Nauka To Lubię

Oficjalna strona Tomasza Rożka

Tag: życie

Co by się stało…

…gdyby uderzyła w nas asteroida albo kometa? Właśnie jedna z nich przelatuje rekordowo blisko Ziemi. Za pomocą prostych symulatorów (linki w tekście) można sobie wyobrazić rozmiar kataklizmu.

…gdyby uderzyła w nas asteroida albo kometa? Dzisiaj blisko Ziemi przeleci ich pięć! Jedna będzie miała średnicę kilku kilometrów. Skutki kolizji zależą od wielu czynników, w tym od struktury obiektu, jego wielkości, energii ale także kąta pod jakim obiekt wszedłby w ziemską atmosferę. Za pomocą prostych symulatorów można sobie wyobrazić rozmiar kataklizmu.

Co nam może grozić?

Obiekt (52768) 1998 OR2 to planetoida (asteroida), a największe jego zbliżenie z Ziemią nastąpi o 11:56 czasu polskiego. Wiadomo o jego istnieniu od 1998 roku, a jego wielkość (średnica) jest szacowana na od 1,8 do 4,1 km. Nie ma ryzyka, że asteroida uderzy w Ziemię, bo przeleci w odległości około 6 milionów kilometrów, czyli 16,36 razy dalej niż Księżyc. Ale dzisiejszego dnia przeleciały obok nas już dwa inne obiekty, z których jeden w odległości zaledwie 600 tysięcy kilometrów. Ten obiekt został odkryty zaledwie kilka tygodni temu, a jego średnica wynosi kilkanaście metrów. Jego zbliżenie nastąpiło około 3 nad ranem. Oprócz wspomnianej kilkukilometrowej asteroidy która zbliży się do nas niemal w południe, obok Ziemi przelecą jeszcze dwie, kilka minut przed godziną 14  i druga o 14:23. Obydwie miną planetę w odległościach około 4 milionów kilometrów. Pierwsza z nich ma średnicę kilkunastu, a druga kilkudziesięciu metrów.

Tylko ta największa – z dzisiejszych –  asteroida została zauważona wcześniej, pozostałe cztery zostały odkryte dopiero kilka tygodni temu. Na całym świecie funkcjonują teleskopy, które wypatrują obiektów, które mogą zagrozić Ziemi. Wspaniałą pracę robią tutaj także astronomowie amatorzy, którzy analizują zdjęcia zrobione przez „zawodowe” teleskopy. Jednakże te mniejsze obiekty bardzo trudno zobaczyć i często odkrywa się je w ostatniej chwili. Zresztą, czas odkrycia nie ma specjalnego znaczenia, bo i tak nie mamy technologii, która mogłaby nas uchronić przez kolizją z kosmiczną skałą.

Jak – w zależności od wielkości obiektu – wyglądają skutki zderzenia asteroidy z Ziemią? Gdyby asteroida miała średnicę do 25 metrów, takie obiekty uderzają w Ziemię średnio raz na 150 lat, najprawdopodobniej w całości spaliłaby się w ziemskiej atmosferze. Zagrożenie związane z takim „spotkaniem” byłoby zerowe. Meteor czelabiński, który wszedł w ziemską atmosferę 15 lutego 2013 roku miał nie więcej niż 20 metrów średnicy. W wyższych warstwach atmosfery obiekt rozpadł się na drobne kawałki i większość z nich wyparowała w drodze do powierzchni Ziemi. Te nieliczne, które „przetrwały” lekko uszkodziła kilka tysięcy budynków (w dość ciasno zabudowanym mieście) i spowodowały niewielkie obrażenia około tysiąca osób. W przeważającej większości, chodziło o rany spowodowane odłamkami szkła. Straty zostały spowodowane przez falę uderzeniową, a nie odłamki meteorytu.Tak duży obiekt jak meteor czelabiński ostatni raz wszedł w ziemską atmosferę w 1908 roku, czego skutkiem była katastrofa tunguska.

A co z większymi obiektami?

obiekt czas skutki
do 50 m co 1500 lat zniszczenia obejmują średniej wielkości miasto, pojawiają się pożary i fale tsunami
do 150 m co 20 000 lat zniszczenia obejmują kilkaset kilometrów kwadratowych
do 300 m co 100 000 lat totalne zniszczenia w promieniu 100 km, szkody w promieniu kilkuset kilometrów
do 600 m co 200 000 lat tsunami na całej planecie, zniszczenia obszaru porównywalnego z Polską
do 1000 m co 1 000 000 lat poważne zmiany klimatyczne odczuwalne na całej planecie, zniszczony obszar porównywalny z całą Europą
do 5000 m co 20 000 000 lat globalne zniszczenie, pyły powstałe w wyniku kolizji zasłaniają Słońce, wieloletnia zima na całej planecie
powyżej 10 000 m co 100 000 000 lat po nas…

W Układzie Słonecznym znajdują się miliony, miliardy obiektów, które potencjalnie mogłyby nam zagrozić. Grawitacyjną ochronę nad naszą małą planetą sprawuje jednak Słońce i dwa gazowe giganty, czyli Jowisz i Saturn. To one ściągają na siebie przeważającą większość obiektów, które mogłyby uderzyć w Ziemię. Warto także zdawać sobie sprawę z tego, że odległości w kosmosie są… prawdziwie kosmiczne. Nawet jeżeli mówimy o tak bliskim przelocie jak ten aktualny.

Dane w powyższej tabelce są mocno przybliżone, oddają jednak skalę zagrożenia. Dla osób bardziej zainteresowanych polecam dwa symulatory/kalkulatory, dzięki którym można policzyć i zobaczyć zagrożony przez kosmiczny obiekt obszar.

– Pierwszy symulator jest dla mniej zaawansowanych:

uderzenie

– Drugi dla osób, które nieco bardziej chcą się zagłębić w problem:

uderzenie2

>>> Zapraszam na profil FB.com/NaukaToLubie (kliknij TUTAJ). To miejsce w którym staram się na bieżąco informować o nowościach i ciekawostkach ze świata nauki i technologii.

4 komentarze do Co by się stało…

Robot obiad ci poda

W pierwszych dniach stycznia, na kampusie George Mason University’s w USA pojawiło się 25 robotów dostarczających żywność. Udało im się dokonać niemożliwego. Dzięki nim, studenci zaczęli normalnie się odżywiać.

W pierwszych dniach stycznia, na kampusie George Mason University’s w USA pojawiło się 25 robotów dostarczających żywność. Roboty wbudował i dedykowaną aplikację napisał start-up Bay Area należący do Starship Technologies.
Po trzech miesiącach trwania eksperymentu okazało się, że dzięki robotom studenci zaczęli lepiej się odżywiać. Z badań przeprowadzonych przed eksperymentem wynika, że prawie 90 proc. młodych ludzi rezygnuje z jedzenia śniadania nie z powodu braku pieniędzy, tylko braku czasu. W skrócie, gdy mamy do wyboru dłuższy sen albo śniadanie, wybieramy spanie. Chyba każdy z nas tak by wybrał.
Tymczasem okazuje się, że dzięki robotom, studenci zaczęli jeść śniadania. To samo dotyczy ciepłych posiłków w porze obiadu. I w tym przypadku chodziło o brak czasu. Ale urządzenie, które dotrzymuje kroku najbardziej zabieganym skutecznie przekonało młodych ludzi do tego by zamówić ciepły posiłek, z dostawą dokładnie do miejsca które w danym momencie wydaje się być optymalne. Czasami mamy po prostu ochotę posiedzieć na ławce w parku, a czasami pracę do wykonania w budynku oddalonym od stołówki. Tymczasem robot dojeżdża do każdego miejsca w kampusie w czasie nie dłuższym niż 15 minut.
O tym jak ważne jest regularne spożywanie posiłków powie każda mama, ale też każdy lekarz czy naukowiec zajmujący się żywieniem. To szczególnie istotne gdy organizm się rozwija i wtedy kiedy musi sprawnie analizować i uczyć się. Źle odżywieni studenci mają mniejsze osiągnięcia naukowe i sportowe. Częściej zapadają na różnego rodzaju choroby. Przy czym (może w przeciwieństwie do czasów zamierzchłych) złe nawyki żywieniowe dzisiejszych żaków nie wynikają z biedy czy dostępności jedzenia, a z braku czasu.
 
Biznesowo projekt skonstruowany jest następująco. Student płaci za posiłek kwotę taką samą jaką zapłaciłby w stołówce. Do tego – za dostarczenie – doliczana jest opłata 1,99 USD. Ta opłata jest zyskiem firmy dostarczającej roboty. Z kolei uczelnia ma swój udział w firmie przygotowującej posiłki. Uczelnia zarabia, bo sprzedaje się więcej posiłków. Zadowoleni są także studenci, bo… co to za przyjemność chodzić głodnym. W skrócie, rzadko spotykana sytuacja win-win.
W dłuższej perspektywie odpowiednio odżywieni studenci mogą mieć wpływ na lepsze wyniki samego uniwersytetu. Nie mówiąc już o tym, że uczelnia która ma w swojej ofercie taką ofertę może przyciągnąć do siebie więcej kandydatów, a to zawsze podnosi poziom nauczania. Już dzisiaj wiadomo, że podobny system zostanie wprowadzony na kolejnym amerykańskim uniwersytecie Flagstaff z Północnej Arizony. Po kampusie tej uczelni będzie jeździła flota 30 robotów Starship Technologies.
Zobaczcie sami jak to działa:

5 komentarzy do Robot obiad ci poda

Polecimy na Trytona?

Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA zaproponowała przeprowadzenie misji na Trytona, największy księżyc Naptuna. Na tym globie, pod grubą warstwą lodu, mogą znajdować się wodne oceany a w nich życie.

Amerykańska Agencja Kosmiczna NASA zaproponowała przeprowadzenie misji na Trytona, największy księżyc Naptuna. Na tym globie, pod grubą warstwą lodu, mogą znajdować się wodne oceany a w nich życie.

Tryton jest jednym z najmniej zbadanych globów Układu Słonecznego. W zasadzie mamy jego zdjęcia tylko dzięki misji Voyager2. Widać na nich lodowy świat, który jest… aktywny geologicznie. Sonda odkryła bowiem, że na księżycu funkcjonują kriowulkany (lodowe gejzery). Zdjęcia o których mowa zostały jednak zrobione 30 lat temu (w 1989 roku) przez urządzenie zaprojektowane i wybudowane prawie 50 lat temu. Najwyższy więc czas na zaktualizowanie danych, które mamy.

Kilka dni temu przedstawiciele NASA, na specjalnie zwołanej konferencji prasowej, zaproponowali wysłanie na Trytona niewielkiej (i co podkreślano – taniej) sondy, która zbadałaby niektóre parametry księżyca. Wśród nich możliwość istnienia na Trytonie (a w zasadzie pod jego powierzchnią) prostego, bakteryjnego życia.

Z powodu zestalonego azotu i dwutlenku węgla, Tryton jest bardzo jasny (odbija bardzo dużo światła słonecznego) i… wygląda jak melon. Przynajmniej na niektórych obszarach. Oprócz nich, powierzchnia księżyca poprzecinana jest głębokimi i długimi na setki kilometrów bruzdami. Księżyc jest aktywny geologicznie (a to w Układzie Słonecznym ewenement) i to właśnie z powodu tej aktywności powstają wspomniane bruzdy. A także lodowe wulkany. Tryton jest największym księżycem Neptuna, ale licząc od powierzchni planety, jest dopiero ósmy w kolejności. Co ciekawe, jest jedynym – z tych dużych – księżycem w naszym układzie, który porusza się ruchem wstecznym. Innymi słowy, obraca się w przeciwnym kierunku do kierunku obrotu planety. To znaczy, że Tryton nie powstawał razem z Neptunem, tylko został przez niego grawitacyjnie przechwycony później. Nie dość, że Tryton nie powstał razem ze swoją planetą, najpewniej, Neptun go „przeżyje”. Tryton powoli zbliża się do powierzchni planety i za od 1,5 do 3,5 mld lat zderzy się z nią. Księżyc w 25 proc. składa się z wody, a w pozostałych 75 proc. z materiału skalnego. W chwili zderzenia rozsypie się jak potłuczona szyba na wiele małych kawałków, tworząc wokół Neptuna pierścienie podobne do tych, które posiada np. Saturn.

 

Tryton jest jednym z najzimniejszych miejsc Układu Słonecznego. Co do wielkości, w zasadzie nie różni się od Plutona i jest tylko trochę mniejszy od naszego Księżyca. Wokół Neptuna porusza się w podobnej odległości co Księżyc od Ziemi. Ze zdjęć wykonanych przez sondę Voyager2 wynika, że pióropusze lodowych kawałków, płynnego azotu i metanu wyrzucane są na wysokość nawet 8 km ponad powierzchnię księżyca. Z tych lodowych erupcji pochodzą także gazy (metan, amoniak i dwutlenek węgla), które tworzą bardzo rzadką atmosferę. Jej skład bardzo różni się w zależności od pory roku. A te na Trytonie zmieniają się jednak dość rzadko, bo co kilkadziesiąt ziemskich lat.

Brak komentarzy do Polecimy na Trytona?

Najbardziej cieszą nas zielone

Czym jest piękno nauki? Dla jednych to prostota matematycznych formuł, dla innych zaś piękne przekroje geologicznych struktur. Piękne mogą być wykresy, ale także obrazy spod mikroskopu i teleskopu kosmicznego.

Czym jest piękno nauki? Dla jednych to prostota matematycznych formuł, dla innych zaś piękne przekroje geologicznych struktur. Piękne mogą być wykresy (szczególnie te wielowymiarowe), ale także obrazy spod mikroskopu i teleskopu kosmicznego. Piękne są zdjęcia motylich skrzydeł i zdjęcia chmur zrobionych z orbity. Patrząc na te obrazy, wykresy, czasami bardzo dziwne, stosowane tylko w języku matematyki, znaki… doceniamy nie to, czym one są, ale to, jakie one są. Nie musimy chyba wiedzieć, co obraz, wykres czy formuła konkretnie przedstawiają. Za serce łapie nas to, co w nich ulotne i subiektywne. Połączenie nauki ze sztuką jest tak naturalne, jak wschód i zachód Słońca. Jak to, że w niższej temperaturze para wodna kondensuje i tworzy niepowtarzalne kryształy wody, czyli piękne płatki śniegu. I czy na prawdę trzeba rozumieć zasady symetrii i znać wykres przemian fazowych, aby docenić ich piękno?

Fundacja Badań i Rozwoju Nauki zorganizowała aukcję charytatywną, podczas której zlicytowane zostaną intrygujące zdjęcia wysp trzustkowych wykonane przez mikroskop fluorescencyjny. Uzyskane w ten sposób środki zostaną przeznaczone na rozbudowę Laboratorium Biodruku Tkankowego, które umożliwia realizację projektów związanych z biodrukowaniem tak tkanek, jak i całych organów.

Druk 3D w medycynie to rewolucja, na progu której stoimy. Dzięki niej – „na miarę” i z własnych komórek – będzie można drukować tkanki i organy. Dzisiaj osoby z uszkodzonym sercem, nerką czy trzustką muszą, czasami miesiącami, czekać na dawcę. Ale przyszłość rysuje się inaczej! Już dzisiaj można drukować substancjami, które są szkieletem, rusztowaniem dla żywych komórek. W ten sposób od 2013 roku zaczęto drukować pokiereszowane czy stracone w wyniku wypadku syntetyczne chrząstki uszu lub nosa. Potem zaczęto drukować kości.

Po elementach drukowanych z materiałów sztucznych (choć biokompatybilnych) przyszedł czas na drukowanie żywymi komórkami. Trzy lata temu grupie badaczy z amerykańskiego Wake Forest Baptist Medical Center udało się wydrukować warstwę skóry wprost na oczyszczoną ranę pacjenta. Z kolei naukowcy z dwóch amerykańskich uczelni (University of Pennsylvania oraz MIT) już jakiś czas temu wydrukowali z żywych komórek naczynia krwionośne. A w San Diego jedna z firm stworzyła technologię, która umożliwia drukowanie… wątroby.

Drukowanie całych narządów jest sporym wyzwaniem. Drukarka nie może nakładać kolejnych warstw żywych komórek, ponieważ pomiędzy nimi muszą zostać wprowadzone naczynia krwionośne. W przypadku takich narządów jak wątroba, mamy dodatkowo do czynienia z wieloma rodzajami komórek. Ale te ograniczenia udaje się coraz częściej przezwyciężać.

W polskiej Fundacji Badań i Rozwoju Nauki, w konsorcjum Bionic, naukowcy starają się wydrukować w pełni działającą, żywą trzustkę. Brzmi to abstrakcyjnie, ale co do zasady jest dość proste. W drukarce, w odpowiednich pojemnikach, umieszcza się żywe komórki produkujące insulinę, komórki śródbłonka do tworzenia naczyń, a także zawiesinę tzw. macierzy zewnątrzkomórkowej, czyli rusztowania, które następnie utrzyma całość. Kolejny krok nie różni się od „zwykłego” drukowania 3D. Drukarka warstwa po warstwie układa zawartość poszczególnych pojemników. Następnie tak wydrukowany organ umieszcza się na kilka dni w inkubatorze i… trzustka gotowa!

Przed polskimi naukowcami przełomowa próba. W najbliższych tygodniach chcą – jako pierwsi na świecie – wydrukować w pełni unaczynnioną trzustkę. Prototyp narządu zostanie umieszczony w bioreaktorze i poddany kolejnym testom. Gdy te przebiegną pomyślnie, przyjdzie czas na testy na zwierzętach, którym zostanie wszczepiony w pełni funkcjonalny, całkowicie wydrukowany narząd. To będzie prawdziwy przełom w medycynie, którego wypatrują miliony, nie mogących się doczekać na dawcę, chorych. W biodruku nie chodzi jednak tylko o to, aby każdy potrzebujący natychmiast otrzymał organ do przeszczepu. W tej technologii, tkanki czy narządy, mogą być drukowane z namnożonych komórek pacjenta, a to oznacza, że znika ryzyko odrzucenia przeszczepu. Nadzieje są ogromne. A niecierpliwym polecam poważniejsze traktowanie filmów czy książek science – fiction. W wielu z nich – chociażby w serialu „Star Trek” – części uszkodzonego ciała były replikowane. Po prostu.

To przyszłość, choć wierzę, że wcale nie odległa. Na kolejne badania potrzebne są oczywiście pieniądze. Fundacja Badań i Rozwoju Nauki pozyskuje je z różnych źródeł. Jednym z nich będzie właśnie organizowana aukcja, podczas której zlicytowane zostaną piękne obrazy. I chyba wcale nie trzeba rozumieć w detalach, jakie funkcje w organizmie spełnia trzustka, jaka jest jej struktura i czym dokładnie są wyspy trzustkowe. Wystarczy patrzeć na ich zdjęcia i zachwycać się. Tak jak obrazami galaktyk, kolonii koralowców czy warstw skał osadowych.

Aukcja charytatywna “Najbardziej cieszą nas zielone” ma charakter otwarty. Wymaga jedynie wcześniejszej rejestracji na stronie aukcji.

Wydarzenie odbędzie się 14.03.2019 r., o godz. 18:30, w Sali Konferencyjnej Instytutu Chemii Przemysłowej przy ul. Rydygiera 8 w Warszawie.

Szczegóły na: https://fundacjabirn.pl/aukcja/

Brak komentarzy do Najbardziej cieszą nas zielone

Czy wiemy, co one tam robią?

Czy mamy świadomość, co nasze dzieci robią w internecie? Oczywiście, że nie mamy. Ufamy, że nie robią nic głupiego. Zaufanie to podstawa wychowania. Ale może czasami ufając, warto sprawdzić? Dla ich dobra.

Czy my, rodzice, mamy świadomość, co nasze dzieci robią w internecie? To pytanie retoryczne. Oczywiście, że nie mamy o tym pojęcia. Ufamy, że nie robią nic głupiego. Zaufanie to podstawa wychowania. Ale może czasami ufając, warto sprawdzić? Dla ich dobra.
 
Nigdy nie mogłem zrozumieć, skąd wzięło się całkowicie błędne przekonanie, że internet daje anonimowość. Jaką anonimowość? Przecież człowiek jest bardziej anonimowy gdy chodzi po dużym mieście z zawieszoną na szyi tabliczką na której jest jego imię i nazwisko, adres, data urodzenia i numer buta. W internecie nic nie jest anonimowe, nigdy anonimowe nie było i nigdy takie nie będzie. A mimo to, część z nas uważa, że może pozostać bezkarna robiąc głupie rzeczy.
Znam przypadek dziewczynki, w zasadzie nastolatki, którą jej klasowi rówieśnicy wpisami w internecie doprowadzili na skraj rozpaczy. Jechali tak ostro, że dziewczyna nie wytrzymała i gdyby nie wsparcie rodziców i dość zdecydowana reakcja, mogłoby dojść do tragicznych skutków. Przekleństwa i wulgarne przezwiska przez kilka dni padały na forum klasy i nikt nie reagował. Choć czytało wielu. Niektórzy się dołączali, inni tylko (a może aż?) milczeli. Prowodyrów było dwoje. Koleżanka, siedząca w pierwszej ławce i kolega, wzorowy uczeń, sportowiec. Rodzice byli w szoku. Dziwili się, bo przecież ich dzieci… no kto by pomyślał? Oni chyba powinni pomyśleć.
 
Z jakiegoś powodu nasze dzieci nie rozumieją, a i my mamy z tym kłopot, że świat nie dzieli się na ten prawdziwy realny i ten udawany cyfrowy. W tym realnym nie wypada komuś napluć w twarz, nie wypada go zwyzywać i oskarżyć np. o handel swoim ciałem. Ale w tym udawanym wszystko wolno. Bo co? Bo nikt się nie dowie? Bo nikt nie zapamięta? Bo nie uda się sprawdzić? Bo nikt nie potraktuje tego poważnie? Bo mniej zaboli? Co za brednie! Internet pamięta wszystko. Temu młodemu, zdolnemu sportowcowi, ktoś może za kilka lat zrujnować karierę przypominając głupotę młodości. Tej młodej dziewczynie, ktoś może przypomnieć wulgaryzmy gdy będzie starała się o pierwszą pracę. W świecie analogowym wspomnienia, ekscesy i wybryki mogą ulec zapomnieniu. W Internecie nigdy.
 
My, drodzy rodzice, nie mamy bladego pojęcia co nasze dzieci robią w internecie. Zabronić? Broń Boże. Uczyć i mieć pełną świadomość możliwości i zagrożeń. A tak na początek, pierwsze ćwiczenie. Wiecie ile kont wasze dzieci mają na popularnych serwisach społecznościowych? Ile z nich znacie? Ile to konta ukryte zakładane pod pseudonimem? Czy wiecie jakich słów, jakich zwrotów najczęściej wyszukują w przeglądarkach internetowych? Czy wiecie kogo oglądają na platformach video? Przecież wielokrotnie, z tymi osobami „spędzają” więcej czasu niż z wami. Kontrolować na każdym kroku? To moim zdaniem niewykonalne. Jasne że ufać, ale też pamiętać, że ludzie (może szczególnie ci młodzi) robią głupie rzeczy. Te w internecie, nigdy nie zostaną zapomniane. Więc może dobrze, dla ich dobra, ufając, choć czasami sprawdzić.
2 komentarze do Czy wiemy, co one tam robią?

Zakażenia w szpitalach poważnym problemem

Brudne ręce personelu medycznego, skażone otoczenie chorego, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach wskazują, jak bardzo nieskuteczny jest w niektórych placówkach system przeciwdziałania zakażeniom wewnątrzszpitalnym ostrzega NIK. Tymczasem szacuje się, że efektywne systemy kontroli zakażeń mogą zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia od 55% do 70%.

Brudne ręce personelu medycznego, skażone otoczenie chorego, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach wskazują, jak bardzo nieskuteczny jest w niektórych placówkach system przeciwdziałania zakażeniom wewnątrzszpitalnym ostrzega NIK. Z najnowszego raportu Izby wynika, że wzrost liczby pacjentów m.in zarażonych lekoodpornymi szczepami bakterii Klebsiella Pneumoniae NDM(+) w 2016 r. był niemal trzykrotnie wyższy niż w 2015 r. Niestety NIK nie może podać kompletnych danych, bowiem funkcjonujące w kontrolowanych szpitalach systemy monitorowania i raportowania o zakażeniach nie dostarczały pełnych danych. Przekazane zestawienia w ocenie Izby mogą być znacznie zaniżone.

Zakażenia szpitalne związane z udzielaniem świadczeń zdrowotnych stanowią poważny problem wszystkich szpitali, nawet w krajach o najwyższych standardach opieki zdrowotnej. Dotyczą od 5 do 10 % osób leczonych szpitalnie. Zakładając, że w polskich szpitalach ulega zakażeniom tylko 5% procent pacjentów to i tak daje to ok. 400 tys. osób. Źródłem przenoszenia bakterii mogą być m. in. brudne ręce personelu medycznego, niejałowy sprzęt, skażone otoczenie chorego, przyjmowanie pacjentów wymagających szczególnych warunków hospitalizacji bez ich zapewnienia, zatrudnianie osób nieprzygotowanych do pracy w szpitalach.

Do grupy osób najbardziej narażonych należą pacjenci np. po przeszczepach, z zaburzeniami odporności po terapii przeciwnowotworowej, po rozległych oparzeniach, dzieci do pierwszego roku życia i osoby starsze. Zakażenia szpitalne wydłużają pobyt w szpitalu, powodują powikłania prowadzące często do niepełnosprawności, przez co zwiększają koszty leczenia. Koszty generują też roszczenia pacjentów, którzy potrafią udowodnić, że zostali zakażeni z winy szpitala.

