżają… A teraz wyobraźcie sobie ziarenka piasku, które zsuwają się w dół wydmy. Nie ześlizgują się przecież po gładkiej powierzchni, tylko po innych ziarenkach piasku, leżących głębiej. I tak jak samochód na „kocich łbach”, tak drobinki piasku, raz wtaczają się na ziarenka leżące głębiej, raz z nich staczają. Zsynchronizowany ruch ziarenek „góra-dół” powoduje, że wydma zachowuje się jak ogromna drgająca membrana. Te drgania, tak jak w głośniku, „produkują” dźwięki.

Zrzut ekranu 2016-01-22 o 13_Fotor

Gdy nachylenie zbocza wydmy przekroczy wartość graniczną (około 35 st), warstwy piasku zsuwają się (a). Ziarenka piasku nie poruszają się jednak po płaskiej nawierzchni. Najpierw same muszą się wtoczyć (b) i przetoczyć (c i d) po warstwie piasku która pozostaje nieruchoma. W efekcie ziarenka piasku nie tylko poruszają się ku podstawie zbocza. Ponieważ zjeżdżają po innych ziarenkach piasku, dosyć szybko drgają poruszając się góra – dół. Źródło grafiki: Laurie Grace, ŚWIAT NAUKI 11.97

Membrana w głośniku jest jednak dużo mniejsza niż powierzchnia zsuwającej się piaskowej lawiny. Dźwięki „wygrywane” przez śpiewające wydmy mogą być tak donośne, że słychać je z odległości nawet 10 kilometrów. Dokładne pomiary wykazały, że odgłosy powstające na pustyni mogą mieć głośność nawet do 105 decybeli, podczas gdy granica bólu u człowieka wynosi 120 decybeli.

Nie każda wydma śpiewa. Ziarenka piasku muszą być małe, ich średnica nie może przekraczać 0,5 mm. Czym piasek jest czystszy, tym bardziej prawdopodobne, że będzie śpiewał. Gdy w piasku są zanieczyszczenia (muł, resztki roślin czy szczątki zwierząt, np. małe kawałki muszelek), o śpiewaniu można zapomnieć. Śpiewające wydmy występują tylko tam, gdzie jest wysoka temperatura i niska wilgotność. Wydmy nigdy nie śpiewają wcześnie rano czy późno wieczorem, bo wtedy nawet na pustyni w powietrzu (i piasku) jest trochę wilgoci. Cząsteczki wody, sklejają ziarenka piasku, a to wstrzymuje piaskowe lawiny.

Moment w którym z wydmy zsunie się lawina jest nie do przewidzenia. Gdy stromizna wydmy osiągnie wartość graniczną (wynoszącą na Ziemi dla suchego piasku około 35 stopnie), potrzebne jest tylko jedno jedyne ziarenko, które spowoduje przekroczenie wartości krytycznej i niekontrolowana już niczym lawina zsuwa się w dół zbocza. To zachwianie równowagi może być spowodowane także hukiem, albo jakimś wstrząsem. Przeróżne dźwięki powstają więc na pustynie nagle. Czasami jeden dźwięk wywołuje następny, czasami – mówią podróżnicy – jak gdyby grała cała orkiestra. Słychać dzwony, trąbki, harfy, organy i flety. Czasami słychać wystrzały armatnie, syreny okrętowe, odgłosy samolotów, głośny gwar czy płacz. Marco Polo opisywał dźwięki przypominające nawoływania, odgłosy marszu czy klaskania. Bywa, że zaskoczony i przerażony podróżnik znajduje się w samym ich środku.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

W Polsce nie ma śpiewających wydm. Jest za to tzw. „piszczący” piasek. Spacerując po plaży, stopami ugniatamy piasek. Pod wpływem naszego ciężaru, jego ziarenka są pomiędzy siebie wciskane, a to powoduje ich drgania i powstawanie dźwięków. Piszczących. Czy śpiewające wydmy występują na innych globach? Nie wiadomo. Powierzchnia Marsa składa się prawie wyłącznie z pustyń. Inny rodzaj piasku, inna grawitacja, wilgotność, ciśnienie i temperatura. Oj, fizycy będą mieli pełne ręce roboty.

okładka - piasekArtykuł pochodzi z książki „Nauka. To lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd”. Tomasz Rożek, WAB 2012

Brak komentarzy do Śpiewające piaski

Wszystko jest matematyką – rozmowa z X. prof. Michałem Hellerem

O kosmosie, ciekawości, przypadku i matematyce z księdzem profesorem Michałem Hellerem, teologiem, kosmologiem, matematykiem i filozofem rozmawia Tomasz Rożek

Z księdzem profesorem Michałem Hellerem, teologiem, kosmologiem, matematykiem i filozofem rozmawia Tomasz Rożek. Poniższy wywiad jest uzupełnieniem dwóch rozmów, które opublikowałem na kanale YouTube.com/Nauka To Lubie. Pierwsza z tych rozmów dotyczyła wszechświata, a druga człowieka. U dołu wywiadu znajdują się bezpośrednie odnośniki do obydwu rozmów.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Co się stało się prawie 14 miliardów lat temu? Możemy w ogóle udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi?

Historię wszechświata rekonstruujemy poruszając się wstecz. Do 3 minut po wielkim wybuchu mamy wiedzę bardzo solidną, a potem grzęźniemy w hipotezach. Im bliżej początku, tym bardziej hipotetyczna jest nasza wiedza. Ta wiedza opiera się na teorii, ale teoria jest dobrze sprawdzona chociażby w takich miejscach jak laboratorium fizyki cząstek CERN, gdzie zderza się ze sobą np. protony.

Wiemy w takim razie co stało się po Wielkim Wybuchu, ale co było w punkcie zero?

Pytanie, czy taki punkt zero w ogóle był. Według klasycznej kosmologii, według teorii Einsteina, rzeczywiście punkt zero istniał i był tzw. osobliwością, czyli obszarem, w którym załamuje się pojęcie czasoprzestrzeni. Pojęcia czasu i przestrzeni tracą tam sens. Tam urywa się nasza wiedza, znane nam prawa natury przestają działać.

Skoro nie prawa przyrody, to co się tam dzieje?

To jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Mamy dwie wielkie teorie: fizyka kwantowa i fizyka grawitacji. Fizyka kwantowa rządzi światem cząstek elementarnych, mikroświatem. Fizyka grawitacji rządzi kosmosem w wielkiej skali. Zaraz po Wielkim Wybuchu te dwie teorie nakładały się na siebie. Po to by wyjaśnić co dzieje się w osobliwości, trzeba połączyć te dwie teorie w jedną. Jest to niezmiernie trudne wyzwanie, bo te dwie siły mają zupełnie inną naturę. Moim zdaniem, to jest w tej chwili problem numer jeden fizyki teoretycznej. Mamy kilka, może nawet kilkanaście pomysłów jak grawitację i teorię kwantów ze sobą połączyć, ale żaden z nich nie jest potwierdzony doświadczalnie. Wszystko to są hipotetyczne rzeczy, posługują się bardzo ładną i zaawansowaną matematyką, ale nie mamy empirycznego rozstrzygnięcia, która jest prawdziwa i pewnie długo nie będziemy mieć.

Czy to jest przypadek, że człowiek został obdarzony umysłem, żeby dociekać tak skomplikowanych i abstrakcyjnych rzeczy?

Tego też nie wiemy. W każdym razie jest to rzecz niesamowita, że mamy taką władzę poznawania wszechświata. Bo pomyślmy nad tym. Jeżeli umysł ludzki powstał ewolucyjnie przez oddziaływanie z otoczeniem, to jak mówią biologowie, utrwalały się te cechy, które są potrzebne do przeżycia.

Wiedza o czarnej dziurze nie jest potrzebna?

Wiedza o czarnej dziurze jest absolutnie niepotrzebna do przeżycia.

Od biedy dałoby się połączyć wiedzę z sukcesem reprodukcyjnym. W końcu wolimy się otaczać ludźmi mądrzejszymi. Może intelekt czy wiedza to coś w rodzaju pożądanego przez przyszłego partnera gadżetu?

Myślę, że chyba wystarczyłby taki gadżet, który służyłby do uchylania głowy jak maczuga leci. Niemniej jednak jest to niesamowite, że człowiek ma tak rozwinięty umysł. Jeśli popatrzymy na historię, to tak naprawdę fizyka zaczęła się gdzieś w XVII wieku. Jesteśmy dopiero na samym początku. Co to jest kilkaset lat wobec 14 miliardów? I to jest rzeczywiście coś absolutnie niesamowitego. Można by to pytanie, które pan zadał, postawić w innej formie: czy złożoność ludzkiego mózgu wystarczy, ażeby zbadać złożoność wszechświata? Innymi słowy, czy złożoność wszechświata jest przykrojona na miarę naszego mózgu? Niezależnie od tego, czy jesteśmy sami we wszechświecie jako istoty rozumne, czy też są jacyś nasi bracia w rozumie, specjaliści mówią, że złożoność mózgu jest większa, niż złożoność całego wszechświata.

Ilość potencjalnych połączeń między komórkami w mózgu jednego człowieka jest większa niż ilość gwiazd we wszechświecie.

No właśnie. I to nas stawia w dość wyróżnionej pozycji. Natomiast czy dzięki tej złożoności możemy pojąć wszystko? Tu jest pewien logiczny paradoks. Jeśli chcielibyśmy pojąć wszystko, to musielibyśmy zrozumieć także mózg. Czy mózg może poznać sam siebie?

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Mówiliśmy trochę o ewolucji, a z nią bardzo często wiąże się słowo „przypadek”. 

Arystoteles miał przyczynową koncepcję nauki, która w jakimś sensie jest aktualna do dzisiaj. Wyjaśniamy wszechświat według Arystotelesa przez ciągi przyczyn i skutków, takie łańcuchy przyczynowe. Natomiast on przypadek określił jako coś, co przerywa taki ciąg. Interweniuje przypadkowo w ten ciąg i zaburza go. I dlatego według niego nie może być wiedzy naukowej o przypadku. I ludzie uwierzyli, że przypadek jest jakimś takim obcym ciałem w nauce. Tymczasem okazuje się, że tak nie jest. Najbardziej dramatycznym czy widocznym przykładem próby oswajania przypadku jest ludzka chciwość. Jak ktoś gra hazardowo, to chce wygrać. Ludzie szukali więc jakiejś strategii, żeby zapewnić sobie zwycięstwo w totolotku, ruletce, czy w pokerze.

No i takiego sposobu nie znaleźli. Wygrana czy przegrana to kwestia przypadku.

Czy na pewno? Statystyka i rachunek prawdopodobieństwa mówią co innego. Gdyby było tak jak pan mówi, nie mogłyby działać np. banki czy towarzystwa ubezpieczeniowe, które liczą prawdopodobieństwo w związku z ubezpieczeniami na życie. Bez prawdopodobieństwa i statystyki nie byłoby dzisiejszej wiedzy. Ani fizyki, ani medycyny.