Narzędziem służącym ograniczeniu przypadków zakażeń szpitalnych powinien być prawidłowo działający system zapobiegania i zwalczania zakażeń, utworzony w szpitalu na podstawie istniejących przepisów prawa. Szacuje się, że efektywne systemy kontroli zakażeń mogą zmniejszyć ryzyko ich wystąpienia od 55% do 70%. Kontrolą objęto 18 szpitali (17 działających jako samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej utworzony przez samorząd i jeden szpital działający w formie spółki prawa handlowego) oraz 4 stacje sanitarno-epidemiologiczne finansowane z budżetu państwa w okresie od 2015 r. do końca I półrocza 2017 r.

Najważniejsze ustalenia kontroli

W kontrolowanych szpitalach odnotowano wzrost liczby pacjentów, u których zdiagnozowano zakażenie szpitalne o 8,5%, mimo, że liczba wszystkich hospitalizowanych pacjentów w tym samym okresie spadła o 1,9%. Przykładem szybkiego wzrostu liczby zakażonych pacjentów jest jeden ze szpitali na Mazowszu. Tam od stycznia 2015 r. do czerwca 2017 r. współczynnik zachorowalności wzrósł niemal dwukrotnie z 1,14% do  2,25% (współczynnik pokazuje liczbę zakażonych na 100 pacjentów hospitalizowanych). Najwyższy wzrost, jak wykazała NIK był na Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii ( z poziomu 27,35% w 2015 r. do 34,02 % w 2016 r. aż do 41,35 % w 2017 r. Na innych oddziałach też odnotowano wzrosty ale nie tak gwałtowne. Jak wyjaśnił zastępca dyrektora ds. lecznictwa szpitala wzrost liczby zarejestrowanych zakażeń nie jest spowodowany rzeczywistą liczbą zachorowań ale poprawą dostarczanych danych. NIK nie kwestionuje, że na wzrost współczynnika zachorowań mogło wpłynąć ujawnienie przez Zespół Kontroli Zakażeń Szpitalnych większej liczby zakażeń, jednak dynamika wzrostu budzi zaniepokojenie i zdaniem NIK wymaga pogłębionej analizy przyczyn ich występowania.

Izba zwraca też uwagę na prawie trzykrotny wzrost (o 278,7%) między 2015 a 2016 rokiem zakażeń lekoopornymi bakteriami Klebsiella Pneumoniae NDM(+). Najwięcej pacjentów hospitalizowano w województwie mazowieckim 2 757 osób, najmniej w pomorskim i małopolskim po 7 pacjentów. Z informacji Konsultanta Krajowego w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej wynika, że ta bakteria w 2015 r. stanowiła najpoważniejszy problem medyczny i epidemiologiczny, dotyczący w szczególności szpitali warszawskich. Charakteryzuje się niezwykle niebezpieczną lekoopornością (na niemal wszystkie antybiotyki). Jednocześnie potrafi się szybko rozprzestrzeniać i utrzymywać w przewodzie pokarmowym przez kilka lat. W latach 2015 – 2017 (I półrocze) w województwie mazowieckim liczba hospitalizowanych pacjentów z jej powodu wynosiła odpowiednio 404, 1316 i 1037.

Poważny problem stanowi też sepsa (posocznica), która jest zespołem objawów spowodowanym nadmierną reakcją organizmu  na zakażenie (organizm walcząc z zakażeniem zaczyna niszczyć zdrowe organy). Sepsa stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia. W jej przebiegu dochodzi do niewydolności nerek, wątroby, serca, płuc. Najważniejsze w leczeniu jest możliwie najszybsze podanie antybiotyków. Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w badanym przez NIK okresie liczba dorosłych hospitalizowanych z powodu sepsy wyniosła: 2015 r. – 19 053, 2016 r. – 21 522 a w pierwszej połowie 2017 r. – 10 962. Najwięcej, bo prawie jedną piątą (18,5%) leczono w województwie mazowieckim. W tym okresie Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił za leczenie sepsy w ramach kontraktów prawie 450 milionów złotych.

Zdaniem NIK, prowadzenie rejestru sepsy pozwoliłoby na uzyskanie wiarygodnych danych o rozpoznanych przypadkach, niezbędnych do analiz jej objawów, sposobów leczenia i poziomu śmiertelności. 

Na wysoki poziom zakażeń, w ocenie NIK, ma wpływ brak wyspecjalizowanego personelu medycznego. W składach Zespołów Kontroli Zakażeń Szpitalnych, powołanych w szpitalach (we wszystkich 18 kontrolowanych takie istniały) brakowało lekarza o wymaganej specjalności, odpowiedniej liczby pielęgniarek epidemiologicznych oraz specjalisty do spraw mikrobiologii.

Na dzień 30 czerwca 2017 r. w Polsce było zawodowo czynnych tylko 110 lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologii, w tym 61 w wieku powyżej 55 lat. Według NIK, taka sytuacja nie daje gwarancji należytego sprawowania ciągłego i bieżącego nadzoru epidemiologicznego. 

Wśród krajów europejskich Polska zajmujeostatnie miejsce pod względem praktykujących lekarzy specjalistów w dziedzinie mikrobiologia – bakteriologia. Niewiele lepiej jest z epidemiologami. W całej Polsce pracuje ich 219, najwięcej w województwie mazowieckim 57, najmniej w opolskim – 1.

Brakuje też pielęgniarek epidemiologicznych. To osoba uczestnicząca w szeroko pojętym zwalczaniu zakażeń, m. in. kontrolująca stan sanitarno – epidemiologiczny szpitala, prowadząca rejestr zakażeń, szkolenia personelu, nadzorująca i monitorująca pracę personelu, uczestnicząca w planowaniu opieki nad pacjentem z zakażeniem szpitalnym. Zgodnie z ustawą o zwalczaniu zakażeń  liczba pielęgniarek epidemiologicznych powinna być nie mniejsza niż 1 na 200 łóżek szpitalnych.  W 6 kontrolowanych szpitalach posiadających powyżej 200 łóżek nie zapewniono ustawowej liczby takich pielęgniarek. W dwóch mazowieckich szpitalach w skład Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych powołano tylko po jednej pielęgniarce, mimo, że szpitale te posiadały odpowiednio 354 i 564 łóżka. Dyrektor jednego z nich brak drugiej pielęgniarki tłumaczył trudnościami finansowymi. Jednak, w trakcie kontroli NIK zamieszczone zostało internetowe ogłoszenie o naborze na stanowisko pielęgniarki epidemiologicznej. Dyrektor drugiego poinformował, że też trwa nabór na to stanowisko. Zdaniem NIK, bezpośrednia podległość pielęgniarki epidemiologicznej kierownikowi danej jednostki zapewniłaby jej samodzielność w realizacji obowiązków i wzmocniłaby jej pozycję w kontaktach z personelem lekarskim.

Wiele uchybień dostrzeżonych przez NIK dotyczyło działalności Zespołów Kontroli Zakażeń Szpitalnych. W trzech szpitalach Zespół nie wywiązywał się z ustawowego obowiązku konsultowania osób podejrzanych o zakażenie lub chorobę zakaźną oraz tych, u których je wykryto. W pięciu brakowało dokumentacji o przeprowadzeniu takich konsultacji.

Odrębną sprawą jest dokumentowanie w szpitalach zakażeń.Analiza kart rejestracji wykazała, że były one sporządzane przez lekarzy nierzetelnie, często z pominięciem wielu danych.NIK skontrolowała 696 losowo wybranych kart. W 18 % z nich nie opisano czynników ryzyka, w 23 % nie podano zastosowanego leczenia antybiotykowego, w ponad 15 % nie odnotowano wykonania badania mikrobiologicznego, w 4 % nie określono postaci klinicznej zakażenia a w 3 % nie podano danych pacjenta. Ponadto 246 kart lekarze wystawili z opóźnieniem sięgającym do 288 dni. W dwóch szpitalach w ogóle nie prowadzono takiego rejestru, co było niezgodne z ustawą o zwalczaniu zakażeń. W jednym ze szpitali w województwie kujawsko – pomorskim nie prowadzono rejestru zakażeń i czynników alarmowych a wyniki badań mikrobiologicznych były rejestrowane w zeszytach prowadzonych na poszczególnych oddziałach. W dwóch przypadkach nie wykazano ujawnionych w badaniach patogenów alarmowych. Adnotacje nie zawierały m.in. daty otrzymania wyniku badań, informacji o potwierdzeniu lub braku wystąpienia patogenu alarmowego czyli drobnoustroju wyjątkowo opornego na działanie leków. Adnotacje obejmowały tylko liczbę stwierdzonych i rozpoznanych zakażeń. W jednym ze śląskich szpitali od 5 lipca do 30 października 2017 r. nie prowadzono rejestru z powodu awarii systemu informatycznego. W czasie kontroli NIK rejestr uruchomiono i do 9 listopada 2017 r. wprowadzono dane 284 pacjentów z 2016 r. W ocenie Izby sporządzanie kart rejestracji z opóźnieniem nie pozwalało na bieżące prowadzenie rejestru zakażeń i utrudniało wiarygodne określenie sytuacji epidemiologicznej szpitala.

A to w konsekwencji doprowadziło do braku precyzyjnych danych o sytuacji epidemiologicznej kraju. Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia, w okresie objętym kontrolą (od 2015 r. do końca I półrocza 2017 r.) hospitalizowanych z powodu sepsy było 51 537 pacjentów a według danych Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny – 2 640. Tymczasem, w każdym z 18 skontrolowanych przez NIK szpitalu wystąpiły przypadki sepsy, w sumie 937 zachorowań.

Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, które gromadzi informacje z rocznych sprawozdań przesyłanych przez szpitale, wskazuje, że w 528 szpitalach stacjonarnych spośród 936 funkcjonujących w Polsce, a więc w ponad połowie, na koniec 2016 r. nie wykazano danych o pacjentach leczonych z powodu zakażenia i zgonów z tego powodu. Nieprawidłowości związane z wykazywaniem błędnych danych stwierdzono w siedmiu placówkach.

NIK ustaliła, że w kontrolowanych szpitalach liczba zakażeń związanych z udzielaniem świadczeń łącznie wyniosła 11 916. Natomiast zakażenie szpitalne zdiagnozowano u 11 488 pacjentów. Jako bezpośrednią przyczynę zgonu, zakażenie szpitalne wskazano  219 pacjentów, tj. ok. 1 % ogólnej liczby zgonów (22 167).

O braku wiarygodnych danych świadczą przeprowadzone tzw. badania punktowe. To badania zorganizowane w Polsce zgodnie z zaleceniem Rady Europy. Koordynowali je naukowcy z Collegium Medicum w Bydgoszczy, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i Narodowego Instytutu Leków w Warszawie.  Te badania punktowe wykazały, że liczba zakażeń szpitalnych może być nawet 5-krotnie wyższa, niż wynika to z danych Ministerstwa Zdrowia prezentowanych w mapach potrzeb zdrowotnych.

W Polsce w kontrolowanym okresie mogło dojść do ok. 400 tys. zakażeń rocznie.A to przekłada się na wydatki. Niestety żaden z kontrolowanych szpitali nie dysponował precyzyjnymi danymi dotyczącymi kosztów poniesionych w związku z wystąpieniem zakażenia. Analizy były prowadzone jedynie przez część szpitali, a koszty wyliczano w sposób uproszczony.  W 7 z kontrolowanych szpitali nie prowadzono ewidencji księgowej kosztów związanych z leczeniem zakażeń, np. w jednym ze szpitali w województwie warmińsko – mazurskim nie było danych dotyczących m.in. szacunkowych kosztów związanych z przedłużeniem leczenia pacjentów, u których wystąpiło zakażenie. Dyrektor tłumaczył tę sytuację niedoskonałością posiadanych narzędzi informatycznych. W pozostałych 11 szacunkowe koszty związane z przedłużeniem leczenia w kontrolowanych szpitalach wyniosły grubo ponad 85 milionów zł.

Zakażenia powodują wydłużenie czasu pobytu chorego w szpitalu. Średni pobyt  wynosił nieco ponad 5 i pół dnia. Zakażenie wydłużało ten czas do ponad 16 dni. Jak wynika z wyjaśnień dyrektorów szpitali, wydłużony czas leczenia jest głównym czynnikiem wpływającym na koszty leczenia pacjenta z zakażeniem.

Nie wszystkie szpitale realizowały zalecenia i decyzje organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej w wyznaczonym terminie. Trzeba jednak przyznać, że większość podjęła działania w tym kierunku.

NIK zwraca też uwagę na niedostateczną liczbę badań mikrobiologicznych a to one pozwalają wcześnie wykrywać zakażenia i ustalać skuteczne antybiotyki. Średnia liczba takich badań w przeliczeniu na 1 łóżko szpitalne w danym roku była ok. dwukrotnie niższa niż w krajach Unii.

W trakcie kontroli okazało się, że 3 szpitale nie mają izolatek co jest niezgodne z ustawą o zwalczaniu zakażeń.

W cieple, wilgoci i brudzie bakterie, wirusy, grzyby  znajdują znakomite warunki do przetrwania i namnażania. Dlatego tak istotną rolę w zapobieganiu zakażeniom odgrywa czystość np. instalacji wentylacyjnych i klimatyzacji. Niestety w 5 szpitalach, jak ustaliła NIK, nie dokonywano okresowych przeglądów takich urządzeń zgodnie z zaleceniami producenta oraz nie dokumentowano czynności serwisowych. W jednym z mazowieckich szpitali nie zapewniono skutecznej wentylacji w pomieszczeniach sanitarno – higienicznych i łazienkach dla pacjentów. Brakowało też dokumentacji z okresowych przeglądów, czyszczenia, dezynfekcji bądź napraw urządzeń wentylacyjnych. Także w tym szpitalu powiatowy inspektor sanitarny nakazał doprowadzenie jakości wody do stosownych wymagań. W połowie kontrolowanych szpitali w ciepłej wodzie przekroczona była dopuszczalna norma obecności pałeczek Legionella.

Wnioski

Ustalenia kontroli NIK wskazują na konieczne wprowadzenie systemowych zmian, które powinny wpłynąć na poprawę sytuacji epidemiologicznej w polskich szpitalach. Kontrola wykazała, że mechanizm zapobiegania zakażeniom szpitalnym nie jest skuteczny a to stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. Zła sytuacja finansowa części szpitali oraz niedobór wykwalifikowanej kadry medycznej powoduje, że nałożone przez prawo obowiązki nie są wykonywane rzetelnie co spowodowało rozprzestrzenienie się w kilku regionach Polski lekoopornych bakterii. Wadliwie działający system zbierania danych o zakażeniach doprowadził do braku pełnego obrazu skali zakażeń i rodzaju patogenów. NIK skierowała swoje wnioski do ministra zdrowia, kierowników szpitali i Inspekcji Sanitarnej.

17 MAJA 2018 07:00

Tekst i ilustracje pochodzą ze strony www.NIK.gov.pl . Pełny tekst raportu można znaleźć TUTAJ

 

Brak komentarzy do Zakażenia w szpitalach poważnym problemem

Najgroźniejsza broń biologiczna

Gdybym miał powiedzieć, którego rodzaju broni masowego rażenia boję się najbardziej, powiedziałbym, że biologicznej. Moim zdaniem, jest ona bardziej perfidna, niż chemiczna i atomowa.

Gdybym miał powiedzieć, którego rodzaju broni masowego rażenia boję się najbardziej, powiedziałbym, że biologicznej. Moim zdaniem jest ona bardziej perfidna niż broń jądrowa i chemiczna.

Zobacz odcinek:       https://youtu.be/raMiib2O28k

Tworząc ranking najgroźniejszych rodzajów broni zacząłem się zastanawiać, jakie kryteria powinienem wziąć pod uwagę. Na pewno skalę i skuteczność rażenia, koszty produkcji i dostępność komponentów, zaawansowanie technologiczne i łatwość zatrudnienia specjalistów. Nie bez znaczenia jest także to czy po użyciu można zająć zdobyty teren, czy też trzeba latami czekać, aż „czynnik zabijający” się zneutralizuje.

Organizmy chorobotwórcze, które wywołują tak groźne choroby jak cholerę, ospę, dur brzuszny, plamisty, dżumę czy żółtą febrę, a także grypę można zdobyć stosunkowo łatwo w licznych bankach genetycznych, znajdujących się przy dużych ośrodkach naukowych. Znane są przypadki kiedy państwom rządzonym przez dyktatorów, chorobotwórcze bakterie czy wirusy dostarczała firma kurierska. Koszty produkcji broni biologicznej są bardzo małe.

Do rozmnażania bakterii wystarczy wiedza zdobyta na podstawowym kursie biologii, a można to robić w niewielkim laboratorium, które można umieścić właściwie wszędzie. Do rozmnażania na masową skalę groźnych organizmów można użyć kadzi, które wykorzystuje się np. do … warzenie piwa.

Broń biologiczna jest bardziej perfidna niż chemiczna. Można rozsiać nad wybranym terenem bakterie, które np., zniszczą uprawy i doprowadzając mieszkańców do głodu, albo gospodarkę do upadku. To się nazywa terroryzm socjoekonomiczny. W taki sam sposób można zabić wszystkie zwierzęta hodowlane. Zarazki nie muszą być zrzucane z samolotów, mogą być roznoszone przez owady czy gryzonie. W rzeczywistości historia zna takie przypadki.

W 1940 roku, na chińskie miasta, Japończycy rozrzucili zakażone dżumą pchły, wywołując epidemię. Ale to nie był pierwszy przypadek użycia broni biologicznej. W starożytności zatruwano studnie wrzucając do nich zdechłe zwierzęta, a nierzadko zdarzało się, że w czasie oblężenia z katapult w kierunku miast wystrzeliwano zwłoki ludzi czy zwierząt, które zmarły na jakąś chorobę zakaźną. W czasie jednej z wojen pod koniec XV wieku Hiszpanie skazili wino w Neapolu krwią trędowatych.

Bardzo trudno powiedzieć kiedy po raz ostatni mieliśmy do czynienia z atakiem bronią biologiczną. W zależności od wykorzystanego patogenu, od ataku do epidemii może minąć nawet kilka tygodni. W innych przypadkach skutki chorobotwórcze mogą nastąpić niemalże natychmiast po ataku. Nawet gdybyśmy wiedzieli że właśnie zrzucono na nas, wpuszczono do wody w wodociągach, albo do wentylacji w budynku chorobotwórcze bakterie, niewiele możemy zrobić. Szybka i wysoka dawka antybiotyków? Tak, ale tylko wtedy, gdy wiemy czym zaatakowano. A określenie tego wcale nie jest takie proste. Testy wyszkolonych grup ludzi (muszą jeszcze znajdować się gdzieś w pobliżu) mogą trwać nawet kilka godzin, a jest to czas w którym większość bakterii już się w organizmie „zadomowiła”. Nawet jednak, gdyby od razu było wiadomo jakimi bakteriami zaatakowano, z symulacji robionych w USA wynika, że skuteczny atak biologiczny bakteriami wąglika tylko na jedno większe miasto zaowocowałby zużyciem całych krajowych zapasów antybiotyków w ciągu dwóch tygodni.

A co się stanie gdy na czynnik biologiczny nie ma antybiotyków? Jeden z twórców radzieckiego programu broni biologicznej Ken Alibek po ucieczce do USA mówił wprost, że celem radzieckich naukowców pracujących nad bronią biologiczną było produkowanie takich bakterii i wirusów, na które nie ma szczepionek ani antybiotyków. W praktyce jedna grupa naukowców produkowała metodami inżynierii genetycznej zabójczy organizm, a druga próbowała znaleźć antidotum. Jak się to NIE udawało, uznawano czynnik za idealny do użycia. Usilnie pracowano – a może dalej się to robi – nad zwiększeniem tzw. wirulencji bakterii czy wirusów, których naturalną szkodliwość uznano za niewystarczającą. Wirulencja to zdolności do wniknięcia, namnożenia się oraz uszkodzenia tkanek. Stwarzano także szczepy, które w naturze nie występują, łącząc np. najbardziej groźne cechy dwóch bakterii. Można było mieć pewność, że wróg na pewno nie ma na taki czynnik ani szczepionki ani antybiotyku. W ten sposób powstawały nowe odmiany wirusa ospy i wirusa Marburg.

Broń biologiczna jest groźniejsza od chemicznej jeszcze pod jednym względem. Jest samopowielająca się. Jej zabójcze działanie może się potęgować z biegiem czasu.Drobnoustroje rozsiane podczas ataku biologicznego rozmnażają się w organizmach ofiar i dalej rozprzestrzeniają się same. Tak właściwie wcale nie trzeba dużej ilości bakterii, żeby zarazić sporą grupę ludzi. Niewielka ilość bakterii wąglika – które w formie przetrwalnikowej wyglądają jak kakao – można przetransportować wszędzie. Nawet najbardziej drobiazgowe kontrole nic tutaj nie pomogą.

Broń biologiczna ma jednak dosyć istotną wadę z punktu widzenia prowadzenia wojny. Na długi czas może skazić zaatakowany teren. Brytyjczycy w czasie testów skuteczności laseczek wąglika pod koniec II Wojny Światowej skazili na 50 lat tereny szkockiej wyspy Gruinard. Oczywiście z punktu widzenia terrorystów, skażenie to żadna wada. Terroryści zwykle nie zajmują zaatakowanych przez siebie terenów.

Podsumowując. Broń biologiczna jest łatwa w użyciu i transporcie. Można ją – np. wąglik – przesłać nawet listem. Sama się powiela a jej wyprodukowanie – mówię tutaj o najbardziej dostępnych szczepach – nie wymaga dużej wiedzy. Dla terrorystów jest mniej dostępna niż niektóre trujące gazy, a jej sporym minusem jest to że zostawia za sobą skażony teren. Z kolei plusem jest to, że używający tej broni może zostać niewykryty. Śmierć ludzi, zwierząt, zagłada upraw może wystąpić wiele dni a nawet tygodni po użyciu tej broni.

6 komentarzy do Najgroźniejsza broń biologiczna

Najnowocześniejsza broń chemiczna

Jak działa broń chemiczna? Szybko i boleśnie. Bardzo boleśnie i bardzo okrutnie. Gdy po raz pierwszy na masową skalę zastosowali ją Niemcy w czasie I Wojny Światowej, cześć niemieckich dowódców meldowała do sztabu, że stosowanie takiej broni to hańba dla prawdziwych żołnierzy.

Jak działa broń chemiczna? Szybko i boleśnie. Bardzo boleśnie i bardzo okrutnie. Gdy po raz pierwszy na masową skalę zastosowali ją Niemcy w czasie I Wojny Światowej, cześć niemieckich dowódców meldowała do sztabu, że stosowanie takiej broni to hańba dla prawdziwych żołnierzy.

Teoretycznie broni chemicznej nie wolno badać ani produkować. Tak mówią międzynarodowe traktaty. W praktyce w ostatnich latach miało miejsce przynajmniej kilka ataków chemicznych. Ostatni, kilka tygodni temu miał miejsce w Syrii. Sposoby działania broni chemicznej są różne bo wiele zależy od zastosowanej substancji. Generalnie jednak wszystkie gazy bojowe dzieli się na pięć kategorii.

I Wojna Światowa. Jeden z pierwszych (a może pierwszy) atak gazowy z użyciem chloru. Gaz wypuszczano z butli zakopanych w ziemi.

Pierwszym gazem bojowym zastosowanym na polu walki był chlor. Wykorzystali go Niemcy podczas I Wojny Światowej. Chlor, ale też fosgen należy do środków krztuszących. Ich działanie polega głównie na podrażnieniu i paraliżu dróg oddechowych. W skutek tego dochodzi do ich śmiertelnego oparzenia wewnętrznych organów. Środki działające na drogi oddechowe są mało skuteczne, gdy żołnierze mają maski. W pierwszej wojnie światowej maski wprowadzono jednak dopiero po tym jak dziesiątki tysięcy ludzi w konwulsjach udusiło się w okopach.

Druga grupa to środki duszące. Wbrew nazwie nie chodzi jednak o sparaliżowanie układu oddechowego, ale o zablokowanie hemoglobiny, cząsteczki znajdującej się w czerwonej krwince, której celem jest roznoszenie tlenu po organizmie. Człowiek oddycha normalnie, ale w ciągu kilkudziesięciu sekund i tak się dusi. Tlen nie jest z płuc transportowany, a dość okrutna śmierć następuje z powodu obumierania mózgu. Środkiem duszącym jest Cyklon-B, którym zabijano w komorach gazowych, ale także cyjanowodór, który Niemcy stosowali w czasie II wojny światowej.

Trzecia i chyba najgroźniejsza bo najskuteczniejsza grupa to środki paralityczno-drgawkowe. Blokują one komunikację pomiędzy komórkami nerwowymi. To tak jak gdyby duży organizm jakim jest miasto odciąć od sieci elektrycznej i telekomunikacyjnej. Totalny chaos informacyjny i paraliż. Przykładami środków paralityczno-drgawkowych są tabun, sarin, soman czy VX. Sarinu użyły kilka lat temu wojska rządowe w Syrii. W wyniku ataku zmarło około 1700 cywilów.

Grupę czwartą stanowią środki parzące. Takim jest np. gaz musztardowy zwany także Iperytem od nazwy miejscowości w Belgii, gdzie w I Wojnie Światowej został po raz pierwszy użyty. W ciągu kilkunastu minut zmarło wtedy w męczarniach kilkadziesiąt tysięcy Brytyjczyków i Francuzów. W wyniku jednego ataku. Grupa podobna a może i większa zmarła w kolejnych dniach i tygodniach. Niemieccy naukowcy szukali gazu, który będzie zabijał przez skórę nawet tych,
którzy mają maski. I tak wynaleźli gaz musztardowy.