Bo statystyka daje odpowiedzi dotyczące ogółu a pojedynczy przypadek dalej jest dziełem… przypadku.

Też nie całkiem. W „Summa contra gentiles” św. Tomasz pisze, że boża opatrzność rządzi zdarzeniami ex casu del fortuna – dziejącymi się z przypadku lub losowo. Dwoje ludzi pobiera się, bo spotkali się, gdy spóźnił się pociąg. Czy to przypadek? Wszystko tu ma przyczynę. Pociąg się spóźnił, bo popsuła się lokomotywa. Młodzi ludzie byli w tym samym miejscu o tym samym czasie, bo każde z nich jechało w konkretne miejsce. W fizyce tak jest na każdym kroku. Dobrym przykładem jest zwykły rzut kamieniem. On jest opisany prostymi równaniami ruchu Newtona i wszystko jest – wydawałoby się – zdeterminowane, ale ja mogę przypadkiem tym kamieniem zamiast trafić w tarczę, to komuś w głowę. W nauce jest bardzo dużo miejsca na przypadki, a one same nie są zaprzeczeniem zasad przyrody. W siatce praw przyrody są pewne luzy na przypadki. Bez tych przypadków prawa przyrody by nie mogły działać.

A ten plan, te reguły, które tym wszystkim rządzą, te luzy, o których ksiądz profesor mówi, czy one jakoś powstały, czy one były zawsze? Jak to rozumieć?

No to jest problem genezy praw przyrody. I ja nie wiem jaka ona jest. To na pewno nie jest zagadnienie z dziedziny fizyki, bo fizyka zakłada prawa przyrody. Nie wyjaśnia ich. W każdym modelu fizycznym prawa fizyki są założone. Takie, a nie inne i koniec. Natomiast wyjaśnienie, skąd się biorą prawa przyrody, to już raczej należy do filozofii czy na przykład do teologii. Można powiedzieć, że to po prostu Pan Bóg stworzył.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

To jest bardzo wygodne podejście. Pan Bóg stworzył, kropka. A może by się nad tym zastanowić ?

Często fizycy nie nazywają tego Panem Bogiem, ale skądś się one musiały wziąć. Einstein nie uznawał Boga w formie chrześcijańskiej. Raczej był bliżej panteizmu, ale używał hasła „Zamysł Boga” – the Mind of God. Może używał to jako metaforę, ale uważał, że zestaw praw przyrody to jest właśnie the Mind of God. I mówił: nie chciałbym nic więcej wiedzieć, tylko znać the Mind of God.

Znać boży zamysł… czyli to jedno równanie, które opisuje wszystko?

No tak. I tu są te granice fizyki, o których mówimy. Na to wszystko nakłada się matematyka, która jest uniwersalnym językiem opisu wszechświata. Tylko trzeba pamiętać, że matematyka nie oznacza wcale determinizmu.

2 + 2 zawsze równa się 4. Cała matematyka szkolna jest deterministyczna.

No bo w szkole się uczy najprostszych rzeczy: dodawania, odejmowania i pierwiastkowania. Niewiele więcej. W prawdopodobieństwie nic nie jest pewne, choć wszystko prawdopodobne. A to dopiero początek. Mechanika kwantowa posługuje się matematyką, która jest indeterministyczna. Wcześniej rozmawialiśmy o przypadkach. Ja rozróżniam dwa ich rodzaje. Jeden to przypadek wynikający z niewiedzy albo ignorancji. Np. mogę się z kimś założyć, czy z zza rogu wyjedzie tramwaj numer 8 czy 4. Ja nie wiem który i traktuję to w kategoriach przypadku, ale jeżeli te tramwaje są w drodze, to proces jest zdeterminowany. Natomiast czy są przypadki, zdarzenia, które rzeczywiście nie są zdeterminowane? Mechanika kwantowa jest świadectwem, że tak, są. I takie przypadki pojawiają się u podstaw całej naszej rzeczywistości.

Czy wszechświat ma jakieś granice geometryczne? Pytam zarówno o to, czy możemy dowolnie długo dzielić cząstki elementarne na coraz mniejsze kawałki, jak i o to, czy kosmos gdzieś się kończy?

Może być tak, że świat jest skończony, ale nie ma granicy. I wtedy idąc cały czas w jedną stronę, w końcu trafimy do punktu wyjścia. Modele otwarte mówią, że można zmierzać w jednym kierunku w nieskończoność. Nie ma żadnych naukowych powodów, by wszechświat miał granice. Natomiast czy można dzielić cząstki w nieskończoność? Nie wiem.

Co zapaliło małego Michała Hellera do tego by zajął się nauką? A co zapala już dorosłego księdza profesora by zajmował się nią dalej? 

Dorastałem w domu, gdzie rozmawiało się o nauce, o świecie. Ojciec był inżynierem, opublikował nawet kilka prac matematycznych. Od dziecka, jak tylko miałem jakąś książkę popularnonaukową, to się w niej zaczytywałem. I trudno tak ciekawymi rzeczami się nie zajmować. A dzisiaj? Chyba ta sama ciekawość co u małego Michała. Ciekawość jest motorem działania. Ale trzeba uważać, bo ona musi być pod kontrolą. Inaczej do niczego się nie dojdzie, niczego nie uda się wystarczająco dobrze zbadać. Na świecie żyje wielu geniuszy, którzy nie potrafili się ograniczyć. Wiedzą prawie wszystko o prawie wszystkim i zarazem niewiele. Wszystko ich za bardzo ciekawi. I w moim przypadku to zawsze było dość trudne i bywa trudne do dzisiaj. Interesuje mnie za dużo, a trzeba się ograniczyć do jednego.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Ksiądz Profesor Michał Heller jest teologiem, filozofem i kosmologiem. W 2008 roku jako jedyny dotychczas Polak został laureatem międzynarodowej Nagrody Templetona, przyznawanej za pokonywanie barier między nauką a religią. Jest autorem kilkudziesięciu książek. 

Opublikowany powyżej wywiad jest fragmentem rozmowy jaką przeprowadziłem z X. prof. Michałem Hellerem dla tygodnika Gość Niedzielny.
3 komentarze do Wszystko jest matematyką – rozmowa z X. prof. Michałem Hellerem

W kosmosie woda jest wszędzie!

Jest na planetach, księżycach, kometach a nawet… w mgławicach. Dość powszechnie panująca opinia o tym, że woda jest obecna tylko na Ziemi, jest kompletnie błędna. Wody w kosmosie jest bardzo dużo. Ale to wcale nie musi znaczyć, że wszędzie tam jest życie.

Dość powszechnie panująca opinia o tym, że woda jest obecna tylko na Ziemi, jest kompletnie błędna. Choć w kolejnym odcinku „Megaodkryć” na National Geographic Channel będzie mowa o „Wodnej apokalipsie” to okazuje się, że ta wspomniana apokalipsa to nasz ziemski problem.

>> Polub FB.com/NaukaToLubie i pomóż mi tworzyć stronę pełną nauki. 

Woda płynna jest na przynajmniej kilku obiektach Układu Słonecznego. Kilka tygodni temu odkryto ją także na powierzchni Marsa. Co zaskakuje, obłoki pary wodnej „wiszą” także w przestrzeni kosmicznej. Kilka lat temu odkryto taki wokół kwazaru PG 0052+251. Póki co, to największy ze wszystkich znanych rezerwuarów wody w kosmosie. Dokładne obliczenia wskazują, że gdyby całą tę parę wodną skroplić, byłoby jej 140 bilionów (tysięcy miliardów) razy więcej niż wody we wszystkich ziemskich oceanach. Masa odkrytego wśród gwiazd „zbiornika wody” wynosi 100 tysięcy razy więcej niż masa Słońca. To kolejny dowód, że woda jest wszechobecna we wszechświecie.

Do wyboru: lód, woda i para

Naukowców nie dziwi sam fakt znalezienia wody, ale jej ilość. Cząsteczka wody (dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu) jest stosunkowo prosta i występuje we wszechświecie powszechnie. Bardzo często łączy się ją z obecnością życia. Faktem jest, że życie, jakie znamy, jest uzależnione od obecności wody. Ale sam fakt istnienia gdzieś wody nie oznacza istnienia tam życia. Po to, by życie zakwitło, musi być spełnionych wiele różnych warunków. Woda wokół wspomnianego kwazaru jest w stanie gazowym, a woda niezbędna do życia musi być w stanie ciekłym. Nawet jednak ciekła woda to nie gwarancja sukcesu (w poszukiwaniu życia), a jedynie wskazówka.

Takich miejsc, którym badacze się przyglądają, jest dzisiaj w Układzie Słonecznym przynajmniej kilka. Woda może tu występować – tak jak na Ziemi – w trzech postaciach: gazowej, ciekłej i stałej. I właściwie we wszystkich trzech wszędzie jej pełno. Cząsteczki pary wodnej badacze odnajdują w atmosferach przynajmniej trzech planet Układu Słonecznego. Także w przestrzeni międzygwiezdnej. Woda w stanie ciekłym występuje na pewno na Ziemi. Czasami na Marsie, najprawdopodobniej na księżycach Jowisza, ale także – jak wykazały ostatnie badania – na księżycach Saturna. A na jednym z nich – Enceladusie – z całą pewnością. Gdy kilka lat temu amerykańska sonda kosmiczna Cassini-Huygens przelatywała blisko tego księżyca, zrobiła serię zdjęć, na których było wyraźnie widać buchające na wysokość kilku kilometrów gejzery. Zdjęcia tego zjawiska były tak dokładne, że badacze z NASA zauważyli w buchających w przestrzeń pióropuszach nie tylko strugi wody, ale także kłęby pary i… kawałki lodu. Skąd lód? Wydaje się, że powierzchnia Enceladusa, tak samo zresztą jak jowiszowego księżyca Europy, pokryta jest bardzo grubą (czasami na kilka kilometrów) warstwą lodu. Tam nie ma lądów czy wysp. Tam jest tylko zamarznięty ocean. Cały glob pokryty jest wodą.

061215_europa_02

Powierzchnia jowiszowego księżyca Europa

Nie tylko u nas

Skoro cała powierzchnia księżyców Jowisza i Saturna pokryta jest bardzo grubym lodem, skąd energia gejzerów? Skąd płynna woda pod lodem? Niektóre globy żyją, są aktywne. Ich wnętrze jest potężnym reaktorem, potężnym źródłem ciepła. Tak właśnie jest w przypadku zarówno Europy, jak i Enceladusa. Swoją drogą ciekawe, co musi się dziać pod kilkukilometrowym lodem, skoro woda, która wydrążyła sobie w nim lukę, wystrzeliwuje na wiele kilometrów w przestrzeń?

Może nie morza, jeziora czy chociażby bajora, ale lekka rosa – wodę znajduje się także na powierzchni naszego Księżyca. Zaskakujące odkrycie to dzieło indyjskiej sondy Chandrayaan-1, potwierdzone przez dwie amerykańskie misje (Deep Impact i Cassini).

Niejedna praca naukowa powstała też na temat wody na Czerwonej Planecie. Wiadomo, że jest na marsjańskich biegunach. Nie brakuje jednak danych, że woda, nawet w stanie ciekłym, pojawia się czasowo w różnych innych miejscach planety. Wyraźnie ją widać na zboczach kraterów, o ile padają na nie promienie letniego Słońca.

Z badań amerykańskiej sondy Messenger, która od 2004 roku badała Merkurego, wynika, że woda jest także w atmosferze pierwszej od Słońca gorącej planety. Co z innymi planetami spoza Układu Słonecznego? Na nich też pewnie jest mnóstwo wody. Tylko jeszcze o tym nie wiemy. Chociaż… Pierwszą egzoplanetą, na której najprawdopodobniej jest woda jest HD 189733b, która znajduje się 63 lata świetlne od nas. Ta planeta to tzw. gazowy gigant. Ogromna kula gorących i gęstych gazów z płynnym wnętrzem. Gdzie tutaj miałaby być woda? Wszędzie – twierdzą badacze. Dzięki aparaturze wybudowanej w California Institute of Technology, USA udało się odkryć, że mająca prawie 1000 st. C atmosfera zawiera duże ilości pary wodnej.

>> Polub FB.com/NaukaToLubie i pomóż mi tworzyć stronę pełną nauki. 

Czy któreś z tych kosmicznych źródeł wody będzie nas w stanie uchronić przez niedostatkiem pitnej wody na Ziemi? Tego jeszcze nie wiemy, choć problem braku podstawowej do życia substancji wydaje się być coraz bardziej palący. Przekonują o tym hollywoodzka gwiazda – Angela Basset – i jej goście – światowej sławy naukowcy, którzy próbują odpowiedzieć na pytanie czy czeka nas „Wodna Apokalipsa” w ostatnim już odcinku niezwykłej serii „Megaodkrycia” na National Geographic Channel. Jeśli chcecie wiedzieć, gdzie najtęższe umysły naukowe szukają teraz źródeł H2O, oglądajcie „Wodną Apokalipsę” – już w niedzielę, 13 grudnia, o 22.00 na National Geographic Channel.

 

 

Brak komentarzy do W kosmosie woda jest wszędzie!

Nowe zdjęcia Plutona!!!! Niesamowite.

Co tam się dzieje?!? Z najnowszych zdjęć powierzchni Plutona wynika, że ta planeta jest niezwykle zróżnicowana. Są góry, ogromne kratery i lodowe pustynie!

Co tam się dzieje?!? Z najnowszych zdjęć powierzchni Plutona wynika, że ta planeta jest niezwykle zróżnicowana. Są góry, ogromne kratery i lodowe pustynie!

>> Polub FB.com/NaukaToLubie. Pomóż mi tworzyć miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

To moje ulubione zdjęcie. Wygląda tak jak gdyby lodowiec „wylewał się” na pustynię. 2-newhorizonsr

Nadesłane obrazy zrobiła sonda New Horizons. Fotografowała powierzchnię Plutona z odległości dwunastu tysięcy kilometrów. Nigdy wcześniej nie udało się zrobić tak dokładnych zdjęć powierzchni planety karłowatej. Co na niej można zobaczyć? Góry, lodowe pustynie i kratery o średnicy wielu kilometrów.

vVpYaZs

Choć zdjęcia zostały zrobione kilka miesięcy temu, dopiero teraz znalazły się na Ziemi. Fotografie musiały „czekać w kolejce” na przesłanie. Szybkość transmisji pomiędzy New Horizons a Ziemią jest bardzo wolna. Pluton znajduje się średnio 40 razy dalej od Słońca niż Ziemia, a to oznacza, że światło (a więc i fala radiowa) potrzebuje kilku godziny by dotrzeć do Ziemi.

>> Polub FB.com/NaukaToLubie. Pomóż mi tworzyć miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

nh-craters-mountains-glaciers

Wszystkie zdjęcia należą do NASA.

 

 

5 komentarzy do Nowe zdjęcia Plutona!!!! Niesamowite.

100 lat abstrakcji

Czas jest względny, a masa zakrzywia czasoprzestrzeń. To jedno zdanie jednych przyprawia o ból głowy, dla innych jest źródłem nieograniczonej fascynacji. Fascynacji, która trwa dokładnie 100 lat.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

Pióra i ołówki na teorii grawitacji połamało już wielu badaczy. To co wiemy, to prosty wzór, którego dzieci uczą się w szkole. Że siła grawitacji zależy od masy obiektów, które są jej źródłami (im obiekt cięższy, tym większa siła), oraz że słabnie wraz z zwiększającą się odległością pomiędzy tymi obiektami. Dzięki tej prostej zależności, udaje się doskonale przewidywać ruchy planet, satelitów, także zachowanie sporej części gwiazd w galaktyce. Sporej, ale nie wszystkich.

Tymi, których wytłumaczyć się nie da są np. kolizje gwiazd neutronowych, pulsary, czarne dziury czy wybuchy supernowych. Grawitacji nie sposób także „dopasować” do wielkiego wybuchu. A skoro od niego swój początek wziął czas i przestrzeń, nasze braki w rozumieniu grawitacji stają się kłopotliwe.

Dokładnie 100 lat temu Albert Einstein ogłosił (a konkretnie odczytał) Ogólną Teorię Względności. Jej manuskrypt (ma 46 stron) można dzisiaj zobaczyć w Bibliotece Narodowej Izraela. Dla postronnego obserwatora, niespecjalisty , notatki Einsteina mogą sprawiać wrażenie niewyraźnych bazgrołów zrobionych na pożółkłych kartkach. Są napisane bardzo drobnym maczkiem, często poprawiane, miejscami podkreślone, w innych miejscach przekreślone. Sporo w nich matematycznych wzorów. Niesamowite, jak wiele w fizyce czy w ogóle w postrzeganiu świata (wszechświata) zmieniło to, co 100 lat temu zostało zaprezentowane światu.

Ogólna Teoria Względności została ogłoszona w 1915 roku, gdy Albert Einstein przebywał w Niemczech. Już wtedy Einstein był znanym człowiekiem, a jego prace – choć przez bardzo nielicznych rozumiane – były w pewnym sensie kultowe. Stworzenie OTW nie było olśnieniem, jak wielu innych teorii fizycznych. Einstein pracował nad nią 9 lat. Czasami błądził, czasami się mylił. To była żmudna praca. OTW jest – jak sama nazwa wskazuje – uogólnieniem Szczególnej Teorii Względności Einsteina. Choć teoria Ogólna i Szczególna są dwoma najbardziej znanymi jego pracami, Einstein największe naukowe zaszczyty (Nagrodę Nobla) odebrał za prace nad zupełnie innym problem (konkretnie nad efektem fotoelektrycznym).

Ogólna Teoria Względności (OTW) jest w zasadzie teorią opisującą najbardziej namacalne dla nas oddziaływanie – grawitację. Z nią wiążą się takie wielkości jak masa, przestrzeń i czas. OTW jest bardzo skomplikowana. Nie sposób jej zrozumieć bez ogromnej wiedzy czysto matematycznej. Wynika z niej, że każda masa jest źródłem zakrzywienia otaczającej ją przestrzeni. Czym większa masa, tym większa siła grawitacji, czyli większe zakrzywienie przestrzeni. Jak to rozumieć? Gdy dwie osoby trzymają za rogi obrus jego powierzchnia jest płaska. Ale gdy na sam środek obrusu wrzucimy piłkę, obrus w miejscu w którym się ona znajduje lekko się „naciągnie” czy inaczej „zakrzywi”. Czym większa piłka, tym większe zakrzywienie. Gdy położymy na skraju obrusu mniejsza piłeczka, stoczy się do tego zakrzywienia, tak jak przyciągana grawitacyjnie asteroida „stoczy” się w kierunku Słońca. Tyle tylko, że obrus ma dwa wymiary, a przestrzeń wokół nas ma ich trzy. Ta nieintuicyjność (nie mylić z nielogicznością) to jeden z powodów dla których dwie teorie względności tak trudno zrozumieć. Drugim jest bardzo zaawansowana matematyka, której Einstein musiał użyć do rozwiązania swoich równań.

Gdy Einstein referował swoje pomysły na względność, był znany z zupełnie innych badań teoretycznych. Słuchano go więc z zaciekawianiem. Ale to zaciekawienie wynikało z szacunku do znanego fizyka a nie ze zrozumienia tego o czym mówił. W pewnym sensie tak jest do dzisiaj. Albert Einstein jest postacią kultową. Ale nie dlatego, że tak wielu ludzi rozumie Szczególną czy Ogólną Teorię Względności.  Tak naprawdę zaledwie garstka fizyków wie o co w niej chodzi. Nieco większa grupa rozumie co wynika z teorii Einsteina. Całkiem sporo fizyków na codzień wykorzystuje w swojej pracy naukowej zjawiska, które udało się dzięki teoriom Einsteina zrozumieć. Jednym z takich zjawisk są soczewki grawitacyjne. W zakrzywionej przestrzeni światło nie porusza się po liniach prostych, tylko krzywych. To dlatego światło dalekich galaktyk biegnące w okolicach dużych mas (czarnych dziur czy innych galaktyk) jest zakrzywione, tak samo jak światło przechodzące przez szklane soczewki. Dla astrofizyków i astronomów soczewki grawitacyjne to coś w rodzaju naturalnego teleskopu dzięki któremu mogą obserwować obiekty i zjawiska których inaczej nie udałoby się zaobserwować. Zakrzywiane światło to jednak dopiero początek wchodzenia w świat abstrakcji. Z równań Einsteina wynika także, że czas jest pojęciem względnym, że nie płynie dla nas wszystkich tak samo. Jego bieg jest zależny bowiem od siły grawitacji i od prędkości z jakim porusza się ciało. To z kolei wykorzystuje się w systemach globalnej lokalizacji (np. GPS).

Einstein był teoretykiem. Nie sprawdzał eksperymentalnie tego co wyliczył na drodze matematyki. Zresztą wtedy kiedy dokonywał swoich odkryć, nie było możliwości sprawdzenia ich poprawności. Urządzenia pomiarowe nie były dość czułe, a człowiek jeszcze nie latał w kosmos. To właśnie w przestrzeni pozaziemskiej wielokrotnie testowano wyliczenia Alberta Einsteina. Wszystkie dokładnie się zgadzają. No może za wyjątkiem jednej. Przewidywanych w Teorii Względności fal grawitacyjnych. Ale o nich napiszę innym razem 🙂 Tak samo jak o największej naukowej pomyłce Einsteina.