I ostatnia grupa to środki halucynogenne. One nie zabijają, ale powodują czasową niedyspozycję. Do tej grupy zalicza się LSD czy BZ, czyli Chinuklidynobenzylan, który był stosowany przez Amerykanów w Wietnamie.

Bojowym środkiem trującym może być wiele związków, które powszechnie są wykorzystywane w przemyśle chemicznym czy medycynie. Ich nie trzeba produkować, je wystarczy kupić i użyć. Dobrym przykładem może być fosgen. Wykorzystuje się go w przemyśle tekstylnym i farmaceutycznym. Gdyby wpuścić go do wentylacji wieżowca, jeden litr w kilka chwil uśmierciłby on tysiące ludzi. Inny przykład to jad kiełbasiany inaczej zwany botuliną. W medycynie kosmetycznej niewielkie ilości tej toksyny wstrzykuje się pod skórę by pozbyć się zmarszczek. To tzw. botox. Dorosły człowiek umiera w męczarniach po wchłonięciu milionowych części grama tej trucizny. Cyjanowodór używa się w przemyśle a iperytem
traktowano komórki rakowe.
Broń chemiczna – z punktu widzenia atakującego – ma wiele innych zalet. Tak szybko jak się pojawia, tak samo szybko znika. Np. sarin jest niebezpieczny zaledwie przez 4 godziny. Iperyt staje się nieszkodliwy po najwyżej kilku dniach. Dodatkową zaletą broni chemicznej jest to, że po jej użyciu wybucha panika. A skutki paniki mogą być groźniejsze od samego ataku.

Reasumując. Z trzech broni masowego rażenia, czyli broni jądrowej, biologicznej i chemicznej, to ta ostatnia jest najtańsza w produkcji i wymaga najmniejszej wiedzy. Choć to dotyczy raczej ataków terrorystycznych, w niektórych sytuacjach wcale nie trzeba się o trujący gaz starać, a wystarczy w odpowiednim momencie wysadzić cysternę przewożącą chemikalia. Cysterny z chlorem czy amoniakiem przejeżdżają przez centra wielu dużych miast.
Ostatnie ataki bronią chemiczną miały miejsce w Syrii, gdzie armia rządowa przy współpracy z armią rosyjską zrzuciła na miasto Duma kilka, może kilkanaście ładunków wypełnionych gazem. Świadkowie mówili, że w powietrzu zaczął się unosić jabłkowy zapach. To sarin. Najpierw pojawia się poczucie niepokoju, potem zwężone źrenice, drgawki, ślinotok i paraliż mięśni, w tym mięśni oddechowych, w końcu śmierć w konwulsjach. Podobnie opisywano ataki, jakie przed wielu laty przeprowadzali na kurdyjskie wioski żołnierza Saddama Husajna.

Profesor Fritz Haber, twórca pierwszych gazów bojowych. Z wykształcenia chemik, po I Wojnie Światowej został uhonorowany Nagrodą Nobla z chemii.

I na koniec jeszcze jedno.
Broń chemiczną zawdzięczamy prof. Fritzowi Haberowi. Po przegranej przez Niemcy I wojnie, Haber był pewien aresztowania i sądu wojennego. Tymczasem rok po zakończeniu wojny, został laureatem nagrody Nobla z chemii. Dzięki tej nagrodzie i powszechnemu szacunkowi Heber mógł kontynuować swoje prace a w ich efekcie wynalazł m.in. cyklon B.

6 komentarzy do Najnowocześniejsza broń chemiczna

Co gdzie pada? Diamenty na Uranie!

U nas słowo deszcz, albo śnieg kojarzy się z wodą, bo w zasadzie tylko woda spada na naszą głowę. Na innych planetach i księżycach z nieba spada kwas siarkowy, metan, krople żelaza, ciekłe szkło, a nawet diamenty.

U nas słowo deszcz, albo śnieg kojarzy się z wodą, bo w zasadzie tylko woda spada na naszą głowę. W rzeczywistości sprawa jest bardziej złożona bo woda wodzie nierówna. Mamy grad, mamy śnieg, mamy szadź, szron, krupy no i kropelki ciekłej wody. To jednak tylko różne fizyczne postaci wody, z chemicznego punktu widzenia woda to woda. H2O. A co spada na powierzchnię innych globów? Na razie nie znaleźliśmy planety czy księżyca, na których byłyby wodne deszcze czy wodny śnieg. Ale to wcale nie znaczy, że poza Ziemia nie pada. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy spojrzeć na naszą siostrzaną planetę Wenus na której z chmur pada kwas siarkowy 1.

Chmury

No właśnie. Z chmur. Po to żeby cokolwiek padało na powierzchnię globu, muszą być spełnione pewne warunki. Po pierwsze na takim globie musi istnieć atmosfera. A w niej chmury. W zależności od tego z czego te chmury się składają, jaki jest skład całej atmosfery, jakie panuje w niej ciśnienie oraz temperatura, mogą powstawać deszcze np. kwasu siarkowego. Tutaj warto zwrócić uwagę na pewien wyjątek. Gdy jakiś glob jest aktywny geologicznie czy sejsmicznie i występują na nim wulkany albo gejzery, możliwa jest sytuacja w której na niewielką powierzchnię tego globu, mimo braku atmosfery, pada to, co wyrzuciły gejzery. Tak jest np. na jednym z księżyców Saturna, Enceladusie 2. Na jego powierzchni wybuchają lodowe gejzery. Ale nie takie jak te ziemskie, z których na wysokość najwyżej kilkudziesięciu metrów strzela gorąca woda. W przypadku Enceladusa w przestrzeń – księżyc nie ma atmosfery – wylatują kryształki lodu. Tylko bardzo niewielka ich część opada na powierzchnię księżyca, większość zasila pierścienie Saturna. Konkretnie pierścień E Saturna. W dłuższej perspektywie, rzędu tysięcy lat, materiał wyrzucany przez Enceladusa opada na powierzchnię samego Saturna. Gejzery wyrzucają maleńkie kryształki lodu z prędkością ponad 1400 km/h na wysokość 1500 kilometrów nad powierzchnię księżyca.

Kwas na Wenus

A wracając do Wenus. Większość informacji o ukształtowaniu powierzchni Wenus czerpiemy ze zdjęć radarowych. Atmosfera Wenus jest prawie 100 razy cięższa niż ziemska, mimo że Ziemia i Wenus to planety o bardzo podobnej wielkości. Ciśnienie przy powierzchni planety jest ponad 90 razy wyższe niż ciśnienie przy powierzchni ziemi 3. Co ciekawe, uważa się, że kiedyś atmosfery ziemi i Wenus były do siebie bardzo podobne, a na powierzchni Wenus była ciekła woda 4. Z jakiegoś jednak powodu tam rozpoczął się galopujący efekt cieplarniany. Dzisiaj przy powierzchni planety panuje temperatura 460 st C, a atmosfera to głównie dwutlenek węgla i trochę azotu. Grube chmury, zakrywają Wenus tak szczelnie, że do jej powierzchni trafia zaledwie 1proc. światła słonecznego które pada na planetę. Te chmury zbudowane są z dwutlenku siarki. W wensujańskiej atmosferze zdarzają się burze a nawet wyładowania atmosferyczne. Wydaje się, że nawet jeżeli coś pada z tych chmur, nie dolatuje do powierzchni planety. Wyjątkiem są szczyty pasm górskich, gdzie panuje niższa temperatura 1.  Sonda Magellan wykryła na szczytach górskich jakąś odbijającą światło substancję. Coś, co na ziemi bez wątpienia byłoby śniegiem. Biorąc pod uwagę skomplikowaną chemię wenusjańskiej atmosfery nie ma pewności czy tym czymś jest siarczek ołowiu, metaliczny tellur czy właśnie kwas siarkowy.

Metan i diamenty

Na Wenus panuje prawdziwe gorące piekło, z kolei zimne piekło panuje na Tytanie, jednym z księżyców Saturna. To jedyny księżyc w naszym układzie planetarnym, który ma gęstą atmosferę. Ta atmosfera jest zresztą gęstsza od atmosfery ziemskiej. Jest jeszcze coś. Tytan jest jedynym nam znanym globem, na którym jest znajdują się zbiorniki ciekłej substancji 5. Tą substancją jest metan. Atmosfera Tytana składa się z azotu z niewielką ilością argonu, metanu, etanu i acetylenu . Ta niewielka ilość jednak wystarczy, by z gęstych chmur padał ciekły metan i etan. Na zdjęciach z powierzchni księżyca widać rzeki i kanały, widać dopływy do jezior a nawet delty rzek. Największy znany zbiornik Kraken Mare ma wielkość Morza Kaspijskiego. Tytan jest znacznie mniejszy od Ziemi i tylko trochę większy od naszego Księżyca, a to znaczy, że w skali globu Kraken Mare jest prawdziwym oceanem. Na powierzchni którego widać zresztą wyspy i całe atole. Gdyby na powierzchni księżyca był tlen, cały glob wyleciałby w powietrze… Tlenu tam jednak nie ma.

Obserwowanie opadów na Tytanie jest dość skomplikowane, bo najpewniej pojawiają się one sezonowo a pory roku zmieniają się tam co wiele ziemskich lat.  Jeszcze trudniejsza jest jednak obserwacja tego co dzieje się w atmosferze Naptuna. To gazowy olbrzym, o którego twardej powierzchni trudno nawet spekulować. Na Neptunie chmury zbudowane są w zależności od wysokości i ciśnienia z amoniaku, siarkowodoru, wodorosiarczku amonu, siarkowodoru i wody 6. Bardzo skomplikowana fizyka i chemia jaka stoi za procesami które dzieją się w grubych atmosferach gazowych olbrzymów takich jak Neptun, Saturn, Jowisz czy Uran nie jest jeszcze zrozumiała, ale przypuszcza się, że wchodząc coraz głębiej w atmosferę Neptuna temperatura wzrasta do bardzo wysokich wartości liczonych w tysiącach stopni. Przypuszcza się, że na głębokości kilku tysięcy kilometrów, w głąb atmosfery Neptuna wysokie ciśnienie i temperatura powodują rozkład metanu w wyniku którego powstają kryształy węgla, czyli diamenty7 . Te diamenty – zdaniem naukowców – opadają w kierunku twardego jądra planety tak jak kryształy wody, opadają na powierzchnię Ziemi jako śnieg.

Jeszcze głębiej atmosfery Neptuna jest woda jonowa, która jeszcze głębiej staje się przewodnikiem superjonowym i skrystalizowany tlen.  A wracając do deszczy diamentów, te mogą występować nie tylko w supergęstej atmosferze Neptuna ale także na Uranie. Atmosfery tych dwóch gigantów muszą się jednak od siebie różnić składem, bo choć w obydwu znajduje się sporo metanu, Neptun jest niebieski, a Uran ma kolor cyjanu.

Szkło i żelazo

I jeszcze dwie planety pozasłoneczne na koniec. Ich bezpośrednia obserwacja jest ekstremalnie trudna. Owszem możemy zarejestrować ich istnienie, masę, okres obiegu wokół swoich gwiazd i odległość od tych gwiazd. Z tych informacji można wyciągać pewne wnioski na temat warunków jakie panują na tych planetach. W przypadku niektórych planet udaje się o nich powiedzieć nieco więcej. Jedną z takich planet jest HD 189733 b, która znajdującej się w odległości około 60 lat świetlnych od Ziemi8. Obserwując spolaryzowane światło rozpraszane przez atmosferę tej planety odkryto w niej metan, dwutlenek węgla i krzem. Wiatr na powierzchni planety wieje z prędkością kilkukrotnie większą, niż prędkość dźwięku. Zdaniem naukowców z NASA na tej planecie padają deszcze płynnego krzemu, czyli w pewnym przybliżeniu deszcze roztopionego szkła9. I druga planeta OGLE-TR-56b odkryta zresztą przez Polaka Macieja Konackiego10. Planeta krąży wokół swojej gwiazdy w odległości 17 krotnie mniejszej niż odległość Merkurego od Słońca. Jest bez wątpienia gazowym olbrzymem, dużo większym od Jowisza. Została odkryta metodą tranzytu. Nie ma na to żadnych dowodów, ale naukowcy spekulują, że na planecie padają deszcze płynnego żelaza11.

Patrząc na to wszystko, żelazo, metan, kwas siarkowy, jakoś przestaje mi przeszkadzać wodny deszcz. Nawet jak leje kilka dni z rzędu 😉

 

źródła:

  1. phys.org/news/2016-12-weather-venus.html
  2. www.space.com/32844-saturn-moon-enceladus-surprising-plumbing-mystery.html
  3. hyperphysics.phy-astr.gsu.edu/hbase/Solar/venusenv.html
  4. www.universetoday.com/22551/venus-compared-to-earth/
  5. www.nasa.gov/feature/jpl/cassini-explores-a-methane-sea-on-titan
  6. https://www.space.com/18922-neptune-atmosphere.html
  7. https://www.sciencealert.com/scientists-recreate-the-diamond-rains-of-neptune-and-uranus-in-the-lab
  8. https://en.wikipedia.org/wiki/HD_189733_b
  9. https://www.nasa.gov/image-feature/rains-of-terror-on-exoplanet-hd-189733b
  10. https://en.wikipedia.org/wiki/OGLE-TR-56b
  11. https://www.astrobio.net/meteoritescomets-and-asteroids/new-world-of-iron-rain/

 

1 komentarz do Co gdzie pada? Diamenty na Uranie!

Fizyka i jajka

Kiedyś dziecko zapytało mnie jak to możliwe, że kura nie zgniata jajka, które wysiaduje. W sumie to pytanie można by zadać inaczej. Jak to jest możliwe, że średniowieczne katedry są tak wytrzymałe? Wbrew pozorom odpowiedź na obydwa pytania jest taka sama. Chodzi o kształt.

Kiedyś dziecko zapytało mnie jak to możliwe, że kura nie zgniata jajka, które wysiaduje. W sumie to pytanie można by zadać inaczej. Jak to jest możliwe, że średniowieczne katedry są tak wytrzymałe? Wbrew pozorom odpowiedź na obydwa pytania jest taka sama. Chodzi o kształt.

To może trochę niekonwencjonalne postepowanie, ale żeby dobrze zrozumieć to zagadnienie, warto wybrać się do starej katedry… z jajkiem właśnie. Wielka Sobota i świecenie potraw temu sprzyja. W końcu w koszyczkach mamy też jajka. Mając to jajko w dłoni (albo w pamięci), warto w takim starym kościele spojrzeć w górę, na łuki które podtrzymują sklepienie. Okazuje się, że ich krzywizna jest bardzo podobna do krzywizny jajka. Wszystkie ptasie jajka, niezależnie od gatunku, mają podobny kształt. Mają węższy czubek i nieco szerszy. Oraz mają wydłużone boki. Gdy jajko leży na boku, nie jest specjalnie odporne na nacisk. Gdy jednak stoi na sztorc, jest w stanie wytrzymać naprawdę sporo.

Jajko w katedrze

Jak sporo? Nietrudno jest zrobić eksperyment w którym na trzech kurzych jajkach można utrzymać nawet 100 kilogramowy ciężar. Jest tylko jeden warunek, jajka muszą być ustawione idealnie na sztorc. Wtedy siła przyłożona od góry jest idealnie rozłożona na boki, a jajku (i jego zawartości) nic się nie dzieje. Podobnie jest w katedrach, akweduktach czy mostach łukowych. Siła przyłożona od góry, rozkłada się na boki. W jajku, dodatkowo ogromną rolę spełnia konstrukcja samej skorupki. Jej zewnętrzna warstwa jest twarda i mało elastyczna, a wewnętrzna błona – przeciwnie – miękka i bardzo elastyczna. Gdy te dwie warstwy zostaną z sobą zespolone (sklejone), są w stanie przetrwać naprawdę spore siły. Pod jednym warunkiem. Że warstwa twarda i nieelastyczna jest na zewnątrz. Innymi słowy, gdyby zamienić kolejność warstw i skorupkę jajka z zewnątrz otoczyć cienką błoną, cała konstrukcja nie byłaby tak wytrzymała. Jajko to wciąż nieosiągalny dla inżynierów ideał. Kształt, grubość i kolejność poszczególnych warstw, jest nie do skopiowania. A wszystko po to, by jajko mogło wytrzymywać duży nacisk z zewnątrz, ale by było stosunkowo łatwe do rozbicia od wewnątrz. Wykluwające się pisklę nie ma przecież wiele siły. Co ciekawe, u przeważającej części ptaków, pisklęta na czubku dzioba mają mały haczyk, który służy do zerwania wewnętrznej błony chwilę przed wykluciem. Rozbicie reszty skorupki jest wtedy łatwiejsze.

 Ale oczywiście jajko nie tylko z punktu widzenia sztuki inżynierskiej jest ciekawe. Wielu z nas, nie wyobraża sobie kuchni bez jajecznych potraw. Bez ciasta, jajecznicy czy makaronów. A przede wszystkim, bez jajka gotowanego w wodzie. I choć powszechnie uważa się, że ugotowanie jajka na twardo to łatwizna, w rzeczywistości nie jest to takie proste. Oczywiście, można jajko wrzucić do wody i gotować przez pół godziny. Pewność, że będzie na twardo jest całkowita (chyba że robimy na to na szczycie bardzo wysokiej góry, gdzie temperatura gotowania wody jest znacząco niższa niż 100 st C), ale to wcale nie znaczy, że jajko będzie smaczne.

Co białe a co żółte

Nie trzeba być naukowcem (a wystarczy być nawet nieogarniętym kucharzem), by wiedzieć, że jajko składa się z białka i  żółtka. To pierwsze to głównie woda i tylko w około 10 proc. rozpuszczone w niej proteiny. W surowym jajku, białko jest przezroczyste, bo cząsteczki protein pozwijane są w kłębki. Ze wzrostem temperatury te kłębki zaczynają się rozwijać, a osobne do tego momentu cząsteczki protein łączą się ze sobą. Tworzy się nieuporządkowana plątanina „proteinowych nitek”, a to z jednej strony powoduje, że białko nie jest już płynne tylko coraz bardziej galaretowate, a z drugiej strony staje się coraz mniej przezroczyste. Gdy białko jajka kurzego jest już całkowicie białe, mówimy że jest ugotowane. Bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że jest ścięte, choć tak właściwie powinno się chyba mówić, że doszło do jego denaturacji. Co to takiego ? Każde białko zmienia swoją strukturę przestrzenną pod wpływem czynników fizykochemicznych. Jednym z nich jest temperatura właśnie. Część z tych zmian jest odwracalna (to tzw. zmiany struktury pierwszo- i  drugorzędowej), ale gdy sprawy zajdą za daleko, nie da się cofnąć czasu. Białko gotowane przez kilka minut w wodzie zmienia swoją strukturę nieodwracalnie. Podczas tego procesu (denaturacji właśnie) niszczone są wiązania wodorowe i tzw. mostki disulfidowe, które jak śruby trzymające rusztowanie w całości, nadają cząsteczce białka odpowiedni i charakterystyczny kształt. Gdy śruby (wiązania wodorowe) się odkręcą, rusztowanie zaczyna zachowywać się w sposób nieprzewidywalny. Co więcej, gdy runie, nie sposób wybudować go od nowa. Denaturacja białka kurzego następuje w temperaturze około 63 st. Celsjusza, dlatego trzymanie choćby nie wiem jak długo jajka w wodzie o temperaturze nawet trochę niższej od tej wartości nie spowoduje jego ścięcia. Co ciekawe żółtko jajka kurzego ścina się w temperaturze o około 5 st Celsjusza wyższej niż białko. Dzieje się tak dlatego, że w żółtku, w cząsteczki protein wplątane są cząsteczki tłuszczów. Trzeba więc trochę więcej energii (stąd wyższa temperatura), by proteiny od cząsteczek tłuszczu „uwolnić”. Dopiero potem mogą zajść opisane już wyżej zmiany w strukturze białka.

No dobrze, ale w takim razie jak to się dzieje, że jajko daje się przygotować „na miękko”, skoro gotujemy je w wodzie o temperaturze 100 st. C a tymczasem ścinanie białka i żółtka ma miejsce w temperaturze do 70 st C? Wytłumaczeniem jest rozkład temperatury i zjawisko przewodnictwa cieplnego. Nawet jeżeli z zewnątrz jajka temperatura wynosi 100 stopni, potrzeba czasu, by „doszła” ona do samego jego środka. Najpierw więc zetną się te części jajka, które są najbliżej skorupki, a dopiero na końcu te w samym środku. Jeżeli wybierze się odpowiedni moment i wyciągnie jajko z gotującej się wody, zewnętrzne białko będzie już ścięte, a znajdujące się w samym środku żółtko, jeszcze nie.  No i to jest pewna sztuka. Każda kucharka ma swoje sposoby, ale z obliczeń fizyków wynika, że dla świeżego, średniej wielkości jajka ten czas wynosi 3 minuty i 30 sekund. Po tym czasie białko już bardziej się nie zetnie, ale zacznie ścinać się żółtko.

Test na wiek

Gotowanie jajka na miękko, wydaje się być zajęciem dla kucharzy nieco już zaznajomionych ze sztuką kulinarną. Dla tych bez podstawowej wiedzy (i zegarka) pozostaje jajko na twardo. Choć z drugiej strony… Ugotowanie jajka na twardo, wbrew pozorom także wymaga pewnej wiedzy. Po pierwsze, jajka nie wrzucamy do lodowatej wody, ale też niedobrze jest je wrzucić do wrzątku. W tym drugim przypadku, najpewniej popęka jego skorupka i biało z żółtkiem wyleje się do wrzącej wody. Po drugie, nie wolno z czasem gotowania jajka przesadzać. Białka zbudowane są ze związków zwanych aminokwasami. Niektóre z nich (np. te które wchodzą w skład białka kurzego) zawierają małe ilości siarki. Gdy jajko będzie zbyt długo gotowane, wydziela się siarkowodór, gaz o charakterystycznym zapachu zgniłych… jaj. Poza tym wydzielanie tego gazu powoduje, że żółtko ugotowanego jajka otoczone jest sino-zieloną otoczką. Dlatego właśnie w najlepszych restauracjach jajko zaraz po ugotowaniu wrzuca się do lodu. Wtedy wierzchnie warstwy nie „przegrzeją” się, a wewnętrzne dojdą do odpowiedniej konsystencji. W domu z lodem trudno eksperymentować, ale ugotowane jajka można wrzucić do lodowatej wody.

Jajko do zimnej wody można jednak wsadzić w innym celu. Po to żeby sprawdzić ile czasu upłynęło od chwili jego zniesienia. We wnętrzu jajka, pod skorupką znajduje się pęcherzyk gazu. Ten gaz jest wynikiem powolnego rozpadu białek. Im starsze jest jajko, tym więcej tego gazu będzie pod skorupką. Po to żeby sprawdzić wiek jajka, można zrobić prosty test. Bąbelek gazu gromadzi się w jajku w szerszym jego czubku. Na czym ten test polega? Wystarczy jajko wsadzić do naczynia z wodą i obserwować. Świeże jajko w naczyniu z wodą leży płasko przy dnie, ale im jajko jest starsze, tym większy jest kąt pomiędzy osią jajka a dnem naczynia. Innymi słowy, im starsze jajko, tym bardziej unosi się gruby jego czubek. Gdy ten kąt wynosi mniej więcej 90 st, czyli wąski czubek jest przy dnie, a szerszy pionowo u góry, jajko ma około 30 dni. Przy kącie około 45 st. jajko ma od 12 do 15 dni. To też skoro. Najlepsze do gotowania (i jedzenia) są te jajka, które mają powyżej dwóch dni, ale nie więcej niż siedem.

Gotowanie jajek to trudna sztuka. Fizyka może oczywiście pomóc, ale nie zastąpi w kuchni… intuicji. Acha i jeszcze jedno. Nie wspomniałem o tym, że jajko powinno się trzymać w lodówce węższym czubkiem w dół. I o tym, że gdy są gotowane w niższym ciśnieniu… są podobno lepsze w smaku.

3 komentarze do Fizyka i jajka

Fizyk który nie znał granic

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

14 marca, zmarł urodzony 76 lat temu fizyk, Stephen Hawking. Człowiek odważny i wybitny, znany na całym świecie nie tylko z powodu teorii fizycznych, którymi się zajmował. Gdyby chcieć powiedzieć o nim jedno zdanie. Brzmiałoby ono… człowiek, który nie znał granic.

A granice, akurat Hawking powinien znać doskonale. Od wczesnej młodości cierpiał na stwardnienie zanikowe boczne. Choroba doprowadziła go do stanu, w którym w żadnym aspekcie życia nie był samodzielny. W żadnym, z wyjątkiem myślenia. I tutaj znowu wracamy do braku granic. Stephen Hawking był matematykiem i fizykiem teoretykiem. Zajmował się tematami tak abstrakcyjnymi, że nawet dla kolegów po fachu jego prace były niezwykle skomplikowane. Przez 40 lat swojej naukowej kariery opracował hipotezę parowania czarnych dziur, zajmował się grawitacją kwantową i opracował twierdzenie dotyczące osobliwości. Czyli takich obszarów, miejsc w których przyspieszenie grawitacyjne, albo gęstość materii mają nieskończoną wartość. W osobliwości mają nie działać prawa przyrody które znamy z naszego nie-osobliwego otoczenia.