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

Brak komentarzy do 100 lat abstrakcji

Marsjanin okiem naukowca ;-)

Film Marsjanin jest niezły, choć książka 100 razy lepsza. Ale do rzeczy. Czy możliwa jest historia astronauty Marka Watneya, którego  gra Matt Damon? Postanowiłem popastwić się nad scenariuszem.

Wiem, że piszę to nico późno (w większości kin film już zszedł z ekranów), ale potraktujcie to jako pewien rodzaj próby. W polskim internecie naukowcy (dziennikarze naukowi) zwykle nie recenzują filmów. Ciekaw jestem jaka będzie reakcja na moją recenzję.

Film warto zobaczyć, a jeszcze bardziej warto przeczytać książkę. Piękne krajobrazy, dobre efekty specjalne i ciekawa historia nie zmieniają jednak tego, że opowiedziana w nim historia nie ma prawa się zdarzyć i to z wielu różnych powodów. Ja wspomnę o czterech. Jeżeli nie oglądałaś, jeżeli nie oglądałeś filmu, za chwilę zdradzę kilka szczegółów jego fabuły.

Burza piaskowa, ewakuacja załogi. Zdjęcie z filmu

1.Załogowa misja na Marsa musi w trybie natychmiastowym ewakuować się z planety z powodu silnej burzy piaskowej. Ta nadchodzi tak szybko, że astronauci mają dosłownie kilka minut na spakowanie się i wystrzelenie na orbitę. Tymczasem marsjańska burza byłaby dla sprzętu i ludzi  niegroźna. Marsjańska atmosfera jest z grubsza 200 razy rzadsza od ziemskiej. Nawet jak mocno wieje, niewiele ma to wspólnego z niszczycielskim żywiołem. Marsjańskie burze po prostu nie mają mocy którą mają burze na Ziemi. Marsjańska burza nie może przewracać metalowych konstrukcji. Poza tym da się ją przewidzieć z dużym wyprzedzeniem. Jeżeli w ogóle mówić o niebezpieczeństwach związanych z burzami piaskowymi na Czerwonej Planecie, to nie z powodu siły wiatru tylko znacznie mniejszych niż na Ziemi ziarenek pyłu. Te wcisną się wszędzie powodując uszkodzenia sprzętu. No ale tego w filmie nie było.

martian-gallery13-gallery-image

Uprawa ziemniaków w marsjańskim habitacie. Zdjęcie z filmu

2.Główny bohater ulega wypadkowi, a ewakuująca się załoga święcie przekonana o jego śmierci zostawia go samego na planecie. Mark Watney oczywiście się nie załamuje, tylko szybciutko liczy że na pomoc będzie musiał czekać kilka lat. Sprawdza racje żywnościowe i wychodzi mu, że tych ma za mało. Postanawia więc uprawiać w habitacie ziemniaki. Nawozi do wnętrza labu marsjański grunt i… no i tutaj zaczynają się kolejne kłopoty. Warstwa gruntu jaką przenosi do habitatu jest za mała żeby cokolwiek na niej wyrosło. Ale nie to jest najciekawsze. Z jakiś powodów astronauta postanawia nawozić ekskrementami ziemię po to by ziemniaki szybciej rosły. Po pierwsze nie wiem po co jakikolwiek nawóz. Marsjański grunt jest bardzo bogaty w mikroelementy i minerały. Nawet jeżeli chcieć go nawozić, to ludzkie odchody to nienajlepszy pomysł. Znacznie lepiej byłoby używać odpadków organicznych. Totalnym odlotem jest produkcja wody dla uprawy ziemniaków. Do tego Mark używa hydrazyny, czyli paliwa rakietowego. W teorii reakcja którą przeprowadza jest możliwa, w praktyce cały habitat wyleciałby w powietrze. Po to żeby z hydrazyny odzyskać wodór, po to by po połączeniu z tlenem powstała woda, musi zachodzić w ściśle kontrolowanych warunkach. A nie w namiocie zrobionym z worka.

Habitat, ściana na której główny bohater zaznacza liczbę spędzonych na Marcie dni. Zdjęcie z filmu

3.Największe moje wątpliwości budzi jednak nie burza, ani nie uprawa ziemniaków, tylko długi czas przebywania człowieka na Czerwonej Planecie. O ile dobrze liczę Mark Watney przebywał tam około 20 miesięcy. Nawet gdyby miał wodę i pożywienie wróciłby stamtąd chory. Do powierzchni Marsa z powodu bardzo cienkiej i rzadkiej atmosfery dochodzi dużo więcej promieniowania kosmicznego niż do powierzchni Ziemi. Z szacunków wynika, że po to by człowiek mógł czuć się na Marsie równie bezpieczny co na Ziemi, na Czerwonej Planecie musiałby przebywać pod osłoną około 2 metrów litej skały. Tymczasem w filmie nie widzimy bunkrów czy podziemnych schronów, tylko pomieszczenia wykonane z dość cienkich materiałów. Także kombinezon głównego bohatera jest cieniutki. Mark spaceruje, podziwia widoki a nawet wypuszcza się w dość dalekie trasy w pojeździe, który zresztą wygląda na zbyt ciężki jak na marsjańskie warunki. Jeden z łazików marsjańskich, nieporównywalnie mniejszy i lżejszy, kilka lat temu zakopał się w wydmie a wyciąganie go zajęło kilka tygodni.

Dalekie wycieczki piesze. Dość niebezpieczna rozrywka na Marsie. Zdjęcie z filmu

4.Natomiast najwiekszy odlot – dosłownie i w przenośni – to powrót z Marsa na Ziemię, a szczególnie jego początkowa faza, czyli opuszczenie Marsa. Nic tu się nie zgadza. Proca grawitacyjna pomiędzy Ziemia i Marsem zadziała tylko w dość specyficznych warunkach, na pewno nie takich jak te pokazane w filmie. Rozebranie rakiety, którą astronauta Mark Watney wydostaje się z powierzchni Marsa na jego orbitę spowodowałoby jej rozbicie. Pomijam już fakt, że okna zatkane materiałem z zużytego spadochronu to już nawet nie fikcja rodem z gwiezdnych wojen, tylko raczej z Hi-Mena… (dla młodszych Czytelników, He-Men to taka bajka rysunkowa, którą oglądali Wasi rodzice 😉 ). No i w końcu manewry na orbicie. Hamowanie przez wysadzenie w powietrze części stacji, przedziurawienie kombinezonu po to by używać go jak silniczka manewrowego. W końcu spotkanie… no i happy end. Nie o to chodzi że ostatnie sceny filmu sa mało prawdopodobne. One są nierealne i przeczą zasadom fizyki.

Podsumowując.

P1000471

Pustynia Atacama, Chile. Zdjęcie: Tomasz Rożek

Oczywiście takich filmów jak Marsjanin nie ogląda się po to by uczyć się fizyki. To jasne. Lubię się jednak czasami poznęcać nad filmami. Mnie najbardziej podobały się w tym filmie plenery. Spora część z nich była wykreowana komputerowo, ale część scen była grana na Chilijskiej pustyni Atacama. Byłem na niej jakiś czas temu i jeżeli Mars wygląda choć trochę jak ona… warto tam polecieć. Chociażby dla widoków. No i niebieskiego zachodu Słońca, którego akurat w filmie nie było. No bo wiecie, że na Ziemi, czyli niebieskiej planecie słońce zachodzi na czerwono, ale na czerwonej planecie na niebiesko.

P1000318_Fotor

Pustynia Atacama, Chile. Niedaleko tego miejsca testuje się marsjańskie łaziki. Zdjęcie: Tomasz Rożek

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

15 komentarzy do Marsjanin okiem naukowca ;-)

Jesteśmy w centrum?

Czy Ziemia leży w centrum wszechświata? To pytanie w XXI wieku może u niektórych wywołać  uśmiech politowania. Ale czy powinno?

Jesteśmy jedynym gatunkiem na Ziemi, który współtworzy środowisko w którym żyje. To ciekawe, bo to środowisko, które sami kreujemy, ma ogromny wpływ na kolejne pokolenia. Choć na Ziemi żyją tysiące, dziesiątki tysięcy gatunków zwierząt i roślin, tylko człowiek ma umiejętności, choć chyba powinienem napisać możliwości, by ziemię w tak ogromnym stopniu przekształcać. Jesteśmy niezwykłym gatunkiem, który żyje na niezwykłej planecie.

CopernicSystem

Rysunek Układu Słonecznego jaki pojawił się w dziele De revolutionibus orbium coelestium.

Przez setki lat, odpowiedź na tytułowe pytanie nie budziła żadnych wątpliwości. Ziemia była w centrum wszystkiego i centrum wszystkiego. Obiekty niebieskie (ze Słońcem i Księżycem włącznie) krążyły wokół naszej planety, a sama Ziemia była rusztowaniem o które opierała się cała reszta. Ten obraz runął około połowy XVI wieku. W 1543 roku w Norymberdze ukazało się dzieło kanonika Mikołaja Kopernika – astronoma, matematyka, ale także prawnika, lekarza i tłumacza. W De revolutionibus orbium coelestium – o obrotach sfer niebieskich – Kopernik obalił geocentryczną wizję świata i całkiem sprawnie (choć ze sporymi błędami) przedstawił system heliocentryczny. Ziemia przestała być w centrum. Jej miejsce zajęło Słońce. Oczywiście nikt wtedy nie myślał nawet o galaktykach, gwiazdach supernowych czy czarnych dziurach.

Dla Kopernika sytuacja była w zasadzie dosyć prosta. Słońce w centrum, a wszystko inne krążące wokoło. Mechanizm wszechświata wyglądał podobnie z tą tylko różnicą, że w samym jego centrum znajdowała się nie jak u starożytnych Ziemia, ale nasza dzienna gwiazda. Kilkadziesiąt lat po Koperniku, na początku XVII wieku obserwacje tego co znajduje się poza naszym układem planetarnym rozpoczął Galileusz. Pierwszą osobą, która przedstawiła koncepcję budowy galaktyki był urodzony w Królewcu filozof i matematyk, Immanuel Kant. Była połowa XVIII wieku i nikt poważny nie uznawał już Ziemi za geometryczne centrum wszechświata. Inaczej było jednak ze Słońcem. Wiedziano już o tym, że gwiazd w naszej galaktyce jest bardzo wiele. Wiedziano nawet że krążą one wokół jednego punktu. Bardzo długo uznawano jednak, że tym centralnym punktem jest właśnie Słońce i nasz układ planetarny.

BN-IB371_0424hu_J_20150423201321

Edwin Hubble z negatywem jednej z zaobserwowanych przez siebie galaktyk. źródło: www.wsj.com

Choć w XIX wieku Ziemia od wielu setek lat nie była już traktowana jako geometryczne centrum wszechświata, była jedyną znaną planetą co do której istniała pewność, że jest kolebką życia. Była też częścią jedynego znanego układu planetarnego. Poza Układem Słonecznym nie obserwowano żadnych planet. Ziemia nie leżała w centrum, ale była symbolicznym centrum. Na przełomie XVIII i XIX wieku najpierw Charles Messier, a później William Herschel skatalogowali setki i tysiące mgławic, które później, dzięki pracy amerykańskiego astronoma Edwina Hubble’a (lata 20te XX wieku) okazały się odległymi galaktykami. Odkrywano wiele, zaglądano coraz głębiej i dalej, ale jedno nie ulegało zmianie. W całym ogromnym wszechświecie, wszechświecie w którym istnieją miliardy galaktyk a każda jest domem dla setek miliardów gwiazd do 1990 roku istniało tylko dziewięć planet. Niesamowita historia !

Sytuacja uległa zmianie dokładnie 9 stycznia 1992 roku. To wtedy ukazała się w prestiżowym czasopiśmie Nature praca polskiego astronoma Aleksandra Wolszczana. Opisywała ona dokonane dwa lata wcześniej odkrycie trzech pierwszych planet poza Układem Słonecznym. Krążyły wokół pulsara PSR B1257+12, niecały 1000 lat świetlnych od Ziemi. Dzisiaj, 23 lat po tym odkryciu znanych jest prawie 2000 planet poza Układem Słonecznym, a planety pozasłoneczne, tzw. egzoplanety są odkrywane wręcz hurtowo.

The artist's illustration featured in the main part of this graphic depicts a star and its planet, WASP-18b, a giant exoplanet that orbits very close to it. A new study using Chandra data has shown that WASP-18b is making the star that it orbits act much older than it actually is.  The lower inset box reveals that no X-rays were detected during a long Chandra observation.  This is surprising given the age of the star, suggesting the planet is weakening the star's magnetic field through tidal forces.

To nie zdjęcie, tytlko artystyczna wizja ogromnej planety WASP-18b, która krąży bardzo blisko powierzchni swojej gwiazdy.

Planet jest sporo, ale czy one są takie jak Ziemia ? Nie! Po pierwsze przeważająca większość z nich jest dużo większa od Ziemi. To gazowe giganty takie jak „nasz” Jowisz i Saturn. Dużych planet odkrywamy tak dużo, bo znacznie łatwiej je wykryć. Ziemia różni się od innych jednak tym, że tutaj jest życie, a „tam” – niewiadomo. Co do tego, że proste bakteryjne życie istnieje w przestrzeni kosmicznej, praktycznie możemy mieć pewność, ale z życiem inteligentnym nie jest wcale tak prosto. Jest w tym pewien paradoks. Czym więcej wiem o życiu, tym chętniej przyznajemy, że to proste, jednokomórkowe jest wszechobecne i wszędobylskie. Proste formy mają niesamowitą zdolność do adaptowania się i do zasiedlania miejsc, które – jeszcze do niedawna byliśmy tego pewni – absolutnie nie nadają się do życia. Z życiem złożonym, nie mówiąc już o jego inteligentnej wersji, jest dokładnie na odwrót. Czym więcej wiemy, tym dłuższa staje się lista czynników, warunków, które muszą zostać spełnione, by życie jednokomórkowe wyewoluowało do wersji złożonej. Dzisiaj ta lista ma już kilkaset pozycji, wśród nich takie jak odpowiednia wielkość planety, odpowiednia odległość od gwiazdy i odpowiedni skład atmosfery. Te wspomniane warunki są w sumie logiczne. Ale dalej na tej liście jest pole magnetyczne i gorące jądro planety, siły pływowe, a więc tektonika płyt. Bardzo ważna jest aktywność wulkaniczna oraz wyładowania atmosferyczne.

Kiedyś powszechnie uważano, że Ziemia w skali kosmicznej jest ewenementem. Potem takie myślenie zarzucono. Gdybym napisał, że dzisiaj wraca się do tego, chyba bym przesadził. Ale faktycznie, coraz częściej zdajemy sobie sprawę z tego, że inteligentne istotny w kosmosie mogą być wielką rzadkością. I to pomimo tego, że planet we wszechświecie jest niepoliczalnie dużo. Czyżby więc Ziemia z ludźmi „na pokładzie” była egzemplarzem niepowtarzalnym? Na razie jest. Wiele, bardzo wiele wskazuje na to, że tak pozostanie jeszcze przez dość długi czas. A może nawet na zawsze.

2 komentarze do Jesteśmy w centrum?

Wszechświaty równoległe?

Pracujący w Kalifornii astrofizyk, analizując mapę mikrofalowego promieniowania tła zauważył na niej dziwne struktury. Naukowiec uważa, że to światło które pochodzi z wszechświatów równoległych.

Pracujący w Kalifornii astrofizyk, Ranga-Ram Chary, analizując mapę mikrofalowego promieniowania tła zauważył na niej dziwne struktury. Tam gdzie na mapie miało być ciemno, pojawiały się jasne plamy. Naukowiec uważa, że najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest to, że światło które widzi pochodzi z wszechświatów równoległych.

Czy to możliwe? Tak. Żadna teoria nie zabrania istnienia wszechświatów równoległych do naszego. Nie zabrania także istnienia wszechświatów starszych od tego w którym my żyjemy. Tyle tylko, że to nie jest żaden dowód za tym, że takie światy rzeczywiście istnieją.

Czym jest mikrofalowe promieniowanie tła, zwane inaczej promieniowaniem reliktowym? To echo Wielkiego Wybuchu. Brzmi abstrakcyjnie. Około 380 tysięcy lat po Wielkim Wybuchu, a więc w bardzo BARDZO wczesnej fazie rozwoju naszego wszechświata, temperatura materii obniżyła się do około 3000 Kelwinów a to spowodowało, że zupa materii i energii (a tym właśnie był wczesny wszechświat) zaczęła się rozdzielać. Fotony oddzieliły się od materii, a ta zaczęła się skupiać w pragalaktyki. Od tego czasu te pierwotne fotony przemierzają wszechświat we wszystkich kierunkach, a my dzięki temu jesteśmy w stanie zobaczyć, jak ten wczesny wszechświat wyglądał. Na mapie mikrofalowego promieniowania tła widać bowiem mniejsze i większe skupiska materii. To są miejsca w których zaczęły powstawać galaktyki i ich gromady. Promieniowania reliktowego jest bardzo mało (w każdym centymetrze sześciennym świata jest około 300 tworzących go fotonów), ale za to jest ono wszędzie. Otacza nas ze wszystkich stron. W skrócie mówiąc to promieniowanie to nic innego jak resztki światła, które emitował rozgrzany i potwornie ściśnięty młody wszechświat. Tak jak żarzące się włókno żarówki czy rozgrzany do czerwoności rozpalony w ogniu metalowy pręt. Poświata Wielkiego Wybuchu wydostała się z gorącej zupy materii dopiero, gdy zaczął się z niej formować przezroczysty gaz atomów. Szacuje się, że było to ok. 380 tyś lat po Wielkim Wybuchu.

A wracając do wszechświatów równoległych. Ich istnienia nie możemy wykluczyć, ani potwierdzić. Przynajmniej na razie. Tajemnicze plamy o których wspomniałem wcześniej nie są żadnym dowodem. W najlepszym wypadku będą argumentem za tym, by jeszcze raz, jeszcze dokładniej przeanalizować wyniki badań, które przeprowadza się nieustannie od kilkudziesięciu lat. Zdaniem naukowca, który zauważył tajemnicze plamy, są to ślady materii, która pochodzi z innego świata, na dodatek takiego w którym mają obowiązywać inne niż u nas prawa fizyki. To ostatnie stwierdzenie jest – delikatnie mówiąc – słabo udokumentowane. Badacza poniosła chyba fantazja. Dobrze jest pamiętać, że w XXI wieku nie jesteśmy w stanie powiedzieć z czego zbudowane jest ponad 90 proc. Naszego własnego wszechświata. Ciemna energia i ciemna materia to ogromne znaki zapytania dla kosmologów. Zanim więc zaczniemy dowodzić istnienia innych wszechświatów, będzie trzeba rozwikłać zagadkę tego w którym my żyjemy.

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

3 komentarze do Wszechświaty równoległe?

Bolid – kilka mitów, kilka faktów

Bolid, jasny ślad na nocnym niebie, jaki pojawił się przedwczoraj nad Polską, wywołał ogromne emocje. I nie ma się co dziwić. Przy okazji warto wyjaśnić kilka nieporozumień.

Bolid, jasny ślad na nocnym niebie, jaki pojawił się przedwczoraj nad Polską wywołał ogromne emocje. I nie ma się co dziwić. Tak dobrze udokumentowane na zdjęciach zdarzenie to jednak rzadkość. Przy okazji tego zdarzenia warto wyjaśnić kilka nieporozumień.

  1. Czy to dało się przewidzieć?

NIE. Bolidy to wbrew pozorom małe obiekty (piszę o tym w kolejnym punkcie), a takich nie da się obserwować przez teleskopy a tym bardziej śledzić ich trajektorii. W efekcie, choć są okresy kiedy szansa na zaobserwowanie bolidu jest większa, nie da się przewidzieć kiedy i gdzie go zauważymy. Jeżeli tak, skąd wzięło się tyle zdjęć tego zjawiska? Bolid pozostawia na nocnym niebie (w niektórych przypadkach także na dziennym niebie) ślad, który „trwa” kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt sekund. Jeżeli ktokolwiek był na zewnątrz, jeżeli ktokolwiek miał w dłoni aparat fotograficzny (np. w telefonie), miał ogromne szanse by zrobić zdjęcie mimo tego, że nie spodziewał się niczego szczególnego. Wiele ze zdjęć bolidu było robionych na cmentarzach. Cóż, mieliśmy Wszystkich Świętych, a pogoda w sporej części Polski była perfekcyjna. Noc, liście na drzewach, znicze na grobach, łuna światła i … bolid w tle. Bonus dla artystycznych dusz.

  1. Czy to był duży obiekt?

NIE. Ludzkie oko jest w stanie zobaczyć krótkotrwały błysk światła wtedy gdy w ziemską atmosferę wchodzi obiekt wielkości ziarenka piasku. W czasie deszczy (rojów) meteorów, których w ciągu roku jest kilkanaście, przeważającą większość świetlnych efektów powodują właśnie ziarenka wielkości główki od szpilki. Gdy meteor ma wielkość kostki do gry, ślad jaki pozostawia po sobie utrzymuje się na kilka sekund. Bolidy mają wielkość kilku, górka kilkunastu centymetrów. Kilkunastocentymetrowe nie tylko mogą świecić jaśniej niż Księżyc w pełni, ale także być źródłem efektów dźwiękowych. Te przypominają charakterystyczny pisk hamującego na dworcu pociągu, albo wyładowanie atmosferyczne. Szczególnie duże bolidy mogą być widoczne także w ciągu dnia.