Jak wszyscy mylił się i błądził. Wielu z tych rzeczy którymi się zajmował, nie potwierdziło się eksperymentalnie. Ale tak właśnie działa nauka. Teoretycy szukają, fizycy eksperymentalni, próbują podważyć. Zresztą podważaniem zajmował się i sam Hawking. Wielokrotnie mówił, że zabawa sztuczną inteligencję jest bardzo groźna. Mówił też, że nie mamy wyjścia, w dłuższej perspektywie, musimy opuścić Ziemię. Zresztą uważał, że kosmos jest pełen życia. „Na mój matematyczny rozum, same liczby sprawiają, że myślenie o istotach pozaziemskich jest całkowicie racjonalne. Prawdziwym wyzwaniem jest dowiedzieć się, jak te istoty mogą wyglądać – powiedział kiedyś.

Dla szerszego odbiorcy Stephen Hawking nie był jednak znany ani z prac o czarnych dziurach, ani z rachunków dotyczących osobliwości, ani tym bardziej z hipotez dotyczących grawitacji kwantowej. Był znany jako autor książki Krótka Historia Czasu, którą wydał w 1988 roku. Krótko po jej wydaniu powiedział, że jego marzeniem było napisanie książki o fizyce, którą będą sprzedawali na lotniskach. I dopiął swego. Jego książka przez wiele tygodni nie schodziła z listy bestsellerów w wielu krajach świata.

Dziesięć lat temu, obchodząc swoje 65 urodziny Hawking powiedział, że weźmie udział w suborbitalnym locie, że chce poczuć nieważkość. I poczuł. Zaledwie kilka miesięcy później fizyk znalazł się na pokładzie specjalnie dostosowanego do tego typu eksperymentów Boeinga 727. Samolot 8 razy wznosił się na wysokość około 8 kilometrów, a następnie „wyłączał” silniki i spadał w dół. Dzięki temu, biorący udział w eksperymencie ludzie, czuli w nim nieważkość. W ten sposób szkoli się ludzi, którzy zostaną wysłani w kosmos. Hawking nie zdążył polecieć na orbitę, ale spełnił swoje marzenie. W wielu wywiadach później wspominał, że w nieważkości, po raz pierwszy od 40 lat mógł się poruszać bez wózka inwalidzkiego. I znowu przekroczył granicę, która dla osób całkowicie sparaliżowanych, byłą dotychczas nieprzekraczalna.

7 komentarzy do Fizyk który nie znał granic

Spór jest „po coś”

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te „po nic” są do niczego. Marnują na nie energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Prawdziwą rolę sporu doceniłem dopiero pracując naukowo. Gdy spory są „po coś”, mogą budować. Te „po nic” są do niczego. Marnują energię i potencjał. No i czas, którego nie uda się już odzyskać. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Pamiętam swoją pierwszą konferencję naukową. Zawsze myślałem, że spotkania naukowców są nudne. No bo czym się tu ekscytować? Przecież oni wszyscy się znają. Wielu z nich razem pracuje. Zwykle prezentują wyniki badań, które albo zostały już opublikowane, albo – przynajmniej w dużej części – omówione. Konferencja w Krakowie (ta pierwsza na której byłem dotyczyła chemii jądrowej) była jednak zupełnie inna. Ci ludzie się tam kłócili! Nie była to jednak zwykła awantura. To był spór, w którym padały argumenty.

Po tej pierwszej, byłem na dziesiątkach różnych konferencji. W Polsce (te u nas nazwałbym łagodnymi), za granicą, na takich, które gromadziły setki uczestników i takich kameralnych na kilkanaście osób. Na konferencjach nie chodzi o to by podzielić się wynikami swoich badań czy opowiedzieć o swojej nowej koncepcji (hipotezie). Temu służą publikacje naukowe. Tutaj chodzi o to, by to co się zmierzyło, zbadało i wyliczyło, skonfrontować z innymi. Głownie z tymi, którzy zajmują się czymś podobnym. Spór – na konferencjach naukowych – jest po coś. Coś z niego wynika. Bez niego, bez wymiany poglądów, myśli czy pomysłów nie ma rozwoju i grozi nam dreptanie w miejscu. Nie raz byłem świadkiem sporów, które kończyły się zawiązywaniem nowych kolaboracji, czyli grup naukowych. Nie raz gorąca dyskusja pomiędzy naukowcami była pierwszym krokiem do podpisania umowy o współpracy pomiędzy instytucjami naukowymi. – Ok, twierdzisz, że wyciągam złe wnioski z tego co wyliczyłem? Twierdzisz, że popełniłem jakiś błąd? W porządku, usiądźmy razem, policzmy to wspólnie. Zobaczymy który z nas się myli.

Szkoda, że spory z których coś wynika tak rzadko pojawiają się poza salami wykładowymi i centrami konferencyjnymi. Szkoda, że tak rzadko pojawiają się np. w życiu publicznym, w tym na internetowych forach. Tam królują spory „po nic”. Po nic, czyli do niczego. Nie chodzi w nich o skonfrontowanie się z inaczej myślącymi. Chodzi o to by się spierać dla samego spierania. Tak jest łatwiej! Spór merytoryczny wymaga przemyślania swoich racji, wymaga przygotowania argumentów, wymaga poświęcenia czasu interlokutorowi. A co jak racje zmienia się, w zależności od miejsca w którym się siedzi? A co jak nie ma się żadnych sensownych argumentów albo z intelektualnego lenistwa nie chce się ich uporządkować? A co jak interlokutora ma się za zdrajcę, kurdupla, agenta albo nieudacznika? W skrócie za człowieka gorszego sortu? Nie warto poświęcać mu czasu – logiczne, prawda? No to mamy gonienie króliczka po to by go gonić, a nie po to by go złapać. No to mamy prężenie muskułów przed kamerami albo na mównicach, zamiast prężyć szare komórki w mózgu na spotkaniach roboczych. Ile my marnujemy czasu i energii na spory „po nic”… Tego czasu nam już nikt nie zwróci.

Mój profesor, bardzo znany fizyk, Walter Oelert, człowiek, który jako pierwszy na świecie „wyprodukował” atom antymaterii dbał o to, żeby jego doktoranci regularnie dzielili się wynikami swoich pomiarów, żeby każdy miał czas na wspólne dyskutowanie. Tylko tak da się uprawiać naukę. Konfrontując się, argumentując i ścierając. W końcu nigdy nie masz tyle racji, by twój rozmówca nie miał jej choć troszeczkę.

Tomasz Rożek

3 komentarze do Spór jest „po coś”

Robimy krzywdę naszym dzieciom

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Dzieci w ostatnich klasach szkół podstawowych są przeciążone pracą. Nie mają czasu na pogłębianie swoich zainteresowań. Chcielibyśmy, żeby ciekawość dodawała im skrzydeł, tyle tylko, że ich plecaki są tak ciężkie, że nie sposób oderwać się z nimi od twardej ziemi.

Kiedyś postanowiłem zapytać kilka osób o źródło ich pasji. Pisałem wtedy książkę o wybitnych polskich naukowcach, o badaczach, którzy uprawiają naukę na światowym poziomie. Co otworzyło ich głowy? Co napędzało ich do zdobywania wiedzy? Co spowodowało, że zainteresowali się genetyką, meteorologią, medycyną, fizyką,…? Okazało się, że za każdym razem była to książka. Nie szkoła, tylko książka wykraczająca poza szkolny program. Czasami podarowana przez rodziców, czasami znaleziona w bibliotece, czasami otrzymana jako nagroda w jakimś konkursie.

Szkoła może człowieka zainspirować, ale sama szkoła to za mało, żeby podtrzymać tę inspirację. Historie naukowców z którymi rozmawiałem były niemal identyczne. Najczęściej książkę, która jak się później okazywało miała wpływ na kierunek rozwoju zawodowego, ci ludzie dostawali gdy byli jeszcze w szkole podstawowej. To wtedy rodzą się pasje, które – jeżeli odpowiednio prowadzone i podsycane – pozostają na całe życie. Po latach nie pamiętamy prawych dopływów Wisły, długości głównych rzek w Polsce czy rodzajów gleb. Po latach pamiętamy okładkę książki, która zmieniła sposób w jaki postrzegamy świat. Pamiętamy rozkład ilustracji na poszczególnych stronach i kolor grzbietu.

Rozmowy z naukowcami o książkach przypominają mi się za każdym razem, gdy muszę swoim dzieciom zabraniać czytania książek. Czy dobrze robię? Uczniowie w 7 klasie mają w tygodniu 38 godzin lekcji. To prawie tyle ile etat dorosłego człowieka. Ja w ich wieku miałem w tygodniu o około 10 godzin mniej! Po powrocie do domu, dzieci muszą odrobić zadania domowe i przygotować się do sprawdzianów i kartkówek na kolejne dni. Ich plecaki są tak ciężkie, że około czwartku słyszę, że bolą je już plecy. Gdy kolejny dzień wracają o 15:30, znowu po ośmiu lekcjach, wyglądają nie jak dzieci, tylko jak cyborgi. Nie mają nawet siły na to, żeby pobiegać. Czy w Ministerstwie Edukacji naprawdę nie ma nikogo kto wie, że taki wysiłek jest ponad dziecięce możliwości? Gdy chcą psychicznie odpocząć, gdy chcą zrobić coś innego niż nauka i przeglądanie zeszytów – przynajmniej moje dzieci – biorą do ręki książkę. Tyle tylko, że w trakcie tygodnia wybór jest prosty. Jak będą czytały, nie zdążą się nauczyć na sprawdzian. Albo będą rozwijały pasje, albo będą – często tylko pamięciowo – przyswajały szkolne informacje. W takim trybie nie ma czasu na naukę instrumentu, na kółka zainteresowań czy pójście do muzeum. W takim trybie nie ma czasu na zabawę. Naprawdę nie wiecie państwo z Ministerstwa, że zabawa rozwija? W takim trybie z trudem udaje się znaleźć czas na dodatkowy angielski. Ale tylko wtedy, gdy obiad będzie zjedzony w biegu, niemalże na stojąco.

Czego oczekujemy od młodego człowieka? Tego, żeby umiał czy tego, żeby rozumiał? Tego, żeby ciekawość dodawała mu skrzydeł, czy tego, żeby plecak pokrzywił mu kręgosłup? Chcemy tworzyć armię zmęczonych robotów czy nowoczesne społeczeństwo ciekawych świata ludzi, którzy z pasją budują rakiety, badają geny, piszą wiersze i odkrywają nowe lądy? Czy ktokolwiek w Ministerstwie Edukacji zadaje sobie takie pytania? Robimy krzywdę naszym dzieciom.

Tomasz Rożek

 

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

27 komentarzy do Robimy krzywdę naszym dzieciom

Karmienie piersią zmniejsza ryzyko cukrzycy

Karmienie dziecka piersią przez ponad sześć miesięcy niemal o połowę obniża u kobiety ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 – wykazało trwające 30 lat badanie, które publikuje pismo “JAMA Internal Medicine”.

Karmienie dziecka piersią przez ponad sześć miesięcy niemal o połowę obniża u kobiety ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 – wykazało trwające 30 lat badanie, które publikuje pismo “JAMA Internal Medicine”.

„Zaobserwowaliśmy bardzo silną zależność między okresem, w którym kobieta karmi piersią, a spadkiem ryzyka rozwoju cukrzycy, nawet po uwzględnieniu wszystkich możliwych czynników ryzyka” – skomentowała kierująca badaniami dr Erica P. Gunderson z Kaiser Permanente Division of Research w Oakland (Kalifornia, USA).

Jej zespół przeanalizował dane zebrane wśród 1238 kobiet, uczestniczek badania na temat czynników ryzyka rozwoju choroby wieńcowej – Coronary Artery Risk Development in Young Adults (CARDIA). W momencie włączenia do niego panie były w wieku od 18. do 30 lat i żadna z nich nie miała cukrzycy. W ciągu kolejnych 30 lat, kiedy śledzono stan ich zdrowia, każda kobieta urodziła co najmniej jedno dziecko oraz była poddawana badaniom w kierunku cukrzycy (do siedmiu razy w ciągu całego badania). Uczestniczki udzielały też informacji na temat stylu życia – w tym diety i aktywności fizycznej oraz na temat okresu, w którym karmiły piersią swoje dziecko. W analizie uwzględniono czynniki ryzyka zachorowania na cukrzycę występujące u nich przed ciążą, takie jak otyłość, poziom glukozy na czczo, styl życia, historia występowania cukrzycy w rodzinie, a także zaburzenia metabolizmu podczas ciąży.

Kobiety, które karmiły piersią przez ponad sześć miesięcy były o 47 proc. mniej narażone na rozwój cukrzycy typu 2 w późniejszych latach, w porównaniu z tymi, które nie karmiły wcale. U pań karmiących sześć miesięcy lub krócej spadek ryzyka był mniejszy – o 25 proc.

Długofalowe korzyści z karmienia piersią były widoczne zarówno u kobiet rasy białej, jak i czarnej, niezależnie od tego, czy wystąpiła u nich cukrzyca ciążowa (która zwiększa ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2 w przyszłości). U kobiet rasy czarnej trzykrotnie częściej rozwijała się cukrzyca w ciągu 30 lat badania, jednocześnie rzadziej karmiły one piersią niż kobiety rasy białej.

„Częstość zachorowania na cukrzycę spadała stopniowo wraz z wydłużaniem się okresu karmienia piersią, niezależnie od rasy, wystąpienia cukrzycy ciążowej, stylu życia, rozmiarów ciała i innych metabolicznych czynników ryzyka ocenianych przed ciążą, co sugeruje biologiczny charakter mechanizmu leżącego u podłoża tej zależności” – skomentowała dr Gunderson.

Naukowcy uważają, że może chodzić m.in. o wpływ hormonów produkowanych podczas laktacji na komórki trzustki, które wydzielają insulinę i w ten sposób regulują poziom glukozy we krwi.

Wiedzieliśmy od dłuższego czasu, że karmienie piersią daje wiele korzyści zarówno matce, jak i dzieciom” – przypomniała niebiorąca udziału w badaniu Tracy Flanagan, dyrektor oddziału ds. zdrowia kobiet w Kaiser Permanente Northern California.

Badania wskazują na przykład, że kobiety, które karmiły dziecko piersią są mniej zagrożone zachorowaniem na raka piersi, z kolei dzieci karmione mlekiem mamy są w przyszłości mniej narażone na alergie i astmę, choroby serca, nadciśnienie, otyłość i inne zaburzenia metabolizmu.

W opinii Flanagan wyniki najnowszego badania dostarczają kolejnego argumentu, dla którego „lekarze, pielęgniarki, a także szpitale i decydenci, powinni wspierać kobiety w tym, by karmiły piersią tak długo, jak to możliwe”. (PAP)

Brak komentarzy do Karmienie piersią zmniejsza ryzyko cukrzycy

RNA w 3D

Już 1 mln razy badacze i osoby z całego świata wykorzystały RNAComposer – publicznie dostępny, skuteczny poznański system do modelowania struktury 3D RNA. A to nie jedyny polski sukces w badaniach nad wyznaczaniem struktury RNA.

Już 1 mln razy badacze i osoby z całego świata wykorzystały RNAComposer – publicznie dostępny, skuteczny poznański system do modelowania struktury 3D RNA. A to nie jedyny polski sukces w badaniach nad wyznaczaniem struktury RNA.

RNA to cząsteczki kwasu rybonukleinowego. Bez nich komórka nie mogłaby produkować białek – cząsteczek, które są istotne dla budowy i funkcjonowania komórek. Rodzajów RNA jest sporo i pełnią one w komórce różne funkcje.

I tak np. matrycowe RNA są pośrednikami, dzięki którym z DNA daje się wyciągnąć informacje – przepis na białka. Z rybosomowych RNA zbudowane są rybosomy – komórkowe centra produkcji białek. A transferowe RNA mają przynosić do tych centrów odpowiednie aminokwasy – jednostki budulcowe białek.

Model struktury 3D RNA wirusa Zika wygenerowany przez RNAComposer na podstawie sekwencji. Obecnie struktura ta jest już określona eksperymentalnie i jest zdeponowana w bazie struktur PDB. Źródło: Marta Szachniuk

 

Cząsteczkę RNA tworzy zwykle nić składająca się z połączonych ze sobą reszt nukleotydowych (w skrócie: A, C, G, U). Nawet jeśli rozszyfruje się ich kolejność w łańcuchu RNA, czyli określi sekwencję, nie jest pewne, jak cała cząsteczka układa się w przestrzeni. Bo cząsteczki RNA – w przeciwieństwie do kabla od słuchawek wrzuconych do plecaka – nie zwijają się w przypadkowe supły. Istnieją pewne reguły, które pozwalają przewidzieć, jaki kształt przybierze dana cząsteczka. W rozwikłaniu tego zagadnienia pomocne okazują się komputerowe metody do przewidywania struktur 3D RNA.

Dr hab. Marta Szachniuk wspólnie z zespołem prof. Ryszarda Adamiaka z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu opracowała darmowy, publicznie dostępny system RNAComposer. Do systemu wprowadza się sekwencję RNA (lub informację o oddziaływaniach między resztami nukleotydowymi, czyli tzw. strukturę drugorzędową), a on w ciągu kilku/kilkunastu sekund oblicza i prezentuje trójwymiarowy model cząsteczki. Program sprawnie radzi sobie zarówno z krótkimi, jak i bardzo długimi łańcuchami cząsteczek RNA o skomplikowanej architekturze. – Wielu naukowców z całego świata używa programu RNAComposer, żeby uzyskiwać pierwsze wyobrażenie tego, jak wyglądać może w 3D cząsteczka, którą badają. Nasz system od 2012 r. wykonał już 1 mln predykcji” – opowiada dr hab. Marta Szachniuk.

To nie jest jedyny system informatyczny do predykcji struktury 3D RNA. Takich automatycznych systemów jest kilka. Poza tym przewidywaniem struktur RNA zajmują się zespoły badawcze wspomagające się badaniami eksperymentalnymi.

Aby porównać skuteczność różnych metod wyznaczania kształtu RNA w przestrzeni 3D, od 2010 roku organizowany jest konkurs RNA-Puzzles. Chodzi w nim o to, by mając zadaną sekwencję RNA, jak najdokładniej wyznaczyć strukturę cząsteczki. Modele przewidziane przez uczestników konkursu porównywane są następnie z wynikami eksperymentów chemicznych i biologicznych prowadzących do określenia struktury. Konkurs organizowany jest obecnie w dwóch kategoriach: serwerów, które automatycznie generują wyniki, oraz w kategorii predykcji ludzkich, gdzie modele powstają w wyniku integracji obliczeń komputerowych i eksperymentów laboratoryjnych. „Jesteśmy najlepsi w kategorii automatycznych systemów do predykcji 3D RNA” – podkreśla dr Szachniuk.

System RNAComposer powstał dzięki temu, że od dekady zespół z ECBiG skrzętnie gromadził ogromną bazę danych dotyczących RNA. W bazie RNA FRABASE zebrano informacje z ogromnej liczby eksperymentów. Takich, z których można było wyciągnąć wnioski o strukturze przestrzennej molekuł RNA. Baza ta jest ciągle aktualizowana i każdy może z niej bezpłatnie skorzystać. „To popularne narzędzie. Wiemy nawet, że na zagranicznych uczelniach korzystają z niej np. studenci w ramach badań i studiów przygotowujących do zawodu bioinformatyka czy biologa” – opowiada dr Szachniuk. Baza ta pomaga m.in. wyszukiwać czy w różnych cząsteczkach powtarzają się jakieś konkretne przestrzenne wzorce.

Polska na światowej mapie badań nad strukturą RNA jest widoczna także dzięki badaniom innych zespołów. Ważną postacią jest tu m.in. prof. Ryszard Kierzek z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu. Jego prace pozwoliły określić termodynamiczne reguły fałdowania RNA. Nowatorskimi badaniami nad wyznaczaniem struktury RNA zajmuje się również zespół prof. Janusza Bujnickiego z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie.

PAP – Nauka w Polsce

1 komentarz do RNA w 3D

Mechanizm samobójczego naśladownictwa

Czyli inaczej efekt Wertera jest znany od wielu lat. Media powinny z wielką powściągliwością pisać o zbrodniach, aktach terroryzmu i samobójstwach. Inaczej biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za naśladowców. 

Czyli inaczej efekt Wertera jest znany od wielu lat. Media powinny z wielką powściągliwością pisać o zbrodniach, aktach terroryzmu i samobójstwach. Inaczej biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za naśladowców. 

Gdy w mediach pojawia się dużo relacji dotyczących samobójstwa, gdy z tematu robi się główną informację dnia, gdy osoby znane gratulują samobójcy odwagi i determinacji, wzrasta prawdopodobieństwo kolejnych tragedii. Niewiele rzeczy tak jasno jak efekt Wertera ilustruje ogromną odpowiedzialność mediów i pracujących w nich dziennikarzy. Ta odpowiedzialność leży także na naszych barkach. To przecież my linkujemy, komentujemy i udostępniających treści, za które jesteśmy odpowiedzialni.  Światowa Organizacja Zdrowia kilka lat temu stworzyła nawet dokument z wytycznymi dla dziennikarzy jak pisać o samobójstwach, tak, żeby nie prowokować naśladowców.

Statystycznie rzecz ujmując, wzrost samobójstw następujący kilka, kilkanaście dni od nagłośnienia analogicznej tragedii. Z badań wynika, że szczególnie wyraźnie jest widoczny, gdy samobójstwo popełni znana osoba (np. gwiazda filmowa), lub gdy czyn osoby popełniającej samobójstwo jest usprawiedliwiany. Efekt Wertera zauważono także w stosunku do terroryzmu. Czym więcej informacji a aktach terroru, tym częściej się one zdarzają. Gdy przeanalizowano ponad 60 tysięcy zamachów terrorystycznych jakie miały miejsce na całym świecie w latach 1970 – 2002 i skorelowano je z częstotliwością oraz długością ukazujących się na ich temat materiałów prasowych, odkryto, że każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym zwiększało prawdopodobieństwo zamachów w kolejnym tygodniu o od kilku do kilkunastu procent.

Człowiekiem, który wprowadził do literatury określenie „efekt Wertera” był amerykański socjolog David Philips. Swoje badania prowadził w latach 70tych XX wieku. Już wtedy zauważono, że efekt jest wzmacniany gdy opisy śmierci podaje się ze szczegółami. Gdy samobójca umiera długo i w cierpieniu, gdy upublicznia się wizerunek zrozpaczonych krewnych samobójcy, gdy publikuje się list w których samobójca wyjaśnia swoje motywy i gdy te motywy poddaje się w mediach analizie. Psychologowie twierdzą, że w tym jest tak duży „potencjał identyfikacyjny”, że osoby o słabszej osobowości, osoby, które już wcześniej rozważały samobójstwo są tymi informacjami wręcz popychane do tragicznych czynów.

Obszerną rozmowę na temat efektu Wertera, kilka lat temu (w 2011 roku) opublikował portal Polityka.pl

– Jak to działa? – pytała w wywiadzie Joanna Cieśla.

(prof. Bartosz Łoza – kierownik Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.): Większość z nas bez głębszej refleksji wchłania papkę newsową, którą przekazują nam media, zwłaszcza te szybkie, operujące skrótami. Działa tu mechanizm modelowania – mamy podaną całą gotową historię – o prawdziwym człowieku, prawdziwym życiu, prawdziwych decyzjach, z początkiem i końcem. Nie musimy wkładać żadnego wysiłku w to, żeby ją śledzić, siedzimy w fotelu, a ona jest nam opowiadana. Staje się szczególnie wiarygodna dzięki wykorzystaniu takich technik jak nakręcone drżącą ręką filmy przysłane przez widzów, relacje i amatorskie zdjęcia internautów. To wszystko potwierdza, że to prawda, nie jakaś kreacja. 

Następnie prof. Bartosz Łoza wyjaśnia na czym polega owo modelowanie. Mówi, że osoby z podobnymi problemami co samobójca, rozważające już wcześniej tragiczne w skutkach kroki, dochodzą do wniosku, że skoro samobójca się zabił, one także mogą to zrobić.

– Informacja o zbrodni sprawia, że wszyscy stajemy się gorsi? – pytała Joanna Cieśla z Polityki.

– Niestety. Nie chcę zabrzmieć jak kaznodzieja, ale zło będzie rodzić zło. Wyjaśnia to nie tylko mechanizm modelowania, ale i teoria analizy transakcyjnej amerykańskiego psychoanalityka Erica Berne. Zgodnie z nią nasze emocje, moralność zależą od „głasków”, którymi nieustannie się wymieniamy z innymi ludźmi. Dobry głask to pochwała, zły głask – gdy ktoś na mnie burknął w autobusie. Mogę odburknąć – wtedy oddam negatywny głask. To taka waluta emocjonalna. Nasze portfele są pełne tej waluty, którą przez całe życie wymieniamy się z innymi ludźmi – odpowiada prof. Łoza.

W kolejnych częściach wywiadu profesor tłumaczy, że w tak destrukcyjny sposób działają na nas przede wszystkim informacje prawdziwe. Stąd często emitowane filmy w których dochodzi do strzelanin czy innych zbrodni nie mają wpływu na wzrost przestępczości. Natomiast relacjonowanie zbrodni czy tragedii, które rzeczywiście miały miejsce, szczególnie, gdy te relacje są bardzo emocjonalne, mogą nakłaniać do samobójczych kroków.

Efekt Wertera swoją nazwę zawdzięcza imieniu głównego bohatera napisanej przez Goethego powieści „Cierpienia młodego Wertera”. Po jej wydaniu (w 1774 roku) bodaj po raz pierwszy zauważono tzw. mechanizm samobójczego naśladownictwa.