  1. Czy bolid mógł dolecieć do Ziemi?

NIE. Ten konkretny, który w sobotę wieczorem wywołał takie poruszenie, nie doleciał do powierzchni gruntu. Był za mały. Skąd o tym wiemy? Pierwszym wskazaniem jest to, że w pewnym momencie świetlny ślad jakiego bolid był źródłem urywa się. To nie jest wskazanie jednoznaczne, bo w przypadku niektórych obiektów świetlny ślad kończy się w miejscu w którym obiekt ma za mało energii (powietrze wyhamowało go) by rozgrzewać otaczające go powietrze. O tym czym jest świetlny ślad piszę w kolejnym punkcie. Jest jednak argument drugi za tym, że nic do powierzchni ziemi nie doleciało. Sobotni obiekt nie był duży, bo świadkowie przelotu nie słyszeli efektów dźwiękowych. Obiekty o średnicy rzędu centymetrów (a nawet te o średnicy dziesiątków centymetrów) spalają się całkowicie w atmosferze. Niektóre najpierw rozpadają się na mniejsze kawałki, a potem spalają.

  1. Czy świetlisty ślad na niebie zostawił rozgrzany do białości kawałek skały?

NIE. Powszechnie uważa się, że to co widzimy na niebie, to rozgrzany do białości kawałek meteoru. Tymczasem to nieprawda. Po pierwsze – jak wspominałem wcześniej – te obiekty są bardzo małe a efekty świetlne powstają na znacznych (kilkadziesiąt kilometrów) wysokościach. Po drugie, gdyby źródłem światła był meteor, nie widzielibyśmy utrzymującego się przez kilkanaście sekund śladu, tylko bardzo szybko poruszający się punkt świetlny. Co zatem świeci jeżeli nie rozgrzany meteor?

Powierzchnia meteoru nagrzewa się rzeczywiście bo tego typu obiekty poruszają się z bardzo dużymi prędkościami (nawet ponad 100 000 km/h), ale powodem tego nagrzewania nie jest ocieranie się o atomy ziemskiej atmosfery, tylko sprężenie powietrza przed czołem meteoru. Kosmiczna „skała” działa jak szybko poruszający się spychacz, który pcha przed sobą gaz. W ten sposób wytraca prędkość, ale „zyskuje” energię. W ten sposób może się rozgrzać do temperatury kilku tysięcy st. C. Tak, jest źródłem światła, ale to nie to światło widzimy na powierzchni ziemi. Rozgrzany meteor przekazuje część swojej energii otoczeniu przez które przelatuje, czyli powietrzu atmosferycznemu. Te rozgrzane zaczyna intensywnie świecić. I to to światło widzimy. Meteor przelatuje dalej, ale gaz świeci tak długo aż się nie ochłodzi co czasami trwa kilkanaście sekund. W pewnym momencie świetlny ślad urywa się. To znak, że w tym miejscu meteor całkowicie się spalił albo rozpadł na fragmenty mniejsze niż ziarenka piasku.

  1. Czy można się spodziewać większej ilości bolidów?

TAK. Przelot bolidu nie jest jednorazowym wydarzeniem. Wbrew pozorom na danym obszarze zdarza się kilka razy w roku. Trzeba jednak pamiętać, że średnio połowę doby mamy dzień. Bolidy dzienne, czyli na tyle duże by zobaczyć je na jasnym niebie, są rzadkością. Ponadto bolidów nie widać gdy na niebie są chmury bo świetlne ślady powstają dużo wyżej. No i kwestia świadków. Gdyby ten sam przelot miał miejsce nie w godzinach wczesno wieczornych tylko nad ranem, nie byłoby pięknych zdjęć, ani ogromnej liczby świadków.

Podsumowując. Gdyby wziąć to wszystko pod uwagę, piękna pogoda, wczesny wieczór i jasny bolid zdarza się raz wiele miesięcy. Co nie znaczy, że kolejny nie pojawi się jutro. Szanse na pojawienie się bolidów rosną w czasie deszczów meteorów. Obecnie Ziemia przechodzi przez pozostałości po komecie 2P/Encke, czego efektem jest dość rzadki (średnio 5 „spadających gwiazd” na godzinę) rój Taurydów Północnych. Jest bardzo prawdopodobne, ze sobotni bolid był kiedyś częścią komety 2P/Encke.

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

5 komentarzy do Bolid – kilka mitów, kilka faktów

Orionidy nadlatują !!!

Już za chwileczkę, już za momencik… a tak właściwie od kilku dni Ziemia w swoim ruchu wokół Słońca przelatuje przez chmurę kawałków komety Halley’a. Maksimum tych zderzeń nastąpi z środy na czwartek.

Ziemia z resztkami komety Halley’a „spotyka się” kilka razy w roku. W październiku skutkuje to deszczem Orionidów, na przełomie kwietnia i maja Eta Akwadydów, a w pierwszych dniach sierpnia Akwarydów. Dzisiaj w nocy jest maksimum roju Orionidów.

Poruszająca się w kierunku Słońca kometa (nie tylko kometa Halley’a) topiąc się pozostawia na swojej drodze niewielkie skalne kawałki, z których jest posklejana. Powstaje wtedy ślad, który znaczy drogę po której kometa się poruszała. W ciągu roku Ziemia wielokrotnie wlatuje w tak pozostawioną „ścieżkę” (u dołu tego wpisu wypisałem listę największych rojów meteorytów jakie można oglądać w Polsce).

Pozostałości komet z którymi Ziemia się „zderza” to pył i małe okruchy skalne. W ziemskiej atmosferze pozostawiają widoczny gołym okiem świetlny ślad nawet te, które są wielkości ziarenek pisaku. To dzięki grubej ziemskiej atmosferze możemy oglądać – o ile pogoda na to pozwoli – ciekawe widowisko. Nie musimy przy tym chować się pod dach 😉 , choć gdyby nie chroniąca nas atmosfera byłoby to konieczne, bo drobne cząstki pyłu i większe okruchy skalne wpadają w nią nawet z prędkością 75 km/s. Wtedy ocierając się i zderzając z cząsteczkami powietrza silnie rozgrzewają swoją powierzchnię. Zderzenia te są tak intensywne i jest ich tak dużo, że powierzchnia obiektu zaczyna się topić i wrzeć. Część w ten sposób „nabytej” energii przekazana zostaje do otaczającego meteor powietrza. To nagrzewa się i świeci a my widzimy „spadającej gwiazdy”.

Znakomita większość „spadających gwiazd” spala się całkowicie w ziemskiej atmosferze. Co więcej to co obserwujemy gołym okiem, to zaledwie ułamek wszystkich spadających na Ziemię meteorów. Większość z nich  jest na tyle mała, że ich „spalania” nie widać gołym okiem. Szacuje się, że w ciągu doby na powierzchnię Ziemi spada aż 100 ton tego niezauważalnego pyłu. Corocznie – w ściśle określonych porach – różnych rojów pojawia się na naszym niebie ok. 20. Niektóre z nich widoczne są na jednej półkuli a inne – tak jak Orionidy – na obydwu. Do ich obserwacji nie trzeba kosztownych urządzeń i o ile pogoda dopisze – i dodatkowo noc będzie bezksiężycowa – powinno być widać spadające gwiazdy. Uważny obserwator może ich zauważyć nawet 15 w ciągu jednej godziny.

Najobfitsze roje meteorytów występujące na półkuli północnej (w Polsce).  
Nazwa i okres występowania    
Kwadrantydy (1-6 I)    
Eta Akwarydy (24 IV – 20 V)    
Delta Akwarydy (15 VII – 20 VIII)    
Geminidy (7-16 XII)    
Perseidy (23 VII – 20V III)    
Orionidy (16-27 X)    
Taurydy (20 X- 30XI)    
Leonidy (15-20 XI)    

 

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

Brak komentarzy do Orionidy nadlatują !!!

Co tam się dzieje? Komety czy Obcy?

Wokół jednej z setek tysięcy gwiazd, które obserwuje teleskop Kepler krążą duże obiekty. Naukowcy nie widzą czym one są, ani jak powstały. Internety już mówią o tworach obcych cywilizacji.

Wiecie co to jest Brzytwa Ockhama? To zasada zgodnie z którą przy „wyjaśnianiu zjawisk należy dążyć do prostoty, wybierając takie wyjaśnienia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie założeń i pojęć”. Trudno obcą cywilizację uznać za najbardziej oczywisty powód niezrozumiałych obserwacji astronomicznych. Oczywiście nie można jej też całkowicie wykluczyć.

Co konkretnie tak zadziwiło astronomów? W 2009 roku Teleskop Kosmiczny Keplera wśród setek tysięcy gwiazd wypatrzył KIC 8462852. Ta nie świeciła jednak tak jak inne słońca. Coś w sposób nieregularny zakłócało jej obserwację. Tym „czymś” jest duża ilość niewielkich, ale bardzo gęstych obiektów. – Prawdę mówiąc, światło emitowane przez KIC 8462852 było najdziwniejszą rzeczą, jaką zaobserwował Kepler od początku swojego istnienia – powiedziała badaczka z Yale Tabetha Boyajian. Kepler pracuje na orbicie od kilku lat. Inny badacz, Jason Wright, astronom z Penn State University powiedział, że był pod wrażeniem tego, jak niesamowicie to wyglądało. – Obca cywilizacja to ostatnia hipoteza, jaką powinniśmy w takim przypadku rozpatrywać, ale to coś wyglądało tak, jak gdyby stworzyli to właśnie kosmici. (oryginał wypowiedzi : „I was fascinated by how crazy it looked”. “Aliens should always be the very last hypothesis you consider, but this looked like something you would expect an alien civilization to build.”).

Jako że zdjęcia pochodzą sprzed kilku lat, badacze twierdzą, że bardzo dokładnie sprawdzili sprzęt i nie ma mowy o usterce czy pomyłce. – Tam na prawdę krąży ogromna ilość obiektów, ściśniętej materii – powiedziała Boyajian. Czym te obiekty mogą być? No właśnie tutaj zaczyna się kłopot. Bo lista naturalnych wytłumaczeń tego fenomenu jest bardzo krótka. W zasadzie, choć i to jest bardzo mało prawdopodobne, podobny efekt dałyby tylko komety. Być może inna gwiazda przyciągnęła w stronę KIC 8462852 sznur komet. Trudno nawet oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia, bo… nigdy wcześniej niczego podobnego nie zaobserwowano.

I co teraz? Dane są analizowane, a gwieździe wokół którejś coś krąży od stycznia będą się przyglądały ziemskie radioteleskopy. Gwiazda KIC 8462852 na nocnym niebie znajduje się pomiędzy gwiazdozbiorami łabędzia i lutni. Patrząc tam można sobie przez chwile pomyśleć…. że ktoś patrzy stamtąd w naszym kierunku. Nie, no błagam, musi być jakieś bardziej przyziemne wytłumaczenie 😉

Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

2 komentarze do Co tam się dzieje? Komety czy Obcy?

A co gdyby Mars zzieleniał?

Wiadomo, Ziemia jest niebieska a Mars czerwony. Tak przynajmniej te planety wyglądają z kosmosu. Ale czy tak było zawsze? Mars mógł być kiedyś zielony. W końcu wiemy ponad wszelką wątpliwość, że była tam i wciąż jest płynna woda. Jak wyglądałbym Mars, gdyby były na nim rzeki, jeziora, morza i oceany?

Kilkanaście dni temu świat obiegła wiadomość, że na Marsie znaleziono ciekłą wodę. O tym, że na Czerwonej Planecie jest woda – wiedzieliśmy od dawna. Widzieliśmy ją zamarzniętą na biegunach planety. Podejrzewaliśmy, że jest także pod powierzchnią w formie wiecznej zmarzliny. Co więcej, podejrzewaliśmy, że czasami ta woda wypływa małymi strumyczkami z oświetlonych promieniami Słońca zboczy gór i kraterów. Podejrzenia jednak to nie to samo co fakty i niezbite dowody. Dzisiaj wiemy jednak, że – przynajmniej tym razem – podejrzenia były słuszne. Tam rzeczywiście nie tylko była, ale wciąż jest całkiem sporo wody.

Mars jest czerwony, bo pokrywający planetę pył jest bogaty w rdzawego koloru tlenki żelaza. Jeżeli planeta boga wojny kiedykolwiek była zielona to nie z powodu odbijających zielone światło minerałów, tylko z powodu życia. O ile było ono takie samo jak to ziemskie. Życie potrzebuje płynnej wody. Z tym akurat – jak się okazuje – w przypadku Marsa nie ma problemu i najpewniej nigdy nie było. Skąd przypuszczenie, że wody na Marsie kiedyś było znacznie, znacznie więcej niż tej, która znajduje się tam dzisiaj? Wystarczy sprawnym (naukowym) okiem rzucić na powierzchnię Czerwonej Planety. Pełno tam struktur do złudzenia przypominających wyschnięte koryta rzek, wąwozy, strumyki a nawet wodospady. Sam amerykański łazik Curiosity, wylądował w dawnym korycie rzeki, w którym głębokość wody sięgała dwóch metrów. Są też ogromne przestrzenie położone znacznie poniżej średniego poziomu gruntu planety. Te do złudzenia przypominają wyschnięte morza i oceany. Te mniejsze zagłębienia to wypisz wymaluj puste jeziora. A teraz zamknijmy oczy i pofantazjujmy. Jak wyglądałby Mars, gdyby, tak jak na Ziemi, płynnej wody było na nim pod dostatkiem?

mars-kevin-gill-01Wygląda jak Ziemia

Na pewno nie byłby czerwony. Może byłby niebieski, może zielony. Spróbujmy wyobrazić sobie Marsa sprzed miliardów lat. Kevin Gill, amerykański informatyk i entuzjasta astronomii wykorzystując zaawansowaną technologię cyfrową, trójwymiarowe zdjęcia Marsa oraz dokładne pomiary jego topografii stworzył obrazy planety z czasów, gdy – tak jak Ziemia – był ona planetą pełną płynnej wody. Gill poszedł w swoim fantazjowaniu o krok dalej. W swoim komputerowym modelu założył, że na Marsie – gdy była na nim woda – rosła bujna roślinność. I znowu z pomocą przyszła mu technologia cyfrowa. Posiłkując się danymi z Ziemi, marsjańskie drzewa i rośliny „posadził” tam, gdzie dostęp do wody i światła był najłatwiejszy. Autor symulacji wziął nawet pod uwagę wysokość nad poziomem marsjańskiego morza (w wysokich partiach gór roślin nie ma) oraz fakt, że najwyższa średnioroczna temperatura panuje na równiku, a najniższa na biegunach. Także od tego zależy wegetacja. Jeżeli jest woda, jeżeli jest atmosfera, muszą być także chmury. I one zostały naniesione na obraz Marsa z przeszłości. Jak więc wyglądał Mars kiedyś? Jak mógł wyglądać? Prawdę mówiąc prawie tak samo jak Ziemia. Trzeba się mocno przyglądać wirtualnemu obrazowi Marsa by zorientować się, że nie patrzy się na zrobione z orbity zdjęcie Ziemi. Wyżyny i niziny na Marsie występują w podobnych proporcjach co na Ziemi. Na stworzonych w komputerze obrazach widać wyraźnie najdłuższą dolinę w układzie słonecznym – Vallis Marineris – oraz szczyty ogromnych wulkanów Olympus Mons, Pavonis Mons, Ascraeusa Mons i Arsia Mons.

mars-water-2A może go dostosować?

Praca Gill’a nie może być uznana za w pełni naukową. Ale nie ma wątpliwości, że bardzo porusza wyobraźnię. Mars rzeczywiście mógł kiedyś wyglądać tak, jak „zaprojektował” go Kevin Gill. Jego praca w pewnym sensie pokazuje jednak nie tylko przeszłość (przy spełnieniu kilku warunków), ale może pokazywać także przyszłość. Być może w przyszłości ludzie skolonizują Czerwoną Planetę. Jej zaludnienie będzie niemożliwe jeżeli wcześniej planetę odpowiednio dostosujemy. Oczywiście można sobie wyobrazić budowę systemu szklarni w których ludzie, zwierzęta i rośliny będą żyły w równowadze podobnej do tej jaka panuje na Ziemi, ale jednak łatwiej chyba będzie taką równowagę stworzyć nie pod szklanym sufitem, tylko na powierzchni całej planety. Sprawa nie jest prosta i jest całkowicie poza zasięgiem naszych dzisiejszych możliwości, ale może warto zastanowić się nad czymś co niektórzy nazywają terraformowaniem obcych globów. Chodzi o takie ich „przerobienie” czy dostosowanie, by człowiek mógł na nich funkcjonować bez urządzeń technicznych takich jak sztuczna atmosfera w zamkniętej przestrzeni, kombinezony i maski. Jak Marsa przekształcić w Ziemię? Przede wszystkim trzeba na nim stworzyć atmosferę. To – przynajmniej teoretycznie – mogłyby zrobić żyjące na powierzchni gruntu bakterie. Trzeba je więc tam wysłać. Gdyby po setkach tysięcy lat atmosfera rzeczywiście na Marsie powstała, trzeba byłoby ją ogrzać. Wprowadzić do niej gazy cieplarniane tak, by energia słoneczna była na Czerwonej Planecie zatrzymywana. To spowodowałoby wzrost temperatury i „wypłynięcie” spod gruntu lub spłynięcie z biegunów ciekłej wody. Teraz pozostaje obsadzenie planety roślinami i gotowe. Proste prawda? 😉

PS. Woda, która dzisiaj płynie na Marsie jest słona. Prawdę mówiąc, znaleziono ją właśnie po śladach soli. Czy byłaby ona zdatna do picia? Gdyby ją oczyścić, jak najbardziej. Gdyby tego nie zrobić, gdyby spróbować wypić ją taką jaka wypływa ze zboczy, skończyłoby się… jeszcze większym pragnieniem. Spróbuj wypić szklankę mocno posolonej wody.

Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

 

 

1 komentarz do A co gdyby Mars zzieleniał?

Jak fotografować Krwawy Księżyc?

Tegoroczne całkowite zaćmienie Księżyca (28.09 nad ranem) jest niezwykłe, bo połączone z zbliżeniem Srebrnego Globu do Ziemi. Kolejna szansa na sfotografowanie go dopiero za kilkanaście lat. Jak zrobić zdjęcie Krwawemu Księżycowi?

Tegoroczne całkowite zaćmienie Księżyca (28.09 nad ranem) jest niezwykłe, bo połączone z zbliżeniem Srebrnego Globu do Ziemi. Kolejna szansa na sfotografowanie go dopiero za kilkanaście lat. Jak zrobić zdjęcie Krwawemu Księżycowi?

Na początku zdanie wyjaśnienia. Fotografowania Księżyca nie jest trudne. Szczególnie Księżyc w pełni jest obiektem tak dużym i jasnym, że nie będzie problemu ani z jego znalezieniem na nocnym niebie, ani z ustawieniem na nim ostrości. Z tym poradzi sobie każdy aparat. W zasadzie jedynym sprzętem o jaki warto się zatroszczyć, jest statyw. Zachęcam do ustawienia aparatu w tryb manualny. W trybie automatycznym wszystkie zdjęcia będą bardzo do siebie podobne. Na „manualu” możesz poeksperymentować. Zanim przeczytasz dalej, rzuć okiem na mój poprzedni wpis, może Ci się przydać.   KLIKNIJ TUTAJ

No to do rzeczy:

Ostrość. Jeżeli mamy aparat w trybie manualnym, ostrość trzeba ustawić na nieskończoność. W trybie manualnym powinna się ustawić automatycznie (autofocus).

Czułość. Jeżeli aparat umożliwia ustawianie czułości (ISO), tym parametrem można się nieco pobawić, uzyskując czasami bardzo ciekawe efekty. Czym niższa czułość tym wyraźniejsze będzie zdjęcie (niższy poziom szumów). Niestety czym niższa czułość, tym dłuższy musi być czas naświetlania, a to może być problemem np. gdy nie mamy statywu albo gdy w kadrze są szybko poruszające się obiekty. Ich rozmazanie może być dodatkowy atutem zdjęcia. No ale to już kwestia gustu fotografa. Jeżeli chcemy by czas otwarcia migawki był jak najkrótszy, trzeba ustawić wysoką czułość. W takim wypadku na zdjęciu pojawiają się szumy („ziarno”). Może ono dodać artyzmu, ale znowu, to kwestia gustu. Dobra rada: zjawisko zaćmienia Księżyca trwa na tyle długo, że bez problemu można zrobić więcej niż jedno zdjęcie. Poeksperymentuj, ustawiaj różne wartości czułości.

Czas naświetlania. Bardzo trudno zrobić zdjęcie „z ręki” gdy czas otwarcia migawki wynosi mniej niż 1/30 s. Tym bardziej że mówimy o fotografowaniu bardzo odległego obiektu. Stąd jeszcze raz sugestia, by zaopatrzyć się w statyw, nawet gdyby miał być najprostszy. Jeżeli nie masz, obserwuj zaćmienie z miejsca w którym możesz oprzeć aparat o drzewo, krzesło czy chociażby słup od ogrodzenia.