Historia nieszczęśliwie zakochanego Wertera, który ostatecznie popełnił samobójstwo, pchnęła tysiące młodych ludzi nie tylko w Niemczech ale i w wielu innych krajach Europy do odebrania sobie życia.

3 komentarze do Mechanizm samobójczego naśladownictwa

Ukryta komnata

Ukryta komnata, promienie kosmiczne i piramidy. Nie, to nie jest streszczenie taniego filmu science-fiction. Streszczenie tekstu z Nature

To podobno pierwsze znalezisko w piramidzie Cheopsa od XIX. I to od razu z grubej rury. Magazyn Nature napisał, że w jednym z najbardziej monumentalnych grobowców odkryto tajemniczą komnatę. Jej długość jest szacowana na kilkadziesiąt metrów, a o tym, że w ogóle istnieje dowiedziano się dzięki analizie… promieni kosmicznych. Jak tego dokonano?

Czerwoną strzałką zaznaczyłem odkrytą komnatę 

Składnikiem  strumienia cząstek, które docierają do nas z kosmosu są miony. A ściślej mówiąc, miony powstają jako cząstki wtórne w wyniku rozpadu mezonów w wyższych warstwach ziemskiej atmosfery. Miony mają cechy elektronów, ale są ponad 200 razy od nich cięższe. Strumień mionów jest dość duży, bo w każdej sekundzie, przez metr kwadratowy powierzchni Ziemi przelatuje ich prawie 200. Miony nie omijają także nas, ale nie są dla nas groźne. Od jakiegoś czasu fizycy nauczyli się je wykorzystywać praktycznie.

 

Wiadomo ile mionów leci na nasze głowy. Jeżeli na ich drodze postawimy przeszkodę, część z nich, w niej ugrzęźnie. Im gęstsza ta przeszkoda, tym ugrzęźnie ich więcej. Ustawiając w odpowiedni sposób detektory mionów, jesteśmy w stanie wykonać trójwymiarowy obraz skanowanego obiektu. Zasada działania tego pomiaru jest identyczna co działania tomografu komputerowego. Jest źródło promieniowania (promienie Roentgena, zwane promieniami X) i są detektory. Robiąc odpowiednio dużo pomiarów pod różnymi kątami, jesteśmy w stanie z dużą precyzją określić kształt, budowę i strukturę tych części ludzkiego ciała, które dla oka lekarza są zakryte.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

W przypadku piramidy Cheopsa w Gizie nie było lekarzy, tylko fizycy i archeologowie, nie było promieni X, tylko kosmiczne miony. Nie było tomografu medycznego, tylko zmyślny system detektorów. Ale udało się dokonać tego samego. Znaleziono obiekt, a właściwie pustą przestrzeń, która wcześniej była przed wzrokiem badaczy zakryta.

Nie wiadomo czym jest tajemnicza komnata. Rozdzielczość tej metody jest zbyt mała, by stwierdzić czy znajdują się w niej jakieś obiekty. Może więc być pusta. Ale może też być pełna skarbów. Pusta przestrzeń znajduje się nad tzw. Wielką Galerią, czyli korytarzem prowadzącym do Komory Królewskiej. Nie wiadomo też, czy komnata (pusta przestrzeń) była zamurowana na etapie budowy piramidy, czy ktokolwiek po jej wybudowaniu do niej zaglądał. Piramida Cheopsa powstała w okresie tzw. Starego Państwa, czyli około 2560 roku p.n.e. Budowano ją zaledwie przez 20 lat. Jak na metody i technologie jakimi wtedy dysponowano, to tempo ekspresowe.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

7 komentarzy do Ukryta komnata

Za dużo liczb.

To nie tak, że nie mamy lekarstwa na raka z powodu prostej niewiedzy. To nie tak, że zatruwamy środowisko z powodu niedoborów energii. Dzisiejszy świat cierpi z powodu nadmiaru. Niemal wszystkiego. Szczególnie nadmiaru danych.

To nie tak, że nie mamy lekarstwa na raka z powodu prostej niewiedzy. To nie tak, że zatruwamy środowisko z powodu niedoborów energii. Dzisiejszy świat cierpi z powodu nadmiaru. Niemal wszystkiego.

Lek na raka, szczepionka przeciwko malarii czy panaceum na choroby serca i nadwagę nie zostaną odkryte, dopóki nie nauczymy się wyciągać wniosków z bardzo dużej ilości danych. Danych wszelakiego rodzaju. Statystycznych, środowiskowych czy tych medycznych. Danych jest tak wiele, że nie sposób sobie z nimi poradzić. Chyba że do ich analizy zatrudnimy komputery.

Lek z komputera

W zasadzie od wielu lat to się już dzieje. Z danych, które do nich napływają, komputery wyciągają wnioski, a te są następnie wykorzystywane w życiu codziennym. Tak, to komputery regulują światłami na skrzyżowaniach dużego miasta. To, czy włączyć na którymś zielone, czy pozostawić czerwone, zależy od natężenia ruchu w całym mieście, od priorytetowych szlaków komunikacyjnych, od prac drogowych na szlakach alternatywnych, a nawet od tego, czy w kierunku miasta zbliża się np. burza. Człowiek nie poradziłby sobie z tak dużą ilością danych, nie byłby w stanie podejmować na ich podstawie decyzji.

escherichia-coli-1441194-1279x1229

Takich przykładów jak ruch w mieście jest znacznie, znacznie więcej. Podobnie działają systemy ruchu lotniczego, ale także linie produkcyjne w fabrykach czy systemy do analizy danych w laboratoriach naukowych, np. podczas projektowania leków. Żeby wprowadzić na rynek nowy lek, trzeba sprawdzić tysiące, a czasami miliony różnych kombinacji cząsteczek chemicznych. Każda najmniejsza zmiana budowy cząsteczki chemicznej leku, czasami oznaczająca „przestawienie” jednego atomu, może zmieniać jego działanie. Nie sposób eksperymentalnie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, bo trwałoby to latami i kosztowałoby miliardy. Także tutaj z pomocą przychodzą komputery, które same dochodzą do pewnych wniosków, same domyślają się efektu. Do ostatecznego sprawdzenia pozostają tylko te wersje cząsteczki chemicznej, które – zdaniem oprogramowania – budzą największe nadzieje. I tak, od ruchu ulicznego, poprzez medycynę, bezpieczeństwo, fizykę (nikt już dzisiaj nie projektuje eksperymentów naukowych bez wcześniejszego uruchomienia symulacji komputerowych oraz systemów analizujących ogromne pakiety danych), telekomunikację, po zmiany społeczne… Wszędzie mamy za dużo danych, za dużo informacji, z którymi jakoś musimy sobie poradzić. Na szczęście nie jesteśmy sami, pomaga nam w tym tak zwana sztuczna inteligencja.

Podatki w Brazylii

Dlaczego tak zwana? Bo pomiędzy inteligencją człowieka czy nawet zwierzęcia a inteligencją maszyny jest sporo różnic. U nas inteligencja wiąże się w jakiś sposób ze świadomością i emocjami. U maszyn tylko (albo aż) – z umiejętnością uczenia się i wyciągania wniosków. Wielu ludzi boi się sztucznej inteligencji, bo przypisuje jej cechy, które mają inteligentni ludzie. Inteligentni, choć nie zawsze prawi. Stąd wizje buntujących się komputerów czy systemów, które mają swoje własne zdanie. Oczywiście odmienne od naszego. Ten bunt – jak się obawiamy – nie będzie polegał na tym, że nasze komputery zaczną nam robić głupie żarty, tylko na tym, że np. system komputerowy odetnie zasilanie energetyczne dużego miasta. To byłaby prawdziwa tragedia, tyle tylko, że w praktyce taka sytuacja dzisiaj jest niemożliwa. Nie dlatego, że systemy komputerowe nie rządzą zasilaniem, ale dlatego, że nie mają one woli i świadomości. Nie robią z własnej inicjatywy niczego, na co nie pozwoli im programista. Człowiek inteligentny to ktoś, o kim powiemy, że jest samodzielny i aktywny. Sztuczna inteligencja jest czymś, co jest bierne i podporządkowane człowiekowi. Owszem, radzi sobie świetnie z tasowaniem dużej ilości informacji, z sortowaniem ich i wyciąganiem z nich wniosków, ale nie potrafi choć na milimetr wyjść poza to, na co pozwoli jej programista.

Polska firma Cognitum stworzyła system, który jako jeden z najlepszych na świecie potrafi znajdować regularności czy wzory w dużych zbiorach danych. Jak mówią jego twórcy, ich system „pozwala wiązać fakty w morzu danych”. I robi to tak dobrze, że został włączony w ogromny program, którego celem jest wykrywanie nieprawidłowości podatkowych w… Brazylii. Wyłudzenia podatków można wykryć, analizując faktury, tyle tylko, że w tak dużym kraju jak Brazylia codziennie dochodzi do milionów transakcji. To powoduje, że w praktyce praca człowieka, a nawet tysiąca ludzi, jest skazana na porażkę. Co innego, jeśli chodzi o system komputerowy, który te faktury sprawdza i wyłapuje nieprawidłowości. W czasie rzeczywistym! Dzięki polskim programistom powstał system, który zainstalowano w urzędach skarbowych w całym kraju. Wyłapuje on nieprawidłowości od razu po tym, jak faktura zostanie wczytana do systemu. Co ciekawe, człowiek posługujący się systemem wcale nie musi być programistą. Z programem może się porozumieć, wpisując komendy w języku nieodbiegającym od tego, którym posługujemy się w rozmowie z innymi ludźmi. Może też te komendy po prostu wymówić. Program zrozumie.

Samo z siebie?

Ważną cechą systemu zaprojektowanego przez Cognitum jest to, że uczy się i potrafi wyciągać wnioski. Dzięki temu, jeżeli ktoś choć raz zastosował jakąś metodę na oszukanie urzędu podatkowego i ten trik zostanie wykryty, ta sama sztuczka już nigdy więcej się nie uda. Podobne metody można stosować do walki z bakteriami. One też mogą atakować na wiele różnych sposobów. Człowiek próbuje przewidzieć wszystkie drogi ataku, ale sprawdzenie tych scenariuszy trwałoby bardzo długo. Co innego, gdy do pomocy zaprosi się odpowiednio zaprojektowany system komputerowy. Mówimy o nim, że jest wyposażony w sztuczną inteligencję, ale tak naprawdę powinno się mówić o programach wyposażonych w umiejętność nauki i wyciągania wniosków.

digital-dreams-1155928-1280x960

Nasz mózg działa inaczej niż komputer, a inteligencja u ludzi i ta sztuczna, czyli komputerowa, to dwie różne rzeczy. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego komputerom nie potrafimy nadać cech naszej inteligencji, z poczuciem osobowości i z własnymi celami włącznie? Po pierwsze, wcale nie jestem przekonany, że to dobry pomysł. A po drugie… Trudno nadawać maszynom cechy, których nie rozumie się u siebie. Nie wiemy, czym jest świadomość, poczucie odrębności. Nie potrafimy tego zdefiniować na poziomie nauk ścisłych. Nie wiemy, które „obwody” w naszym mózgu za to odpowiadają, a więc nie wiemy, jak tą cechą obdarzyć maszyny. Czy kiedyś tę barierę przełamiemy? Czy kiedyś maszyny staną się naprawdę (tak po ludzku) inteligentne? Nie da się tego wykluczyć. Przy czym dzisiaj wydaje się, że są dwie drogi do osiągnięcia tego celu. Będzie to możliwe, gdy sami zrozumiemy, na czym polega nasza świadomość. Gdy tak się stanie, będziemy mogli podjąć decyzję, czy nowo poznaną cechą obdarować maszyny. Jest jednak jeszcze druga opcja. Być może świadomość i poczucie odrębności pojawiają się „same z siebie”, gdy mózg staje się skomplikowany. Może to efekt skali? Może wraz z rozbudową systemów informatycznych, wraz z coraz większym skomplikowaniem programów samoświadomość maszyn pojawi się sama? Bez naszego bezpośredniego udziału i bez naszej wiedzy?

Współczesny świat produkuje tak wiele informacji, że bez pomocy programów, które się uczą i które wyciągają z tej nauki wnioski, nie jesteśmy już w stanie funkcjonować. Tego już się nie cofnie. A jaka będzie przyszłość? Okaże się jutro.

 

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny
Brak komentarzy do Za dużo liczb.

Uważaj jak chodzisz

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Ze sposobu w jaki się poruszamy, naukowcy potrafią wyciągnąć zadziwiającą ilość informacji. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala.

Amerykańska firma Visionics opracowała system który potrafi analizować twarze. Zainstalowany w centrum monitoringu miejskiego (czy lotniskowego) „wyławia” z tłumu przechodniów osoby które ma w swojej bazie danych. Rozpoznaje je po rozstawie oczu, kształcie ust czy wysokości czoła. Czy istnieje lepszy sposób na znalezienie osoby poszukiwanej ?

Chód świetlnych punkcików

Oprogramowanie Visionics, ale także aplikacje wielu innych firm zajmujących się szeroko rozumianym bezpieczeństwem, potrafi znacznie więcej. Automatycznie wykrywa osoby, po… sposobie chodzenia. Może np. z tłumu wyłowić osobę, która pod kurtką niesie coś ciężkiego. Jak to robi ? Za dogłębne przeanalizowanie chodu kobiet i mężczyzn zabrali się badacze z Southern Cross Univeristy w Coffs Harbour (w Australii). Wyniki ich badań opublikował tygodnik „New Scientist” oraz czasopismo „Current Biology” (vol 18, R728-R729). Czy kobiety i mężczyźni poruszają się inaczej ? To oczywiste, ale jak matematycznie opisać i zmierzyć te różnice ? Najpierw naukowcy sfilmowali chód 50 kobiet i 50 mężczyzn, a następnie, komputerowo każdy staw (biodrowy, barkowy, łokciowy,…) badanej osoby zaznaczyli jako świecący punkt. Z filmu przedstawiającego poruszającą się postać powstała animacja poruszających się punktów świetlnych, a równocześnie biblioteka chodów ludzkich. Zbiór sposobów w jakich poruszają się ludzie.

Okazało się, że nawet powierzchowna analiza pozwala wyłapać charakterystyczne cechy męskiego i żeńskiego chodu. To ważne, bo jeżeli problem da się opisać matematycznie, jest też nadzieja, że uda się go przełożyć na język rozumiany przez komputery. Po sposobie chodzenia można też określić wiek obserwowanego. Głębsza analiza pozwala powiedzieć w jakim jest nastroju i czy jest zmęczony, jakie ma wady postawy i czy dźwiga coś ciężkiego. Stosunkowo łatwo jest też określić czy obserwowany kuleje czy tylko udaje (to ważne wtedy gdy ktoś chciałby zmylić system monitoringu). Te wszystkie informacje są niezwykle ważne dla służb, która zajmują się bezpieczeństwem, ale mogą być też wykorzystywane przez psychologów.

Odchodzi czy przychodzi

Szef grupy badaczy Rick van der Zwan chód najbardziej kobiecy porównał do poruszania się koni w czasie parady. Zauważył, że panie podnoszą wysoko kolana a stopy stawiają jedna za drugą w tej samej linii. Jak zatem wygląda chód typowo męski ? Wg autorów badań można go porównać do toczenia się.

Przy okazji badań badacze zauważyli bardzo ciekawą prawidłowość. Osoby, które obserwują model chodu charakterystyczny dla mężczyzn mają wrażenie, że postać się do nich zbliża. Równocześnie gdy obserwują chód żeński, wydaje im się, że postać się oddala. Dlaczego tak się dzieje ? Trudno powiedzieć, ale autorzy spekulują, że odpowiedzi należy szukać w ewolucji. – Gdy zauważymy mężczyznę i nie mamy pewności czy się do nas zbliża czy oddala, lepiej założyć to pierwsze – powiedział Zwan. Dlaczego ? Bo naszym dalekim przodkom bezpieczniej było w takiej sytuacji przygotować się do ucieczki albo konfrontacji niż później żałować. Dlaczego w takim razie chód kobiecy kojarzy nam się z oddalającą postacią ? Choć to znowu przypuszczenie, autorzy także w tym przypadku wskazują na ewolucję. „Kiedy jest się małym dzieckiem i nie do końca jest się pewnym czy mama stoi przodem do nas czy odchodzi, prawdopodobnie bezpieczniej jest założyć, że jednak odchodzi, aby być gotowym do pójścia za nią” – tłumaczy van der Zwan.

Kto zwraca uwagę na chód ? Modelki, aktorzy,… Okazuje się, że nawet ze stawiania nogi za nogą specjaliści potrafią wyciągnąć zaskakujące wnioski. Wnioski dotyczące nas dzisiaj i nas przed wieloma wiekami.

Tomasz Rożek

Brak komentarzy do Uważaj jak chodzisz

Smog? Bez spiny, jest super!

Na portalu TwojaPogoda.pl pojawił się kilka dni temu artykuł pt. „Histeria z powodu smogu. Kto ją wywołuje i dlaczego?” No właśnie. Kto histeryzuje? Po co? I kto na tym zyskuje?

Na portalu TwojaPogoda.pl pojawił się kilka dni temu artykuł pt. „Histeria z powodu smogu. Kto ją wywołuje i dlaczego?” No właśnie. Kto histeryzuje? Po co? I kto na tym zyskuje?

Pod artykułem nie podpisał się autor, wiec rozumiem, że to tekst redakcyjny. Dziwię się, że portal, który sam wielokrotnie ostrzegał przed powietrzem złej jakości (np. „Rekordowy smog spowija Polskę. Trujący każdy wdech” z 2017-01-08), sam wielokrotnie opisywał tragiczne skutki oddychania zatrutym powietrzem (np. „Smog w stolicy Iranu zabija tysiące ludzi” z 2007-08-03), dzisiaj postanowił odwrócić smoga ogonem.

Zrzut ekranu 2017-02-19 o 18_Fotora

Tekst można streścić do następujących punktów:

  1. Kiedyś było gorzej.
  2. Na Zachodzie wcale nie jest tak czysto.
  3. Ekologiczne lobby jest na pasku producentów pieców.
  4. Smogu nie trzeba się obawiać.

No to po kolei.

Ad1. Kiedyś było gorzej. Tak, kiedyś było znacznie gorzej. Choć to dzisiaj jest więcej rakotwórczych dioksyn i furanów niż kiedyś. Ale nawet gdyby dzisiaj stężenia wszystkich szkodliwych substancji były niższe niż powiedzmy 20 lat temu, czy to automatycznie oznacza że jest super? No nie. Trzeba spojrzeć w statystyki i w pomiary. I okazuje się, że super nie jest. Że jest źle. I to bardzo. To, że niektórzy obudzili się dopiero wczoraj nie oznacza że kiedyś smogu nie było. Oznacza tylko… że niektórzy obudzili się wczoraj. Ani mniej, ani więcej. Organizacje ekologiczne od wielu lat mówią o zatrutym powietrzu. Tyle tylko, że dotychczas niewielu tego słuchało. W tym roku media informują o smogu częściej niż w poprzednich latach. Dlaczego? Dlatego, że Internet o tym więcej pisze, bo świadomość ludzi wzrosła. To system naczyń połączonych. Odczuwam osobistą satysfakcje, że i ja w budzeniu tej świadomości miałem swój udział publikując prosty pokaz z wacikiem i odkurzaczem. Zrobiłem to w pierwszych dniach stycznia. Choć powietrze było dużo gorsze w listopadzie i grudniu, przeważająca większość materiałów w mediach została zrobiona dopiero w styczniu. Do dzisiaj na różnych platformach moje video zobaczyło ponad 2 mln ludzi. Od tego czasu ten sam pokaz był powtarzany kilkukrotnie we wszystkich serwisach informacyjnych głównych stacji telewizyjnych.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad2. Na Zachodzie wcale nie jest tak czysto. Szczerze. Co mnie obchodzi jakie jest powietrze w Londynie, Brukseli czy Paryżu? Oddycham powietrzem w Warszawie albo na Śląsku. I to mnie obchodzi. Argumentowanie, że nie ma co panikować, bo za granicą nie jest wcale tak zielono jak mogłoby się wydawać, jest poniżej poziomu piwnicy.

Ale, podejmując wyzwanie… Jakość powietrza w stolicach zachodniej Europy jest dużo lepsza niż w miastach Polski. Znane są zestawienia mówiące, że to nasze miasta są w czołówce najbrudniejszych miast kontynentu. To, że w Niemczech spala się więcej węgla nie oznacza, że ten węgiel w większym stopniu zanieczyszcza powietrze. Bo,

  • w Niemczech węgiel nie jest palony w prywatnych piecach tylko w elektrowniach i elektrociepłowniach, a te zakłady (także w Polsce) mają filtry i nie dokładają się do smogu. Tymczasem w Polsce sporo węgla spala się w prywatnych piecach.
  • W Polsce nie obowiązują żadne normy dotyczące jakości węgla. W efekcie to u nas spala się węgiel wydobywany np. w Czechach, który tam nie mógłby zostać sprzedany.

Już wiesz redakcjo dlaczego argument o ilości spalanego w Niemczech i Polsce węgla jest jak kulą w płot?

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad3. Ekologiczne lobby jest na pasku producentów pieców. Gdy pisałem o elektrowniach jądrowych (uważam, że w Polsce powinny powstać), słyszałem, że jestem przeciwko górnictwu na pasku lobby jądrowego. Teraz słyszę, że opłaca mnie lobby producentów węglowych pieców, bo piszę i alarmuję na temat złej jakości powietrza. Robię to zresztą od wielu lat każdego roku w czasie sezonu grzewczego. W międzyczasie byłem na pasku przemysłu farmaceutycznego (tak, uważam, że szczepionki to jedno z największych osiągnieć ludzkości), oraz przemysłu biotechnologicznego (tak, nie znajduję naukowych dowodów przeciwko GMO).

Zarzucenie komuś, że jest skorumpowany jest bajecznie proste, ale intelektualnie dość małe. Redakcja TwojaPogoda.pl naprawdę wierzy, że ci, którzy ostrzegają przed złej jakości powietrzem są kupieni przez producentów nowoczesnych pieców? Dodam tylko, że po to by ulżyć powietrzu nie trzeba koniecznie pieca wymieniać. Dużo da przeczyszczenie przewodów kominowych. Sporo da odczyszczenie przed sezonem grzewczym, a nawet w trakcie jego trwania samego pieca i odpowiedni sposób składania ognia w piecu. Te czynności nic nie kosztują, a pozwalają oszczędzić pieniądze bo podnoszą sprawność pieca i instalacji. Nie jest wiec prawdą, że smog można zlikwidować tylko wymieniając stary piec na nowiutki. Jest wiele innych rozwiązań, a niektóre z nich przynoszą oszczędności. No ale tego z tekstu o histerii smogowej się nie dowiemy. Nie możemy się dowiedzieć, bo to złamałoby linię argumentacji redakcji, że ci, którzy piszą i mówią o smogu są w kieszeni producentów drogich pieców.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Ad4. Smogu nie trzeba się obawiać. Redakcja portalu twierdzi, że cała ta histeria ze smogiem została „opracowana przez niektóre organizacje” i „wcale nie chodzi [w niej] o ochronę naszego zdrowia”.

Był taki czas, kiedy uważano, że zdrowe jest naświetlanie się promieniami jonizującymi. I choć w pewnym momencie stało się jasne, że te mogą być źródłem raka, wiele osób dalej się naświetlało. Był taki czas, gdy twierdzono, że zdrowe jest palenie papierosów. Firmy tytoniowe przedstawiały opracowania które tego dowodziły. Przez lata dowodzono też, że ołów z benzyny nie ma nic wspólnego ze złym stanem zdrowia ludzi wdychających spaliny albo mieszkających niedaleko szlaków komunikacyjnych. Dzisiaj benzyny są bezołowiowe, na paczkach papierosów są ostrzeżenia o nowotworach spowodowanych paleniem a źródła promieniowania jonizującego są zamykane w pancernych szafach żeby nie wpadły w niepowołane ręce.

Nie ma w naszym ciele organu czy układu, który nie byłby narażony z powodu powietrza złej jakości. Są na to tysiące naukowych dowodów. Serce, płuca, ale także mózg. Układ hormonalny, układ nerwowy, krwionośny… Tam gdzie powietrze jest bardziej zanieczyszczone jest mniejsza masa urodzeniowa dzieci, a ludzie żyją krócej. Ocenia się że w Polsce każdego roku umiera z powodu powietrza złej jakości ponad 40 tys. osób. Szczególnie narażeni są chorzy (np. na astmę), osoby starsze i dzieci. „Smogu nie trzeba się obawiać”? W tekście z TwojaPogoda.pl znalazł się właśnie taki śródtytuł. Trzeba, i to bardzo. Dobrze, że coraz lepiej zdajemy sobie z tego sprawę. To, że są ludzie czy firmy, które na rosnącej świadomości robią pieniądze, to naturalne i oczywiste. Są firmy, które robią pieniądze na produkcji samochodowych pasów bezpieczeństwa i systemów ABS, choć gdy je wprowadzano mówiło się że to tylko sposób na wyciąganie pieniędzy z kieszeni klienta. Tam gdzie jest popyt tam pojawia się i podaż. Od nas, klientów, zależy czy damy się nabierać na tanie  sztuczki (np. maseczki) czy zdecydujemy się na rozwiązania, które problem rozwiązują choć w części.

Zanim zakończę, chciałbym jeszcze wyjaśnić trzy kwestie.