Podobnie jak w przypadku ustawiania czułości, warto poeksperymentować ustawiając różne wartości czasów otwarcia migawki. Zdziwisz się jak różne mogą być zdjęcia tego samego obiektu. Czym krótszy czas migawki, tym bardziej otwarta musi być przysłona aparatu, gdy czas jest długi, przysłona musi być „domknięta”. I tylko z pozoru nie robi to różnicy. Gdy Księżyc będzie nisko nad horyzontem, gdy w kadrze będzie nie tylko jego tarcza ale także np. drzewa albo budynki, domknięta przysłona (wartości od 11 w górę) umożliwi zrobienie zdjęcia na którym ostre będą wszystkie obiekty. Otwarta przysłona (o wartości do 4,5) spowoduje że ostre będą tylko te obiekty na które ustawiona zostanie ostrość. Reszta będzie rozmazana. Jeżeli nie czujesz się na siłach operować przysłoną, ustaw jej automatykę i operuj czasem migawki. Zdziwisz się jak różne zdjęcia uzyskasz.

Ogniskowa. Wszystko zależy od kompozycji zdjęcia, a wiec od tego co chcesz na nim mieć. Jeżeli tylko tarczę Księżyca, ustaw jak najdłuższą ogniskową (jak najbardziej przyzoomuj). Unikaj zoomu cyfrowego, zdjęcie zawsze możesz skadrować na komputerze.

Napisałem to już tutaj kilka razy, ale napisze jeszcze raz. EKSPERYMENTUJ. Masz sporo czasu, zjawisko całkowitego zaćmienia Księżyca trwa kilka godzin. Nie ma sensu robienie kilkunastu czy kilkudziesięciu zdjęć przy takich samych parametrach. Baw się ustawieniami czasu, baw przysłoną i czułością. Jeżeli masz zmienne obiektywy, korzystaj z tego. Ponadto:

– Robiąc zdjęcie korzystaj z samowyzwalacza albo ze zdalnie uruchamianej migawki. W ten sposób nie poruszysz aparatu w czasie robienia zdjęcia.

– Spróbuj zrobić kilka zdjęć przy tych samych parametrach po to by potem nałożyć je na siebie. Zobaczysz, że uzyskasz ciekawy efekt.

– Spróbuj zrobić kilka tak samo skadrowanych zdjęć na różnych etapach zaćmienia. Nakładając je na siebie udokumentujesz na jednym zdjęciu przebieg całego zjawiska.
A jak już zrobisz dobre zdjęcie, pochwal się nim na FB.com/NaukaToLubie

Powodzenia !!!

 

2 komentarze do Jak fotografować Krwawy Księżyc?

Kiedy, gdzie i jak obserwować Krwawy Księżyc?

Gdzie zwrócić wzrok, o której godzinie rozpocznie się najciekawsze i czy trzeba do obserwacji krwawego Księżyca mieć z sobą jakikolwiek sprzęt?

Kiedy?

W najbliższy poniedziałek, od godziny 2 w nocy. Choć najciekawsze będzie się działo dopiero dwie godziny później. Kilka minut po godzinie 3 nad ranem tarcza Księżyca w całości będzie znajdowała się w tzw. strefie półcienia”. Ale na prawdę widowiskowo zacznie być dopiero o 4:11. Wtedy cały Księżyc będzie w cieniu Ziemi. Nie zniknie jednak tylko będzie się stawał coraz bardziej czerwony (z domieszką brązu). Do 4:47 tarcza Księżyca będzie stawała się coraz ciemniejsza, a od tego momentu z każdą chwilą będzie się rozjaśniała. O 5:23 nastąpi koniec fazy całkowitego zaćmienia. Strefę pełnego cienia, Księżyc opuści o 6:27.  W skrócie mówiąc to co najciekawsze wydarzy się pomiędzy 4:11 a 5:23 i potrwa 72 minuty.

Gdzie?

lunar_201509Krwawy Księżyc będzie w Polsce widoczny wszędzie. Zresztą nie tylko w Polsce, ale także w całej Ameryce Południowej, w prawie całej Ameryce Północnej i Afryce. Księżyc, a szczególnie Księżyc w pełni to bardzo duży i jasny obiekt, stąd będzie widoczny także w miejscach „zanieczyszczonych” sztucznym światłem, a więc np. w centrach miast. Oczywiście obserwacje będą lepsze, gdy będą prowadzone z dala od sztucznych świateł.

Całkowite zaćmienie Księżyca nastąpi w chwili gdy Srebrny Glob będzie nisko nad horyzontem. Oznacza to, że niczego nie zobaczymy np. górskich dolinach, albo w mieście, w otoczeniu wysokich budynków. Do obserwacji trzeba więc wybrać miejsce, w którym nie będzie przeszkód patrząc w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim i zachodnim. Optymalnie, gdyby takie miejsce było na wzniesieniu.

To, że Księżyc będzie nisko nad horyzontem spowoduje, że obserwacje będą ciekawsze. Oczywiście pod warunkiem, że niebo nie będzie przysłonięte chmurami.

Jak?

Księżyc jest tak dużym i jasnym obiektem, że bez problemu można do obserwować gołym okiem. Zwykłą lornetka, nie mówiąc o nawet najprostszym teleskopie będzie można zjawisko „zacieniania” Księżyca zobaczyć bardzo dokładnie. Tak samo jak będzie można z dużymi detalami oglądać obiekty na powierzchni Księżyca.

Dobrym pomysłem jest fotografowanie i filmowanie zjawiska. Podobnie jak z obserwacją, nie potrzeba do tego żadnego specjalistycznego sprzętu. Wystarczy zwykły aparat fotograficzny (nawet kompaktowy automat). Jedyne o co warto się zatroszczyć to statyw. Z reki obraz będzie nieatrakcyjny.

Zainteresowanym obserwacją i fotografowaniem Krwawego Księżyca polecam mój kolejny wpis. KLIKNIJ TUTAJ !!!

5 komentarzy do Kiedy, gdzie i jak obserwować Krwawy Księżyc?

Co powiedzieli na Księżycu?

Wreszcie wiadomo, co powiedział pierwszy człowiek, stawiając stopę na Księżycu. Przez cztery dziesięciolecia byliśmy w błędzie, choć złe tłumaczenie na polski wpadkę Armstronga tuszowało. A było tak.

Wreszcie wiadomo, co powiedział pierwszy człowiek, stawiając stopę na Księżycu. Przez cztery dziesięciolecia byliśmy w błędzie, choć złe tłumaczenie na polski wpadkę Armstronga tuszowało. A było tak.

Apollo 11 wystartował 16 lipca 1969 roku. Po 4 dniach, 4 godzinach i 20 minutach lądownik LM z Nailem Armstrongiem i Edwinem Aldrinem odłączył się od modułu dowodzenia, który przez następnych ponad 27 godzin orbitował wokół Srebrnego Globu. 20 lipca „Orzeł wylądował” w okolicach Morza Spokoju. Odpoczynek, posiłek, kontrola wszystkich systemów lądownika oraz ustawienie ich do pozycji startowej – w końcu po 6 godzinach i 40 minutach od wylądowania astronauci wyszli na zewnątrz, a świat usłyszał… I tutaj zaczynają się rozbieżności. Na Ziemi, w kwaterze NASA, wśród trzasków i gwizdów transmisji radiowej usłyszano: that’s one small step for man, one giant leap for mankind. Ale to zdanie nie ma sensu. Oznacza mniej więcej tyle co: to mały krok dla ludzkości, ale ogromny skok dla ludzkości. Czyżby Armstrong czegoś zapomniał? W jego wypowiedzi brakuje jednej litery. Litery „a”. Bo gdyby powiedział: „that’s one small step for a man, one giant leap for mankind”, oznaczałoby: „to mały krok dla człowieka, ale ogromy skok dla ludzkości”.

– Mam nadzieję, że historia wybaczy mi zgubienie jednej sylaby – mówił Armstrong. Równocześnie podkreślał, że wydaje mu się, że pechowe „a” powiedział, stawiając lewą nogę na Księżycu. I miał rację. Wymyślone przez sztab ludzi zdanie (choć Armstrong twierdzi, że sam na nie wpadł) zostało wypowiedziane prawidłowo, tylko usłyszane błędnie. Winę ponosi transmisja radiowa, której jakość w 1969 roku była co najmniej wątpliwa. Zgubioną literkę znalazł Peter Ford, informatyk z Australii i właściciel firmy Control Bionics. Jego praca polega na tworzeniu systemów, które osobom głuchoniemym umożliwiają porozumiewanie się ze światem. Według Forda, pierwsza część sławnego zdania trwała 3,5 sekundy, a to przy ówczesnej technologii komunikacji radiowej przynajmniej o 10 razy za szybko, żeby „a” na Ziemi zostało usłyszane. To że nie było słyszalne, nie oznacza jednak, że nie było „obecne” w ścieżce dźwiękowej. Po dwóch tygodniach poszukiwań, Ford znalazł ślad niesłyszalnego „a”. – Nie mieściło mi się w głowie, że osoba tak opanowana i precyzyjna jak Armstrong mogła nie zapamiętać poprawnie jednego zdania – powiedział pytany o powody rozpoczęcia analizy słów z Księżyca. Jedna litera może czasami bardzo dużo zmienić.

kamera

Choć od lądowania na Księżycu minęło już ponad 45 lat, do dzisiaj misje Apollo mogą być źródłem zaskoczenia. Kilkanaście dni temu dokonano odkrycia niemalże archeologicznego. Takie odkrycia zwykle kojarzą się z wykopaliskami czy przeszukiwaniem ruin, ale na pewno nie z porządkami w szafie. Tym razem było jednak inaczej. Wdowa po astronaucie Neilu Armstrongu, tym samym, który jako pierwszy człowiek stawiał nogę na Księżycu, znalazła w jego szafie kamerę, którą zarejestrowano pierwsze kroki ludzi na Srebrnym Globie. Kamera nie była elektroniczna jak te dzisiaj używane, a obraz rejestrowała na 16mm taśmie filmowej. Urządzenie i wiele innych pamiątek z lotu Apollo 11 kobieta znalazła na dnie szafy w płóciennej torbie. Zanim Armstrong wyszedł z lądownika, trzymaną w ręku kamerą rejestrował moment zbliżania się lądownika „Eagle” (Orzeł) do powierzchni Księżyca. – Ta kamera zarejestrowała jedne z najważniejszych zdjęć XX wieku – powiedział Allan Needell z National Air and Space Museum, instytucji, której wdowa po Armstrongu przekazała cenne znalezisko.

Neil Armstrong zmarł w 2012 r.

10 komentarzy do Co powiedzieli na Księżycu?

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content