  1. Węgiel nie jest źródłem smogu. Źródłem smogu jest palenie węglem niskiej jakości i śmieciami w piecach, które nie są odpowiednio przygotowane do eksploatacji. Takie są fakty. Mówienie więc, że walka ze smogiem to walka z węglem jest bzdurą i niepotrzebnie rozgrzewa emocje. W Polsce kilka milionów ludzi żyje dzięki przemysłowi wydobywczemu. Ten przemysł jest przestarzały i zżerany wewnętrznymi problemami. Nie da się jednak (z wielu różnych powodów) po prostu wszystkich kopalń zamknąć. Węgiel może być czarnym złotem o ile wykorzystamy go w sposób nowoczesny i innowacyjny. Np. gazując pod ziemią, budując instalacje niskoemisyjne czy zeroemisyjne. Podkreślanie, że walka o czyste powietrze to walka z węglem, powoduje u milionów ludzi żyjących z wydobycia węgla (i przemysłu który z tym jest związany) automatyczną niechęć do działań mających na celu poprawę jakości powietrza.
  1. Wiarygodność pomiaru. „Jeśli na jednej ulicy pomiary wskazują na duże skażenie powietrza, wcale nie oznacza to, że w Twojej okolicy jest równie niebezpiecznie.” Nieprawdą jest, co pisze redakcja TwojaPogoda.pl, że pomiaru z jednej stacji nie można stosować do całego miasta. W przeciwieństwie do temperatury, która rzeczywiście może się szybko zmieniać, zanieczyszczenie powietrza jest dość jednorodne na większym obszarze. W Polsce nie mamy niedoboru stacji pomiarowych. A na tak duże miasto jak np. Warszawa wystarczy ich kilka, by wiarygodnie przedstawić jakość powietrza w mieście. Nawet jeżeli na danym obszarze znajdują się pojedyncze punkty pomiarowe, odpowiednie algorytmy (biorące pod uwagę wiele zmiennych) wyliczają stężenie prawdopodobne. Jest ono (a robi się takie testy) bardzo bliskie stężeniom rzeczywistym. Warto rzeczywiście zwrócić uwagę, by dane na których się opieramy (w tym dane w aplikacjach w telefonach komórkowych) pochodziły z oficjalnych stacji, a nie były zniekształcane przez mierniki prywatne albo komercyjne, których dokładność jest zła, albo bardzo zła.
  1. Skarga na Polskę. Niektóre organizacje ekologiczne za zanieczyszczone powietrze postanowiły złożyć na Polskę skargę do Komisji Europejskiej. Taki ruch uważam za totalnie antyskuteczny. Smogu nie pozbędziemy się (nie zminimalizujemy) dekretami rządu czy uchwałami samorządu, bo smog powstaje nie w dużych zakładach przemysłowych tylko w naszych prywatnych kominach i rurach wydechowych. Komisja Europejska może nałożyć na nas karę i co? I to nas, Polaków, przekona do zmiany głupich i szkodliwych przyzwyczajeń? Myślę, że raczej utwierdzi w przekonaniu, że Bruksela znowu nas atakuje. I z całą pewnością atakuje dlatego, że chce położyć łapę na naszym węglu. Składając skargę do Komisji Europejskiej niektóre organizacje ekologiczne właśnie dały do ręki argument tym, którzy ze smogiem nie mają zamiaru walczyć. Sorry, taki mamy klimat. 

Tomasz Rożek

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

4 komentarze do Smog? Bez spiny, jest super!

Oddychamy trucizną!!!

W pewnym miasteczku pod Krakowem zanieczyszczenie powietrza w sylwestrową noc przekroczyło poziom zanieczyszczenie powietrza w Pekinie. O sprawie napisał nawet The Financial Times. Na 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Europy, 33 leżą w Polsce!

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

Burmistrz Skały – bo to o to miasto chodzi – tłumaczył, że jakość powietrza w jego miejscowości przekraczała unijne limity 20krotnie tylko przez kilka godzin. Marne pocieszenie. W Polsce mamy 33 miasta z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie. 33 na 50!

Najgorsi w Unii

Dowodów na to, że zatrute powietrze powoduje wiele groźnych chorób jest tak wiele, że aż trudno zrozumieć dlaczego wciąż tak mało energii poświęcamy jego ochronie. Z badań ankietowych wynika, że aż 81 proc. pytanych nie uważa zanieczyszczenia powietrza za problem miejsca w którym mieszka. Fakty są jednak takie, że poziom zanieczyszczenia powietrza w Polsce jest najwyższym w Unii Europejskiej. Pod względem stężenia pyłu zawieszonego PM10 wywołującego m.in. astmę, alergię i niewydolność układu oddechowego w całej Europie gorsza sytuacja niż w Polsce jest tylko w niektórych częściach Bułgarii. W przypadku pyłu PM2,5 stężenie w polskim powietrzu jest najwyższe spośród wszystkich krajów w Europie, które dostarczyły dane. Podobnie jest ze stężeniem rakotwórczego benzopirenu. Gdy Polskę podzielono na 46 stref w których badano jakość powietrza, okazało się, że aż w 42 poziom benzopirenu był przekroczony. Wczytywanie się w statystyki, liczby, tabelki i wykresy może przyprawić o ból głowy. Okazuje się bowiem, że wśród 10 europejskich miast z najwyższym stężeniem pyłów zawieszonych, aż 6 to miasta polskie; Kraków, Nowy Sącz, Gliwice, Zabrze, Sosnowiec i Katowice. Są miasta w których ponad połowa dni w roku ma przekroczone normy jakości powietrza. Kraków jest trzecim najbardziej zanieczyszczonym miastem europejskim. Brudne powietrze to nie tylko takie w którym przekroczone są normy stężania pyłów zawieszonych czy wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), w tym benzopirenu (te powstają w wyniku niecałkowitego spalania np. drewna, śmieci czy paliw samochodowych). My i nasze dzieci (także te, które jeszcze się nie urodziły) oddychamy tlenkami azotu (główne źródło to spaliny samochodowe), tlenkami siarki (spalanie paliw kopalnych), przynajmniej kilkoma metalami ciężkimi np. kadmem, rtęcią, ołowiem, a także tlenkiem węgla.

Piece i samochody

Źródła poszczególnych zanieczyszczeń występujących w atmosferze są różne, ale w brew pozorom nie są one związane z przemysłem. Głównym ich źródłem jesteśmy my sami, a konkretnie indywidualne ogrzewanie domów i mieszkań oraz transport drogowy. Ponad 49 proc. gospodarstw domowych ma własne piece centralnego ogrzewania. Samo to nie byłoby problemem gdyby nie fakt, że przeważająca większość tych pieców to proste konstrukcje, które można scharakteryzować dwoma określeniami: są wszystkopalne i bardzo mało wydajne. Duża ilość paliwa, którą trzeba zużyć oraz fakt, że często używane jest w nich paliwo niskiej jakości powodują, że duże miasta w Polsce w okresie jesienno – zimowym praktycznie są cały czas zasnute mgłą. Swoje dokładają także samochody. Liczba samochodów osobowych zarejestrowanych w Polsce wynosi 520 pojazdów na 1000 mieszkańców a to więcej niż średnia europejska. Nie jest to bynajmniej powód do dumy. Spory odsetek samochodów na naszych drogach nie zostałby zarejestrowany w innych unijnych krajach. Także ze względu na toksyczność spalin.

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.

O szkodliwości zanieczyszczonego powietrza można by pisać długie elaboraty. W zasadzie nie ma organu, nie ma układu w naszym ciele, który nie byłby uszkadzany przez związki chemiczne zawarte w zanieczyszczeniach. Przyjmuje się, że z powodu zanieczyszczenia powietrza umiera w Polsce ponad 40 tys. osób rocznie. To ponad 12 razy więcej osób niż ginie wskutek wypadków drogowych! Grupami szczególnie narażonymi są dzieci i osoby starsze. Zanieczyszczenia bardzo negatywnie wpływają na rozwój dziecka przed urodzeniem. Prowadzone także w Polsce badania jednoznacznie wskazywały, że dzieci, których matki w okresie ciąży przebywały na terenach o dużym zanieczyszczeniu powietrza, miały mniejszą masę urodzeniową, były bardziej podatne na zapalenia dolnych i górnych dróg oddechowych i nawracające zapalenie płuc w okresie niemowlęcym i późniejszym, a nawet wykazywały gorszy rozwój umysłowy.

To problem każdego!

W sondażu przeprowadzonym na zlecenie Ministerstwa Środowiska w sierpniu 2015 r. czystość powietrza była wymieniana jako jedna z trzech – obok bezpieczeństwa na drogach i poziomu przestępczości – najważniejszych kwestii, od których zależy komfort życia w danej miejscowości. Problem z tym, że większość pytanych nie widzi tego problemu w miejscowości w której mieszka. Temat dla nich istnieje, ale jest abstrakcyjny, mają go inni. Prawda jest inna. Nawet w wypoczynkowych miejscowościach jak Zakopane czy Sopot jakość powietrza jest koszmarna. Tymczasem problem w dużej części można rozwiązać bez dodatkowych inwestycji czy zwiększania rachunki np. za ogrzewanie. Wystarczy zmienić własne nawyki. Kupno węgla o odpowiednich parametrach to pozornie wyższy wydatek. Lepszy węgiel ma jednak wyższą wartość opałową, czyli trzeba go zużyć mniej by wyprodukować podobna ilość ciepła. Nic nie kosztuje dbanie o sprawność domowego pieca przez regularne czyszczenie go. Nic nie kosztuje (można dzięki temu nawet zaoszczędzić), zamiana w mieście samochodu na komunikacje miejską albo rower.

A miejsce śmieci… jest w śmietniku. Inaczej pozostałości z ich spalania, będę kumulowały się w naszych płucach. Polacy w domowych piecach spalają rocznie do 2 mln ton odpadów. W konsekwencji do atmosfery i do naszych płuc trafiają m.in. toksyczne dioksyny, furany, cyjanowodór.

Tomasz Rożek

>>> Polub FB.com/NaukaToLubie to miejsce w którym komentuję i popularyzuję naukę.
1 komentarz do Oddychamy trucizną!!!

„Ziemia” w sąsiedztwie

Jest skalista, jest bliziutko nas i ma wielkość podobną do wielkości Ziemi. Co jednak najważniejsze, znajduje się w tzw. strefie życia, czyli ani nie za blisko, ani nie za daleko od swojej gwiazdy. Właśnie odkryto nową planetę.

Jest skalista, jest bliziutko nas i ma wielkość podobną do wielkości Ziemi. Co jednak najważniejsze, znajduje się w tzw. strefie życia, czyli ani nie za blisko, ani nie za daleko od swojej gwiazdy. Właśnie odkryto nową planetę.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Planeta krąży wokół czerwonego karła Proxima Centauri, czyli gwiazdy, która jest naszą najbliższą gwiazdową sąsiadką. Na odkrytej planecie woda może być w stanie ciekłym. Proxima b została złapana dzięki obserwacjom prowadzonym w Chile. Krąży wokół swojej gwiazdy macierzystej nieco ponad 11 ziemskich dni. Tak jak wspomniałem Proxima Centauri jest naszą najbliższą sąsiadką, a to oznacza, że planeta, która wokół niej krąży jest najbliższą nam planetą pozasłoneczną. Czy jest na niej życie? Tego nie wiadomo i trudno nawet powiedzieć w jaki sposób moglibyśmy się tego dowiedzieć. Bardzo dokładne obserwacje mogą nam udzielić inf. o składzie atmosfery albo nawet związków na powierzchni planety, ale na przelot na Proxima b będzie trzeba jeszcze poczekać. Gwiazda i planeta oddalone sa od nas o około 4 lata świetlne, czyli około 38 bilionów kilometrów.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Dla tych, którzy gwiazdę i planetę będą próbowali wypatrzyć na nocnym niebie, także nienajlepsza wiadomość. Obserwacja pozasłonecznych planet jest ekstremalnie trudna nawet przez profesjonalne teleskopy nie mówiąc już o amatorskich. Gołym okiem wcale nie da się ich zobaczyć. Niestety gołym okiem nie widać nawet gwiazdy Proxima Centauri. Jest czerwonym karłem, który świeci za słabym światłem. – Po raz pierwszy zaczęliśmy podejrzewać, że wokół tej [Proxima Centauri] gwiazdy krąży planeta już w 2013 roku. Od tamtego czasu obserwowaliśmy gwiazdę kilkoma różnymi teleskopami – powiedział Guillem Anglada-Escude, szef zespołu astronomów zaangażowanych w projekt badawczy Pale Red Dot.

Masa odkrytej planety to 1,3 masy Ziemi. Planeta krąży wokół swojego słońca w odległości 7 mln kilometrów, a to wielokrotnie mniej niż odległość Ziemia – Słońce. To znacznie mniej niż odległość Słońce – Merkury. Proxima Centauri jest jednak inną gwiazdą niż ta nasza. Świeci słabym światłem i dlatego mimo małej odległości gwiazda – planeta, na powierzchni tej drugiej może znajdować się woda w stanie ciekłym.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Teraz, te Proxima b będzie głównym celem obserwacji tych astronomów, którzy będą poszukiwali życia na obcych planetach. Jeżeli kiedykolwiek (a to na pewno nastąpi) zorganizujemy międzygwiezdną misję, na pewno pierwszym jej celem będzie właśnie nowo odkryta planeta.

Tomasz Rożek

Brak komentarzy do „Ziemia” w sąsiedztwie

O wycince Puszczy słów kilka

Ten spór trwa od kilku miesięcy. Dużo w nim emocji, znacznie mniej faktów. Ekolodzy, opierając się na opinii naukowców, biją na alarm, a rząd (ministerstwo środowiska) właśnie zezwoliło na zwiększenie limitów wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Komu wierzyć? O co w tym chodzi?

Ten spór trwa od kilku miesięcy. Dużo w nim emocji, znacznie mniej faktów. Ekolodzy, opierając się na opinii naukowców, biją na alarm, a rząd (ministerstwo środowiska) właśnie zezwolił na zwiększenie limitów wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Komu wierzyć? O co w tym chodzi? 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

O polityce tutaj nie piszę. Ale co zrobić jak czasami polityki nie da się ominąć? Spór o najstarszy w Europie fragment lasu pierwotnego musi wzbudzać emocje. Te są tym większe, że na różnicę zdań pomiędzy Zielonymi i Ministerstwem Środowiska nakłada się spór czysto polityczny. Emocjom nie ma się jednak co dziwić, w końcu puszcza to ogromna wartość przyrodnicza i kawał polskiej historii. Są w niej miejsca, które nigdy nie zostały poddane – pośrednio ani bezpośrednio – modyfikacjom ze strony człowieka. Reszta puszczy to niemal w całości las naturalny, czyli obszar, w którym człowiek gospodaruje, ale w sposób mocno ograniczony.

Puszcza polskich królów 

To w sumie bardzo niewielki teren. Po polskiej stronie granicy znajduje się 42 proc. obszaru puszczy (około 50 km z południa na północ, 55 km ze wschodu na zachód), reszta leży na Białorusi. Choć w puszczy znajdują się miejsca, w których las ma charakter pierwotny, i takie, gdzie ma charakter naturalny, w części wpływ gospodarki leśnej jest widoczny. Ta ingerencja w las to nie tylko wynalazek współczesności, ale wynik nasadzeń drzew przed I wojną światową, w okresie międzywojennym i w latach powojennych.

To wtedy puszcza została „wzbogacona” o gatunki drzew, które naturalnie w niej występowały dużo rzadziej, głównie świerki. Dzisiaj sadzone są inne gatunki, co ma przywrócić puszczy jej naturalny charakter. Miejsce drzew „obcych” zajmują dęby, lipy, klony i wiązy. Po raz pierwszy o Puszczy Białowieskiej można przeczytać w opisie polowania, na które w 1409 roku wybrał się Władysław Jagiełło, by zdobyć żywność dla rycerzy wyruszających na wojnę przeciwko zakonowi krzyżackiemu. Solone mięso w beczkach spławiano do Płocka.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Z niepotwierdzonych źródeł wynika także, że w czasie tego polowania wyłapywano dzikie konie (tarpany), które następnie służyły jako konie bojowe. Puszcza Białowieska (choć oczywiście w zupełnie innym niż dzisiaj kształcie) podlega ochronie co najmniej od 600 lat. Była terenem myśliwskim do wyłącznego użytku królów polskich i książąt litewskich. Każda czynność (łowienie ryb, zakładanie barci, koszenie łąk), z wchodzeniem do puszczy włącznie, była regulowana nadawanymi przez króla (konkretnym osobom, ewentualnie osadom) pozwoleniami. Nawet najznamienitsi polscy dostojnicy nie mogli liczyć na stałe zezwolenie na polowanie w puszczy, od czasu do czasu dostawali jednorazowy „przydział”. Za zabicie zwierzęcia bez pozwolenia groziła kara śmierci.

Równie restrykcyjnie podchodzono do wyrębu drzew. W całym XVI wieku wydano tylko dwa pozwolenia: w 1521 roku król Zygmunt I Stary pozwolił Cerkwi w Szereszewie na wyrąb drzew na potrzeby własne, a w 1537 roku królowa Bona pozwoliła na to Kościołowi w tej samej miejscowości. Przez następnych kilkaset lat nowe pozwolenia na wyrąb były nadawane sporadycznie. Paradoksalnie puszczę bardziej cenił rosyjski carat niż polscy komuniści. Zaborcy traktowali ją jako miejsce rozmnażania się zwierząt i teren myśliwski. Dzięki dokarmianiu, zwierzyny w puszczy było za dużo, czego efektem było drastyczne zahamowanie wzrostu drzew liściastych.

721px-Canis_lupus_laying

Wilk

Zwierzęta zjadały młode pędy. Przed I wojną światową po raz pierwszy na masową skalę zalesiano puszczę świerkami. Stopniowa poprawa ochrony puszczy zaczyna się dopiero po 1989 roku. Projekt utworzenia Parku Narodowego Puszczy Białowieskiej pojawia się w 1994 roku, choć już 15 lat wcześniej została ona wpisana przez UNESCO na Światową Listę Rezerwatów Biosfery. Dzisiaj z 860 km kw. puszczy około 300 km kw. to lasy naturalne i zbliżone do naturalnych. A w nich drzewa, których nigdzie indziej w Europie nie znajdziemy. To kwestia nie tylko estetyki, ani tym bardziej potencjału gospodarczego (150-letnie drzewo kiepsko nadaje się na deski).

Stare drzewo znajdujące się w lesie pierwotnym jest nośnikiem genów, które są oryginalne i charakterystyczne dla tego regionu świata i są wynikiem naturalnej selekcji. A to ogromnie istotne. Posadzenie drzewa tego samego gatunku nie zastąpi tego skarbu. Liście obydwu drzew będą pewnie miały ten sam kształt, ale pula genowa będzie inna. W puszczy od dziesięcioleci prowadzone są badania i obserwacje, których wartość jest bezcenna.

Leśnicy leczą puszczę 

Najstarszy nienaruszony las, gatunki zwierząt i roślin występujące tylko w tym miejscu, w końcu oryginalne geny. O co w takim razie jest awantura? O przyszłość. Leśnicy chcieli zwiększyć ilość ścinanych w puszczy drzew. Ekolodzy twierdzili (i dalej twierdzą), że to zaledwie wstęp do masowej wycinki w najstarszym lesie w Europie. Wycinki, która spowoduje straty przyrodnicze nie do odrobienia. Z kolei leśnicy przekonują, że zwiększona wycinka to konieczność, po to, by… puszcza przetrwała. Ekologom i leśnikom – przynajmniej w deklaracjach – chodzi o to samo, o zachowanie bezcennego dziedzictwa przyrodniczego.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Problem polega jednak na tym, że obie grupy uważają, iż aby osiągnąć ten cel, trzeba podjąć dokładnie odwrotne kroki. Jedni postulują: „Ręce precz od puszczy”, drudzy przekonują, że bez pomocy człowieka puszcza, a przynajmniej jej część, zostanie bezpowrotnie zniszczona. Dlaczego? Bo zmiany klimatu, a konkretnie rosnące temperatury średnioroczne, oraz odwodnienie powodują osłabienie niektórych gatunków drzew. Najbardziej podatne na niekorzystne zmiany są świerki.

596px-Europäische_Sumpfschildkröte_Emys_orbicularis

Żółw błotny jest bardzo rzadkim elementem fauny Puszczy By Böhringer Friedrich

Osłabione stają się łatwym celem dla leśnych owadów, np. korników. Biorąc pod uwagę nadreprezentację świerków w niektórych częściach puszczy (wynikającą ze sztucznego nasadzania), na niektórych obszarach ilość chorych drzew jest spora. Leśnicy chcą chronić zdrowe drzewa, wycinając chore. Nadleśnictwa (Białowieża, Hajnówka i Browsk) mają dziesięcioletni przydział (plan) na wycinkę drzew. Ten plan określa Ministerstwo Środowiska i jest w nim ustalona łączna masa drewna, jaka może być wycięta w ciągu 10 lat. Zwykle każdego roku wycina się 10 proc. dziesięcioletniego przydziału. Taki podział nie jest jednak obligatoryjny. Nadleśnictwo może podjąć decyzję, że w którymś roku ilość wyciętych drzew będzie większa, ale za to w kolejnych latach trzeba będzie wycinać mniej. Dzisiaj obowiązujące przydziały zostały określone na lata 2012–2021. Decyzją nadleśnictwa w trzech pierwszych latach obowiązywania planu (2012–2015) wycięto jednak prawie 90 proc. drzew przewidzianych do wycięcia przez 10 lat. Skąd to przyspieszenie? W opublikowanym na stronie internetowej Lasów Państwowych dokumencie pt. „Puszcza Białowieska potrzebuje ratunku”, sygnowanym przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Białymstoku, znalazło się stwierdzenie, że nadleśnictwo prowadziło „cięcia sanitarne mające na celu opanowanie gradacji kornika drukarza”.

Leśnicy uważają, że w puszczy panuje klęska kornika, która zagraża dalszemu istnieniu drzewostanów świerkowych, stanowiących na terenie Nadleśnictwa Białowieża ponad 30 proc. powierzchni leśnej (w całej puszczy ok. 10 proc). „Jedyną znaną naukom leśnym i skuteczną metodą walki z kornikiem i ograniczania jego gradacji jest usuwanie drzew zasiedlonych, by ograniczyć rozprzestrzenianie się szkodników” – piszą autorzy dokumentu.

Naukowcy bronią drzew

To, że korniki „siedzą” w puszczy, nie jest przedmiotem sporu. Tyle tylko, że nie wszyscy – tak jak leśnicy – uważają, że drzewa zjadane przez korniki trzeba usuwać. 17 naukowców napisało list zatytułowany „Dlaczego martwe świerki są potrzebne w Puszczy Białowieskiej”. Tego głosu nie można zlekceważyć, gdyż autorzy dokumentu to eksperci z takich dziedzin jak leśnictwo, biologia, agroekologia, entomologia i zoologia, przedstawiciele 14 polskich uczelni i instytucji badawczych.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Naukowcy w sposób jednoznaczny i przystępny tłumaczą, dlaczego usuwanie chorych drzew jest błędem. „Opanowane przez korniki świerki zamierają, ustępując miejsca drzewom liściastym, wymagającym dużej ilości światła i lepiej dostosowanym do aktualnych warunków środowiska. Naturalny proces zmiany struktury gatunkowej lasu jest długotrwały, jednak na żadnym z jego etapów nie ma zagrożenia dla trwałości leśnego ekosystemu” – uważają. Nie ukrywają też, że tam, gdzie świerków jest dużo, masowe ich wymieranie może sprawiać wrażenie klęski. Powołują się na przykład Beskidów, które wiele lat temu w sposób sztuczny zostały zalesione świerkami i sosnami. Badacze przestrzegają jednak przed chodzeniem drogą na skróty, szczególnie w Puszczy Białowieskiej (czyli przed wycięciem drzew, zaoraniem terenu i posadzeniem sadzonek drzew liściastych).

By Konrad KurzaczPimkee-mail: konrad.kurzacz@gmail.com - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2065137

Mozaikowy układ zbiorowisk leśnych w Białowieskim Parku Narodowym. Na pierwszym planie widoczny ols z udziałem świerka. By Konrad KurzaczPimke

Argumentują bowiem (powołując się na badania), że „dynamika gradacji kornika niewiele się różni na terenach, gdzie wszelkimi dostępnymi środkami prowadzono walkę z kornikiem, i na terenach, gdzie takich działań nie prowadzono. Usuwanie zaatakowanych przez kornika lub zamarłych z innych przyczyn drzew nie stanowi skutecznej metody zatrzymania gradacji kornika i zamierania świerków, lecz może przynieść skutek przeciwny”. Dlaczego usuwanie chorych drzew zamiast sytuację poprawić, może ją pogorszyć? Badacze piszą, że w przypadku Puszczy Białowieskiej nie da się wyciąć wszystkich zaatakowanych drzew. Tymczasem umierające albo martwe drzewo „przyciąga” chrząszcze, które żywią się kornikami (chrząszcza wabi feromon, zapach wytwarzany przez samce korników w chwili opanowywania drzewa). Zdaniem autorów listu najskuteczniejszą metodą walki z kornikami jest pozostawienie lasu w spokoju.

„Duża koncentracja zamierających świerków opanowanych przez korniki staje się miejscem intensywnego namnażania się drapieżnych chrząszczy, a także innych drapieżnych i pasożytniczych owadów, które z takich miejsc rozprzestrzeniają się na kolejne obszary w poszukiwaniu swoich ofiar” – piszą autorzy tekstu. Choć przejściowo, ze względów estetycznych, niektóre fragmenty puszczy będą wyglądały nieatrakcyjnie, natura poradzi sobie ze szkodnikami.

Będzie awantura

Od wielu miesięcy na niezliczonych forach i stronach internetowych trwa awantura. Uzasadniona! Ministerstwo Środowiska nie przedstawia przekonywujących dowodów na to, że ma rację, z kolei leśnicy posługują się półprawdami. Ekolodzy – wręcz przeciwnie. Pokazują badania, cytują autorytety. I co? I nic, bo minister środowiska Jan Szyszko właśnie zatwierdził zwiększenie wycinku drzew w Puszczy. Zwiększone limity zakładają pozyskanie ponad 180 tysięcy metrów sześciennych drewna w ciągu najbliższych 10 lat. To prawie 5 razy więcej niż zakładał dotychczasowy plan.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Czy minister Szyszko nie zna badań, które mówią o tym, że wycinka nie polepsza, a wręcz może pogorszyć sytuację? Pomijam fakt, że grozi nam międzynarodowy skandal. Szkoda mi ostatniego w Europie, a może na całej północnej półkuli nizinnego lasu strefy umiarkowanej z całym jego bogactwem. Puszcza to nie tylko wysokie drzewa i duże zwierzęta (np. żubry), to bogactwo przyrody porównywalne do Wielkiej Rafy Koralowej!

Epipogium_aphyllum_plants

Krytycznie zagrożony wyginięciem w Polsce storzan bezlistny By BerndH

Organizacje ekologiczne biją na alarm, a leśnicy – nie negując tego, o czym piszą naukowcy – przypominają, że ich obowiązują przepisy i procedury zobowiązujące do przeciwdziałania takim zjawiskom jak plaga korników, że ich nadrzędnym celem jest troska o zachowanie trwałości lasów. Z tym ostatnim można by dyskutować, Lasy Państwowe to „firma” przynosząca ogromne zyski. Te pieniądze nie są inwestowane w ochronę lasów, tylko przelewane do budżetu państwa.

Leśnicy przypominają przy okazji, że na obszarach, na których świerków jest dużo, bez interwencji człowieka las z powodu umierania tych drzew będzie martwy. To prawda, ale… świerki, o których mowa, są w puszczy elementem sztucznym. Podatność Puszczy Białowieskiej na korniki jest skutkiem działalności człowieka przed dziesiątkami lat. Wycinanie tych drzew wcale nie spowoduje, że problem zniknie. To popełnianie tego samego błędu, czyli ingerencja w las.

Profesorze Janie Szyszko, nie idź tą drogą!

 

 

24 komentarze do O wycince Puszczy słów kilka

Dzieciątko kręci pogodą

Wyobraź sobie wiatry, które od tysięcy, może setek tysięcy lat wieją tysiące kilometrów stąd. Wyobraź sobie dzień, w którym przestają wiać i w efekcie tego… zakwitają kwiaty w Dolinie Śmierci. Bzdury? Nie, szczera prawda.

Wyobraź sobie wiatry, które od tysięcy, może setek tysięcy lat wieją tysiące kilometrów stąd. Wyobraź sobie dzień, w którym przestają wiać i w efekcie tego… zakwitają kwiaty w Dolinie Śmierci. Bzdury? Nie, szczera prawda. 

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie. 

Te wiatry to passaty wiejące na południowym Pacyfiku. Wieją ze wschodu, czyli od południowych wybrzeży Ameryki Południowej, na zachód, czyli w kierunku Australii, Filipin i Indonezji. Czasami jednak zdarza się, że passaty milkną albo wieją znacznie słabiej. Dzieje się to pod koniec roku, w okolicach świąt Bożego Narodzenia. To zjawisko (osłabienie passatów) zostało nazwane El Niño, czyli po hiszpańsku „dzieciątko, chłopczyk”.

Nie tylko pogoda 

Passaty wiejące w kierunku zachodnim są tak silne, że poziom morza u wybrzeży Indonezji jest o kilkadziesiąt centymetrów wyższy niż u wybrzeży Ameryki Południowej. To jednak nie wyższy poziom wody wpływa na pogodę, tylko fakt, że wiatry powodują przepływ ogromnych mas ciepłej wody. W ich miejsce pojawia się lodowata woda z dna oceanu. Póki wieją passaty, woda u zachodnich wybrzeży Ameryki Południowej jest zimna, ale u wybrzeży Australii i Indonezji – ciepła. To uruchamia całą kaskadę zjawisk pogodowych. Na przykład deszczy, które padają tam, gdzie woda jest ciepła. Z kolei tam, gdzie jest ona zimna, panuje suchy klimat. Gdy jednak pojawia się zjawisko El Niño, i wiatry słabną, masy ciepłej wody nie zostają zepchnięte na zachód. W efekcie u wybrzeży Ameryki Południowej jest za ciepło, a u wybrzeży Indonezji – za zimno. W Ameryce zaczynają padać deszcze (choć miało być sucho), a w Azji Południowo-Wschodniej i północnej Australii pojawiają się susze, choć miało padać. Te zmiany spowodowały, że w ostatnich dniach, jak alpejska łąka, zakwitła amerykańska Dolina Śmierci.  Najsuchsze, najgorętsze i najbardziej zasolone miejsce w całej Ameryce Północnej. Dolina zakwitła, bo w czasie ostatnich miesięcy przeszły nad nią silne deszcze. Swoją drogą, czy to nie inspirujące, że nasiona z których w każdej chwili wyrasta życie są powszechne nawet w tak nieprzyjaznych miejscach jak Dolina Śmierci?

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

Osobnym wątkiem związanym z anomalią El Niño jest ten dotyczący przyrody. Naturalny prąd oceaniczny niesie wody chłodne, które są bogate w składniki odżywcze. Rozwija się morskie życie, a wraz z nim populacja ptaków u wybrzeży Ameryki. Z kolei odchody ptaków użyźniają pola. Bez tego użyźniania, na polach niewiele wyrośnie. Zjawisko El Niño, gdyby trwało kilka miesięcy, jest w stanie wykończyć – i tak biedne – gospodarki takich krajów jak Peru czy Chile.

Wróćmy jednak do pogody. Ziemia to system naczyń połączonych. Wody oceanów mieszają się ze sobą, ogromne masy powietrza nie znają granic państw czy kontynentów. Anomalia, szczególnie tak duża jak El Niño, musi mieć konsekwencje na całym globie. Jakie one są? Cóż, nie mamy ich pełnej świadomości, ale wiemy o tych najważniejszych.

Nie mamy pojęcia 

Osłabienie czy wstrzymanie passatów powoduje pojawienie się czasami katastrofalnych deszczy w Ameryce Południowej. W poprzednich latach, gdy pojawiało się Dzieciątko w takich krajach jak Ekwador czy Peru, ilość opadów była aż 10-krotnie wyższa niż wtedy, gdy El Niño nie było. Wyższe opady (teraz śnieżyce) pojawiają się także w Ameryce Północnej. Susze w Azji Południowo-Wschodniej i północnej Australii są przyczyną pożarów, które nawiedzają tamtejsze lasy od kilku miesięcy. Ogromne ilości dymu dostają się do atmosfery, a to ma wpływ na zdrowie ludzi. Znacznie silniejsze i częstsze są huragany na Pacyfiku, ale za to spokojniej jest na Atlantyku. Zwiększone opady pojawiają się w Afryce Północno-Wschodniej i w krajach Półwyspu Arabskiego. Z kolei susze panują na południu Afryki. A co z Europą? Nie ma jednoznacznych dowodów, ale przypuszcza się, że efektem długo trwającego El Niño są ciepłe zimy przerywane krótkimi i gwałtownymi okresami siarczystych mrozów. Tak było na przełomie lat 1982 i 1983 oraz 1997 i 1998. Wówczas także występowało zjawisko Dzieciątka. Tegoroczne El Niño jest jednak rekordowe. Tak silne i długotrwałe nie było od początku pomiarów, a więc od 1950 roku. Za kilka tygodni minie rok, odkąd passaty zwolniły. Zwykle działo się to najwyżej na kilka tygodni w okresie Bożego Narodzenia. Zazwyczaj El Niño występowało mniej więcej co dekadę. W ostatnich latach jest częstsze, dłuższe i gwałtowniejsze. – Zjawisko to wkracza na nowe obszary. Nasza planeta zmieniła się drastycznie ze względu na generalną tendencję ocieplania wód oceanicznych, utratę lodu arktycznego, a także ponad miliona kilometrów kwadratowych letniej pokrywy lodowej na półkuli północnej – powiedział sekretarz generalny Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO) Michel Jarraud. – Choć właśnie padły rekordy, El Niño zamierza jeszcze bardziej podkręcić temperaturę – dodał. Pozostaje odpowiedzieć na ostatnie pytanie. Co jest źródłem tego zjawiska meteorologicznego? Dlaczego w ostatnich latach obserwujemy je częściej? Na obydwa te pytania istnieje tylko jedna uczciwa odpowiedź. Nie mamy bladego pojęcia!

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie.

3 komentarze do Dzieciątko kręci pogodą

Nie wyrzucaj baterii!

Każdy powinien wiedzieć, że zużytych baterii czy akumulatorów nie wolno wyrzucać do śmieci komunalnych, tylko trzeba zanosić do specjalnie przygotowanych pojemników. Ale czy wiemy dlaczego należy tak postępować?

Każdy powinien wiedzieć, że zużytych baterii czy akumulatorów nie wolno wyrzucać do śmieci komunalnych, tylko trzeba zanosić do specjalnie przygotowanych pojemników. Ale czy wiemy dlaczego należy tak postępować?

Rocznie zużywamy prawie 300 milionów baterii. 90 proc. z nich to baterie jednorazowe. Zwykle gdy przestają działać, po prostu je wyrzucamy. W ten sposób do środowiska naturalnego trafiają tak trujące związki i pierwiastki jak ołów, kadm, nikiel, rtęć, lit i mangan. To czynniki silnie trujące. Wpływają negatywnie nie tylko na człowieka, ale na całe środowisko.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Z wielu szkodliwych substancji czy pierwiastków z których zbudowane są wyrzucane baterie, najgorszy wpływ na zdrowie i życie człowieka mają ołów, kadm i rtęć.

Ołów – jest pierwiastkiem trującym. Związki ołowiu mają negatywny wpływ na praktycznie wszystkie komórki i narządy. Jest szczególnie niebezpieczny dla dzieci i młodzieży.

Kadm – jest jeszcze bardziej toksyczny niż ołów. Niezależnie od tego w jaki sposób dostanie się do organizmu, jest magazynowany w wątrobie, nerkach, trzustce i płucach. Jest źródłem anemii.

Rtęć – związki tego pierwiastka są silnie trujące i mają dewastujący wpływ na ośrodkowy układ nerwowy. Szalony Kapelusznik, to jedna z postaci występującej w Alicji z Krainy Czarów. Kapelusznicy często cierpieli na choroby psychiczne, bo w procesie uzyskiwania filcu były używane związki rtęci.

Jedynym sposobem na zneutralizowanie zagrożenia jest utylizacja zużytych baterii w wyspecjalizowanych zakładach przeróbki odpadów niebezpiecznych. Tam stosowana jest albo metoda mechaniczna, czyli w skrócie mówiąc rozdrabnianie baterii i oddzielanie od siebie poszczególnych ich części, albo metoda termiczna, która polega na wytapianiu szkodliwych metali w temperaturze około 1400 st C. Trzecia jest metoda hydrometalurgiczna, która polega na chemicznym przetworzeniu baterii. Traktując je kwasami lub zasadami, wytapia się metale czy związki, które są szkodliwe.  Proces recyklingu odbywa się w warunkach kontrolowanych, a odpowiednie zabezpieczenia nie pozwalają by niebezpieczne związki trafiły do środowiska naturalnego.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Niezależnie od stosowanej metody, takie metale jak kadm, ołów, rtęć, nikiel czy lit, mogą być ponownie użyte.

PS. Zdaję sobie sprawę z tego, że tym wpisem absolutnie nie wyczerpuję tematu recyclingu baterii. Kiedyś napiszę o tym więcej. Po prostu dzisiaj wymieniałem dzieciom baterie w aparacie fotograficznym i zdałem sobie sprawę z tego jak dużo baterii zużywamy. Swoją drogą, coraz częściej myślę, że osoba (firma), która wymyśli sposób na wydajne i „zdrowe” dla środowiska magazynowanie energii elektrycznej, będzie autorem jednego z największych wynalazków wszech czasów.

9 komentarzy do Nie wyrzucaj baterii!

Burza w sercu

Zakochanie to biochemia, genetyka i cała masa czynników które moglibyśmy nazwać „naukowymi”. Zakochane mózgu bada się najbardziej zaawansowanymi technikami jakie zna medycyna.

Połowa lutego to czas w którym o miłości i zakochaniu mówi się szczególnie często. Oczywiście za sprawą dnia świętego Walentego (czyli Walentynek), który w pop-kulturze jest szczególnie czczony przez zakochanych. Nieczęsto wspomina się o tym, że święty Walenty jest także patronem psychicznie chorych (epilepsję do niedawna nazywano chorobą Św. Walentego), a szkoda. Z naukowego punktu widzenia to co dzieje się w chwili zakochania ma sporo wspólnego z czystym szaleństwem. I rzeczywiście, u osób zakochanych obserwuje się mocne ukrwienie tej części mózgu, która jest odpowiedzialna za zachowania obsesyjne.

Kurierzy w mózgu

To nie tak, że o zakochaniu wiemy wszystko, to nie tak, że to co dzieje się w sercu, mózgu czy brzuchu zakochanego, potrafimy wyrazić równaniami fizycznymi czy reakcjami biochemicznymi. Wciąż sporo w tym tajemnicy. Dlaczego zakochujemy się w tej, a nie w innej osobie? Dlaczego czasami zauroczenie zamienia się w trwające dziesiątki lat głęboki i szczere uczucie, a czasami mija jak śnieg wiosną? Tego nie wiemy. Pozostaje operowanie danymi statystycznymi, uśrednieniami i szacunkami.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Z biochemicznego punktu widzenia za stan zakochania, który czasami porównuje się do stanu odurzenia jakimiś środkami, odpowiedzialne są przynajmniej trzy neurotransmitery (neuroprzekaźniki). To związki chemiczne, których cząsteczki działają trochę jak kurierzy w firmie, czyli przenoszą informacje z miejsca na miejsce. I tak jak w dużym wieżowcu kurierzy kursują pomiędzy biurkami, pokojami, korytarzami, piętrami czy nawet budynkami, tak w mózgu, linia startowa dla cząsteczki neuroprzekaźnika to dendryt, a meta to akson. Dendryty i aksony to „wypustki” komórek nerwowych. Impulsy elektryczne są przenoszone po zewnętrznej powierzchni komórki nerwowej, ale to neurotransmitery przenoszą informacje pomiędzy sąsiadującymi komórkami. W praktyce, impuls elektryczny (sygnał fizyczny) na zakończeniu każdej wypustki jest „tłumaczony” na sygnał chemiczny przenoszony przez neurotransmitery do kolejnej wypustki. Tam z powrotem chemia „zamienia się” w fizykę i w kolejnej komórce impuls elektryczny wędruje dalej. Neurotransmiterów jest bardzo dużo, ale w procesie zakochania uaktywniają się głównie trzy. Dopamina, serotonina i oksytocyna. Ta pierwsza pobudza te same części mózgu, które są pobudzane przez niektóre narkotyki. Powoduje, że świat wydaje się być bezproblemowy i piękny. Dopamina zmusza do aktywności, do działania. W skrócie… zakochany nie jest w stanie usiedzieć na miejscu. Potrzebuje swojego bodźca. Głosu, obrazu, zapachu osoby w której się zakochał. Ten bodziec uwalnia w mózgu nową porcję dopaminy. To dlatego zakochani zerkają na siebie ukradkiem.

Podczas gdy dopamina nas pobudza, drugi neuroprzekaźnik, serotonina, nas uspokaja. W końcu jest też oksytocyna. Ona pomaga nam nawiązywać relacje z drugą osobą. I dotyczy to nie tylko zakochanych. Oksytocyna jest uwalniana u matki np. podczas ssania piersi przez jej dziecko. Oksytocyna czyni nas bardziej uległymi, bardziej skorymi do współpracy i współodczuwania oraz ufnymi. Ale także bardziej szczodrymi (prezenty!) i zazdrosnymi.

Wieczna tajemnica?

Trzy wspomniane wyżej neuroprzekaźniki powodują, że świat wydaje się być różowy, bezproblemowy a osoba w którą jesteśmy zapatrzeni wydaje się nie mieć wad. Tym bardziej, że przytłumiona jest ta racjonalna część mózgu. Oczywiście nie u wszystkich działa to w ten sam sposób. Generalnie jednak, to mężczyźni szybciej się zakochują i szybciej odkochują. Kobiety są bardziej zrównoważone w tym względzie. Z czego to wynika? Teorii jest kilka, ale jedna z nich (tzw. teoria inwestycji rodzicielskiej) mówi, że skoro panie ponoszą większy biologiczny ciężar wydania na świat potomstwa, zostały obdarzone cechami, które proces zakochania się jakoś racjonalizują. To jak gdyby mieć w mózgu dodatkowe hamulce. Zgodnie z tą teorią, mężczyźni nie muszą mieć tych hamulców, bo… w sumie nie ponoszą odpowiedzialności biologicznej za przelotne romanse.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Na koniec jeszcze garść wyników badań statystycznych. Nie jest prawdą, że w miłości przeciwieństwa się przyciągają. Prawdą za to jest, że mężczyźni znacznie większą wagę przywiązują do wyglądu kobiety niż kobiety do wyglądu mężczyzny. Z jednym wyjątkiem, zarówno płeć piękna, jak i brzydka za bardziej atrakcyjne uważa osoby z dużymi oczami. Może dlatego panie optycznie powiększają sobie oczy makijażem? A może osoby zakochane wydaję się być atrakcyjniejsze, bo w okresie zauroczenia mają rozszerzone źrenice?

Zakochanie to biochemia, genetyka i cała masa czynników które moglibyśmy nazwać „naukowymi”. Zakochane mózgu bada się najbardziej zaawansowanymi technikami jakie zna medycyna. Dzięki rezonansowi magnetycznemu jesteśmy w stanie odróżnić zakochanie od pożądania. To kwestia dokładnej obserwacji tzw. pola brzusznego nakrywki, które wchodzi w skład tzw. układu nagrody. Rumieniące się policzki (uczucie gorąca włącza system chłodzenia), pocące się dłonie, drżący głos… ale to wciąż za mało, by zrozumieć to co dzieje się w głowie zakochanego. Czy kiedykolwiek zrozumiemy? Mam nadzieję że nie. Mam nadzieję, że miłość i zakochanie pozostaną przynajmniej trochę tajemnicze.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny

Brak komentarzy do Burza w sercu

Mróz i ekstremalne doświadczenie

Nieczęsto robię doświadczenia naukowe na samym sobie. Ale… czasami mi się zdarza. Ten eksperyment, który opiszę był chyba jednym z najbardziej ekstremalnych.

Ta historia ma swój początek na Syberii. Jakiś czas temu (była już zima) zbierałem tam materiały do kilku tekstów (m.in. o jeziorze Bajkał). Trochę podróżowałem po okolicy (na Syberii okolica to co innego niż u nas 😉 ), ale przez kilka dni stacjonowałem w Irkucku.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Któregoś dnia mojej wyprawy byłem świadkiem dość zaskakującej sytuacji. Widziałem dwóch dosyć rosłych facetów, którzy rozebrawszy się do kompletnego rosołu wskoczyli do wody. Bajkał w grudniu nie zamarza, więc nie musieli robić przerębla. Temperatura powietrza wynosiła wtedy około minus 30 st C. Panowie się wykąpali, po czym – tak jak Pan Bóg ich stworzył – weszli do samochodu i odjechali. Nie wyglądali na umęczonych, przeciwnie, ta szybka kąpiel chyba im się podobała. Już wtedy pomyślałem, że fajnie byłoby spróbować samemu wykąpać się w jeziorze, środku zimy.

Jak to jest, że ci, którzy morsują nie czują zimna (ja nie czułem)? Jak to jest, że tak dobrze czujemy się w saunie, gdzie temperatura może dochodzić nawet do plus 120 st C (!!!) ? No i co dzieje się z naszym ciałem gdy szybko zmieniamy temperaturę otoczenia?

sauna-1417238-639x739Pomijając osoby chore na serce i małe dzieci, szybka zmiana temperatury jest dla nas korzystna. O ile  dobrze się do niej przygotujemy. Eksperyment rozpocząłem od sauny. Wejście do sauny to jak zderzenie się z gorącą ścianą. W takim otoczeniu ciało bardzo szybko może się przegrzać. Dlatego mózg włącza tryb awaryjny. Coraz szybciej oddychamy i coraz szybciej bije nasze serce, a wszystko po to, by jak najwięcej krwi przepompować z wnętrza ciała do warstwy podskórnej. To dlatego gdy jest nam gorąco, jesteśmy czerwoni na twarzy. Krew krąży bardzo blisko powierzchni skóry bo wtedy najlepiej działa system chłodzenia. Pocimy się, a woda, po to by wyparować, potrzebuje energii. Tą energię odbiera powierzchni skóry, ochładzając ją. W saunie jest ekstremalnie ciepło, więc w odpowiedzi, ekstremalnie mocno się pocimy. I tutaj mała uwaga. Siedząc w saunie, nie wycierajcie spływającego hektolitrami po skórze potu. To  jest bez sensu. Pozbawiacie się wtedy systemu chłodzenia, a to może doprowadzić do przegrzania organizmu.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Prosto z sauny wskoczyłem do basenu z zimną wodą. Miałem wrażenie, że serce staje mi w miejscu. Tymczasem ono zaczęło szybciej bić, po to by przepompować krew z zewnętrznych warstw mojego ciała do środka. Ale to jeszcze nic. Z basenu (po dokładnym osuszeniu), w krótkich spodenkach, czapce, rękawiczkach i butach, wszedłem do kriokomory. Temperatura w środku wynosiła minus 120 st C (!!!). W takiej atmosferze człowiek może przetrwać tylko kilka minut. Pomijam fakt, że palec przymarzł mi do klamki (moja wina, ściągnąłem rękawiczki), mimo ekstremalnych warunków, nic mi się nie stało. Miałem jednak wrażenie, że serce wyskoczy mi z klatki piersiowej. W niskiej temperaturze czym mniej krwi w warstwach podskórnych tym lepiej. To dlatego gdy jest nam zimno, robimy się bladzi na twarzy. Krew szybko usuwana jest z powierzchni ciała i pompowana do środka. W ten sposób tracimy mniej energii. W czasie tego przepompowywania pracuje nie tylko serce, ale w zasadzie wszystkie mięśnie.

Zrzut ekranu 2016-01-05 o 00_Fotor

Mój sprint do wody. Biegłem szybko… żeby nie zmarznąć 😉 Temperatura powietrza wynosiła wtedy około minus 7 st. C

Przepompowywanie krwi wte i wewte to doskonały trening dla ciała. Postanowiłem więc zrobić ostateczny test. Przerębel. Temperatura minus 7 st C, piaszczysta plaża i woda. Zimna woda! Najpierw koniecznie trzeba rozgrzać mięśnie, a w czasie tej rozgrzewki sukcesywnie się rozbierać. Pozostają buty do nurkowania (by nie rozciąć sobie nogi na kawałku lodu i by nie odmrozić sobie palców), czapka, rękawiczki no i kąpielówki. I tu ogromne zaskoczenie. Wszedłem do wody i nie czułem zimna. Serio, serio. Po kilkudziesięciu sekundach czułem mrowienie w mięśniach. To znak, że trzeba wyjść z wody i ponownie się rozgrzać. W czasie rozgrzewki krew (z tlenem) pompowana jest do mięśni. W lodowatej wodzie, przeciwnie, krew usuwana jest z mięśni (to mrowienie to znak, że mięśniom brakuje tlenu). Każde kolejne wejście może trwać dłużej (później pojawia się uczucie mrowienia), pomiędzy kolejnymi wejściami, zawsze trzeba się jednak rozgrzać. Nie ciepłym ubraniem, broń Boże alkoholem, tylko ćwiczeniami. Ja biegałem, robiłem przysiady i pompki.

>>> Więcej naukowych informacji na FB.com/NaukaToLubie

Moje wrażenia? Polecam każdemu. Przed wskoczeniem do przerębla, czytałem, że w czasie morsowania mięśnie pracują intensywniej niż na siłowni. Nie wierzyłem, ale uwierzyłem. Kolejnego dnia, po moim eksperymencie, bylem tak obolały, że nie potrafiłem wstać z łóżka. Co polecam każdemu 😉 

 

4 komentarze do Mróz i ekstremalne doświadczenie

Wszystko jest matematyką – rozmowa z X. prof. Michałem Hellerem

O kosmosie, ciekawości, przypadku i matematyce z księdzem profesorem Michałem Hellerem, teologiem, kosmologiem, matematykiem i filozofem rozmawia Tomasz Rożek

Z księdzem profesorem Michałem Hellerem, teologiem, kosmologiem, matematykiem i filozofem rozmawia Tomasz Rożek. Poniższy wywiad jest uzupełnieniem dwóch rozmów, które opublikowałem na kanale YouTube.com/Nauka To Lubie. Pierwsza z tych rozmów dotyczyła wszechświata, a druga człowieka. U dołu wywiadu znajdują się bezpośrednie odnośniki do obydwu rozmów.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Co się stało się prawie 14 miliardów lat temu? Możemy w ogóle udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi?

Historię wszechświata rekonstruujemy poruszając się wstecz. Do 3 minut po wielkim wybuchu mamy wiedzę bardzo solidną, a potem grzęźniemy w hipotezach. Im bliżej początku, tym bardziej hipotetyczna jest nasza wiedza. Ta wiedza opiera się na teorii, ale teoria jest dobrze sprawdzona chociażby w takich miejscach jak laboratorium fizyki cząstek CERN, gdzie zderza się ze sobą np. protony.

Wiemy w takim razie co stało się po Wielkim Wybuchu, ale co było w punkcie zero?

Pytanie, czy taki punkt zero w ogóle był. Według klasycznej kosmologii, według teorii Einsteina, rzeczywiście punkt zero istniał i był tzw. osobliwością, czyli obszarem, w którym załamuje się pojęcie czasoprzestrzeni. Pojęcia czasu i przestrzeni tracą tam sens. Tam urywa się nasza wiedza, znane nam prawa natury przestają działać.

Skoro nie prawa przyrody, to co się tam dzieje?

To jest pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Mamy dwie wielkie teorie: fizyka kwantowa i fizyka grawitacji. Fizyka kwantowa rządzi światem cząstek elementarnych, mikroświatem. Fizyka grawitacji rządzi kosmosem w wielkiej skali. Zaraz po Wielkim Wybuchu te dwie teorie nakładały się na siebie. Po to by wyjaśnić co dzieje się w osobliwości, trzeba połączyć te dwie teorie w jedną. Jest to niezmiernie trudne wyzwanie, bo te dwie siły mają zupełnie inną naturę. Moim zdaniem, to jest w tej chwili problem numer jeden fizyki teoretycznej. Mamy kilka, może nawet kilkanaście pomysłów jak grawitację i teorię kwantów ze sobą połączyć, ale żaden z nich nie jest potwierdzony doświadczalnie. Wszystko to są hipotetyczne rzeczy, posługują się bardzo ładną i zaawansowaną matematyką, ale nie mamy empirycznego rozstrzygnięcia, która jest prawdziwa i pewnie długo nie będziemy mieć.

Czy to jest przypadek, że człowiek został obdarzony umysłem, żeby dociekać tak skomplikowanych i abstrakcyjnych rzeczy?

Tego też nie wiemy. W każdym razie jest to rzecz niesamowita, że mamy taką władzę poznawania wszechświata. Bo pomyślmy nad tym. Jeżeli umysł ludzki powstał ewolucyjnie przez oddziaływanie z otoczeniem, to jak mówią biologowie, utrwalały się te cechy, które są potrzebne do przeżycia.

Wiedza o czarnej dziurze nie jest potrzebna?

Wiedza o czarnej dziurze jest absolutnie niepotrzebna do przeżycia.

Od biedy dałoby się połączyć wiedzę z sukcesem reprodukcyjnym. W końcu wolimy się otaczać ludźmi mądrzejszymi. Może intelekt czy wiedza to coś w rodzaju pożądanego przez przyszłego partnera gadżetu?

Myślę, że chyba wystarczyłby taki gadżet, który służyłby do uchylania głowy jak maczuga leci. Niemniej jednak jest to niesamowite, że człowiek ma tak rozwinięty umysł. Jeśli popatrzymy na historię, to tak naprawdę fizyka zaczęła się gdzieś w XVII wieku. Jesteśmy dopiero na samym początku. Co to jest kilkaset lat wobec 14 miliardów? I to jest rzeczywiście coś absolutnie niesamowitego. Można by to pytanie, które pan zadał, postawić w innej formie: czy złożoność ludzkiego mózgu wystarczy, ażeby zbadać złożoność wszechświata? Innymi słowy, czy złożoność wszechświata jest przykrojona na miarę naszego mózgu? Niezależnie od tego, czy jesteśmy sami we wszechświecie jako istoty rozumne, czy też są jacyś nasi bracia w rozumie, specjaliści mówią, że złożoność mózgu jest większa, niż złożoność całego wszechświata.

Ilość potencjalnych połączeń między komórkami w mózgu jednego człowieka jest większa niż ilość gwiazd we wszechświecie.

No właśnie. I to nas stawia w dość wyróżnionej pozycji. Natomiast czy dzięki tej złożoności możemy pojąć wszystko? Tu jest pewien logiczny paradoks. Jeśli chcielibyśmy pojąć wszystko, to musielibyśmy zrozumieć także mózg. Czy mózg może poznać sam siebie?

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Mówiliśmy trochę o ewolucji, a z nią bardzo często wiąże się słowo „przypadek”. 

Arystoteles miał przyczynową koncepcję nauki, która w jakimś sensie jest aktualna do dzisiaj. Wyjaśniamy wszechświat według Arystotelesa przez ciągi przyczyn i skutków, takie łańcuchy przyczynowe. Natomiast on przypadek określił jako coś, co przerywa taki ciąg. Interweniuje przypadkowo w ten ciąg i zaburza go. I dlatego według niego nie może być wiedzy naukowej o przypadku. I ludzie uwierzyli, że przypadek jest jakimś takim obcym ciałem w nauce. Tymczasem okazuje się, że tak nie jest. Najbardziej dramatycznym czy widocznym przykładem próby oswajania przypadku jest ludzka chciwość. Jak ktoś gra hazardowo, to chce wygrać. Ludzie szukali więc jakiejś strategii, żeby zapewnić sobie zwycięstwo w totolotku, ruletce, czy w pokerze.

No i takiego sposobu nie znaleźli. Wygrana czy przegrana to kwestia przypadku.

Czy na pewno? Statystyka i rachunek prawdopodobieństwa mówią co innego. Gdyby było tak jak pan mówi, nie mogłyby działać np. banki czy towarzystwa ubezpieczeniowe, które liczą prawdopodobieństwo w związku z ubezpieczeniami na życie. Bez prawdopodobieństwa i statystyki nie byłoby dzisiejszej wiedzy. Ani fizyki, ani medycyny.

Bo statystyka daje odpowiedzi dotyczące ogółu a pojedynczy przypadek dalej jest dziełem… przypadku.

Też nie całkiem. W „Summa contra gentiles” św. Tomasz pisze, że boża opatrzność rządzi zdarzeniami ex casu del fortuna – dziejącymi się z przypadku lub losowo. Dwoje ludzi pobiera się, bo spotkali się, gdy spóźnił się pociąg. Czy to przypadek? Wszystko tu ma przyczynę. Pociąg się spóźnił, bo popsuła się lokomotywa. Młodzi ludzie byli w tym samym miejscu o tym samym czasie, bo każde z nich jechało w konkretne miejsce. W fizyce tak jest na każdym kroku. Dobrym przykładem jest zwykły rzut kamieniem. On jest opisany prostymi równaniami ruchu Newtona i wszystko jest – wydawałoby się – zdeterminowane, ale ja mogę przypadkiem tym kamieniem zamiast trafić w tarczę, to komuś w głowę. W nauce jest bardzo dużo miejsca na przypadki, a one same nie są zaprzeczeniem zasad przyrody. W siatce praw przyrody są pewne luzy na przypadki. Bez tych przypadków prawa przyrody by nie mogły działać.

A ten plan, te reguły, które tym wszystkim rządzą, te luzy, o których ksiądz profesor mówi, czy one jakoś powstały, czy one były zawsze? Jak to rozumieć?

No to jest problem genezy praw przyrody. I ja nie wiem jaka ona jest. To na pewno nie jest zagadnienie z dziedziny fizyki, bo fizyka zakłada prawa przyrody. Nie wyjaśnia ich. W każdym modelu fizycznym prawa fizyki są założone. Takie, a nie inne i koniec. Natomiast wyjaśnienie, skąd się biorą prawa przyrody, to już raczej należy do filozofii czy na przykład do teologii. Można powiedzieć, że to po prostu Pan Bóg stworzył.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

To jest bardzo wygodne podejście. Pan Bóg stworzył, kropka. A może by się nad tym zastanowić ?

Często fizycy nie nazywają tego Panem Bogiem, ale skądś się one musiały wziąć. Einstein nie uznawał Boga w formie chrześcijańskiej. Raczej był bliżej panteizmu, ale używał hasła „Zamysł Boga” – the Mind of God. Może używał to jako metaforę, ale uważał, że zestaw praw przyrody to jest właśnie the Mind of God. I mówił: nie chciałbym nic więcej wiedzieć, tylko znać the Mind of God.

Znać boży zamysł… czyli to jedno równanie, które opisuje wszystko?

No tak. I tu są te granice fizyki, o których mówimy. Na to wszystko nakłada się matematyka, która jest uniwersalnym językiem opisu wszechświata. Tylko trzeba pamiętać, że matematyka nie oznacza wcale determinizmu.

2 + 2 zawsze równa się 4. Cała matematyka szkolna jest deterministyczna.

No bo w szkole się uczy najprostszych rzeczy: dodawania, odejmowania i pierwiastkowania. Niewiele więcej. W prawdopodobieństwie nic nie jest pewne, choć wszystko prawdopodobne. A to dopiero początek. Mechanika kwantowa posługuje się matematyką, która jest indeterministyczna. Wcześniej rozmawialiśmy o przypadkach. Ja rozróżniam dwa ich rodzaje. Jeden to przypadek wynikający z niewiedzy albo ignorancji. Np. mogę się z kimś założyć, czy z zza rogu wyjedzie tramwaj numer 8 czy 4. Ja nie wiem który i traktuję to w kategoriach przypadku, ale jeżeli te tramwaje są w drodze, to proces jest zdeterminowany. Natomiast czy są przypadki, zdarzenia, które rzeczywiście nie są zdeterminowane? Mechanika kwantowa jest świadectwem, że tak, są. I takie przypadki pojawiają się u podstaw całej naszej rzeczywistości.

Czy wszechświat ma jakieś granice geometryczne? Pytam zarówno o to, czy możemy dowolnie długo dzielić cząstki elementarne na coraz mniejsze kawałki, jak i o to, czy kosmos gdzieś się kończy?

Może być tak, że świat jest skończony, ale nie ma granicy. I wtedy idąc cały czas w jedną stronę, w końcu trafimy do punktu wyjścia. Modele otwarte mówią, że można zmierzać w jednym kierunku w nieskończoność. Nie ma żadnych naukowych powodów, by wszechświat miał granice. Natomiast czy można dzielić cząstki w nieskończoność? Nie wiem.

Co zapaliło małego Michała Hellera do tego by zajął się nauką? A co zapala już dorosłego księdza profesora by zajmował się nią dalej? 

Dorastałem w domu, gdzie rozmawiało się o nauce, o świecie. Ojciec był inżynierem, opublikował nawet kilka prac matematycznych. Od dziecka, jak tylko miałem jakąś książkę popularnonaukową, to się w niej zaczytywałem. I trudno tak ciekawymi rzeczami się nie zajmować. A dzisiaj? Chyba ta sama ciekawość co u małego Michała. Ciekawość jest motorem działania. Ale trzeba uważać, bo ona musi być pod kontrolą. Inaczej do niczego się nie dojdzie, niczego nie uda się wystarczająco dobrze zbadać. Na świecie żyje wielu geniuszy, którzy nie potrafili się ograniczyć. Wiedzą prawie wszystko o prawie wszystkim i zarazem niewiele. Wszystko ich za bardzo ciekawi. I w moim przypadku to zawsze było dość trudne i bywa trudne do dzisiaj. Interesuje mnie za dużo, a trzeba się ograniczyć do jednego.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Ksiądz Profesor Michał Heller jest teologiem, filozofem i kosmologiem. W 2008 roku jako jedyny dotychczas Polak został laureatem międzynarodowej Nagrody Templetona, przyznawanej za pokonywanie barier między nauką a religią. Jest autorem kilkudziesięciu książek. 

Opublikowany powyżej wywiad jest fragmentem rozmowy jaką przeprowadziłem z X. prof. Michałem Hellerem dla tygodnika Gość Niedzielny.
3 komentarze do Wszystko jest matematyką – rozmowa z X. prof. Michałem Hellerem

Jak działa alkohol?

Alkohol szkodzi zdrowiu. To hasło zna prawie każdy. Co dzieje się z alkoholem w organizmie człowieka? I co dzieje się z organizmem po spożyciu alkoholu.

Przełykany alkohol zaczyna być wchłaniany już jamie ustnej i przełyku. Najwięcej etanolu dostaje się jednak do krwi przez ścianki żołądka i jelita cienkiego. W tym drugim zaburza on zwykłe wchłanianie substancji odżywczych, a w żołądku może wywoływać stany zapalne. Mowa oczywiście o nadmiarze alkoholu oraz częstym i regularnym jego spożywaniu. Za wyjątkiem sytuacji chorobowych, niewielkie ilości alkoholu, np. lampka wina do kolacji czy kufel piwa wypity w czasie grilla – nikomu nie zaszkodzą. Przeciwnie mogą pomóc, alkohol jest antyoksydantem, czyli „likwiduje” wolne rodniki, które wpływają na starzenie się komórek. Mowa oczywiście o niewielkich ilościach alkoholu, a nie o jego nadużywaniu.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Potrzeba energii

A co dzieje się z alkoholem już wchłoniętym do krwi? Jest rozprowadzany po całym organizmie. Po to by rozłożyć cząsteczkę etanolu, potrzeba energii. Spada więc stężenie cukru we krwi. To może prowadzić do zawrotów głowy i drżenia rąk. Dokładnie tak samo organizm zacznie reagować na niski poziom cukrów gdy… przestaniemy jeść. Przy okazji obniżania poziomu cukru we krwi, wzrasta jej ciśnienie. Na ten proces wpływa jeszcze jeden mechanizm. Krew regularnie jest przepompowywana przez nerki. Te działają jak filtr i pozbywają się tego, co dla organizmu jest niepotrzebne albo szkodliwe. Do filtrowania etanolu nerki potrzebują bardzo dużej ilości wody. To właśnie dlatego, po spożyciu alkoholu oddajemy znacznie więcej moczu niż po wypiciu takiej samej ilości np. wody. Wypicie 250 ml wina, oznacza, że w ciągu 2-3 godzin pozbędziemy się przynajmniej 500 ml wody. Niebezpieczne odwodnienie organizmu po spożyciu dużej ilości alkoholu jest realnym zagrożeniem. A wypicie nadmiernej jego ilości zawsze kończy się pragnieniem i nieprzyjemnym wrażeniem suchości w ustach. Pragnienie jest jednym z elementów tzw. kaca, czyli zespołu objawów poalkoholowych.

Najbardziej obciążona po spożywaniu alkoholu jest jednak wątroba. Tylko 2 proc. spożytego alkoholu jest usuwanego z organizmu w niezmienionej postaci. Reszta, czyli 98 proc. jest najpierw metabolizowana. Zajmuje się tym właśnie wątroba. To proces bardzo obciążający i długi. Dlatego właśnie efekty spożycia alkoholu utrzymują się tak długo. Alkohol krąży we krwi przez kilka, kilkanaście a w skrajnych wypadkach nawet kilkadziesiąt godzin. Na dodatek sposób metabolizmu alkoholu jest dla organizmu bardzo niebezpieczny. W wątrobie etanol jest utleniany do aldehydu octowego, który jest wielokrotnie bardziej trujący niż sam alkohol. I to aldehyd uszkadza wątrobę. W skrajnych wypadkach w wątrobie mogą się pojawić komórki rakowe, znacznie częściej dochodzi do marskości wątroby czyli do zniszczenia struktury tego narządu. Bardzo często nadmiar alkoholu może doprowadzić do niewydolności wątroby. Zresztą aldehyd octowy niekorzystnie wpływa nie tylko na wątrobę, ale także na mózg. Nudności, bóle głowy i wymioty (czyli pozostałe objawy kaca) to efekt wpływu aldehydu na ludzki organizm a nie alkoholu.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Pijany mózg

Mówiąc o wpływie alkoholu na organizm człowieka najczęściej mamy jednak na myśli nie obniżenie poziomu cukru we krwi czy rujnowanie wątroby, tylko trudności w utrzymaniu równowagi, niewyraźne widzenie i mówienie oraz zwolniony czas reakcji. Skąd biorą się te objawy? Alkohol reaguje z substancjami, które w mózgu są odpowiedzialne za aktywność komórek nerwowych. Neurony stają się bardziej „ociężałe” nawet po wypiciu niewielkiej ilości alkoholu. Zmiany stężenia takich substancji jak kwas gamma-aminomasłowy, glutaminian czy serotonina nie tylko spowalniają działanie neuronów, ale zaburzają pracę niektórych części mózgu. Głównie w korze mózgowej, w której „znajduje się” odpowiedzialne zachowanie i logiczne myślenie. Mniejsza ilość serotoniny w podwzgórzu i w przysadce mózgowej skutkuje wylewnością i ogólnym rozluźnieniem. To dlatego pod wpływem alkoholu łatwiej zdradza się sekrety, łatwiej zaprzyjaźnia się z innymi. Krótko mówiąc znikają bariery. Alkohol wzmaga też pociąg seksualny, ale nadmiar alkoholu wpływa na takie rozluźnienie mięśni, że może skutkować problemami ze wzwodem.

Najbardziej niebezpieczne dla otoczenia są jednak konsekwencje działania alkoholu na móżdżek, tą część mózgu, która jest odpowiedzialna za koordynację ruchów i utrzymanie równowagi. To dlatego osoba pijana nie jest w stanie prosto chodzić, ma problemy np. z trafieniem kluczem do dziurki w zamku albo z dotknięciem palcem czubka swojego nosa. Osoba pijana za kierownicą samochodu nie potrafi omijać przeszkód, nie potrafi skoordynować swoich ruchów, nie jest w stanie prawidłowo ocenić odległości i szybkości. W największym skrócie jest całkowicie nieprzewidywalnym uczestnikiem ruchu na drodze. Alkohol zaburza także działanie rdzenia przedłużonego. Efektem tego – przy dużych dawkach alkoholu – jest ogólne otępienie, senność i spowolnienie reakcji.

Ile można wypić?

Organizm potrzebuje dużej ilości energii do oczyszczenia się z alkoholu. To dlatego jego wysoki poziom we krwi wywołuje dosyć szybko uczucie głodu. I tak na prawdę tylko dostarczenie dużej ilości węglowodanów ma wpływ na szybkość trawienia alkoholu. Chcąc szybko wytrzeźwieć, trzeba dużo jeść. Wszystkie inne metody, medykamenty, picie dużej ilości innych płynów czy robienie ćwiczeń fizycznych nie mają na trzeźwość żadnego wpływu.

A ile alkoholu można wypić, by móc normalnie funkcjonować? A co to znaczy normalnie? Nawet niewielka ilość alkoholu ma wpływ na nasze zachowanie, ma wpływ na pracę mózgu. Kwestią sporną pozostaje czy wpływ np. lampki wina jest zauważalny. Czy stanowi już jakiekolwiek zagrożenie. Są kraje w których prawo określa akceptowalny poziom alkoholu u kierowców na zero. Innymi słowy, np. na Węgrzech, na Słowacji czy w Czechach nie wolno mieć ani grama alkoholu we krwi. W Polsce (ale także w Szwecji i Norwegii) można prowadzić samochód mając 0,2 promila alkoholu we krwi. To – w porównaniu z innymi krajami europejskimi – dosyć restrykcyjna norma. Ale od 0,3 promila alkoholu we krwi zauważa się wpływające na zachowanie rozproszenie uwagi. Od 0,8 promila zauważalne jest już upośledzenie koordynacji ruchowo – wzrokowej. W przeważającej większości krajów Europy limit wynosi 0,5 promila, choć np. w Luksemburgu, Irlandii, Wielkiej Brytanii i na Malcie prawo dopuszcza prowadzenie samochodu z 0,8 promilem alkoholu we krwi.

A wracając na polskie drogi. Pomijając dyskusję nad tym czy polskie uregulowania prawne mają sens czy nie, ile można wypić, by nie przekroczyć limitu 0,2 promila alkoholu we krwi? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Wpływ alkoholu na organizm jest zależny od wielu czynników. Od stresu, zmęczenia czy różnego rodzaju dolegliwości zdrowotnych. Ale także od zażywanych leków czy od używek takich jak papierosy czy kawa. Lepiej więc nie ryzykować wsiadając za kierownicę nawet po jednym małym piwie. Lepiej odczekać. Przyjmuje się, że organizm potrzebuje godziny na pozbycie się 10 gramów czystego alkoholu. Tego w dużym (pół litrowym) piwie jest około 25 gramów. Krótko mówiąc, wsiadając za kierownicę 3 godziny po wypiciu kufla piwa, możemy być pewni, że alkomat policyjny wskaże poziom zero. I jeszcze jedno. Prawie 80 proc nietrzeźwych złapanych przez policję to kierowcy którzy pili alkohol poprzedniego dnia. Po wypiciu dużej ilości mocnego alkoholu trzeba dać organizmowi przynajmniej dobę na to, by całkowicie usunął alkohol z krwi. Tego procesu nie przyspieszy ani sen, ani zimny prysznic ani reklamowane środki farmaceutyczne.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Tekst ukazał się w tygodniku Gość Niedzielny
8 komentarzy do Jak działa alkohol?

Burza światła

Podobno dzisiaj i jutro widoczna na polskim niebie ma być zorza polarna. O ile nie będzie chmur. 156 lat temu miała miejsce największa opisana burza geomagentyczna. Gdyby zdarzyła się dzisiaj, zamilkłyby telefony, radia i stacje telewizyjne. Najpewniej uszkodzona zostałaby także infrastruktura energetyczna.

Dzisiaj, a może nawet jutro widoczna ma być na polskim niebie zorza polarna. O ile nie będzie chmur.  156 lat temu miała miejsce największa opisana burza geomagentyczna. Gdyby zdarzyła się dzisiaj, zamilkłyby telefony, radia i stacje telewizyjne. Najpewniej uszkodzona zostałaby także infrastruktura energetyczna.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

Dokładnie 1 września 1859 roku na Słońcu zdarzył się potężny wybuch. Materia słoneczna została wyrzucona w przestrzeń z prędkością dochodzącą nawet do 900 km na sekundę. Wybuchy na Słońcu to nic niezwykłego, ale ten był wyjątkowo silny. Co ciekawe nasza dzienna gwiazda wcale nie była wtedy w fazie swojej największej aktywności.

Tymczasem na Ziemi…     

… rozpętała się burza światła. Dzień po wybuchu na Słońcu, wyrzucona z jego powierzchni materia dotarła do Ziemi. Naładowane elektrycznie cząstki, w zderzeniu z naszą atmosferą, a właściwie hamowane przez ziemskie pole magnetyczne były źródłem jednej z największych, kiedykolwiek rejestrowanych zórz polarnych. W 1859 roku nie było telefonów komórkowych, telewizorów ani odbiorników radiowych. Gdyby były, na pewno by zamilkły. Straty byłyby ogromne. Do listy strat trzeba doliczyć stacje transformatorowe i całą flotyllę satelitów. Nie tylko tych naukowych, ale także komercyjnych. Szacuje się, że dzisiaj straty spowodowane burzą porównywalnej wielkości wyniosłyby około 2 trylionów dolarów. Trylion to miliard miliardów. Wtedy, w połowie XIX wieku, zaburzona została jedynie raczkująca wtedy łączność telegraficzna. Pierwszy telegraf elektryczny zbudowano 22 lata wcześniej, w 1837 roku. Dzisiaj burza sparaliżowałaby życie. Trudno je sobie wyobrazić bez elektronicznej komunikacji, prądu czy choćby GPS’a. Wtedy, w zasadzie nikomu nie utrudniła życia. Mocno je za to urozmaiciła.

Zorze na Kubie

Na wysokości od 100 do 400 km nad naszymi głowami naładowane elektrycznie cząstki pochodzące ze Słońca (elektrony i protony), są przechwytywane przez ziemskie pole magnetyczne. Zaczynają się poruszać wzdłuż jego linii. Te zagęszczają się w okolicach biegunów i tam cząstki wiatru słonecznego zderzają się z atomami rozrzedzonej atmosfery. Atom w który uderzają traci część swoich elektronów (zjawisko jonizacji). Gdy „złapie” je z powrotem, energię którą otrzymał od protonu czy elektronu ze Słońca, wypromieniowuje w postaci światła. To światło, to zorza polarna. Luminescencję rozrzedzonych gazów zaobserwowano także wokół biegunów innych planet, m.in. Jowisza, Saturna, Urana, Neptuna, a nawet Marsa.

Zorze występują zwykle w okolicach biegunów. 150 lat temu, w wyniku rekordowej ilości naładowanych cząstek, zjawisko było widoczne jednak w całej Ameryce Północnej, a nawet na Kubie. Zorze były tak intensywne i jasne, że ludzie wstawali w środku nocy myśląc, że już świta. Ich zdziwienie, a może przerażenie, musiało być całkiem spore gdy zamiast wschodu Słońca na niebie pojawiły się piękne, kolorowo pulsujące niby-płomienie.

To może się zdarzyć jutro

Na dużych szerokościach geograficznych zorze polarne – nazywane czasami światłami północy – mają kolor biały, żółty i zielony, na niższych, charakteryzują je kolory ciemniejsze: czerwone, niebieskie, a nawet fioletowe. Zorze polarne w Polsce zdarzają się rzadko i tylko w okresie najwyższej aktywności Słońca. Co około 11 lat nasza dzienna gwiazda przeżywa burzliwe chwile. Kolejne maksimum było rejestrowane w latach 2012-2013. Nie powinniśmy być tego jednak całkowicie pewni. Nasza gwiazda jest nieprzewidywalna. Gdy coś stanie się na jej powierzchni, mamy kilkadziesiąt godzin czasu na przygotowanie się na niesamowite zjawisko. A gdyby eksplozja na Słońcu była duża, lepiej wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne i … zaopatrzyć się w świeczki. Prądu może nie być przez kilka dni.

>>> Więcej naukowych ciekawostek na FB.com/NaukaToLubie

5 komentarzy do Burza światła

Type on the field below and hit Enter/Return to search

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com
Skip to content